Odcinek 2125: Krystyna Kofta, 1984 rok


Z dziennika Krystyny Kofty
18 marca 1984 roku, niedziela
Czytałam o procesie Kalibabki, oszusta, gwałciciela.
Jerzy Kalibabka.
Dwadzieścia pięć ksiąg z aktami sprawy, każda po dwieście stron. Dziewięćdziesiąt przestępstw, stu świadków, drzwi zamknięte. Jedno, co mnie zainteresowało, to naiwność i ciągła gotowość kobiet. Dziewczątek czternastoletnich i pań całkiem leciwych. Poczułam ukłucie zazdrości, bo ja nie dowierzam nikomu, nigdy nie zdobyłam się, jak dotąd, na pójście za kimś jak w dym, mimo że za mną szło wielu ludzi. Zaczęłam wyobrażać sobie, że spotykam kogoś, on mówi mi parę bzdur, że go oczarowałam (tak wyglądało to u nieszczęsnego Kalibabki), że chce się ze mną związać i ja jadę z nim na drugi koniec kraju, śpię z nim, a on mnie okrada, bije i maltretuje. To bardzo śmieszne. Tylko że ja musiałabym go zabić.
Pamiętam jak Taylor (świeć panie nad jego amerykańską duszą, obecnie w Fermi Lab. – co mi przypomina moją wstrętną naturę – bo znów nie odpisałam mu na list), kiedy poznał mnie na przyjęciu u Grażyny i „był mną zafascynowany i oczarowany”, kiedy usłyszał, że nie byłam nigdy dotąd w górach, powiedział, że zabierze mnie, że wyjedziemy od razu, a ja: leć po bilety!, i zaczęłam się strasznie śmiać. A nie powiedziałam, że jestem tu z mężem, że mam dziecko. Może więc ja zachowuję się jak Kalibabka – zawodowy uwodziciel. Tyle że niewiele z tego mam, bo kradnę tylko uczucia. No i nie biję zbyt często.
Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 251.

Komentarze