czwartek, 28 kwietnia 2016

Odcinek 2055: William Faulkner, 1940 rok

List Williama Faulknera do wydawcy, Roberta K. Haasa

Niedziela, 28 kwietnia 1940 roku
Drogi Bobie,
Mam przed sobą Twój list na temat płacenia honorarium. Wykorzystam go, kiedy mi odpiszesz na ten.
Potrzebuję w tej chwili 1000 dolarów na zapłacenie długów i bieżących rachunków. Trzeba mi jeszcze 9000, powiedzmy 400 dolarów miesięcznie przez dwa lata.
Planowałem sobie po skończeniu ZAŚCIANKA zarobić opowiadaniami do l lipca tyle, żeby mi starczyło do końca roku i dało sześć miesięcy na napisanie innej powieści. Do 15 marca napisałem sześć opowiadań, starając się pisać ten rodzaj chałtury, za jaki „Post” płaci po 1000 dolarów od sztuki, bo najwięcej, na ile mogę liczyć za dobre opowiadanie, to trzysta albo czterysta, a jedyne pismo, jakie je kupuje, to „Harper’s” etc.
Napisałem więc te sześć opowiadań, ale jak dotąd ledwie jedno poszło. Właściwie lepiej, bym dzisiaj lądował, gdybym był pisał dobre opowiadania. A tak nie tylko że zmarnowałem wysiłek umysłowy i koncentrację na pisanie chały, ale jeszcze te sześć miesięcy między listopadem, kiedy skończyłem ZAŚCIANEK, a 15 marca, kiedy skończyłem ostatnie opowiadanie, jak również i czas od 15 marca, który spędzam na zastawianiu kolejno swoich klaczy i źrebaków, żeby zapłacić za jedzenie, elektryczność, pranie i inne rzeczy, i wyglądaniu każdego pociągu z pocztą w nadziei na jakiś czek.
Autograf  Williama Faulknera.

Dziś już się prawie doszczętnie pozbyłem wszystkich mułów, które się dało zastawić. Mogę jeszcze dostać tysiąc pod zastaw tej umowy. Kiedy zapłacę podatek dochodowy i wykupię jeden weksel w tutejszym banku, będzie po tym tysiącu. I wciąż będę musiał pisać te chałowate opowiadanka, które jak dotąd nie idą nawet w pięćdziesięciu procentach, bo teraz jestem jak hazardzista, który po prostu musi dublować i dublować, jak pokerzysta, który ani nie może dopłacić i sprawdzić partnerów, ani się zrzucić, tylko musi podnosić. Mam mrożącą krew w żyłach powieść kryminalną, która powinna pójść (takie zwykle idą), ale nie mogę poświęcić sześciu miesięcy na pisanie, nie mam tych sześciu miesięcy, żeby je na pisanie przeznaczyć. Zamyślam o innej powieści, pod w metody podobnej do NIEPOKONANYCH, ale ponieważ rozdziały, które już napisałem i próbowałem sprzedać jako opowiadania, nie poszły, to nie mam czasu, żeby pisać ją dalej.
Czy Random House może pomyśleć o umowie rodzaju, powiedzmy chociaż 300 dolarów miesięcznie jako dodatek do tego pierwszego tysiąca? Później możemy możemy omówić sprawy zabezpieczenia na wypadek mojej śmierci. Jeżeli nie, czy mogę dostać Twoje błogosławieństwo na staranie się gdzie indziej o podobną umowę?

William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 102–105.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Odcinek 2054: Antoni Słonimski, 1937 rok

Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa

„Wiadomości Literackie”, nr 18, 25 kwietnia 1937 roku
Gdyby huragan jakiś zburzył Rynek, Podwale i piękne budowle Krakowskiego Przedmieścia, Warszawa straciłaby niemal cały swój charakter, ale przedsiębiorczość ludzka jak zwykle wobec kataklizmu wzmogłaby się, i na ruinach Starego wyrosłoby miasto Nowe, wspanialsze i wygodniejsze od dawnych kamienic i pałacyków warszawskich. Ludzie kochający Warszawę nie czuliby się jednak dobrze wśród kwietników i oszklonych fasad nowej architektury. Taki jest już bieg wyznaczony przez naturę, że nawet ci, którym życie oszczędziło upokorzeń starości, wybiegają myślą z czystych i widnych wnętrz współczesnych i wspominają stare cukierenki, mieszkania z naftowymi lampami, secesyjnymi abażurami, i patrząc na kilimy i tkaniny nowoczesne, wzdychają po cichu do bardzo brzydkich gratów pokrytych nie tylko kurzem, ale i błękitnym pyłem minionej młodości. Czasem przychodzą takie huragany, po których pozostają jedynie ruiny. Rozsypują się w gruzy budowle, do których przywykliśmy od dzieciństwa, i nie ma siły ludzkiej, która by tę stratę mogła powetować. Odchodzą ludzie, którzy tworzyli atmosferę Warszawy, odchodzą ludzie, których wdzięk, malowniczość i urok złączone były z Warszawą niepodzielnie.
Żegnaliśmy oto naszego starego przyjaciela Franciszka Fiszera. Za trumną szły
Franciszek Fiszer, rys. Aleksander Żyw.
trzy pokolenia warszawskie: starcy, którzy siadywali z Fiszerem u Starorypińskiego, poważni panowie, którzy z Fiszerem noce spędzali na rozważaniach filozoficznych, i młodzi poeci, którzy rozprawiali z nim o literaturze w cukierni „Ziemiańskiej”. Za trumną Fiszera szli najwybitniejsi poeci, malarze, aktorzy, muzycy i architekci. Cała artystyczna Warszawa znalazła się na tym skromnym pogrzebie. Któż to był? Cóż takiego zdziałał ten starszy pan o bujnej brodzie koloru „changeant”, ten wspaniały starzec w poplamionym ubraniu, ozdobionym zawsze świeżym kwiatem w butonierce? Nie napisał książki, nie namalował obrazu, raczej był sam książką i obrazem.
Ojciec mój był przyjacielem Franca i ja z kolei szczyciłem się jego przyjaźnią. Nie w duchu i nie w stylu Fiszera byłoby mówić o nim dziś w sposób patetyczny. Fiszer, jak wszyscy ludzie naprawdę mądrzy i naprawdę delikatni, nie uznawał form banalnych i konwenansów. Formy te były mu niepotrzebne, jak niepotrzebny jest kodeks karny ludziom uczciwym. Jeśli dziś nad świeżym grobem wspomnę o jego fenomenalnym dowcipie, wydaje mi się, że uczynię rzecz najwłaściwszą. Dowcip ten powinien doczekać się specjalnej monografii, warto by zebrać i opublikować jego kapitalne powiedzenia, wspaniale riposty, genialne określenia. Wszyscy czuliśmy, że gdyby z takiego pogrzebu wracał z nami Franciszek, już za murem cmentarnym grzmiałby tubalnym głosem rozprawiając się z nieboszczykiem i z całą przy trumnie zebraną sosjetą. Czyżby to znaczyło, że nie było dla niego rzeczy świętych i że kpił z wszystkiego? Nie. Prawdziwe wartości umiał naprawdę szanować, a dowcip Franca prawie nigdy nie był krzywdzący. Fiszer był metafizykiem, ale przyznać muszę ze skruchą, że nic nigdy zrozumieć nie mogłem z jego metafizycznych wywodów. Niezwykły dowcip, dobroć i delikatność uczuć i miłość do poezji czyniły go nam wyjątkowo drogim.
Dowcip Fiszera był samorodny i niezwykle plastyczny. Fiszer gardził kalamburem. Operował obrazem. Opowiadał mi kiedyś, że u niego w Łomżyńskiem był stuletni sługa, który wspaniale tańczył kozaka. „Skakał szalenie wysoko do góry, a potem niesłychanie powoli opadał”. Ogarniał wszystkie rodzaje dowcipu. Potrafił powiedzieć złośliwość w sposób tak wykwintny jak Anatol France i kropnąć brechtę, i „pure nonsense”, od którego najbardziej surowy purytanin angielski rozleciałby się w kawałki. Miał swoich wrogów, byli ludzie, których nie znosił, a raczej do których podniecał umyślnie swą zawziętość, aby wyładować się w najzupełniej irracjonalnej pretensji. Któregoś dnia spotkaliśmy jednego z takich nieprzyjaciół Fiszera. Franc przystanął, obejrzał się za przechodzącym i mruknął: „Cóż za szubrawiec! Czy wiesz, że to bydlę ośmieliło mi się przyśnić?”. Wracając z pogrzebu jednego ze swych przyjaciół, powiedział do pewnej aktorki: „Była pani królową dzisiejszego pogrzebu”. Kiedyś był na obiedzie u pewnego dyrektora teatru i dostał bilety na premierę, która się tego dnia miała odbyć. „Po drugim akcie zbliża się do mnie jakaś paniusia i pyta o sztukę. Odpowiadam, że sztuka jest bydlęca, że to absolutne świństwo, i w tej chwili poznaję żonę dyrektora teatru. Cóż miałem zrobić? Pocałowałem babinę w rękę i powiedziałem: «Pani, gdyby to było w lesie, udusiłbym panią i nie byłoby gafy»”. Pewien aktor dramatyczny chwalił się kiedyś, że ma nos jak Dante: „Pisz pan nosem” – powiedział mu Fiszer. Nie mogę się oprzeć pokusie przytoczenia tych paru powiedzeń Fiszera, aby choć w przybliżeniu dać pojęcie o jego dowcipie i lotnej wyobraźni.
Śmierć przyjął Fiszer z godnością i pogodą wspaniałą. Nawet na łożu śmierci nie zdradził swego stylu. Gdy byłem u niego w szpitalu, na w pół już sparaliżowany mówił z najwyższym trudem rzeczy pogodne i żartobliwe. W pewnej chwili nachyliłem się nad nim, nie mogąc zrozumieć jego słów. Trudno było pochwycić sens, trudno było zrozumieć pojedyncze słowa. Ale poznałem rytm. Poznałem, że to był trzynastozgłoskowiec. Fiszer pozostał wierny poezji. Tak odszedł człowiek, po którym została Warszawa mniej już do dawnej Warszawy podobna.

Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1936–1939, LTW, s. 157–158.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Odcinek 2053: Jane Austen, 1805 rok

List Jane Austen do siostry, Kasandry

Gay Street, niedziela wieczór, 21 kwietnia 1805 roku
Kochana Kasandro
Jestem Ci wielce zobowiązana, że tak szybko ponownie do mnie napisałaś: Twój
Ilustracja Hugh Thompsona do Emmy, 1915 rok.
wczorajszy list sprawił mi doprawdy nieoczekiwaną niespodziankę. [...]
Wczorajszy dzień był dla mnie wielce pracowity, a przynajmniej dla moich stóp i pończoch: spacerowałam całe popołudnie; zaraz po pierwszej poszłam do Sydney Gardens, skąd wróciłam dopiero na czwartą, po obiedzie natomiast udałam się pieszo do Weston. Rano miałam umówione spotkanie z Cooke’ami; nasze towarzystwo tworzyli George i Mary, niejaki pan Bendish z córką, którzy wcześniej byli z nami na koncercie, oraz najmłodsza panna Whitby – nie Julia, z nią już się nie widujemy, jest bardzo chora, lecz Mary; teraz na Mary Whitby przyszła kolej dorastania, pięknej cery i noszenia wielkich, muślinowych chust. Nie wymieniłam siebie wśród towarzystwa, lecz byłam tam obecna, a kuzyn George był łaskaw zagadywać mnie całkiem dorzecznie, od czasu do czasu, w przerwach między więcej go obchodzącymi przekomarzaniami z panną Bendish, która jest bardzo młoda i dosyć ładna, a jej wdzięczne maniery, szybki dowcip i trzeźwe uwagi przywodziły mi chwilami na myśl moją dawną znajomą Lucy Lefroy. Przytoczono monstrualną liczbę głupich zagadek i pospolitych bzdur, lecz nic dowcipnego – jedyne uwagi graniczące z dowcipem, lub rozsądkiem, padły z ust kuzyna George’a, którego mimo wszystko bardzo lubię. Pan Bendish jest młodzieńcem wysokiego wzrostu i, zdaje się, nic poza tym. Spotkałam niedawno pana F. Bonhama, który rzekł mi na powitanie: „Słyszę, że pani kuzyn przybył, panno Austen”. Na wieczorne spotkanie i spacer umówiona byłam z panną Armstrong, która zajrzała do mnie dzień wcześniej i zbeształa łagodnie za odmianę zachowania wobec niej od czasu, gdy bawi w Bath, a już co najmniej od niedawna. O, ja nieszczęsna! Że też moje obserwacje muszą być tak brzemienne w skutki, a moje maniery tak podłe! Mówiła tak serdecznie i tak rozsądnie, że szybko jej darowałam i na dowód zaproponowałam rzeczone spotkanie. To doprawdy miła dziewczyna, więc myślę, że zdołam ją polubić; boleśnie odczuwany brak stałej towarzyszki w domu może sprawiać, że każda ledwie znośna znajomość nabiera dla niej wagi – to dodatkowy powód do ubiegania się o moje względy. Postaram się ze wszystkich sił utrzymać swoje najskrytsze opinie na właściwym miejscu i zapobiec katastrofie. [...] 
Miej mnie, jeśli wola, za swoją 
Kochającą Siostrę

Jane Austen, Listy wybrane 1796–1817, wybór R.W. Chapman, tłum. Jolanta Kozak, Prószyński i S-ka 1998, s. 69–73.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Odcinek 2052: Stefan Żeromski, 1890 rok

Z dziennika Stefana Żeromskiego

17 kwietnia 1890 roku (czwartek)
Prawdziwa zaczęła się wiosna. Ciepło, gorąco... Roje os brzęczą za otwartym oknem, wróble świegocą, jakaś oszalała z radości mucha wbiega z brzęczeniem do pokoju i wylatuje z powrotem na słońce. Jaki niesłychanie ciepły i łagodny wiatr porusza, niby melodia struny — suche jeszcze pręty topoli!...
W ogromnej głębi ogrodu na brązowym tle drzew rozlała się żółtozielona piana rozpuszczających się listków, przez drzewa przegląda murawa ciemnozielona, na rabatach kwiatowych powyrastały nagle ogromne liście nieznanych mi roślin. Za ogrodem na dalekiej przestrzeni widać zielone od ozimin wzgórze, objęte pasem granatowego lasu. Na jego skraju z aż czarnej głębi gęstwiny wysuwa się szereg świerków pojedynczo, jeden za drugim stojących. Na wprost nich zachodzi słońce w wielmożnym płomieniu zorzy. Wydaje się, że to z głębin leśnych wyszedł szereg kapłanów lasu w kapach lasowych i oddając pokłon zachodzącemu, mówi: „Święty, święty, mocny a nieśmiertelny!” Tuż pod oknem na żółtym, suchym piasku przechadza się pliszka usiłując ukraść kawałek bułki pozostawiony przez Adasia. Zapewne niemożność ukradzenia sprawia jej boleść, choć to ładnie wygląda...
 
Claude Monet, Wiosna, 1890 rok.
Dostałem dziś od Natuchny bukiet fiołków. Była tutaj pieszo. Jestem chory, nie mogłem jej odprowadzić, nie będę widział prędko. Może jedyna i ostatnia pamiątka od niej, która ma w mym sercu miejsce poczestne [!]. Nie wiem, czy mię nawet lubi. Śmiech, sam śmiech!

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 442–443.

środa, 13 kwietnia 2016

Odcinek 2051: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

13 kwietnia 2004 roku
Subject: Re: koniec świąt
Pyta Pani, czy człowiek jest na ziemi za karę. Nie zna Pani Pisma Świętego i
Obraz Zdzisława Beksińskiego
dlatego, jak ju
ż pisałem, będzie się Pani smażyć w piekle. Oczywiście, że człowiek jest na ziemi za karę w efekcie wygnania z Raju, bo skosztował jabłka z drzewa wiadomości złego i dobrego, co się tłumaczy symbolicznie bardzo prosto. Drzewo symbolizuje po prostu świadomość. W momencie jej uzyskania straciliśmy i zwierzęcą niewinność i szczęśliwość, zaczęliśmy zadawać sobie pytania o sens sami wygnaliśmy się z Raju, a teraz w pocie czoła pracujemy na chleb swój, a ziemia rodzi nam osty i ciernie. Oczywiście, że jesteśmy na ziemi za karę. Nie trzeba było zaczynać myśleć. Nasza świadomość i konieczność bycia człowiekiem cholernie nam ciąży. Czytałem gdzieś u jakiegoś etnografa, że gdy Bóg l ukazał się w jakiejś wiosce w Południowej Ameryce i powiedział, że daje ludziom 24 godziny, w czasie których mogą robić, co tylko chcą, i żadne normy nie obowiązują, to wszyscy postąpili identycznie: rozebrali się do naga i biegali, wyjąc, a niektórzy sprawniejsi, powłazili na drzewa. To bardzo pouczający przykład. Mowa i cywilizacja, którą symbolizuje ubiór, bardzo nam ciążą. Gdyśmy mowę mogli ograniczyć do wycia, wszyscy zaczęlibyśmy tylko wyć. W jakimś sensie modelowym przykładem na to, są posiadacze samochodów. Ich język ograniczony jest przez klakson. Proszę zwrócić uwagę, że gdy tylko mogą, to nadużywają tego języka w sposób prawie absurdalny. Potrafią trąbić, jeśli chcą skręcić w prawo, a ktoś stoi na światłach na prawym pasie. Przecież wycie niczego nie zmieni, bo facio nie uniesie się w powietrze, no, ale pojawia się nareszcie okazja, by wrócić choć na moment do Raju zwierzęcej szczęśliwości sprzed skosztowania Jabłka z drzewa wiadomości złego i dobrego. Tak, proszę Pani: jesteśmy na ziemi za karę. Pięknie pozdrawiam
Beksiński

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 99.

piątek, 8 kwietnia 2016

Odcinek 2050: Helena Modrzejewska, 1893 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Marii Chłapowskiej

W drodze do Chicago, w wagonie, 8 kwietnia 1893 roku
Moja droga Maryniu! 
Przebacz, że tak dawno nie pisałam, ale w naszym tułaczym życiu tak trudno zdobyć się na chwilę spokoju. Mam nadzieję, że list ten zastanie Cię w dobrym zdrowiu, jak również całą rodzinę. 
Czerwona Wieś musi być śliczna o tej porze. Zawsze z żywą przyjemnością myślę o miłych chwilach spędzonych z Tobą i Twymi — i tęsknię, pocieszając się nadzieją, że nam Pan Bóg pozwoli jeszcze wrócić do kraju i nacieszyć się Wami. Tego roku, niestety, myśleć o tym nie możemy z powodu nieprzewidzianych wydatków i okoliczności. 
Mój syn pracuje obecnie na własną rękę, ale w każdej chwili może mnie tu potrzebować, dopóki jego pozycja zupełnie się nie zdeklaruje. Przy tym jest Marylka, moja wnuczusia, nareszcie Wystawa Chicagowska i wiele innych powodów, nie wyłączając ranczu, które nas tego roku zatrzymują w Ameryce. 
Paderewski ciągle tu odbiera owacje i zbiera dolary. Takiego sukcesu nie miał tu
Ignacy Paderewski, 1898 rok.
żaden przed nim wirtuoz — nawet [Antoni] Rubinstein, co jednak nie dowodzi, aby Paderewski był większym od Rubinsteina. Różnica jest w indywidualności, niestety nie tyle artystycznej, ile powierzchownej, i chociaż Paderewski geniuszem nie przewyższa Rubinsteina, ale jego osobistość jest tego rodzaju, że przyciąga do siebie tłumy, po największej części żeńskiego rodzaju. Panny i panie amerykańskie po prostu wariują za nim, a ponieważ tu, jak i wszędzie na świecie, ce que la femme veut etc., więc powodzenie jest kolosalne. Wszyscy się tym bardzo radujemy, tym bardziej że jest nadzieja, że skoro tylko nasz artysta zbierze dość pieniędzy, osiądzie w jednym miejscu i zacznie na nowo komponować. Jego ostatni koncert jest bardzo piękny.
 
Jest tu obecnie artystka dramatyczna, Włoszka, Eleonora Duse, o której słyszałaś zapewne. Jest nadzwyczajna! chociaż ja zawsze admiruję Sarę Bernhardt więcej. Duse jest trochę naturalistką i filozofką, i trochę zanadto obrachowuje swoje efekta. 
Czy Moryś ma jeszcze jakie egzamina do zdawania? Jeżeli tak, to mu życzę, żeby ostatni poszedł najświetniej — i nie wątpię, że tak będzie. Jak zdrowie Henia? Z wiosną zapewne dobrze. Gabrynia już jest w świecie — jak jej się podoba le monde, bo że ona się podoba, o tym wiem z ust wiarogodnych. Co porabia Gucio? Ucieszyliśmy się bardzo projektem wysłania go do Ameryki. Jeżeli do tego przyjdzie, to znajdzie tu dwa kochające serca i cztery gościnne ramiona. Będziemy mu niesłychanie radzi [zakończenia listu brak]

Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 164–166.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Odcinek 2049: Jan Lechoń, 1952 rok

Z dziennika Jana Lechonia

5 kwietnia 1952 roku
1. Tylko dwie zwrotki. Druga już w ostatniej chwili, już kiedy gotów byłem przyznać się do klęski. Brzmi to pięknie, „laurowo i ciemno”. Ale boję się, że za mało ciemno, za romantycznie, za jednoznacznie.
2. Tak sobie dziś wyroiłem jakąś trudność, przykrość jak przed rokiem, że byłem pewny, iż ona się stanie, widziałem jej dalsze ciężkie skutki – i nie wierzyłem oczom, kiedy przyszedł list, który według tych głupich przeczuć nie był przyjść powinien. Ciekaw jestem, czy to czyste urojenie, czy też jakieś wrogie siły gdzieś za mymi plecami przeciw mnie spiskują. Tak czy owak: Apage! Apage!
3. Święcone w Polsce – potwornych wielkości baby, mazurki, szynki, pisanki, baranek z chorągiewką, stół ubrany barwinkiem. I to suszenie przed tym, pamiętam, kiedy nie było żadnych wódeczek i ryb faszerowanych w Wielki Piątek, tylko śledź i kartofle – a później czekało się w Wielką Niedzielę na rezurekcję, jakby naprawdę na Zmartwychwstanie Pana Jezusa, i naraz ze smutku i postu robiła się wielka radość, żarcie i picie. Dyngus na wsi, który zawsze przypomina mi obrazy naiwnego i rzewnego Wojciecha Piechowskiego. I pieśń rezurekcyjna, wśród naszych cudownych pieśni kościelnych jedna z najcudniejszych Wesoły nam dzień dziś nastał. I brzęk nie kończący się dzwonków w kościele, a przed kościołem pierwsze listki na drzewach.
Wojciech Piechowski, Szkic do obrazu Rezurekcja, 1900 rok. 

Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 406–407.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Odcinek 2048: Anne Frank, 1944 rok

Z dziennika Anne Frank

Poniedziałek, 3 kwietnia 1944 roku
Najdroższa Kitty,
Zupełnie wbrew swojemu przyzwyczajeniu napiszę Ci jednak obszernie o jedzeniu. Nie tylko w Oficynie, ale w całej Holandii, w całej Europie i jeszcze dalej stało się to trudną kwestią.
W ciągu 21 miesięcy, odkąd tu jesteśmy, przeżyliśmy już sporo „okresów żywnościowych”, zaraz usłyszysz, co to znaczy. Przez „okres żywnościowy” rozumiem okresy, w ciągu których nie dostaje się do jedzenia niczego innego poza określonym daniem lub określonym warzywem. Przez dłuższy czas nie mieliśmy do jedzenia niczego innego jak codziennie endywia, z piaskiem, bez piasku, stamppot, gotowaną i w naczyniu żaroodpornym, potem był szpinak, potem kalarepa, skorzonera, ogórki, pomidory, kiszona kapusta itp. itd.
To naprawdę nie jest miłe co południe i co wieczór jeść na przykład kiszoną kapustę, ale gdy się jest głodnym, stać cię na wszystko. Teraz nastąpił istotnie najpiękniejszy okres, bo nie dostajemy żadnych warzyw.
Holenderskie kartki żywnościowe z okresu okupacji (źródło).
Nasze tygodniowe menu w południe składa się z: grochu, grochówki, ziemniaków z kluskami mlecznymi, sufletu ziemniaczanego, a dzięki przychylności bogów czasem jeszcze jest rzepa albo zapleśniałe marchewki, a potem znowu groch. Ziemniaki jemy na każdy posiłek, zaczynając od śniadania z powodu braku chleba, ale wtedy są jeszcze trochę przypieczone. Zupę robimy z grochu i fasoli, ziemniaków, drobno posiekanych jarzyn z torebki, zupy ziemniaczanej z torebki, grochu z torebki. We wszystkim jest groch, nawet w chlebie, i to niemało. Wieczorem jemy zawsze ziemniaki z sosem z torebki, to na szczęście jeszcze mamy, sałatkę z czerwonych buraków. O tych kluskach mlecznych muszę jeszcze coś powiedzieć, robimy je z mąki rządowej z wodą i drożdżami. Są takie klejące i łykowate, jakby się miało kamienie w żołądku, ale cóż!
Naszą największą atrakcją jest plasterek pasztetowej co tydzień i dżem z suchym chlebem. Ale żyjemy jeszcze, a to nawet często jeszcze jest świetne!
Twoja Anne M. Frank

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 194–195.