Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żeromski Stefan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żeromski Stefan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 listopada 2017

Odcinek 2093: Stefan Żeromski, 1887 rok

Z dziennika Stefana Żeromskiego
16 listopada 1887 roku, środa
Wśród nędzy zeszłego tygodnia, w ciągu dni, kiedy obiad stanowi marzenie nie o potrzebie, nie o konieczności odżywienia się, pokrzepienia zanikających sił, lecz stanowi marzenie o używaniu, o zbytku, o przyjemności wielkiej — zapomniałem był o miłostce z Helenką, na schadzki nie chodziłem i unikałem spotkań. W poniedziałek zjadłem po dwu tygodniach głodu — obiad i spotkałem się z nią w zwykłym miejscu. Odtąd spotykamy się znowu. Wieczorem bywam u Wacława. Idę do niego o ósmej, on zaś wraca do domu dopiero o 10. Przez dwie godziny więc całujem się z Helenką. Spacery wszelkie z nią nudzą mię piekielnie. Czasami dałbym ostatnią dyskę, aby mi kto szepnął do ucha, co z nią zajmująco mówić dalej. Bawienie się rozmową, dowcipne rozmowy, ucinkowe dwuznaczniki dobre są na dwa wieczory — później nudzą piekielnie. Rzecz inna zupełnie, gdy się siedzi z taką śliczną facetką na maleńkiej kanapce, tak że nogi się stykają i depcą, gdy się całuje bez końca i miary, „maca”, pieści, ściska. I to zaczyna nudzić, gdy gaśnie nadzieja rozkoszy rajskich.
 Zakochani w parku Voyer d'Argenson w Asnières, mal. Vincent van Gogh, 1887 rok (źródło).

Wczoraj pokazywała mi listy swoich tzw. kochanków, tj. takich samych wiercipiętów jak ja. Czytasz listy studentów, junkrów, farmaceutów, subiektów. Poznać od razu, czego dany młodzian chciał. Ten błaga ją o schadzkę, tamten rymuje wyrazy ,,słońca promienie” z wyrazem ,,wiele” (chodziło o to, że kocha on ją ,,jak słońca promienie”). Student jakiś dużo mówi o zgrabności jej nóżek. Pisze zimno, dowcipnie, zgrabnie i namiętnie. Był w moim guście i podobały mi się jego listy. Podobają się i Helence, wszystkie bowiem inne podarła (na dowód, że mnie tylko kocha) — lecz tamten ukradkiem schowała. Dziś dała mi, Boże odpuść, straszny [!] promień swoich włosów... Co prawda — to włosy ma prześliczne: blond, jasne jak rzeczny piasek, puszyste z połyskiem popielatym, a że na moją prośbę czesze je inaczej — jest młodszą o jakie dwa lata. Dziś widać, że ma dziewiętnasty rok. W zamian ja — dałem jej (—ohe!—) Cierpienia młodego Wertera.... Oj, baranie! [...]

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 2, Czytelnik 1954, s. 489.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Odcinek 2052: Stefan Żeromski, 1890 rok

Z dziennika Stefana Żeromskiego

17 kwietnia 1890 roku (czwartek)
Prawdziwa zaczęła się wiosna. Ciepło, gorąco... Roje os brzęczą za otwartym oknem, wróble świegocą, jakaś oszalała z radości mucha wbiega z brzęczeniem do pokoju i wylatuje z powrotem na słońce. Jaki niesłychanie ciepły i łagodny wiatr porusza, niby melodia struny — suche jeszcze pręty topoli!...
W ogromnej głębi ogrodu na brązowym tle drzew rozlała się żółtozielona piana rozpuszczających się listków, przez drzewa przegląda murawa ciemnozielona, na rabatach kwiatowych powyrastały nagle ogromne liście nieznanych mi roślin. Za ogrodem na dalekiej przestrzeni widać zielone od ozimin wzgórze, objęte pasem granatowego lasu. Na jego skraju z aż czarnej głębi gęstwiny wysuwa się szereg świerków pojedynczo, jeden za drugim stojących. Na wprost nich zachodzi słońce w wielmożnym płomieniu zorzy. Wydaje się, że to z głębin leśnych wyszedł szereg kapłanów lasu w kapach lasowych i oddając pokłon zachodzącemu, mówi: „Święty, święty, mocny a nieśmiertelny!” Tuż pod oknem na żółtym, suchym piasku przechadza się pliszka usiłując ukraść kawałek bułki pozostawiony przez Adasia. Zapewne niemożność ukradzenia sprawia jej boleść, choć to ładnie wygląda...
 
Claude Monet, Wiosna, 1890 rok.
Dostałem dziś od Natuchny bukiet fiołków. Była tutaj pieszo. Jestem chory, nie mogłem jej odprowadzić, nie będę widział prędko. Może jedyna i ostatnia pamiątka od niej, która ma w mym sercu miejsce poczestne [!]. Nie wiem, czy mię nawet lubi. Śmiech, sam śmiech!

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 442–443.

czwartek, 5 marca 2015

Odcinek 2015: Stefan Żeromski, 1889 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

5 marca 1889 roku (ostatni wtorek [karnawału])
Nie pogniewałbym się, gdyby on był ostatnim w życiu... Co warto takie jak moje? Ta marna, bezowocna praca nauczycielska, z której za pół papierosa nie ma pożytku, to rozdymanie się niby do jakiejś pracy i kończenie na niczym, ta nicość wewnętrzna, niemożność nawet spełnienia występku, ten świat, na jaki się patrzy i w którym jak wsza żyje się, jak wsza się poruszając — a ogromność niespełnionych zadań, a wielkość celów, a konieczność natrętna, wewnętrzna, nieprzespana, niezagłuszona czegoś robienia na dobro, na szczęście, porywy cnotliwe, wiary egzaltacyjne — a nic!... O, jakąż nicością jest życie na tej ziemi —jakże wyrodnym jest pokolenie, do jakiego należę. [...]
A dziś np. czytałem z p. Janem Za chlebem Sienkiewicza. Skończywszy tę nowelę — taki wydał sąd:
— To złodziej chłop, panie, do Ameryki się jusze jechać zachciało! Panie, te nasze chłopy to okropne bydło.
Nic tego kiełbia nie zajmie, nawet Potop Sienkiewicza znajduje nudnym. A jest pewnym, że się ożeni bogato, otwarcie mówi, że choćby z najstarszą i najbrzydszą babą, byleby miała pieniądze. Jest ta cała rodzina po prostu zwyrodniałą: ani jednego żywszego uczucia, ani jednego szlachetnego popędu w żadnym z dzieci. Panu Janowi sprawia największą satysfakcją znęcanie się nad zwierzętami i ludźmi. Z niego będzie kiedyś duży łajdak. Czerstwa dusza i ani jednej zasady uczciwej, ani pół szlachetnej myśli. Czyż zresztą może ona być tu, jeśli papa poucza tych osłów nieustannie takimi aforyzmami:
— Pozór to wszystko, to alfa i omega, to paszport w świat.
A poza tym światem nie ma nic a nic, oprócz jakichś fantasmagoryj, jakichś cieniów, o jakich piszą „demokraci”, czego się zresztą nie czyta nigdy.


Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 317–318.

piątek, 7 listopada 2014

Odcinek 1188: Stefan Żeromski, 1888 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

7 listopada 1888 roku (środa)
Koniec.Wczoraj zjawił się u mnie młody dżent[e]lmen w angielskim haweloku, elew mój niegdyś — p. Zaborowski, z propozycją kondycji na wieś. Warunki: „około 25 rs.” miesięcznie, koń do jazdy, wszelkie tzw. „wygody”, pokój osobny, masa świeżego powietrza... Do nauki są. następujące istoty: [1.] panna szesnastoletnia (sic!), posiadająca język angielski, francuski i niemiecki i nie umiejąca zupełnie pisać po polsku. Obowiązek mój polega na nauczeniu jej umiejętności pisania i czytania po polsku, na wyłożeniu prawideł stylistycznych i zaznajomieniu z literaturą. 2. Młody dżent[e]lmen, który ukończył (?) cztery klasy gimnazjum realnego. Tego wdrożyć w czytanie rzeczy wartościowych, gdyż zajmuje go jedynie beletrystyka. Przyjąłem i w sobotę o godzinie 5 po połudn. jadę do owej Oleśnicy, gub. kielecka, powiat stopnicki.
Postanowienie to łamie cały szereg urządzeń, jakie już w Warszawie budować sobie zacząłem, wykoleja mię z wytkniętej drogi i zwraca na zupełnie inną, na diametralnie przeciwną. [...]
Cóż jednak począć? Żyć trzeba, a środków życia nie zdobywa się siłą woli. Trzeba jechać do Oleśnicy...
Żal mi Warszawy! Jej życie rozbudza się właśnie w tej chwili, gdy trzeba mi ją porzucić. Dzień 29 listopada zapowiada się świetnie, przygotowują się rozprawy, zaczynają już dyskusje i rozprawy, manifestują zapatrywania. Co dzień przybywa jakaś książka, jakaś proklamacja, jakiś ruch odrywa cię od rzeczy, nad którą pracujesz. Myśli obiegają koła szerokie z błyskawiczną szybkością, i to życie wre, kipi, szumi, aż odu­rza. A sztuka, a świeży Kurierek z powieścią Sienkiewicza [Ta trzecia], a wieczór sobotni, spędzony w swej cukierni nad świeżymi piśmidełkami...
Kościół Św. Krzyża w Warszawie.
Nasz pokój, wymalowany na kolor kanarkowy, ma okno wychodzące na ulicę. Po drugiej stronie ulicy stoi Szpital Dzieciątka Jezus, tuż przed oknami mamy teatr anatomiczny i kliniki. Ulica Zgoda ma niezliczoną ilość sklepów z trumnami, co dzień wychodząc na ulicę możesz spotkać się z dwoma fagasami, jacy niosą świeżą domowinkę do szpitala. Tłumy studentów wchodzą i wychodzą z drzwi naprzeciwko — z kliniki. A dalej widać nieskończoną ilość kamienic i wieże kościoła Świętego Krzyża. Za nie zachodzi słońce... Lubię siedzieć w oknie i patrzeć na te wieżyce wysmukłe, niby ręce wyciągające się z tego miasta ku niebu.
A swoboda nasza! Stara Józiowa, przynosząca nam samowar i poranny numer Kurierka — szkoda jej. Tyle zawsze nagada niepotrzebnych rzeczy na temat naszych butów, mrozu, samowara, cukru... Wieczorki koleżeńskie, gdy Skowron śpiewa cudowne piosenki, czasami knajpka u cioci Kowalewskiej, gdzie tłumy studentów zapijają się piwem i ślepy Antoś gra odwieczne walce...

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 218–220.

wtorek, 21 października 2014

Odcinek 1182: Stefan Żeromski, 1887 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

21 października 1887 roku, piątek
Trafiła mi się wczoraj dzięki Ch. korepetycja, nic więcej tylko na... Dobrej ulicy.
Aleksander Gierymski, Powiśle.
Poszedłem tedy. Odnalazłem wreszcie wskazany nr 39 i mieszkanie właściciela domu p. Klippela. Przeszedłem brudny przedpokój i wprowadzony zostałem przez pewnego rodzaju służącą do salonu. Tam spotkałem się oko w oko z panią domu. Tłustawa jejmość, lat pod 50, nie wiedziała, co zrobić ze swoją i moją osobą, wysłuchała więc mojej tyrady rekomendacyjnej, uśmiechnęła się mętnie, wreszcie pociągnęła mię za sobą do szykowniejszego jeszcze salonu. Pół pokoju zaścieła dywan, modne aksamitne meble, obrazy, fortepian Małeckiego za 1000 rs. zdobią go z wykwintną skromnością. Nie widać głupiego nagromadzenia świecideł i brązów, co przeważnie cechuje mieszkania zbogaconych Żydów. Jejmość podeszła do kanapy i zaczęła poruszać leżącą szarą masę, której nie dostrzegłem w mroku zalegającym pokój. Był to pan Klippel. Obudził się po długotrwałych i dość nietkliwych ekscytacjach żony i zjawił się przede mną. Niskie czoło, twarz brudna koloru rzepy, włosy matowo-żółte, ubrany jak handlarz wieprzków w Bodzentynie: kacabaja długa do kolan z sukna używanego przeważnie przez młynarzy, długie buty, zabłocone tak, jakby przechodził w bród Wisłę, tłuste, olbrzymie, wielkości małych poduszek łapy, ubrudzone w żółtej farbie, na palcu widzieć się daje szeroki, w kształcie herbowego sygneta [!] żelazny pierścień. Obudziwszy się zgłupiał przede wszystkim. Pociągał to jedną, to drugą ręką po twarzy, roztwierając jakby z przerażeniem małe, tłuszczem zaszłe oczka. Oddałem mu rekomendacyjny bilet p. P., wyłożyłem całą sprawę... Mruczał coś, klepał się po kolanie, uśmiechał głupkowato.
– Ii... owszem, ii... owszem – ahaa...
– Ile pan dobrodziej wymagać będzie godzin zajęcia?
– A – no... jednę, jednę jedyną, łaciny niby, no i z drugim tego, z realnej szkoły...
– Zawsze więc zejdzie z półtorej?
– A no – niby. Ileż by pan wymagał?
– Myślę, że 10 rs. nie będzie wiele.
– A! panie! Czasy okropne, bieda, panie!
– Dla mnie to środek utrzymania...
– Wiem ja, wiem – ale widzi pan, tego – czasy ciężkie, okropne. My byśmy tego – starali się wywdzięczyć... 8 rubelków...
– Panie łaskawy – z Widok na Dobrą.
– Tak to, wiem ja. Niech no ono pan chłopaków zobaczy. Przyjdą o 4.Umówiliśmy się, że przyjdę tam o godzinie 5, wybadam chłopców i zgodzę się. Poszedłem tymczasem do domu. O 4 wyszedłem od siebie, a o 5 byłem już na początku Dobrej. „Wybadałem” chłopców, tj. przekonałem się, że starszy w żaden sposób nie potrafi sformować „imperfectum” od ,,amo”, a młodszy kiepsko umie tabliczkę mnożenia. Tymczasem pan K. począł się obawiać, czy czasem gospodarz klasy nie zechce mieć pretensji, że wzięto korepetytora nie z jego porady... Stanęło na tym, że p. K. przyjdzie do mnie w niedzielę, aby się umówić i zgodzić. Pan K. jest zbogacającym się kaflarzem czy białoskórnikiem, sam zdobywa podstawy cywilizacji. Dzieci jego są już ucywilizowane, rosnąc pod jego bokiem są już delikatne; on składa grosz do grosza – one są już rozrzutne, on nie umie się znaleźć, rozmawiać bez kaflarskich manier, nabranych w czasie bibek w knajpce, w towarzystwie „panów rękodzielników” – dzieci są już dystyngowane, ugrzecznione, przyjemne w rozmowie. [...]Chciałbym dostać tę korepetycję nie tyle ze względu na 10 rs. miesięcznie, nie tyle dla przebywania w bród codziennie ulicy Browarnej, pod względem błotnistości nie ustępującej pierwszeństwa nawet Bagnu – ile ze względu na tych ciekawych ludzi. Zdobywacze pieniędzy, zamknięci w dwu kastach: robotniczej i arystokratycznej. Grube, zaciapane w gnoju buty – i aksamitne meble. Ciekawa rzecz, jak taki pan Klippel wygląda w świątecznych szatach. [...]

Stefan Żeromski, Dzienniki, Czytelnik 1954, s. 457–458.

niedziela, 2 lutego 2014

Odcinek 947: Stefan Żeromski, 1889 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

2 lutego 1889 roku (sobota)
Kto nie mieszkał na wsi zimą, nie może mieć pojęcia, co znaczy wicher dobijający się nocą do okien, i nie doznawał smutnych uczuć, kto w taką noc nie mógł zasnąć. A jednak nie niemiły jest ten huk wichru... Lubię wsłuchiwać się weń, wyczekiwać z radością, gdy się wznosi, wznosi bezmierny... Ogród i park otaczają topole wysokie, pozbawione teraz liści: długie ich gałęzie idą prostopadle ku niebu jak setki rąk kościotrupów, jak palce ukazujące wysokie niebo. Na tych to gałęziach, na tych do badyli suchych podobnych z daleka konarach gra najmelodyjniej wicher. Podobne one są do strun tytanicznego instrumentu. Pędzi z wielkich równin wiatr i na strunach tych rozbija się: spada na ziemię muzyka podobna do rozlewu olbrzymich wód, gdy zacicha — to znać wysiłek niby zdławienie tonów, gdy się wzmaga — to znać, że jest tam w nim mocy więcej niezmiernie. I nic nie ustaje to straszne largo, owszem, wzmaga się coraz potężniej, z topól uderza w sosny i tu gra całą potęgą niskich tonów organu. Z sosen skacze na ziemię, świszczę dysonansami po suchych zaroślach — aż, niby duch olbrzymi, zagląda w oświetlone okna mojego pokoju. Przez chwilę nasłuchuje, nasłuchuje wstrzymując oddech, a nie dosłyszawszy mych myśli — zagwiżdże we wszystkie piszczałki i uciekając maga kozły po zmarzłej ziemi i wielkimi skoki wdrapuje się na szczyty topól jak małpa, by znowu wyć bez końca. Czasami w zenicie huku słychać pojedynczy urwany odgłos, niby trzask donośny, niby szczeknięcie, niby skomlenie urwane, niby ostatni krzyk dziecka, które się zaniosło od płaczu, niby pęknięcie piersi, które wydały za mocny krzyk rozpaczy. Odgłos ten umiera pod nadchodzącymi bałwanami tonów nowych, mających siłę duszenia wszystkiego. Chwilami, zasypiając, wydaje mi się, że dokoła mnie, nade mną, pode mną, ze wszech stron wre woda, że jestem na małej wysepce otoczonej rozlewem pędzących wód... [...]
Zachód słońca zimą, mal. Józef Chełmoński, 1901 rok.

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 304.

piątek, 15 listopada 2013

Odcinek 868: Stefan Żeromski, 1888 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

15 listopada 1888 roku (czwartek)
Moja uczennica dziś choruje na gardło, lekcji więc nie ma. Ach, ta uczennica! Od
Łakotnisia, wg rys. Jana Konopackiego (źródło).
niemowlęctwa uczy ją po francusku, po niemiecku i po angielsku panna Gra[e]ss, nie umiejąca słowa po polsku. Panna Łucja przywykła myśleć po francusku przeważnie. Gdy mówi po polsku, tłomaczy sobie każde zdanie w myśli z francuskiego. Nie potrafi opowiedzieć najprostszego wypadku, gdyż plączą jej się wyrazy i brak słów. Czytanie po polsku męczy ją i nuży, gdyż musi zmieniać nieustannie, wskutek mych uwag, akcent, powtarzać wyrazy, zmieniać brzmienia nosowe na polskie on, om itd. W dyktandzie pisze np. ,,na łebie kognskiem znajdujon sień itd.” Biedne dziewczątko! Wstydzi ją to i żenuje. A literatura! Usiada poważnie na krześle, opiera o poręcze swe szczupłe ramiona i słucha, czas od czasu kiwając potakująco głową podczas mojego opowiadania o Dytmarze i Gallusie. Przy wyrazie „Kadłubek” — tłumi rozmaitymi sposobami szczery śmiech. Zaręczam, że z całego mojego wykładu pozostaje jej w pamięci to jedyne nazwisko, i to ze względu na jego. komiczność. Czasami ma niekłamaną chęć przerwania tej uroczystej lekcji i pójścia na spacer, po białym śniegu, między sosnami, gdzie spacerują poważnie dwie kury... Ja sam zaprowadziłbym ją tam, kazałbym jej dużo biegać, gimnastykować się, a niechajby się uczyła wtedy, gdy zechce.
Do usługi ma prostą dziewczynę wiejską, z którą rozmawia chętniej niż z panną Gra[e]ss. Dwa życia spotykają się tutaj i ścierają, dwa światy: ten, do którego ją sposobią — wytworny, dobrze wychowany, mówiący po francusku i po angielsku, zimny, monotonny, nudny, jednaki zawsze; i drugi — rubaszny, prosty, chichoczący z byle czego, trywialny. Wolałaby ten drugi, lecz lęka się kazań panny Gra[e]ss... [...]
Pan Jan skończył podobno coś w gimnazjum realnym, ale tak nic nie umie, że włosy stają na głowie. Ma lat 21, brudne zawsze ręce, długie buty, bekieszkę i harap. W jego pokoju wisi mnóstwo uzd, troków, dwie dubeltówki, siodła, rapi[e]ry, rewolwery, munsztuki, torby myśliwskie, jest dosyć kwiatów, jakiś album, rysunki świeżych maszyn, łby sarnie, wypchane jastrzębie i skóra wilka, jakiego zabił. Jest silny ogromnie, żylasty, śniady. Oczy ma bystre, ruchy sprężyste i giętkie. Jak go męczą piekielnie moje wykłady — opisać trudno. Myśli z pewnością, gdy ja mu twierdzę o opolu i urządzeniach społecznych, gdzie jutro jechać na polowanie. Trzyma ogromne stado psów — wyżłów, chartów, ogarów, kundlów, pudlów, pinczerów. Podoba mi się: szczery jest i z niego może być człowiek. Teraz .poluje całymi dniami ze szwagrem — panem B. [...]
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956,s. 224–225.


wtorek, 3 września 2013

Odcinek 795: Stefan Żeromski, 1888 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

3 września 1888 roku, poniedziałek, Chobrzany
Blisko tydzień jestem już tutaj, a pisać nie mogę. W środę przyjechał po mnie do Kurozwęk Ignacy, Wyjechaliśmy wieczorem o ósmej, a na dwunastą stanęli na Chobrzańskim podwórzu. Lokum mam wspólne z Ignasiem, nie mogę więc pisać wieczorem, bawię panny i ciotki — więc nie mogę pisać literalnie. Ogarnia mię nieraz taka żądza, taka namiętność pisania, że uciekam od ludzi i pisałbym na korze drzew, na liściach, na roli, na własnych koszulach. Patrzcie oto: okno z naszego narożnego pokoju otwarte — i widać stąd na mil trzy, cztery przestrzeń sandomierską...

Tablica pamiątkowa
w Chobrzanach.
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 162.

Za fotografię serdecznie dziękujemy Bazylowi

niedziela, 9 czerwca 2013

Odcinek 717: Stefan Żeromski, 1888 rok

Z dziennika Stefana Żeromskiego

Kielce, 9 czerwca 1888 roku
[...] Noc w wagonie zeszła mi bardzo przyjemnie. W Radomiu dogonił mię wschód słońca. Gdyby można mieć wtedy w ręku ołówek i pisać — walczyłoby się z niemocą słowa. Jak dziś powtórzyć pierwsze pojawienie się — równolegle niemal z powierzchnią ziemi idących — pierwszych promieni wychodzącego na świat słońca? Pani Helena, czytając te słowa, dziwiłaby się sentymentalizmowi i dzieciństwu, lecz ona nie doświadcza tej złości i bezsilnej męczarni ludzi, dla których nic nie ma na ziemi, prócz — piękna. Na białą rosę łąki zakradaj[ą] się jasne światełka. Cienie chowają się [za] źdźbła trawy, za krzaczki jałowcu, gdzie zmokłe trawy gną się ku ziemi pod ciężarem czarnych kropel. Potem cienie pełzają rowami, za kępami chwastów, za grupami małych olszyn i wielkich paproci — ku lasom pełnym mokrej, wilgotnej, nieprzejrzanej ciemności. Jakież by to było szczęście czekać w takim zaspanym lesie na pojawienie się bogów światła. Jak muszą przecudnie pachnieć ubielone rosą kłosy łanu żyta! Zdaje mi się, że tam mieszka zdrowie, jakie ze mnie ucieka. [...]
Piękną jest pani Helena. Gdy dziś siedziała, bokiem zwrócona do mnie, mogłem
Portret młodej kobiety,
mal. Jean-Baptiste Greuze (1725–1805).
podziwiać te rysy całej postaci, jakie do szaleństwa mogłyby doprowadzić Rubensa. Co jest w tej twarzy? To coś, co cię jak woń perfum uderza, gdy patrzysz na głowy kobiece Greuze’a: to nieskończona niemal, artystyczna piękność. Te oczy nie mają nazwy, ich nie można narysować — ach, ich nie można nawet muzyką opisać, je trzeba widzieć, gdy są cicho myślące. Chciałoby się podnieść te powieki delikatne, zajrzeć aż w głąb oczu i nakazać im: myślcie o mnie! [...] W twarzy tej jest najwyższa piękność kobieca — jest bowiem coś więcej niż muzyka, niż prawidłowość... Cóż w niej jest? Spytajcie mojego serca... Oto to jest w niej: zdolność przywoływania miłości. [...]
Gdyby zażądała życia za jeden uścisk — oddałbym je bez namysłu, bez żalu. Jakiż byłbym szczęśliwy — śmiałbym się z całego świata: oto ta najcudniejsza była moją! Tak się już nażyłem długo, tyle wycierpiałem: umrzeć z myślą, że umieram na ubóstwianym sercu...
Wieczorem chodziemy pod rękę przez ogród — pod Karczówkę. Czasami nic nie mówię, idę tylko i doznaję niezmiernej satysfakcji, myśląc o śmierci u nóg Heleny. Cóż mię obchodzi, że ona mnie nie kocha?! — wszak ja kocham ją bardziej niż pragnienie sławy...
Czasami spod czarnej sukni wysuwa się brzeżek bucika — wtedy myśli chodzą po elipsach marzeń; czasem na sekundę przytulę ją do piersi — wtedy jestem szczęśliwy; czasem ona uściśnie mi rękę lub pocałuje — wtedy dusza zamiera: i oto szczęście całego mojego życia. Jutro stąd jadę; nic, nikt i nigdzie nie oczekuje na mnie — prócz jednego niedostatku — czemuż Hela nie chce mi oddać całej siebie na ten jeden dzień? Nie wiem — zresztą nie do szczęścia się urodziłem... Łzy nawet nie chcą płynąć.
Wzgórze Karczówka pod Kielcami.

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 102–105.

środa, 17 kwietnia 2013

Odcinek 665: Stefan Żeromski, 1888 rok


Z dziennika Stefana Żeromskiego

17 kwietnia 1888 roku (wtorek)
W łóżku, mal. Henri de Toulouse-Lautrec, 1893 rok.
W niedzielę przez całą noc była u mnie Zosia. Spać z facetką w jednym łóżku – gorzej jest niż być konduktorem tramwaju... Jaki łotr siedzi we mnie, jaki łajdak! Na drugi dzień spotkałem się z Manią. Ta płacze, że wyjeżdżam. Chodziliśmy aż nad Wisłę, przysięgła pisywać często, dała fotografią... Zaczyna mi się nudzić, bo ona garnie się do mnie. Zresztą – palnąłbym sobie w łeb z ochotą za łotrostwa niedzielne.
Zosia została na naszym piętrze na dłużej. Obecnie kocha się w niej Łukasz. Kochał ją już doktor, Otoś, Jaś... Co za nędzna kreatura! Puściła się od roku – a dziś myśli porzucić rzemiosło szwaczki i pójść na utrzymanie. Nudna straszliwie i trudno się od niej odczepić.
Gdy była u Łukasza – ten zamykał drzwi na klucz i szedł na miasto, a ona spała w mieszkaniu, jadła ciastka, gwizdała i mówiła, że jej wesoło. Jak szybko dziewczyna się podli, stacza do zwierzęcości – daleko szybciej niż mężczyzna. 
Nigdy parszywiej smutne myśli nie ogarniają mię, jak na balecie lub w cyrku. W cyrku byłem dziś z panem Ż. Przyjechał z Kielc tydzień temu, a dziś dopiero odnalazł mnie. Myśli parszywe, uczucia zarażone jakimś głupim, nienaturalnym cynizmem, smutek – oto rezultaty uciech podłych. Ach, one nie opuszczają mię nigdy: leżąc na łóżku z dziewczyną, słuchając jej paplania, poddając się jej pieszczotom – czuję ten smak idealizmu, gorzkiego jak piołun, jaki opuszczał mię dawno temu... Wiem, że wytwarzać sobie miłość, poddawać się tym kwiateczkom cywilizacji – znaczy oszukiwać się; wiem, niech mi nie powtarzają, że miłość to dobór płci, a przecież – ileż bym dał za uśmiech tych uczuć – i czemu bez nich taka nieskończona, pusta, plugawa nędzota ogarnia całe jestestwo? Skądże się bierze nieświadome pragnienie pocałunku tylko z istotą kochaną, nawet wtedy, gdy taka Zosia rozkracza nogi?

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 55–56.

wtorek, 13 listopada 2012

Odcinek 510: Stefan Żeromski, 1888 rok


Z dzienników Stefana Żeromskiego

13 listopada (wtorek) 1888 roku. Oleśnica
Z Warszawy wyjechałem w sobotę o godzinie piątej po południu, a stanąłem tutaj w niedzielę dopiero o godzinie 12 w nocy. Jechaliśmy z p. Jarosławem na Koluszki, Kielce, Chmielnik i Stopnicę... aż do Oleśnicy prawie bez przerwy, byłem więc bardzo znużony jeszcze wczoraj.

Nigdy jeszcze może nie żegnałem Warszawy z takim żalem i smutkiem jak wówczas. Otwierało się przede mną życie czynne i energiczne, literackie, niezmiernie zaciekawiające, byłem w przededniu zawarcia najrozmaitszych znajomości nowych, mających mi posłużyć do dalszego kształcenia się... Wszystko się zerwało nagle. [...] Załatwiwszy wreszcie sprawę przeróbek tużurków i surdutów, pożyczywszy pieniędzy, pożegnawszy braci sokołów, miałem wyjeżdżać. Poszliśmy z Wackiem wypić piwa na pożegnanie. [...] Wacek i Stacho odprowadzili mię na Dworzec Wiedeński. [...] Gwiznął [!] pociąg, ruszyliśmy. [...]
W Koluszkach dałem tragarzowi pieniądze na kupienie biletu do Kielc. Na parę minut przed odejściem, pociągu przynosi mi on bilet... do Iwangrodu z awizacją na rzeczy, jakie wyprawił tamże. Piekło! Pędzę do najrozmaitszych dygnitarzy kolejowych, przedstawiam im całą tragiczność sytuacji i spotykam, o nieba! – wzgardliwe milczenie oraz obojętne po­ruszenia ramion. Robię awanturę! Awanturę serio! Pan zawiadowca po­prawia binokle i zaczyna oglądać mój bilet, ja wznoszę głos do potęgi deklamacyjnej, wzywam na świadectwo ludzkość jęczącą w przemocy i biję pięścią w stół. Pan zawiadowca wychodzi na chwilę i wraca z nowym biletem, osobowym i na rzeczy. Oddycham. Tymczasem pociąg, jakim mam jechać, zaczyna, gwizdać. Mój towarzysz robi drugą awanturę z konduktorami, perswadując im, aby wstrzymali pociąg, gdyż beze mnie nie podobna przecież jechać. Pędzę przez most jak wściekły koń, potrącam jakiegoś Żyda, wreszcie dopadam do wagonu, siadam i ziaję...

Dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej w Koluszkach.

W Kielcach byłem u macochy bardzo krótko, gdyż o dwunastej już wyjechaliśmy. Szkapięta najęte, wóz na jakie ośm łokci długi, zimno piekielne. W karczmie pod Chmielnikiem popasamy, we wsi Janina znowu popasamy. W karczmie jest zimno piekielne. Izba ogromna, oświecona jedynym kagankiem naftowym, za szynkwasem siedzi Żydek, mało zwracając uwagi na nas. Zaczynają schodzić się chłopi, przeważnie parobczaki. Ponieważ towarzysz mój nie ma zarostu, a nosi długi hawelok, biorą go tedy za kleryka i mówią z nami tylko o księżach. Znać, że schlebiają... Zjawia się kilka pijanych bab, które śpiewają przepijając do chłopów w wielkich czerwonych magierach, podobnych do poduszek. Chłopi milczą poważnie, czasami tylko rozkraczają nogi i śmieją się półgębkiem z zalotnych śpiewek babskich.
Jedziemy dalej, marznąc przeraźliwie, konie prawie ustają, mróz pod kołami skrzypi. Jedzie się przeważnie lasami. Senne oczy widzą w krza­kach i zaroślach obsypanych śniegiem jakieś potworne istoty, jakieś bajeczne cielska, na chwilę imaginacja olśnioną jest i trwoga cię zdejmuje... Szare przestrzenie pól zlewają się z otaczającymi je lasami w plamy bezbarwne, obrzydłe; bliżej rozpoznajesz zagony wyłaniające się spod śniegu, czepiasz wzrok na sznurach prątków zwieszających się z brzóz przydrożnych. Drzemkę zmienia, przerywa chyba, jakieś szturchnięcie o kamień, które wywołuje tę ewentualność, że jeśli nie przytniesz sobie zębami końca języka, to na pewno uderzysz głową o głowę towarzyszącego ci dżent[e]lmena. [...]
Wreszcie... Oleśnica. Zajeżdżamy przed ganek. Jedno okno jest oświetlone. Serce zaczyna mi bić tak, że dziwię się, jakim cudem nie krzyczę o ratunek. Dżent[e]lmen otwiera drzwi, wchodzimy. Jest przedpokój – czuję pod nogami rogóżkę i przychodzi mi na myśl, że nie może to być przecież nic innego, tylko przedpokój, jeżeli najwyraźniej czuję pod nogami rogóżkę. Słyszę głosy kobiece... Jehowo! Dżent[e]lmen wpycha mię do salonu, gdzie jest ciemno. Mam ochotę ubrać się na powrót i odjechać. Diabli mię tu przynieśli! – myślę z systematycznością. Po chwili zjawia się drab z lampą, za drabem zjawia się – śliczna kobieta. Jasna blondyna z rysami klasycznymi, w nocnym szlafroku, jaki uwydatnia piersi bez gorsetu, młoda i diabelnie ponętna. Widzę to już wtedy, gdy stoi we drzwiach i przygląda mi się bystro.
– Pan Ż., moja siostra, Józefina B. – mówi dżent[e]lmen.
Składam genialny ukłon, zgadzam się na propozycją jej zajęcia miejsca na jednym z foteli i wlepiam w nią barani wzrok. Ona przygląda mi się jeszcze, lecz wie już, że się podoba. Mówi szybko, niedbale, urywkowo, wyniośle. Kładzie akcent na ostatniej zgłosce wyrazów.
Po chwili wchodzi moja przyszła uczennica, panna Łucja. Dziewczątko ładne, piętnastoletnie, z niezmiernie długimi warkoczami, chuda, cieniutka, przejrzysta, zażenowana. Nic nie mówi i nie patrzy na mnie. Twarz ładna, lecz bezmyślna, z odcieniem melancholii panien, przeczu­wających zaledwie, że będą kobietami. Wreszcie mr Zaborowski – pan.
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 221–223.

czwartek, 13 września 2012

Odcinek 449: Stefan Żeromski, 1888 rok


Z dzienników Stefana Żeromskiego

13 września 1888 roku (czwartek)
Ilustracja do Lenory Burgera.

Wczoraj cały prawie dzień jeździłem konno: rano z Ignacym, a po południu z Janią. Z Janią wyrwaliśmy się aż do Śmiechowic. Lecieliśmy – jak w Lenorze Burgera. Ona naprzód – co koń wyskoczy, ja za nią, trzymając jej kapelusz, który jej spada przy szybszej jeździe, Zajeżdżamy przed ganek w Śmiechowicach, gdy mrok już zapadał, mówiemy [!] „dobry wieczór” siedzącym na ganku, zawracamy konie i ze śmiechem pędziemy [!] nazad. Noc była, gdy en carier [!] wpadliśmy na gazon w Chobrzanach.
***
Mam duszę pełną zdrowej, czystej, ożywczej jak żywica dla płuc suchotnika, dobrej poezji. Lubię te wsie, wyciągają się moje ramiona do tych równin płaskich. Ile piękna znajduję w krajobrazach tej ziemi – nie umiem opisać. Ot, biała chata; otacza ją szary, zgrzybiały płotek z wikliny: powyginał się w różne strony, zatacza jak pijany. W ogródku, pod oknem dziewczyny kwitną malwy i georginie, czerwone jak jej rumieńce. A dalej idą krzywe opłotki w ślad za szpalerem z rosochatych wierzb. Wierzby te mają krótkie kadłuby – a czuprynę nadmiernie wielką, czuprynami się schodzą, sczepiają i tworzą nad wąską drogą ciemne sklepienie. W południe wchodzi tam słońce – a nocą wiatr.
***
12 w nocy
Jak mnie tu dobrze wśród tych ludzi i tej przyrody! Używam w pełni rozkoszy życia i nie chce mi się powracać do miasta na nędzę i samotność. Ile życia w tych polach! Oto teraz zaczynają się zielenić oziminy i widzisz ich łany wielkie, ciągnące się aż ku Wiśle, co nieruchomym pasmem srebra leży wśród zielonych brzegów. Jedziemy często z Ignacym w stronę Wisły – wtedy pasę oczy widokami równin, zachwycam się tajemnicą odrodzenia pól i przyzwyczajam ucho do świstu w uszach, gdy koń pędzi, co tchu ma w płucach. A te okrągłe wzgórza, lekko pochyłe, zorane równo a głęboko – wiecznie rodzajne! Jak je opuścić? A te wieczory cudowne, rozwieszające ponad równinami białe miesięczne blaski, a te wąwozy, pełne [?], którymi snują się mylne drogi, wiodące zawsze w jakiś gościnny próg, a głosy dzwonów kościelnych o zachodzie słońca i ty, niezmącona ciszy serca, które odżyło, wzmocniało, poczuło swą młodość, siłę, energią [!], zdrowie, swe nadzieje i marzenia promienne...
***
Zapamiętałem kilka zdań wuja Trepki, starca siedmdziesięcioletniego [!], szlachcica z przekonań, rolnika od dzieciństwa:
,,Naród nasz może się odrodzić tylko przez chłopa.
Żałuję, że nie zostałem chłopem; nie czułbym i nie rozumiał niesprawiedliwości, jaką widzę na świecie.
Nie dorósł naród nasz do jednomyślności. Jednomyślność zdobędziesz łatwiej, pracując nad chłopem, niż rozumując ze szlachtą.
Za dwieście lat może być z chłopów dzielny naród.”
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 169–170.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Odcinek 418: Stefan Żeromski, 1886 rok

Z dziennika Stefana Żeromskiego

13 sierpnia, (piątek — nocą), 1886 rok
[...] Rano idziemy do kąpieli. Rosa zimna tuli się na igłach sosen, na trawach i leśnych mchach. Mówiemy [!] wtedy o wszystkim... Podaję jej ramię i idziemy tym cudnym Zofii-laskiem. Dzisiejszy dzień popsuła pani Betłey — jutro też wybierzem się wcześniej. Po kąpieli i dobrym prysznicu, kiedy chłód i rzeźwość zetrą z ciała ociężałość, następującą po nocy namiętnej, patrzy się czysto w oczy te cudne, w usta szkarłatne całuje ukradkiem. Sprzeczamy się o białość naszych rąk, przesadzam przez płot. (Niech Bóg broni, bym zobaczył pończoszkę!) Ona zarumieniłaby się, gdybym zobaczył jej pantofelek! Pijemy herbatę z apetytem — i do pracy. Szyjemy! [...]
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 419.

piątek, 27 lipca 2012

Odcinek 401: Stefan Żeromski, 1885 rok


Z dzienników Stefana Żeromskiego

27 lipca 1885 roku (poniedziałek)
Byłem na jarmarku w Bodzentynie. Włóczę się do tej mieściny codziennie, gdyż wyglądam listu czy listów. Sprzysięgli się – czy qui diable? Nikt, literalnie nikt piórem dotąd drapnąć nie raczył. Nieraz taka mię bierze złość, gdy przychodzę na tę improwizowaną pocztę bodzentyńską i dowiaduję się, że listu nie ma, że mam chęć dać uczniowskiego „byka” w nos poczciarzowi, który mi daje Gazetę Warszawską, sądząc, że mię uszczęśliwia. Ze złości czytuję Gazetę Warszawską. Jest to nadzwyczaj mądre pismo! O!! Na jarmarku co bywa? – Bywa błoto po kolana, Żydzi, baby i chłopi, konie, krowy i uczniowie. Gdzieniegdzie, śród powodzi babskich „smatek”, krowich łbów i chłopskich „wściekłych czap” – jak oaza dominuje szlachecka bryczka. Na bryczce zazwyczaj siedzi pani X lub, co się częściej zdarza, pani Y. Pisk, wrzask, ścisk, syk, ryk, bek, szloch, wrzawa, kurzawa etc. Widziałem dwie panny Kuczborskie, z których jedna przeobraziła się w panią Kowalską, żonę owego „Towalskiego”, co to dwudziestu czterech liter nie wymawiał w Radoszycach, a był wymarzonym wszystkich tamecznych dziewoi (z towarzystwa naturalnie).
Władzio na koniu rozbijał chłopów i baby i zmuszał do bicia niejedno serce, zwracał oczy niejednej z panien X i Y na swą zawadiacką postać. On typowo zawadiacko-szlacheckie ma narowy. Wróciwszy do domu czytałem do późna w noc gazety. Później nie mogłem usnąć. Księżyc świecił prosto w okno, naprzeciw którego spałem. Przeszła noc bezsennie. Zwykłe moje marzenia.
Zamek w Bodzentynie, drzeworyt z 1882 roku.
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 304–305.

czwartek, 21 czerwca 2012

Odcinek 365: Stefan Żeromski, 1885 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

21 czerwca 1885 roku
[...] Te kilka ostatnich dni naszego roku są porą zawiązywania węzłów na przyszłość. Kilkudziesięciu moich kolegów ruszy w świat, a ilu to z nich porwie los w dalekie strony, ilu poniży i zdepce, ilu postawi na wyżynach! Dziś jeszcze wszyscy równi i bracia, a później jedni zamienią się w panów, inni w nędzarzy i stworzy się między jednymi i drugimi mur... kasty. Janek na koszt rządu jedzie do Lipska, pięciu do Petersburga, Tomek, Frank, Wojna, Wilkoszewski, blagier Zaremba na prawo – reszta do „almae matris” naszej warszawskiej. Oj, ten uniwersytet warszawski – nędzaż to, nędza! Chonowski, Tłuchowski na medycynę, Rychłowski na prawo, a inni gdzie Bóg da.
Za trzy lata Jasio będzie profesorem łaciny i greczyzny... Zabawna sytuacja – ja bowiem będę dulczał jeszcze na dobre gdzieś w uniwersytecie, Bóg wie na jakim fakultecie, a może grywał na deskach scenicznych romantyczno-sentymentalnych bohaterów. Ach, gdyby to raz już zrucić [!] „tę Dejaniry palącą koszulę” — granatową!
Zabawna rzecz jest patrzeć na sztubaków, przebierających się w cywilne kapelusze i sak-palta! „Zły” Halik, Piasecki, Rewoliński, Boleś – pompatycznie przymierzają to wszystko, by po otrzymaniu patentów puścić Kielcom wraz z papierosowym dymem fimfę ostateczną...
Jeżeli „są chwile w życiu ludzkim”, to porzucenie gimnazjum – jest najpiękniejszą... [...]
Gmach Męskiego Gimnazjum w Kielcach, do którego w latach 1874–1886
uczęszczał Stefan Żeromski.
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 283.

czwartek, 9 lutego 2012

Odcinek 232: Stefan Żeromski, 1884 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

9 lutego 1884 roku, sobota
Ryc. Franciszka Kostrzewskiego, 1884 r.
Otóż i bal. Po obiedzie chodziłem po ogrodzie. Wróciłem o 7. Ubrawszy się czekam gości. Zjawiają się. Stary profesor Czarnecki, Grzybiński, Staniszewski, Kamudzyński etc. etc. etc. Z facetek przybyły p. Piotrowska, Nestorowicz, Kamudzyńskie, aż wreszcie Pławińskie: Michalina, Frania, Maria Dębicka, p. Pawlikowska, Chmielewska, mnóstwo młodych facetów [...]. Ja naturalnie nie tańczyłem. Pławińskie stanowiły okraskę całego towarzystwa. Maniusia Dębicka - to kotek zda się malowany przez Pola. Szkoda, że kotki tak często drapią. W pąsowym aksamitnym staniku i różowej sukience wygląda jak aniołek. A Michasia!... Zdolna zaprowadzić człowieka do piekła. Niebieska jak chmurka poranna, a oczy... jak palą, ciskają snopami płomiennymi... Pójdź do mnie, musisz pójść - mówią. Frania zmieniła się ogromnie. Pamiętam pierwsze nasze miłostki w klasie drugiej. Włodek, ja, Michalczewski, Józek Schmidt, Stefan Dobrowolski - kochaliśmy się w Frani jak szaleni. Dziś z Frani pozostał cień brzydki, a nas wiatry poniosły w inne całkiem strony. Czymże jest taniec? Śmiałem się zawsze z tego skakania, mówiłem, że wolałbym uczyć się po cygańsku jak tańca. Dziś, gdyby mi dano za tancerkę taką Maniusię, zagrano naszego "białego" [mazura] - kazano rzucić się w ten wir... może bym się śmiał z pierwszego zdania. A urocze zjawiska! Czuć na piersi uwielbianą, ustami do jej ust tak się zbliżać śmiało, czuć jej oddech na czole, uściśnienie jej dłoni - jakżeż tu nie szaleć?!
Cała zaklęta polskość, my, szlachta, wolni, dumni - uosobili mi się w wirze tych strojnych postaci, kręcących się jak manekiny na dźwięk mazura. Nasza przeszłość tańcem była. Wszystko było wybuchem, czarem wywołane. Od boku aniołów lecieli na boje, ginęli lub wracali, by tańczyć dalej... Na ostatku zatańczono poloneza. Rozmarzony winem widziałem w tancerzach sceny Pana Tadeusza...
Ach! to już ostatni, co tak poloneza wodzi!...
Otoś Pławiński tańczył ogromnie. O 8 rano skończono. [...]

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 231-232.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Odcinek 159: Stefan Żeromski, 1888 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

28 listopada 1888 roku (środa)
Stefan Żeromski.
Wczoraj po południu pojechaliśmy we trzech, tj. p. B., Jarosław i ja, do Miętla, gdzie mieszka młody pan Gustaw [właśc. Wacław] Stojowski, syn o magnackiej fortunie pana Stojowskiego ze Strzelec, o którym Żydzi mówią, że „hundert Joskes – ein Stojoskes” [stu Josków to jeden Stojowski]. Jechaliśmy po wertepach i łąkach, przez Klępie p. Gumowskiego, którego tu w Oleśnicy poznałem. Zajechaliśmy już wieczorem. Ugrzeczniony lokaj, którego pan B. palnął na przywitanie w kark, wprowadził nas do ogromnego przedpokoju, a stamtąd do dwu pokoików, stanowiących całe mieszkanie pana Wacława. Wyszedł na nasze spotkanie facet młody, średniego wzrostu, lat 25, 26 może, o prześlicznej powierzchowności. Nos orli, oczy ogromne, niebieskie, z takim ogniem dzikim w spojrzeniu, jakiego nie widziałem chyba nigdy. Wąsy duże, płowe, okrywają usta, jakby złożone do pocałunków, nie golona ze dwa dni broda znaczy się czarniawo, nadając twarzy wyraz marsowy. Białe jak alabaster czoło odbija się od tła całej twarzy o kolorze rdzawym, ogorzałym, nasyconym krwią. Twarz ta drga, migoce uczuciami, porywami, gwałtem uniesień, junactwem. Krępy, zbudowany mocno, kark gruby i krótki, włosy układają się w karby lśkniące [!] – piękny mężczyzna. Ubrany z szykiem, z przesadnym szykiem: długie buty modne o twardych cholewach nie dosięgają kolan, spodnie obcisłe ciemnożółte, jasna żakieta, lgnąca do jego ciała jak do ciała kobiety. Ruchy ma dystyngowanie powolne, zimny w obejściu, po pańsku grzeczny. Pierwszy pokoik – sypialny: łóżko żelazne, dywan, Matka Boska, biurko, na nim kalendarze humorystyczne, „Kolce”, „Kurier Warszawski”. Na przeciwległej ścianie mnóstwo broni: trzy lankastrówki, kindżał, dwa pistolety, kordelas, rewolwery, topór strażacki, liny. Drugi pokój – to salonik: meble staroświeckie, darowane mu widać przez papę, szafka z książkami, stoliczek z zeszłorocznymi „Kurierami”, jakiś oleodruk na ścianie – dużo świec w zganianych z rozmaitych stron lichtarzach.
Jest to rzeczywiście junak: skończył gimnazjum w Krakowie i wrócił na wieś. Ojciec jego dzierżawi dobra stopnickie, moc folwarków i ma kilka wiosek własnych. Gdy papa wyjeżdżał za granicę, do Paryża, gdzie mieszka jego żona z drugim synem [...] – pan Wacław zbierał wszystkie czynsze dzierżawne z młynów, z tartaków, z gorzelni – i hulaj dusza! W Stopnicy wyrzucał garściami dziesiątki srebrne cisnącemu się pod oknami knajpy żydostwu, hulał z każdym, kto był na placu... Gdy wydał uciułany grosz, zaczął wystawiać rewersa na imię papy. Papa powróciwszy – wziął pana Wacława w kleszcze: oddał mu folwark Miętel, z którego nie płaci nic nikomu, dochód zaś bierze na swe potrzeby. Opowiadano mi, że żyje tylko z komisarzem włościańskim, z naczelnikiem powiatu, z oficerami. Spił się kiedyś na amen i znowu ciskał Żydom pieniądze.
[...] Wnoszą butelki starego miodu, papierosy i cygara. Pan Wacław częstuje nas fotografiami – tymi kawalerskimi – co sprowadza rozmowę na weselsze tory. Kończy się ona ostatecznie na koniach. Spór o to, czy jakaś Harda, klacz pana Wacława, jest przystojniejszą od Mohorta – trwa tak długo, że zaczynam ziewać. Ziewam też aż do chwili wyjazdu, pomimo to, że toczy się przed oczyma moimi targ o owego Mohorta, do ekstazy doprowadzający trzech dżentelmenów. Pan Wacław jest bliskim krewnym mojego chlebodawcy — czasami więc dżentelmeni wymyślają sobie wzajemnie. Na szczęście jedziemy. Przy pożegnaniu pan Wacław czuje się w obowiązku zapewnić mię o jego szczęściu i przyjemności z powodu poznania mnie. Mruczę coś w odpowiedzi – wsiadamy, jedziemy. [...]
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 246–248.

czwartek, 13 października 2011

Odcinek 113: Stefan Żeromski, 1882 rok

Z dziennika Stefana Żeromskiego
 
13  października 1882 roku
Antoni Gustaw Bem
Polski.  Pan  Bem,  przesłuchawszy kilkunastu moich kolegów, zwraca się do mnie i mówi: „Panu mogę postawić stopień bez pytań" i stawia mi celujący.
Boże mój, Boże! jakże ja muszę pracować, aby tej jego ufności położonej we mnie nie zawieść! Tak i do grobowej deski trzeba tak żyć i tak pracować, aby nie zawieść nadziei mego prototypu profesora. Dziś ośmielę się powiedzieć, niech kto chce i jak chce o mnie sądzi, że go kocham! Dawno już temu, bo w czwartej jeszcze klasie, pisałem coś w rodzaju pamiętniczka i wspomniałem tam o tym już dawniej odczuwanym uwielbieniu dla pana Bema. Razem z innymi i to doszło do rąk profesora. Powiedział mi on wtenczas, o! dobrze pamiętam, co mi powiedział: „Mógłbym pochwałę wynurzoną dla mnie w pamiętniczku pańskim uważać za pragnienie przylizania mi się, bo piszesz pan pochwałę dla mnie i podajesz mi ją". Dziś niechby mi tak powiedział! Niechby powiedział. Przyjąłbym to i zmilczałbym — niechby co chciał on i cały świat powiedział: kocham go, uwielbiam jak profesora i jak przyjaciela, jak mi się w czasie jednych moich odwiedzin nazywać pozwolił. Takiego przyjaciela żaden uczeń nie miał w profesorze! Bóg tylko chyba, co mię na wielkiego człowieka wyprowadzić pragnie, postawił mi na drodze życia taki drogowskaz! Profesorze mój! Chyba śmierć wydrze mi z serca uwielbienie, jakim ja dla ciebie na wieki, na wieki przejęty jestem!! [...]
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 78.

środa, 3 sierpnia 2011

Odcinek 42: Stefan Żeromski, 1885 rok

Z dziennika Stefana Żeromskiego

3 sierpnia 1885 roku
Bodzentyn w XIX wieku
[...] Linijka ukończoną i pomalowaną została. Wsiedliśmy z Władziem i ruszyli ku Bodzentynu w postaci „dartego orła", gdyż inaczej nie podobna. Leciał ten diabeł, jak go nazywa p. Zalewska, przez pola, po zagonach, rowach, wertepach, kamieniach, rzeczywiście jak diabeł. W Bodzentynie wyległa cała ludność, aby się przyjrzeć dziwowisku. Widać tylko było rozwarte, na podziw szeroko, paszcze obywateli bodzentyńskich. Z Bodzentyna co koń wyskoczy polecieliśmy na psarski staw, stamtąd znów do Bodzentyna przez pola i rowy, stamtąd do żniwiarki — jednym słowem kości po powrocie nie czułem
Panna Kamila w sobotę — ach!!! — wyjechała. Był pan Turski. Dowodził mi, że filozofia jest to pogarda życia. Równa się to zapytaniu Władka, uczynionemu mi wczoraj głośno przy obiedzie, przez kogo napisany jest Konrad Wallenrod? — Sczerwieniłem się podobno jak pensjonarka i za tą, i [za] tamtą razą. Panie Jezu. zachowaj mię od podobnych zapytań!
Zmokłem w sobotę okropnie wraz z moim kubraczkiem i dubeltówką; siedziałem podczas ulewnego deszczu pod krzakiem leszczyny. Wracaliśmy do domu linijką. Błoto zarzuciło mig od stóp do głowy. Wyglądałem jak słup ruszającej się gliny. Z tego wszystkiego wywiązała się jedna paląca kwestia. Oto — rozdarcie na kolanie ostatnich ineksprymabli. W Sieradowicach jest to kłopot pierwszej wody. Zmuszony byłem jechać do Bodzentyna, czekać na skończenie się szabasu, wyszukiwać jakiegoś Berka czy Icka etc. Powtarzam, że była to paląca kwestyjka... Gołe kolano jest to jedno z najmniej estetycznych zjawisk w naturze. Cóż dopiero, gdy jutro trzeba jechać gdzie lub spotkać się z p. Antosią Komarnicką!! [...]
Linijka
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 1, Czytelnik 1953, s. 307-308.

piątek, 17 czerwca 2011

Odcinek 7: Stefan Żeromski, 1883 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

Kielce, 17 czerwca 1883 roku



















Byłem świadkiem niezwykłych ceremonij: ingresu biskupa Tomasza Teofila Kulińskiego i erekcji katedry kieleckiej. Dotychczas kościół nasz był tylko kolegiatą - obecnie zamieniony został na katedrę. Wczoraj przyjechał na tę uroczystość biskup ks. Kaźmierz Wnorowski, świeżo nominowany na biskupstwo lubelskie.
O godzinie 9 1/2 w towarzystwie gubernatora i naszego biskupa przybył on do ślicznie na ten cel przystrojonego kościółka Św. Trójcy. Przywitano serdecznie tego znanego patriotę i zasłużonego kapłana. On też dziękował serdecznie w pełnych rzewności wyrazach. Biskup Wnorowski w roku 1850 wysłany był do Wielikawo Ustjuga i przebywał tam do roku 1856. W Kielcach cieszył się zawsze szczerą życzliwością, na jaką sobie sprawiedliwie zasłużył. Dziś o 10 odprawił on nabożeństwo w obecności ks. biskupa Kulińskiego i następnie obaj biskupi z kościoła Św. Trójcy udali się do kościoła katedralnego w uroczystej procesji.
Uroczysty to był widok, coś majestatycznego, coś średniowiecznego mający w sobie. Na mnie widok biskupa w infule sprawia zawsze potężne wrażenie. Czuję się małym i nic nie znaczącym wobec tych sług ołtarza.
W kościele katedralnym przeczytano bullę papieską, najpierw po łacinie, a następnie po polsku. Złożono życzenia nominatowi, na które on odpowiedział serdecznym podziękowaniem. Czytano potem list pasterski biskupa do wiernych diecezji, a potem odbyło się nabożeństwo i uroczysta do pałacu procesja.
Szukałem na nabożeństwie H. - Nie było jej... [...] 

Stefan Żeromski, Dzienniki. Wybór, oprac. Jerzy Kądziela, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1980.

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękuję Syrence