Odcinek 2074: Juliusz i Edmund de Goncourt, 1860 rok

Z dziennika Juliusza i Edmunda de Goncourt
Berlin, piątek, 7 września 1860 roku


Wieczorem wybraliśmy się do [zakładu rozrywkowego] Krolla w Tiergarten. Weszliśmy do sali teatralnej, kwadratowej, bogatej, zielono-złotej, sali pałacu królewskiego godnej teatru królów. Pełno. Na scenie opera: kobieta w wieży śpiewa niby słowik w klatce. [...]
Schodzimy do ogrodu. Kilka kobiet spaceruje alejką między stolikami, które oświetlają obracające się lampy gazowe. Rodziny rozsiadają się przy stołach. Strzelnice milczą. Młodzi oficerowie melancholijnie wloką swoje szable, uderzające o ziemię niczym obcasy szkieletów. Muszle, którymi obramowane są gazony, ziewają. [...]
Krolloper w Berlinie, 1869 rok (źródło).

Od Krolla – po hałaśliwym bruku, ulicami pałaców – jedziemy w kierunku oświetlonej bramy, na której widać afisz. Z podwórza wchodzimy do wielkiej sali oświetlonej gazem. Przy stolikach z dziesięć kobiet, grupkami i pojedynczo; siedzą na kanapach rozwalone w zwierzęcych pozach, zmęczone, omdlewające od prostytucji. Pośrodku mały piętnastoletni pianista, zmęczony jasnowłosy automat bez spojrzenia, gra bez chwili przerwy. Od czasu do czasu sopran kobiecy z kanapy dołącza się do dźwięków pianina.
Niekiedy otwierają się drzwi w głębi; dwie kobiety wchodzą krokiem zjaw i siadają. Talie mają płaskie, mechaniczne ruchy lalek: przychodzi na myśl, gdzie się też je nakręca, jak Olimpię. Zjawia się niesforna swawolnica, dziewczę prawdziwie szalone o rysach z Holbeina; bawi się owocami na talerzu, skubiąc je i śmiejąc się śmiechem ze snu.
Potem trafiamy do zadymionej kawiarenki. Dym z cygar i fajek tworzy chmury zwijające się jak myśl głupio ścigana. Na estradzie śpiewają trzy szesnastoletnie dziewczyny w tyrolskich strojach, z egretkami u kapeluszy i szelkami na piersiach; z czerwonych ust, odcinających się od twarzy białych białością lśniącego śniegu, wydobywa się długo brzmiące echo z ich gór i tryle przeskakują ze szczytu na szczyt.
Wówczas do naszego stolika zbliża się coś ledwie żyjącego, z czaszką i czołem nagim, przysłoniętym tylko kosmykami siwych włosów, coś zapomnianego przez śmierć i wojnę, chwiejnego jak ruina. Jest to niewielki staruch w długim surducie, z orderem na wstążeczce. Dwoje oczu, nieruchomych, martwych i strasznych, wychodzi mu z orbit niby żołnierzowi, któremu wbijają bagnet w brzuch. Duże białe wąsy przysłaniają usta, a kiedy mówi, sięgają koniuszka nosa. Zarośnięta dolna szczęka, bezzębna, zapadnięta, porusza się ciągłym ruchem w jakimś maniackim przeżuwaniu: wydaje się, że ten człowiek przeżuwa resztkę myśli, wspomnień, słów. Z trudem dźwiga niewielką apteczkę, w której szuka wody kolońskiej i pomady, żeby je nam sprzedać. Co chwila stawia skrzyneczkę przed nami, opierając się o nią, jakby miał upaść, a jego oczy otwierają się coraz szerzej. I głosem, który zdaje się wychodzić z jakiegoś lochu, głosem zduszonym jak spod śniegu, ten stary żołnierz Bliichera mówi do nas: „Wkroczyłem do Paryża!”
Położyłem się, żeby odpocząć po tym wieczorze ze snu. Oddycha się tu powietrzem, które przyprawiło o szaleństwo Hoffmanna.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 127–129.


Komentarze