Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzejewski Jerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzejewski Jerzy. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2014

Odcinek 936: Jerzy Andrzejewski, 1981 rok

Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

22 stycznia 1981 roku

Mal. Paul Cezanne, Sen poety,
albo Pocałunek muzy.
Zawsze popadam w zakłopotanie, gdy ludzie (przeważnie młodzi) przysyłają mi swoje wiersze z prośbą o ocenę. Prozy także w podobnych przypadkach oceniać nie lubię, lecz jeśli się zmuszę do przeczytania nadesłanego tekstu, może mi się on subiektywnie nie podobać, potrafię mimo to osądzić, czy jest coś wart, czy nic. Po prostu, jak sądzę, na prozie się znam, nie mogę sobie natomiast przyznać podobnej cnoty w stosunku do utworów poetyckich. Zapewne, potrafię i w tej artystycznej sferze rozpoznać grafomanię, lecz gdy rzecz coś warta - udzielać początkującym rad, wskazówek, sugerować, gdzie słabości i na czym polegają, a jaki charakter zalet, nie, tego zupełnie, nawet przy najlepszej woli, nie potrafię. Mogę na palcach jednej ręki policzyć poetów, których lubię czytać i rzeczywiście czytuję z wewnętrzną korzyścią dla własnych doświadczeń myślowych i artystycznych. I to wszystko.
A tak najrozsądniej, to w ogóle nie pouczać i rad nie udzielać, nawet tym najmłodszym i początkującym, i choćby się pouczeń domagali. Nie dowierzam, aby w zakresie sztuki można było własne doświadczenia przekazać komuś drugiemu. Wszelkie w tej mierze doświadczenia zbiera się w samotności. A poszukiwania owych doświadczeń również mają charakter poszukiwań samotnych.
Jerzy Andrzejewski, Gra z cieniem, Czytelnik 1987, s. 22.

poniedziałek, 6 maja 2013

Odcinek 684: Jerzy Andrzejewski, 1977 rok


Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

6 maja 1977 roku, piątek
Dopiero 6 maja i już zaczynają kwitnąć bzy. Prawie całe przedpołudnie w zoo. Lecz w przeciwieństwie do wielu dawniej­szych odwiedzin mało powabne wydały mi się te rozległe tereny, kwietniki, owszem, bardzo gustowne, natomiast zwierzęta spra­wiały wrażenie zmęczonych i pojęcia nie mam, czy tylko upałem. U tygrysów i lampartów wciąż żadnych zmian. To niewiarygodne barbarzyństwo, żeby we współczesnym zoo trzymać te wspaniałe zwierzęta w ciasnych i nagich klatkach. Nieomal wstyd za ludzi, którzy stoją przed tymi okratowanymi klatkami, obserwując za­ciekawionymi oczami więźniów. Wydaje się, że jeśli dyrekcję warszawskiego zoo nie stać na wygospodarowanie dla tygrysów oraz lampartów odpowiednich terenów, takich na przykład, z ja­kich korzystają lwy, należałoby raczej z hodowania tych zwierząt zrezygnować. Stan obecny jest nie do przyjęcia.

Jerzy Andrzejewski, Z dnia na dzień. Dziennik literacki 1972-1979, t. 2, Czytelnik, s. 169.

środa, 11 lipca 2012

Odcinek 385: Jerzy Andrzejewski, 1981 rok

Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

11 lipca 1981 roku
Dom Pracy Twórczej w Oborach.
Wczoraj w Warszawie, dzisiaj już normalnie, jak na ten czas spędzany w Oborach. Wczesne poranki wciąż zachwycają młodym słońcem i powietrzem jeszcze rześkim, natomiast dnie już upalne. Sporo pracy, też i sporo przesiadywania w cieniu, rozmowy, trochę, a nawet nieco mniej aniżeli trochę, a nawet nieco mniej aniżeli trochę czytania, posiłki o porach niezmiennych, myślenie o zatroskaniach natury osobistej, a też i tych, których wymiary rozleglejsze. Telewizja, wczesną wieczorną porą kończenie dnia. Sen, jak na mnie, uwzględniając złe w tym względzie nawyki, wyraźnie dobry.
Roztropnie uregulowany tryb życia udziela wiele pokrzepiającego spokoju, lecz też i nie jest wolny od pewnej dozy smutku. Ale przecież w ciągu dnia śmieję się dość dużo i rzeczywiście szczerze, choć z tego wcale nie wynika, że w takich momentach jestem naprawdę wesoły. 
Jerzy Andrzejewski, Gra z cieniem, Czytelnik 1987, s. 267.

środa, 18 kwietnia 2012

Odcinek 301: Jerzy Andrzejewski, 1981 rok

Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

18 kwietnia 1981 roku - Wielka Środa
W Telewizyjnym Dzienniku jedna scenka, którą mógłby wy­myślić Mrożek, lecz, niestety, wymyśliło ją życie: krótka rozmo­wa reportera z ośmio-, dziewięcioletnimi brzdącami o ich udziale w kolejkach do sklepów spożywczych i mięsnych oraz co myślą o zachowaniu się dorosłych. Dzieciaki odpowiadały chętnie, rezo­lutnie i rzeczowo. Owszem, więcej czasu spędzają w kolejkach aniżeli na zabawach. Nieraz „pilnują  miejsca w trzech kolej­kach. Nie wydają się tą swoją działalnością ani zdziwione, ani z niej niezadowolone. Uważają to za rzecz całkiem naturalną. Do­rośli? Mają na ten temat zdanie zdecydowane. Dorośli zachowują się w kolejkach źle, kłócą się i dają dzieciom niedobry przykład. A jedna dziewczynka stwierdziła, że tabliczka czekolady ma 24 kwadraciki i gdyby zjadała jeden kwadracik dziennie, toby i na wszystkie dni miesiąca nie starczyło. 
Jerzy Andrzejewski, Gra z cieniem, Czytelnik 1987, s. 212.

czwartek, 5 stycznia 2012

Odcinek 197: Jerzy Andrzejewski, 1981 rok

Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

5 stycznia 1981 roku
Zofia Nałkowska.
Dopiero wczoraj skończyłem lekturę III tomu „Dzienników Zofii Nałkowskiej, w Oborach nie przeczytałem ani jednej stronicy. III tom obejmuje lata 1918-1929 i o tyle wydaje się bogatszy od tomów wydanych uprzednio, iż Nałkowska odnotowuje w tym okresie nie tylko więcej uwag poświęconych wydarzeniom politycznym, lecz i samą siebie przedstawia w wielu fragmentach w sposób zaskakujący nawet tych, którzy ją wprawdzie znali, przecież zawsze w roli reprezentacyjnej, rozważnie, choć niekiedy aż do przesady wykreowanej.
Spędziłem przed wieloma laty cały miesiąc w towarzystwie Nałkowskiej, uczestniczyłem bowiem w delegacji polskich pisarzy odwiedzających po raz pierwszy po wojnie Czechosłowację. Z uczestniczących w owej delegacji pozostałem przy życiu tylko ja jeden, nie ma Nałkowskiej, nie żyją od lat już dość wielu: Wiktor, Gojawiczyńska oraz Przyboś. Chyba najlepiej z nich wszystkich zapamiętałem Nałkowską. Skończyła już lat sześćdziesiąt, lecz mimo męczącej podróży oraz nie kończących się uroczystych powitań i bankietów zawsze była w pełnej gali, ożywiona, dowcipna, w każdym momencie gotowa podtrzymać kulejący dialog, wygłaszająca swoje świetne kwestie, jakby je już zawczasu przygotowała. Tak bardzo zarówno pod względem fizycznym, jak również intelektualnym wypełniała sobą każdą sytuację, w której uczestniczyła, iż nie dawała sposobności do snucia domysłów, co się poza tą kreacją kryje. Nieszczęśliwa w miłości, chorowita, zagrożona głuchotą, przygnieciona widmem starości, poszukująca w lustrach jej złowieszczych znaków? Nigdy mi to do głowy nie przyszło, choć przecież już wiedziałem coś niecoś o jej uczuciowych troskach.
Otóż w III tomie „Dzienników Nałkowska w rozlicznych fragmentach utrwala siebie w takim właśnie zapisie zaprzeczającym obiegowym o autorce „Granicy opiniom. Długoletni i nieszczęśliwy związek z jednym z najbliższych ludzi Piłsudskiego, słynnym Jurem-Gorzechowskim, niegdyś głośnym z najśmielszych akcji bojowcem socjalistycznym, później już tylko żandarmem, działającym na kresach wschodnich, przede wszystkim w Grodnie, głośnym z brutalnego zwalczania opozycji, głównie komunistów oraz białoruskich patriotów; nieustanne przypadłości zdrowia, chroniczny brak pieniędzy, zagrożenie głuchotą i to udręczające obliczanie lat oraz nie mniej męczące pisarskie wątpliwości - oto Nałkowska, jakiej nie tylko nie znaliśmy, lecz jakiej się trudno było domyślić. Zresztą ta świetna Nałkowska raz po raz pojawia się i w tym III tomie „Dzienników. Skoro w formie zaliczki lub honorarium otrzymuje większe pieniądze, natychmiast sprawia sobie nowe toalety i z głębi samotnych rozterek i udręk - strojna w blask zmobilizowanej urody zjawia się na jakimś oficjalnym przyjęciu lub na raucie u prezydenta na Zamku, aby później zanotować, że wyglądała dobrze, czuła się świetnie i mówiono jej wiele komplementów. Jedyną z jej słabostek była łatwość snucia domysłów, iż każdy, kto szuka jej towarzystwa - musi się w niej kochać. Biedna Nałka! Śmieszna Nałka! Wspaniała Nałka!
Już parokrotnie wychwalałem przypisy pani Hanny Kirchner. Z największą przyjemnością czynię to raz jeszcze. Komentarze pani Kirchner czyta się z zainteresowaniem dorównującym temu, które towarzyszy lekturze tekstu głównego. Co za erudycja! Ile poświęconej pracy!

Jerzy Andrzejewski, Gra z cieniem, Czytelnik 1987, s. 170-171.

sobota, 9 lipca 2011

Odcinek 17: Jerzy Andrzejewski, 1981 rok

Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

9 lipca 1981 roku

Jerzy Andrzejewski
Lektura w „Kulturze" ładnego wspomnienia Agnieszki Osiec­kiej o Januszu Minkiewiczu przypomniała mi, że to właśnie z Min­kiewiczem i ze Stasiem Dygatem jedliśmy w restauracji Simona i Steckiego na Krakowskim Przedmieściu ostatni normalny obiad, bo chociaż wojna już się akurat zaczęła, było to w niedzie­lę 3 września - wojna w całej swej bliskiej i dalszej przyszłości je­szcze nie całkiem do naszej świadomości dotarła. Wtedy to, o ile pamięć mnie nie zawodzi, Minio powiedział dwuwierszyk: Po Berlinie sobie tuptam / Patrzę trup tu, patrzę trup tam... i o czło­wieku, którego trafiła bomba: ale się rozerwał!
Czarny humor, jak się teraz ten rodzaj określa? Jeśli ktoś ma ochotę, niech takiej nazwy używa, czemu nie? Ale blask podob­nego humoru tym silniejszy, im ciemniej dokoła. To jest humor przeciw śmierci, terrorowi i zagładzie. Odważny humor pokrze­piający w godzinach szczególnie trudnych.
Jerzy Andrzejewski, Gra z cieniem, Czytelnik 1987, s. 266-267.