Odcinek 2107: Leopold Tyrmand, 1954 rok

Z dziennika Leopolda Tyrmanda
7 stycznia 1954 roku

[...] Przed południem byłem u mojego fryzjera. Jest to ponury cham, ale lubię go bardzo. Jest jednym z przedstawicieli ginącej inicjatywy prywatnej, ma malutki zakładzik w podwórzu na Chmielnej. Lubię atmosferę tego zawodu, pełną niegrzecznej, nieuprzejmej serdeczności, takiej „dla swoich klientów”. Kiedy nikt nie czeka pod ścianą w kolejce, rozmawiamy o kobietach. To odświeża, takie vademecum seksualizmu przy strzyżeniu.
Z tą ginącą inicjatywą prywatną dzieją się dziwne rzeczy w komunistycznej Polsce, w piątym roku sześciolatki. Z prasy i z ogólnego, powierzchownego obrazu życia nie wynika bynajmniej jej istnienie. Wydaje się, jakby już jej nie było, a tymczasem tu i ówdzie widać jakiś sklepik, jakiś warsztacik, jakąś kieszonkową fabryczkę krawatów lub broszek. Przeważnie cichcem, w kącie podwórza, na peryferiach miasta. Przysiągłbym, że większość marksistów nie dostrzega tego społecznego fenomenu – sporego środowiska społeczno-zawodowego (bo nie nazywam tego już klasą), która żyje – i to nieźle za cenę zmowy milczenia. Ale niektórzy marksiści, ci z urzędów skarbowych i ci z ekonomicznego planowania, umieją cenić sobie tę pogrzebaną za życia instytucję, jaką jest prywatna przedsiębiorczość, i ciągną nekrofilskie korzyści z ruchliwości produkcyjnej tych cieni. Zresztą cienie te muszą oddawać nie byle jakie usługi gospodarcze, skoro prasa, nawet kiedy ma na nich dobrego bacika, musi zachowywać się nader powściągliwie. Czytałem niedawno notatkę w Życiu Warszawy o nadużyciach pewnego prywatnego sklepiku, której oględny i pobłażliwy ton zdziwił mnie niepomiernie. Trzy lata temu nie odbyłoby się to tak łagodnie.
Jerzy Broszkiewicz.
Obiad u Literatów. Przysiadł się do mnie Jurek Broszkiewicz. Odważny człowiek, ostatecznie jestem tu tak źle widziany, że u Literatów obowiązuje raczej ostracyzm w stosunku do mnie i co nikczemniejsi unikają jedzenia ze mną przy jednym stoliku. Broszkiewicz nudzi mnie, ale go lubię, to rzadki okaz marksisty, który w głowie ma jedynie dziwki i chędożenie. [...]

Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja oryginalna, MG 2011, s. 37.

Komentarze

  1. Broszkiewicz, no pacz panie, a to taki młodzieżowy pisarz był...
    :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. 'Wielka, większa i największa', moja lektura w 5 klasie, czyżby w tytule coś sugerował, chciał przekazać?

    OdpowiedzUsuń
  3. Opinia o Broszkiewiczu jakże mnie zaskakująca :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam znam tylko kilka jego książek, o nim samym nic nie wiem.

      Usuń
    2. To jesteśmy w tej samej sytuacji. Z tekstów jakoś mi nie wychynęła ruja i porubstwo :P

      Usuń
    3. Trudno było za Gomułki w książkach dla dzieci o rui pisać :P Nawet aluzyjnie.

      Usuń
    4. Całe szczęście teraz ma młodzież internety :P I Broszkiewicza w głębokiej pogardzie :(

      Usuń
    5. Ale jakby tak na okładce Deszczowego tygodnia napisać: autorstwa marksisty lubiącego dziwki, to pewnie zainteresowanie by wzrosło :D

      Usuń
    6. Jaka młodzież wie teraz co to marksista? :P

      Usuń

Prześlij komentarz