Odcinek 2126: Lucy Maud Montgomery, 1905 rok


Z pamiętnika Lucy Maud Montgomery
Niedziela, 26 marca 1905
Cavendish, W. Ks. Edwarda

Dzisiejszy dzień był raczej ponury – deszczowy i mglisty, a nabożeństwo się nie odbyło. Ale pogoda naprawdę mi nie przeszkadzała, ponieważ zwiastuje wiosnę. Pogodziłabym się z wszystkim, co ją zwiastuje. Odbyłam dziś spacer wokół domu, na przekór mgle i topniejącemu śniegowi. Stary młyn w kotlinie przedstawia niezwykły widok – woda sięga powyżej ogrodzenia. Oznacza to, że jutro nie dostaniemy poczty – ale nie szkodzi, gdyż oznacza również wiosnę.
Czytałam przez cały dzień. Opowiadanie w pewnym czasopiśmie ożywiło wspomnienie mojej osobliwej fantazji z lat wczesnego dzieciństwa. Była to historia o samotnej dziewczynce, mieszkającej z dwiema srogimi ciotkami; ponieważ nie miała prawdziwej towarzyszki zabaw, wymyśliła ją sobie. Ta wymyślona przyjaciółka, o imieniu Elizabeth, „mieszkała” w zagajniku na wzgórzu; a dziewczynka budziła zgorszenie pozbawionych wyobraźni ciotek, z uporem powtarzając „kłamstwa” o swych rozmowach i przygodach z Elizabeth.
W naszej bawialni stoi wysoka biblioteczka, wykorzystywana jako serwantka na porcelanę. Ma wprawione w drzwiczki duże, owalne szybki, w których niewyraźnie odbija się pokój. Kiedy byłam mała, każde z odbić w szklanych drzwiczkach stawało się w mojej wyobraźni „żywą osobą”. Po lewej stronie mieszkała „Katie Maurice”, a po prawej „Lucy Gray”. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego je tak nazwałam. „Lucy” nie miała nic wspólnego z balladą Wordswortha, ponieważ w owym czasie nie znałam tego wiersza ani o nim nie słyszałam. Nie przypominam sobie, prawdę mówiąc, abym z rozmysłem nadała im te imiona. Odkąd pamiętam, „Katie Maurice” i „Lucy Gray” zamieszkiwały czarodziejski pokój za biblioteczką. „Katie” była dziewczynką podobną do mnie i bardzo ją kochałam. Stawałam przed szybą w drzwiczkach i paplałam godzinami, zwierzając się i słuchając zwierzeń. Lubiłam to robić zwłaszcza o zmierzchu, gdy rozpalano ogień na kominku, a odbicie pokoju zmieniało się w czarującą grę świateł i cieni.

„Lucy Gray” była dorosła – a w dodatku była wdową! Nie lubiłam jej tak bardzo jak „Katie”. Zawsze miała smutną minę i opowiadała mi ponuro o swoich kłopotach; niemniej odwiedzałam ją sumiennie, żeby nie zranić jej uczuć, jako że była zazdrosna o „Katie”, która również jej nie lubiła. Wszystko to brzmi jak wierutne brednie, lecz było dla mnie tak prawdziwe, że nie potrafię tego wyrazić. Ilekroć przechodziłam przez pokój, zawsze machałam do „Katie” w szybie po drugiej stronie.
Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza. Pamiętniki 1898–1910, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 138–139.

Komentarze

  1. Brzmi jak rozczepienie osobowosci :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie miałam wymyślonej przyjaciółki, aż mi teraz szkoda, tyle paplania mnie ominęło... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze możesz sobie jakąś znaleźć, pod warunkiem że masz oszklony kredens :D

      Usuń
  3. Och, toż to Sylvia z "Czarów Marigold", ta wymyślona przyjaciółka ze wzgórza! Tyle, że dwie surowe ciotki przeobraziły się w surową babcię i prababcię. Jak ja dawno tego nie czytałam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grunt to umieć własne doświadczenia przekuć na kolejne powieści :)

      Usuń

Prześlij komentarz