Odcinek 2058: Edmund de Goncourt, 1880 rok

Z dziennika Edmunda de Goncourt

Wtorek, 11 maja 1880 roku
Wczoraj wyjechałem z Popelinem do Rouen. O czwartej byliśmy w Croisset, w tym smutnym domu, gdzie nie miałem odwagi siąść do obiadu.Pani Commanville mówiła nam o drogim zmarłym [Flaubercie], o jego ostatnich chwilach, o jego książce, której, jak sądzi, brak dziesięciu stron.Potem podczas rwącej się rozmowy, opowiadała o wizycie, z jaką wybrała się ostatnio do przyjaciółki mieszkającej na przeciwległym brzegu Sekwany, żeby zmusić Flauberta do ruchu. Nowo narodzone dziecko tej przyjaciółki, w ślicznej różowej kołysce, znajdowało się właśnie w salonie; Flaubert powtarzał wracając: „Nic na świecie nie jest warte takiej małej istotki w domu”. 
Pouchet zabiera mnie rankiem do odległej alei i mówi: „Nie umarł na udar
Maska pośmiertna Flauberta.
mózgu, ale na atak epilepsji. W młodości, wie pan, miewał takie ataki... Podróż na Wschód wyleczyła go poniekąd. Przez szesnaście lat nie było nawrotów. Ale przyszły zgryzoty, te sprawy związane z siostrzenicą... W sobotę miał atak epilepsji połączony z wylewem, od tego umarł. Tak, wszystkie objawy, piana na ustach... Siostrzenica chciała, aby zrobiono odlew jego ręki, ale okazało się to niemożliwe, tak strasznie była zaciśnięta. Gdybym był tutaj, gdybym mógł sprawić, że oddychałby przez pół godziny, może bym go uratował... Okropne było wejście do jego gabinetu. Na stole obok papierów chusteczka, fajka z popiołem na kominku, tom Corneille’a, który czytał poprzedniego dnia, niedbale odstawiony na biblioteczną półkę...”
 
Orszak żałobny rusza, wspinamy się po zakurzonej drodze do małego kościoła — tego samego, gdzie pani Bovary ma się spowiadać wiosną, a jeden z urwisów, łajanych przez proboszcza Bournisien, przeskakuje przez mur starego cmentarza. [...]Wychodzimy z kościoła i nie kończącą się drogą, w słońcu, zdążamy na ogromny cmentarz w Rouen. W beztroskiej ciżbie, która uważa ceremonię za przydługą, świta już myśl o małej uczcie. Mówi się o flądrach po normandzku i młodych kaczkach z pomarańczami; Burty wymawia słowo burdel ze zmrużeniem oczu zakochanego kocura.Wchodzimy na cmentarz pełen zapachów głogu, górujący nad miastem pogrążonym w fioletowym cieniu, który sprawia, że zdaje się pokryte łupkiem.Ledwo woda święcona spadła na trumnę, a już wszyscy ci ludzie o rozpalonych i sprośnych twarzach walą w stronę miasta. Daudet, Zola i ja wracamy oddzielnie, nie chcąc brać udziału w biesiadzie, która szykuje się na wieczór, i z nabożeństwem rozmawiamy o zmarłym.

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 437–438.

Komentarze

  1. I to jest znak, że powinnam przeczytać "Szkołę uczuć" w nowym przekładzie.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Panią Bovary w nowym czytałaś?

      Usuń
    2. Nie, starym. Ale mamy omawiać ją w DKK, więc może sobie przypomnę w nowym. Zaglądałeś do niego?

      Usuń
    3. Nie, tylko wiem, że się ukazało. I ponoć Flaubert zyskał pazur :P

      Usuń

Prześlij komentarz