Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baranowska Małgorzata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baranowska Małgorzata. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 września 2014

Odcinek 1168: Małgorzata Baranowska, 1991 rok

Z dziennika Małgorzaty Baranowskiej

21 września 1991 roku
Jan Józef Lipski.
Coś nie tyle z dziejów poezji, co z historii krytyka poezji. W roku 1982 wódka była sprzedawana na kartki. Akurat sprowadziłam się na Wolę. Już drugiego dnia ktoś, widocznie przepłoszony, usiłował mi ukraść akumulator i zepsuł coś przy okazji. Kiedy stałam bezradnie nad małym fiatem, pojawiło się dwóch reflektantów na kartki wódczane. Oczywiście nic za darmo. Chcieli pomóc.
Zaczęli mnie przy okazji przepytywać, a to skąd się sprowadziłam, a to gdzie pracuję. Tu trochę kręciłam. Bo czy poważnie brzmi na wolskim podwórku - Instytut Badań Literackich? Ale wreszcie się przyznałam. I wtedy postawniejszy z mężczyzn wybuchnął fajerwerkiem uczuć. - „Tam pracuje pan Lipski! - wykrzyknął. - Siedzieliśmy w jednej celi. Nie było równiejszego faceta. Mówił nam taką rzecz o pijaństwie” - i zaczął recytować, jak myślałam Tuwima, a jak się później wywiedziałam, monolog Lipskiego: Historię alkoholizmu dziejowego.
Zostałam natychmiast zawieziona do warsztatu zaprzyjaźnionego z drugim z panów, i zobowiązana do zgłaszania się po pomoc w razie potrzeby.
To było do niego bardzo podobne. Porozumieć się w więzieniu za pomocą monologu satyrycznego.
Małgorzata Baranowska, Prywatna historia poezji, Wydawnictwo Sic! 1999, s. 62-63.

czwartek, 19 czerwca 2014

Odcinek 1084: Małgorzata Baranowska, 1989 rok

Z dziennika Małgorzaty Baranowskiej

19 czerwca 1989 roku
Witkacy.
Coś niesłychanego. Sprowadzono do Zakopanego Witkacego. Odkopano go, odprawiono tu mszę (nad samobójcą?), pochowano.
Mszę, jak się okazało, może bardzo słusznie odprawiono, bo guziki, zęby itd. są podobno jakiegoś Poleszuka. który bezwolnie, w wiele lat po śmierci, opuścił Polesie i znalazł się tutaj. A tam Witkacy śmieje się w kostny kułak. To bardzo w jego stylu.
Mamy, poparty wieloma pieczątkami, niechlujstwem, zbrodniczym lekceważeniem, skandal stulecia. Trzeba się tylko zastanowić, czy trzeba było rujnować tamten cmentarzyk dla pompy? Nawet choćby to była pompa funebris.

Małgorzata Baranowska, Prywatna historia poezji, Wydawnictwo Sic! 1999, s. 29.

niedziela, 5 stycznia 2014

Odcinek 919: Małgorzata Baranowska, 1981 rok

Z dziennika Małgorzaty Baranowskiej

5 stycznia 1981 roku
Aniołek z katedry w Amiens.
Anioły były jeszcze bardziej takie same. Przez to ogólne dobre samopoczucie. Zawsze im tego zazdrościłam, od dzieciństwa do niedawna. Żeby choć raz być taką zadowoloną z siebie, jak one. Aż w Amiens — to tam, gdzie zmarł 24 marca 1905 roku Jules Verne — w ogromnej, przytłaczającej katedrze z XIII wieku, której figur, figurek i malunków, witraży i wszystkiego nie zwiedziłoby się nigdy, bo życia by nie stało. Zresztą i budowana była dość długo — tam uniósłszy oczy na nagrobek już mocno późniejszy, bo barokowy, zobaczyłam tak nieszczęśliwego anioła, że płakać się chce. Bardzo młody. Aniołek dziecko prawym łokietkiem wsparty na czaszce, lewą dłonią na klepsydrze. Prawą piąstką podpiera się i płacze, że aż się wydaje, że z marmurowych loków, skrzydełek i stóp wiszących nad naszymi głowami pocieknie zaraz potok łez. Siedzi na. tkaninie, która też oddziela trochę jego członeczki od czaszki i klepsydry — wszystko z jasnego marmuru, tkanina, czaszka, klepsydra, anioł — ale nic nie oddziela go od zmartwienia, rozpaczy. Właściwie nie powinien się tak martwić, dusza jego protektora, tego, którego rodzina, lub on sam, zapłaciła za ucieleśnienie anioła w marmurze, pewnie już się przechadza po łąkach niebieskich, a on sam, anioł, czy to w postaci pięknie obrobionego kawałka marmuru, czy bez ciała, jest przecież nieśmiertelny. Klepsydra anioła nie dotyczy.

Umarły Chrystus podtrzymywany przez anioła
mal. Antonello da Messina.
Toteż tak trudno zrozumieć ten ustęp, w którym Bóg w jakiejś połowie wieczności zwalił zbuntowane anioły. Upadłszy ze znacznej wysokości stały się diabłami, szatanami, duchami upadłymi. Dowiedziałam się o tym późno, kiedy już wiedziałam, że istnieje dusza i duch. Ale kiedy to wszystko mogło się dziać, nie wiem, w jakimś czasie wiecznym. Czy tam się dzieje wszystko, czy wręcz przeciwnie,  nic,  skoro  ciężko  jednak  nieskończoność podzielić?
Faktem jest, że mnóstwo ludzi lubi, kocha, szanuje tego właśnie zapłakanego grubaska ze skrzydłami, a nie dba tak bardzo o inne.
Może to tylko bardzo młode anioły płaczą. W Prado na obrazie Antonella da Messiny Umarły Chrystus podtrzymywany przez anioła, nieco starszy, jakby, ale bardzo niewiele, od tego w Amiens, całkiem rudy, podtrzymuje Chrystusa za ramię, całym drobnym ciałkiem z kolorowym skrzydłem wspiera umęczone plecy. Płacze, łzy ciekną mu po twarzy, oczy ma czarne z rozpaczy. Za Ich plecami rozpościera się arkadyjski, ale i miejski w oddali pejzaż. Kawałek zrujnowanego muru, na nim krzak stanowi ramę z prawej. Z lewej tylko Ich łokcie, skrzydło, z białą wewnętrzna stroną, kraj szaty błękitny, Chrystusa.
Kolor aniołka różowy, ciało Chrystusa już zmienione, usta sine, skóra żółtawa, oczy zamknięte. Anioł zanosi się od płaczu, starając się jednocześnie nie urazić jakby i nie upuścić ciała mężczyzny. Sukienka miedzianego koloru opadła aniołowi z jednego ramienia. Tak wszystko trwa, ten płacz i te uschłe drzewa bliżej i te cudownie zielone dalej. Antonello da Messina żył 1430 (25?)—1479, między tymi datami musiał to ujrzeć, przeżyć, namalować. Ja zobaczyłam ten obraz dopiero 19 grudnia 1979 roku i kilka kolejnych dni widywałam go, nic się nie zmieniało, anioł płakał strasznie.
Cyt. za: Maski, wybór, opracowanie i redakcja Maria Janion i Stanisław Rosiek, t. 2, Wydawnictwo Morskie 1986, s. 291-292.