Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baszkircew Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baszkircew Maria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 sierpnia 2014

Odcinek 1128: Maria Baszkircew, 1878 rok

Z dziennika Marii Baszkircew

Piątek, 2 sierpnia [1878 roku]
Maria Baszkircew.
Rozmyślam w ostatnich dniach o Nicei... Miałam wtedy piętnaście lat i jakaż byłam śliczna! Moja figura, nogi, ręce nie były jeszcze może całkowicie uformowane, ale twarz była zachwycająca... Potem nigdy już taka nie byłam... Po moim powrocie do Rzymu hrabia Laurenti zrobił mi po prostu scenę...
— Pani twarz zmieniła się — mówił mi — rysy, koloryt są jak przedtem, ale to już nie to samo... Nigdy już nie będzie pani taką, jak na tej fotografii.
Mówił o fotografii, na której łokcie oparte mam na stole, a policzek wsparty na dłoni.
— Wydaje się, jakby pani dopiero co nadeszła i oparła się; oczy wpatrzone w przyszłość, jakby zalęknione, pytające: „Więc takie jest życie?”
W piętnastu latach miałam w twarzy coś z dziecka, to, czego nie miałam nigdy ani przedtem, ani potem. A ten właśnie wyraz jest czymś najbardziej czarującym w świecie.
Odkryłam spacery w Soden... Nie mówię o tych popularnych spacerach w góry, które każdy cudzoziemiec czuje się zobowiązany uprawiać, ale o alejach i laskach, gdzie nikogo nie ma.
Uwielbiam tę ciszę. Albo Paryż, albo bezludzie. Nie mówię o Rzymie, zaraz chce mi się płakać.
Stary Tytus Liwiusz opowiada tak pięknie i kiedy, w niektórych ustępach, czuje się, że pragnie zamaskować jakąś porażkę lub usprawiedliwić jakieś upokorzenie... jest to wprost wzruszające... Tak, do tej pory kocham tylko Rzym.
Wyobraźcie sobie moją przyjemność, kiedy słucham tych dam, rozmawiających o swych nerwach, o swych znajomych, o swych lekarzach, o swych sukniach, o swych dzieciach! Ale staram się izolować, idę w głąb lasów, przymykam oczy i znajduję się tam, gdzie chcę.
Uzdrowisko Bad Soden.
Maria Baszkircew, Dziennik, tłum. Helena Duninówna, Czytelnik 1967, s. 382-383.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Odcinek 666: Maria Baszkircew, 1876 rok

Z dziennika Marii Baszkircew


Wtorek, 18 kwietnia 1876 roku
Autoportret z paletą, Maria Baszkircew, 1880 rok.
W południe wyruszamy do Pompei. Jedziemy powozem, bo droga jest piękna i można podziwiać Wezuwiusz, miasto Castellamare i Sorrento.
Obsługa wykopalisk jest doskonała. Jakie to ciekawe przebiegać ulice tego martwego miasta!
Wzięłyśmy lektykę i odpoczywałyśmy w niej kolejno, mama i ja.
Szkielety są straszne. Nieszczęśliwcy zachowani w pozach rozdzierających.
Patrzyłam na szczątki domów, fresków i usiłowałam przywrócić to wszystko w wyobraźni do dawnego stanu, zaludnić na nowo domy i ulice.
Jakaż to przeraźliwa potęga, zdolna pochłonąć całe miasto!
Słyszałam, jak mama mówiła o małżeństwie:
— Kobieta jest stworzona do cierpienia — powiedziała — nawet z najlepszym mężem.
— Kobieta przed ślubem — wtrąciłam — to Pompeja przed wybuchem, a kobieta po ślubie — to Pompeja po wybuchu.
Może mam rację.
Jestem bardzo zmęczona, niespokojna, smutna. Wracamy dopiero o ósmej.
Wykopaliska w Pompejach, 1876 rok.
 Maria Baszkircew, Dziennik, tłum. Helena Duninówna, Czytelnik 1967, s. 113-114.

sobota, 27 października 2012

Odcinek 493: Maria Baszkircew, 1881 rok

Z dziennika Marii Baszkircew

Czwartek, 27 października 1881 roku

Maria Baszkircew.
Co za szczęście! Opuściłam tę okropną Sewillę!
Tym bardziej mówię „okropną”, że od wczoraj wieczór jestem w Grenadzie; że od samego rana ganiamy; że widziałam już nieuniknioną katedrę, Generalife i cygańskie groty. Jestem rozentuzjazmowana. W Biarritz i w Sewilli miałam skrzydła podcięte, wszystko wydawało mi się skończone, zgasłe. Trzy godziny spędzone w Kordobie dały mi wrażenie miasta artystycznego, to znaczy, że mogłabym tu pracować z prawdziwym zapałem. Co do Grenady, ta jest tylko bieda, że nie można zostać tu na sześć miesięcy czy na rok. Nie wiadomo, w którą biec stronę, tyle jest do roboty. Ulice, sylwetki, widoki!
Zdecydowało się na pejzaż, wówczas zjawiają się te dziwaczne zaciekawiające typy o olśniewającym, tak harmonijnie ciepłym kolorycie.
Ale najciekawsze z tego, co widziałam w Grenadzie, to katorga, więzienie, w którym pracują skazańcy. Nie wiem, skąd przyszedł mi ten pomysł; zapewne, nie żałuję tego, chociaż wychodzi się stamtąd z uciskiem w skroniach, tak jak po walce byków. Komendant więzienia natychmiast przystał na żądanie szlachetnych cudzoziemek i pozwolono nam zwiedzić wszystko. Jeden z dozorców szedł przodem, my eskortowane byłyśmy przez sześciu porządkowych, wybranych spośród najlepiej sprawujących się kryminalistów, uzbrojonych w kije i przydzielonych, do służby porządkowej. Nie potrafiłabym opisać wrażenia, jakie wywierało to stado mężczyzn, ustawiających się z szybkością, podobną do strachu, odsłaniających głowy przed galonami i kijami dozorców. Według tego, co mi powiedział przewodnik, biją ich.
Więźniowie z Grenady. Rycina z 1873 roku.
Rozbrojeni, zamknięci, zmuszeni do pracy jak dzieci, ci ludzie, zamiast budzić we mnie myśli o zbrodniach i czynach karygodnych, które ich tu zgromadzały, wzbudzali we mnie tylko litość. Powiedziałabym więcej, to prawie jakby rozczulenie, jak dziwne rozrzewnienie, które odczuwa się wobec tej zgrai nędzników, którzy kłaniają się tak pokornie, którzy zdają się pracować z taką gorliwością i pokazują nam swe zeszyty, z których uczą się czytać, a wszystko to w sposób lękliwy, dziecinny.
Tak, biją ich, to się widzi; robią wrażenie tych biednych psów ulicznych, które z taką rezygnacją kładą się, by przyjąć razy.
Ale co za głowy! Bardzo chciałabym zrobić obraz tam właśnie... Mam na to pozwolenie i jeżeli znajdę jakiś kąt i trzy czy cztery osoby... Na nieszczęście, ciągnie mnie do zbyt wielkiego obrazu...
Polecam wszystkim odbyć te posępne odwiedziny przed zobaczeniem siedziby kalifów, której ogrody są bez wątpienia filią raju.
Ach! jakżeż mam opisać tę gmatwaninę oleandrów, pomarańcz, najbogatszych i najwytworniejszych roślin; tę aleję cyprysów, te arabskie, porysowane mury, uwieńczone różami?... Te strumyczki między kwietnikami fiołków. Idźcie do więzień, potem do Generalife.
Jutro Alhambra i głowa jednego z więźniów, którego będę malowała.
Maria Baszkircew, Dziennik, tłum. Helena Duninówna, Czytelnik 1967, s. 581-582.

piątek, 11 maja 2012

Odcinek 324: Maria Baszkircew, 1876 rok

Z dziennika Marii Baszkircew

Czwartek, 11 maja 1876 roku
Maria Baszkircew.
Tak jak mówiłam we wtorek wieczorem, wyjechałyśmy wczoraj z ciotką o drugiej.
Wygląda to na niebywały dowód miłości mojej dla Pietra.
Ach tak, tym gorzej! Jeżeli myśli, że go kocham, jeżeli wierzy w podobne nieprawdopodobieństwo, jest po prostu głupi.
O drugiej stajemy w Rzymie; wskakuję do dorożki, ciotka za mną, portier hotelowy odbiera kwity bagażowe i oto... oto... jestem w Rzymie! Boże! Cóż za radość!
Bagaże nasze nadejdą dopiero jutro. Aby pójść przypatrzyć się powrotowi z wyścigów, musimy zadowolić się naszymi podróżnymi łaszkami. Zresztą jest mi bardzo do twarzy w szarym kostiumie i filcowym kapeluszu. Prowadzę ciotkę na Corso! (Jak to cudownie po Nicei znowu zobaczyć Corso!) Zasypuję ją tysiącem bzdurnych słów i objaśnień, bo zdaje mi się, że nic nie zauważa.
A oto Klub Łowiecki; mój widok wywołuje szmer - niedoszły mnich przez chwilę siedzi z otwartymi ustami, potem zrywa kapelusz i uśmiecha się szeroko.
Jedziemy do willi Borghese, gdzie odbywa się regionalny konkurs rolniczy.
Przebiegamy wystawę pieszo, podziwiając kwiaty i rośliny i spotykamy Zucchiniego. Jest jeszcze sporo osób.
Salomon Corrodi,
Rzym ze wzgórza Montemario,
1876 rok.
Wszyscy są bardzo zaskoczeni, widząc mnie w Rzymie po raz trzeci. Jestem tu bardzo znana.
Podchodzi do nas Simonetti; przedstawiam go pani Romanów i mówię mu, że znalazłam się tutaj dzięki cudownemu przypadkowi.
Daję znak Pietrowi, by się zbliżył; promienieje i patrzy na mnie wzrokiem świadczącym, że bierze wszystko za dobrą monetę.
Wiele śmiechu wywołał opowiadaniem o swym pobycie w klasztorze. Zgodził się — jak mówił — na pobyt czterodniowy, ale gdy się tam znalazł, zatrzymano go na siedemnaście dni.
—  Dlaczego pan kłamał? Czemu pan mówił, że był w Terracina?
—  Bo wstydziłem się wyznać prawdę.
—  Czy przyjaciele pana z klubu wiedzą o tym?
—  Tak. Z początku mówiłem im, że byłem w Terracina, potem wspomnieli coś o klasztorze, tak że w końcu opowiedziałem im wszystko. Śmiałem się i ja, i oni wszyscy. Torlonia był wściekły.
—  Dlaczego?
—  Dlatego, że nie opowiedziałem mu wszystkiego od razu, że nie miałem do niego zaufania.
Potem opowiadał, jak chcąc przypodobać się ojcu, upuścił niby przypadkiem różaniec, udając, że stale nosi go w kieszeni. Zasypałam go drwinami i impertynencjami, na które, słowo daję, odpowiadał znakomicie.
Maria Baszkircew, Dziennik, tłum. Helena Duninówna, Czytelnik 1967, s. 125-126.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Odcinek 286: Maria Baszkircew, 1876 rok

Z dziennika Marii Baszkircew

3 kwietnia 1876 roku
Mamy wiosnę; mówią, że wszystkie kobiety pięknieją o tej porze roku; to prawda, jeśli sądzić po mnie... Cera staje się delikatniejsza, oczy bardziej błyszczące, rumieńce żywsze.
Jest 3 kwietnia, jeszcze dwa tygodnie pobytu w Rzymie.
Jakie to dziwne: póki nosiłam kapelusz filcowy, mieliśmy zimę; wczoraj włożyłam słomkowy i od razu mamy wiosnę. Często suknia albo kapelusz wywołują taki efekt; tak samo jak często jedno słowo lub gest powodują spełnienie się czegoś, na co zanosiło się od dawna, ale co zdawało się jeszcze nie dojrzałe, a potrzebowało tylko lekkiego bodźca.
Maria Baszkircew (1858-1884),
rosyjska malarka i rzeźbiarka.

Modele kapeluszy z 1873 roku, żurnal Revue de la Mode, numer 90.


Maria Baszkircew, Dziennik, tłum. Helena Duninówna, Czytelnik 1967, s. 107.