Odcinek 2110: Teresa Lubkiewicz-Urbanowicz, 1982 rok

Z relacji Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz
Warszawa, 14 stycznia 1982 roku

13 stycznia, miesiąc od wypowiedzenia wojny, ostry dzwonek do drzwi. Zamarło serce, choć wiem, że nic mi nie grozi, bo przecież nie działałam, tylko należałam do „Solidarności”. Ale ten miesiąc stanu wojennego zrobił swoje. Tak się reaguje na każdy dzwonek. Za drzwiami facet z wezwaniem do radia. Mam się stawić jutro do pracy. O trzynastej. Podpisał zastępca naczelnego, czyli że sam naczelny został już zdjęty.
Co jest do diabła? Idę do radia i nogi się pode mną trzęsą. Czuję się tak, jakby oblazły mnie mrówki. A co będzie jak mnie zwolnią? Rysiek na najniższej rencie, mama chora i on też. Z czego będziemy żyli? Czy to już tego dnia czeka mnie osławiona dziennikarska weryfikacja? Nikt nie jest pewny niczego. Chodzą słuchy, że generalne pytanie weryfikacyjne komisji składającej się z przedstawicieli partii i ubecji, to: Czy pochwalam stan wojenny? Czy uważam, że partia jest przewodnią siłą narodu? Co myślę o „Solidarności”?
Żeby się nie poddać, żeby się tylko nie zeszmacić, żeby być hardym. Jestem dziennikarką od ponad dwudziestu lat i teraz, w tej wojnie, traktują mnie jak potencjalnego przestępcę.
Wieści od kolegów są niedobre. Dziennikarze, którzy nie chwalą stanu wojennego dostają podobno z miejsca „wilczy bilet”. Ogarnia mnie desperackie uczucie, że wszystko mi już jedno. (...)
Przechodzimy przez kordon żołnierzy. Czy to już „pierwsza linia frontu”? Nie. Jeszcze sprawdzają po kilka razy tożsamość. Do holu schodzi sekretarka nieistniejącego już szefa, prowadzi nas ze sobą jak stado baranów. Patrzymy po sobie. Dziewczyny z działu, blade, roztrzęsione. Każda coś ma, a to chore dziecko, a to matkę na utrzymaniu i przed każdą jedno pytanie: zeszmacić się i zostać czy odejść z podniesionym czołem?

Nie. Dziś jeszcze nie będzie weryfikacji. Naznaczą ją za kilka dni. A teraz okazano nam dużo zaufania, bo trzeba szybko wznowić drugi, radiowy program i na gwałt potrzebne są materiały. Jasna sprawa, że mogą to być tylko „powtórki”, audycje, które już szły na antenie, a jest to sprawa też bardzo odpowiedzialna. Każdą audycję trzeba weryfikować pod kątem stanu wojennego. Jeżeli trafi się gdzieś, nie daj Boże, okrzyk typu: „Polacy do broni!”, to bezwarunkowo wypada. Nowy szef jest śmiertelnie poważny i spogląda na nas jak na tych, w których rękach są losy całej radiowej propagandy. Wzywa wszystkich do szczególnej czujności. Daje też do zrozumienia, że przybycie do pracy zawdzięczamy tylko jemu, który poręczył za nas przed władzami wojskowymi, że jesteśmy zdolni pracować te kilka dni bez weryfikacji.

W stanie, Ośrodek Karta 1991, s. 92–93.

Komentarze