Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bécu Salomea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bécu Salomea. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Odcinek 1074: Salomea Bécu, 1827 rok

List Salomei Bécu, matki Juliusza Słowackiego, do Antoniego Edwarda Odyńca

Raniuteńko, d. 9 czerwca 1827 r., Krzemieniec.
Kocz.
Wstałam rano, aby Panu o interesach jeszcze napisać, bo w gawędę zapuszczać się niebezpiecznie, a choćbym i chciała, to nie wiem, od czego by zacząć i jak to wszystko umieścić, uaranżować, jak i nie wiem, czy kiedy przyjdę do porządku. Gdyby jeszcze Pan tu znał osoby, z którymi żyję, to by mi łatwiej było, ale jak to Panu dać poznać tłum ludzi nowych dla niego. Ale jakoś to będzie i w tym to tylko źle, że i Pan bez żadnych powodów przerwał swój dziennik. Nic mi nawet Pan nie wspomina o chorobie swego sąsiada Ordyńca, a ja tu słyszałam, że ciężko chorował. Niech się mu Pan ode mnie kłania, niech się kłania Gosławskiemu i Chlebowskiemu, a temu ostatniemu niech jeszcze raz za piękny kocz podziękuje; piękny, wygodny, byłabym z niego bardzo kontenta, żeby był lekki, ale ciężki okrutnie, tak że parą końmi jeździć nie można. Teofil pisał znowu do niego o kocz, a ja was proszę, abyście nie kupowali nowego, drogiego, ale się starali, czy nie będzie kto potrzebował zbyć kocz już trochę używany, byle nie staroświecki i dobry, a nade wszystko, żeby jak najtańszy, bo Teofil groszów ma mało i tych szanować nie umie, o przyszłości nie myśli. My się z mamą troskamy nimi, a im tylko fiu, fiu w głowach. [...] 
Za trzy tygodnie Julek przyjedzie, wtenczas będzie mi tu bardzo dobrze, bo i teraz by było miło, tylko najwięcej po Julku tęsknię. Lubią mię tu wszyscy, a nawet obcy spoglądają na mnie uprzejmie, słowem, że mi tu teraz lepiej, jak bywało w Wilnie, ale wiele rzeczy dobrych i miłych, co było w Wilnie, to tu nie ma; żeby zdrowie, to by może i rozsądku znalazło się więcej na poskromienie dziwactw, które sama spostrzegam, które Pana dziwią, a mamę martwią. Tatko jeden zaślepiony we mnie, wszystko tylko dobre upatruje, pieści mnie. O! wszyscy mnie tu pieszczą, a ja to bardzo lubię. Obsyłają mnie różnymi przysmakami, cudnymi bukietami, jeszcze raz powtarzam Panu, że mi tu bardzo dobrze, ale mogłoby być lepiej. Mama moja ma przysłowie takie: „Każdy ma swego D[iabła], co mu w kieszeni świszcze", a mój w głowie mi śwista, czyż nieprawda?
Krzemieniec.
Posyłam Panu sonet Julka, co napisał po powrocie z wakacji z Bołtupia, a z którym się krył długo przed nami. Znalazłam jego książeczkę, w którą swoje wiersze wpisuje, dużo ich tam jest i niektóre bardzo ładne, ale wszystkie w guście sonetu, to jest romansowe strasznie. Jedne pod tytułem Nowy Rok bardzo niepospolite, wiele także urywkowych myśli: Do księżyca dobre także; chciałam sobie poprzepisywać niektóre, ale gałgan schował tak książeczkę, żem jej drugi raz znaleźć nie mogła, a dać jej żadną miarą nie chciał. Posyłam wierszyki do sztambucha Ludwisia napisane, chciałabym w tym rodzaju napisać komuś, ale Pan nie będzie wiedział komu, bo ja sama nie wiem komu. Strasznie mi się chce bredzić, szkoda, że tu Pana nie ma.
Śliczny Krzemieniec, warto go widzieć, ale w lecie, bo w zimie wiele traci; księżyc tu prześlicznie świeci, spacery po górach przy świetle księżyca czarujące, zachwycające, ale z doświadczenia nie wiem tego, bo z dziećmi nie chodziłam, z Julkiem będę chodzić. Powiedziałam, że na Górze Zamkowej nie będę bez Pana, ale jeżeli będę zdrowa, a Julek zechce, to może i nie dotrzymam postanowienia.
Boże, mój Boże, jak by to być mogło dobrze, a nie jest i wątpię, aby kiedy było, niestety, niestety, niestety!!!
Żegnam Pana. Mama Panu każe pięknie się kłaniać i każe mi różę smażyć, którą obiera przy mnie ł której listek posyłam Panu. Niech go Pan zje jak konfiturę smażoną przeze mnie, ale niech je z kawałkiem cukru, bo inaczej nie wiem, czy iluzja się uda. Śmieją się ze mnie, bo widzą, co robię, i mówię, co piszę, uważają mnie tu za dziecię dobre, ale popsute, zdziwaczałe, litują się i kochają, więc wszystkie wszystkich przychylności politowaniu winnam, to jest prawda niezaprzeczona. Niechże się Pan nie przestanie litować nigdy i częste i długie listy pisze.
Adieu, mon Prince, ne verrons nous [sic!] et quand? [Żegnaj, mój  książę, czy się zobaczymy, i kiedy?]

Smażenie konfitur według szkicu Alfreda Wierusza Kowalskiego.
W kręgu bliskich poety. Listy rodziny Juliusza Słowackiego, red. Stanisław Makowski, Zbigniew Sudolski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 255-258.

sobota, 26 października 2013

Odcinek 848: Salomea Bécu, 1827 rok

List Salomei Bécu do Antoniego Edwarda Odyńca

Rano d. 26 paźdz. 1827 r., Krzemieniec
Salomea Bécu.
Wczoraj wieczór oznajmiono mi o odchodzącej dziś okazji do Warszawy. Wielką mi to sprawiło radość, bo właśnie bardzo mi się chciało odpisać Panu na jego list w tych dniach odebrany [...] Od Nowego Roku znowu myślę numerować moje listy i Pan niech też trwa w postanowieniu pisania co dnia trochę. Ja bym Panu  chętnie  dziennik  nowy  pisała,   ale  cóż,  kiedy  nie  mam o czym pisać, bo wielka  jednostajność w  moim teraźniejszym życiu, tak że opisanie jednego dnia daje wyobrażenie o wszystkich.  Małe  miasteczko,  żadnych  zabaw  publicznych  ani  nawet prywatnych, wszyscy cicho w domu siedzą i gospodarstwa lub posad pilnują. Ja, co nie bardzo zdrowa, mniej jeszcze wychodzę z   domu   i   nowych  znajomości  nie   zawieram;   dawni   znajomi odwiedzają mnie po trochu, ale muszę wyznać Panu, że mi zupełnie brakuje na gawędzie miłej, takiej, jaką lubię, w której zasmakowałam w Wilnie. Niestety! nikogo tu nie mam z lepiej znajomych, co  by  czytał,  a  jeszcze romanse,  nie  mam  z kim czytać Lamartina, Byrona i ja też ich teraz mniej  czytam, bo się boję sama siebie, ale jak Julek powróci, jeżeli jeszcze osiędę z nim na wsi, o! wtenczas to co innego. Boję się jednakże tego wyobrażenia, że osiędę na wsi, bo Julek, co teraz jest bardzo za wsią, pewna jestem, że się nią prędko nasyci i mnie samą zostawi, a sam na włóczęgę wybierze się i cóż ja będę na wsi robić bez Julka? Gospodarstwo mnie zamęczy, wolałabym z Julkiem pojechać do Warszawy, ale idzie o to, czy tam Julek ma co robić i czyby mógł jaką karierę zrobić itd. Ach, żeby mi kto na to odpowiedział, żeby mnie na coś pewnego zdecydował, jak bym mu wdzięczna była! 
Adaptacja filmowa Ostatniego Mohikanina.
Wszystkie nowiny warszawskie  interesują mnie  i nieskończenie  za  nie wdzięczna  Panu jestem,  a  szczególniej za nowości literackie, wszak ja tu nic nowych romansów nie czytałam. Biblioteka licealna ich nie ma, a z Glücksbergiem Leonem, co tu jest, nie mogę się jakoś zapoznać dobrze. Mało on gdzie bywa, u nas był ze dwa razy tylko. Miewam ja wprawdzie z jego księgarni książki niektóre, ale wybór ich nie tak mi łatwo idzie, jak gdybym wprost z nim komunikować się mogła i dowiedzieć się o wszystkim, co ma nowego. Jaka szkoda dla mnie, że  Emanuel nie  jest w Krzemieńcu, od niego  i  książki nowe bym miała, i relację o nich, bo on lubi czytać i mówić o tym, co czytał, a ja takich bardzo lubię. Jeszcze Pan nie czytał Pilota [powieść J. F. Coopera], a ja na rozwiązanie zagadki od Pana czekam. Niech Pan przeczyta Le Dernier des Mohicans [Ostatniego Mohikanina], bo to zupełnie w nowym rodzaju romans i nie wątpię, że się Panu spodoba. Julek nim zachwycony i mnie się także podobał, ale podług mnie L'Espion [Szpieg] jest najbardziej interesujący z romansów Coopera. Izory Pana z niecierpliwością oczekuję, jeżeli będzie wystawiona w teatrze, to płakać będę, że na pierwszej reprezentacji nie będę i nie będę widzieć Pana i dzielić jego uczuć wtenczas. Już też w tym względzie nikt by Pana uczuć lepiej ode mnie dzielić nie potrafił. Musi mi to Pan sam przyznać, bo ja pewna jestem, żebym nawet mocniej czuła wszystko jak Pan; drżałabym, płakała nawet z ukontentowania. Książeczki Tańskiej przywłaszczyłam sobie, ponieważ dziełka  tego nie znam; jeżeli Tańska dając te książeczki Panu myślała o mnie, to bym była szczęśliwa nad wyraz wszelki. Żal mi jej będzie, jeżeli wyjdzie za bardzo młodego, ale ona powinna dobry wybór zrobić, wszak ma tyle rozsądku, tylko że to nie zawsze w takich wyborach rozsądek przewodniczy.[...] 
W kręgu bliskich poety. Listy rodziny Juliusza Słowackiego, red. Stanisław Makowski, Zbigniew Sudolski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 270-272.