Odcinek 2067: Antoni Słonimski, 1937 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki „Król włóczęgów” Hookera i Posta

20 czerwca 1937 roku
Teatr Letni: KRÓL WŁÓCZĘGÓW" (THE VAGABOND KING), komedia w 4 aktach; tekst Brian Hookera i W.H. Posta; muzyka Rudolfa Frimla; przekład W. Szeluty; teksty śpiewne Juliana Tuwima; opracowanie muzyczne Tadeusza Sygietyńskiego; reżyseria Janusza Warneckiego; choreografia Jadwigi Hryniewieckiej; dekoracje Stanisława Jareckiego

Wydawać by się mogło, że libreciści amerykańscy nie powinni nic wiedzieć o Villonie. Niestety, dowiedzieli się i natychmiast napisali The Vagabond King. Bzdura operetkowo-filmowa na temat życia znakomitego poety znalazła zdolnego kompozytora i dzięki dobrej muzyce stała się popularnym widowiskiem. Oczywiście, nie wymagamy od operetki specjalnie inteligentnego scenariusza. Kołysani melodią, szarpani tańcami i kiwani tekstem, nie traktujemy poważnie ani fabuły, ani charakterów. Niestety, dyrekcji teatrów warszawskich przyszedł do głowy szatański pomysł przerobienia tej operetki na komedię muzyczną, czyli ograniczenia części wokalnej na korzyść elementów komediowych. Główna postać tej brechty broni się częstym przechodzeniem w śpiew. Pomysłowy p. Warnecki puścił Villona na scenę i kazał mu tylko gadać. Jeśli rolę Villona dostaje nie śpiewak, ale aktor dramatyczny, i to w rodzaju Damięckiego, zaczyna się poważne nieporozumienie i nieporozumienie to trwa aż do zapadnięcia kurtyny. Zamiast przyjemnej operetki dostajemy pretensjonalne sztuczydło nie mające nic wspólnego ani z Villonem, ani z krzewieniem kultury teatralnej w Polsce. Reżyser podkreślił wszystko, co jest szmirą operową, ukazał całą naiwność libretta. Bardzo niedowcipny tekst został wydobyty jak najstaranniej, podkreślono każdy zły żart i rozwleczono każdą głupią sytuację. Mimo to gdy do głosu przychodziła muzyka, a zwłaszcza gdy brzmiał marsz pięknie śpiewany przez Czaplickiego, publiczność waliła potężne brawa.
Scena z "Króla włóczęgów" (źródło).
Bardzo smacznie odśpiewały swe role pp. Brochwiczówna i Brzezińska. Karin Tiche jako Esmeralda okazała duże poczucie stylu i szczery temperament aktorski. Biedny Znicz robił, co mógł, aby wykrzesać choć trochę wesołości ze swej smutnej roli. Reszta zespołu wałęsała się po scenie, kucała, przewracała koziołki i czyniła bardzo wiele zamieszania, aby stworzyć pozory wesołości. Sztuka zdobyła dzięki temu uznanie galerii. Niektóre powiedzenia nagradzane były huraganami braw. Mnie te powiedzenia nie śmieszyły. Jedno z nich zapamiętałem: „Nie, nie wykąpię się, bo jako arystokrata jestem konserwatystą”. Pisałem już w życiu sporo rzeczy scenicznych, które śmieszyły publiczność, ale gdybym napisał to zdanie, nie liczyłbym nawet na szmerek. Może to ja jestem arystokratą i konserwatystą i dlatego nie rozumiem wymagań nowej publiczności? Jeśli tak, to nie mam racji, bo rację ma zawsze klient, gość, czyli szanowna P.T. Publiczność.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, WAiF 1982, s. 338–339.


Komentarze