Odcinek 2117: David Herbert Lawrence, 1915 rok

List Davida Herberta Lawrence’a do lady Cynthii Asquith
Greatham, Pulborough, „niedziela" [? 31 stycznia 1915 roku]

Szanowna Pani: bardzo ucieszyliśmy się Pani listem. Chciałem Pani posłać na Boże Narodzenie egzemplarz moich opowiadań, ale nie wiedziałem, jak Pani przeżyła wybuch wojny. Dowiedziałem się też, że Herbert Asquith został zmobilizowany i myślałem, że będzie Pani wolała, żeby jej nie niepokoić.
Od czasu Pani wizyty nic się u nas nie działo, ale bardziej od tego, że się nic nie dzieje, dręczyło mnie uczucie pustki — jak gdybym ostatnich pięć miesięcy spędził w grobie. Wciąż jeszcze czuję się chory, moje ciało jest zimne jak u trupa, zbyt niedawno zmartwychwstałem, żebym mógł z kimś obcować, mając jeszcze w nozdrzach odór grobu i ubranie przesiąknięte jego wonią.
Wojna mnie wykończyła: wbiła się jak włócznia w bok wszystkich moich udręk i nadziei. Spacerowałem po Westmorland, beztroski i wesoły, w kapeluszu oplecionym liliami wodnymi — wielkimi, ciężkimi, biało-złotymi kwiatami, znalezionymi na niewielkim stawku, wysoko w górach, a dziewczęta, które przyszły zabawić się w oberży i piły herbatę na górce, zanosiły się śmiechem. Pamiętam, że przysiedliśmy na wrzosowisku pod jakąś rozpadającą się ścianą, deszcz lał strumieniami, wiatr dął ostro przez szczeliny muru w nasze karki, a my śpiewaliśmy na całe gardło rozmaite pieśni, potem ja naśladowałem numery rewiowe paradując i tańcząc w deszczu i pośród jałowców, podczas gdy moi przyjaciele kulili się pod murkiem, a Koteliansky mruczał cicho hebrajską melodię: Ranani Sadekim Badanoi.
Teraz mi się wydaje, że to wszystko działo się w innym życiu.

Byliśmy szczęśliwi, wszyscy czterej. Zeszliśmy potem do Barrow-in-Furness, gdzie prze­czytaliśmy, że wojna została wypowiedziana. I wszyscy oszaleliśmy. Pamiętam czułe pożegnania z żołnierzami na dworcu w Barrow i jakąś kobietę krzyczącą wyzywająco do swego ukochanego, w chwili gdy pociąg ruszał: „Kiedy ich dorwiesz, Clem, daj im za swoje!” We wszystkich tramwajach: „Wojna”. Firma Vickers-Maxim zwołała swoich robotników, na bramach fabryki wisiały wielkie afisze i tysiące mężczyzn ciągnęło sznurem przez most. Potem poszedłem kilka mil brzegiem morza. Wspominam teraz ten wspaniały zachód słońca nad płaskimi plażami i lekko zamglonym morzem, żeglarskie wyprawy łodzią pod wiatr na przekór wzburzonym falom i francuską łódź z cebulą, płynącą z dumnie rozpiętymi żaglami w blasku poranka, a potem naelektryzowane, pełne napięcia powietrze i olśniewające, żywe, nierealne piękno całego otoczenia, pogłębione rozdzierającym, powszechnym cierpieniem. I od tej chwili do mego powrotu do domu wszystko przestało dla mnie istnieć. Z nikim nie rozmawiałem, z nikim się nie stykałem i nikogo nie widziałem. Przysięgam, że przez cały ten czas moja dusza spoczywała w grobie, nie martwa, ale jak gdyby przyciśnięta płaskim kamieniem i zimna jak trup. Nikt wokół mnie nie istniał, bo ja sam nie istniałem. Nie umarłem — przeszedłem jakąś granicę, do innego świata, ale przez cały czas wiedziałem, że będę musiał znów powstać z grobu.

Jestem teraz słaby i półżywy. W piątek poszedłem na Downs, znowu otworzyłem oczy i zobaczyłem, że jest dzień. Zobaczyłem rozkołysane morze przecięte podobnym do miecza, błyszczącym pasem słonecznego blasku. Wysoko, w lodowatym wietrze, leciał ku nam z głębi lądu samolot, a pracujący na roli wieśniacy, chłopcy na polach płaskowyżu oraz pasterze przerwali pracę i unieśli w górę głowy. Samolot wydawał się malutki, lecąc wysoko w ostrym lodowatym wietrze. Ptaki ucichły i rzuciły się do swoich kryjówek, przestraszone hałasem. Samolot przeleciał wysoko pod niebem i znikł nam z oczu. W dole, na rozległej przestrzeni, jak okiem sięgnąć stały kałuże wody i bieliły się poletka śniegu. A ja wiedziałem, że się obudziłem. Ale moja dusza pozostała zimna, pełna wątpliwości i niepokoju o losy naszego świata.
Od chwili zmartwychwstania nie czuję się już tak beznadziejnie. Moje serce przez cały ten czas było zimne jak gruda zmarzniętej ziemi. Ale nie czuję się już taki martwy. Nabieram nadziei. Trudno mi wyrazić, jak wątła i krucha jest ta nadzieja, ten świeży kiełek życia. Ale teraz pokładam nadzieję w wojnie. Wszyscy żywi zmartwychwstaniemy z tego grobu — tylko polegli żołnierze będą musieli czekać na głos ostatecznej trąby.
Oto moja autobiografia — napisałem ją na prośbę Pani, a ponieważ powstałem z martwych, wiem, że przezwyciężymy przeciwności, wrócimy wszyscy do życia i uzdrowieni, zespoleni duchowo, będziemy szli razem w pochodzie wielkiego dziedzictwa, tu — ku ziemi.
Wpadłem w ton kaznodziejski, ale nie bardzo umiem się wysłowić.
Wyjazd żołnierzy brytyjskich na front we Francji.

Viola Meynell wynajęła nam śliczny domek. Mieszkamy zupełnie sami. Domek stoi u podnóża Downs. Chciałbym, żeby Pani nas odwiedziła i spędziła tu kilka dni. Mamy tu wszelkie wygody — jest ciepła woda, łazienka i dwa pokoje gościnne. Nie wiem, kiedy będziemy mogli wybrać się do Londynu. Nie stać nas na wycieczki. Ale bardzo chcielibyśmy Panią zobaczyć, a tu jest naprawdę bardzo ładnie. Auf Wiedersehen.

David Herbert Lawrence, Listy, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 134–135.

Komentarze