niedziela, 8 maja 2016

Odcinek 2057: Maria Dąbrowska, 1948 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

8 maja 1948 roku, sobota
[...] O dwunastej wizyta Wolpego z Państw[owych] Zakł[adów] Wyd[awnictw]
Henryk Wolpe (źródło).
Szk[olnych], która zatruła mi cały ten dzień. Przyszedł uzasadnić skreślenia w moim „Wyborze” z „Pamiętn[ików] Chł[opów]”. Nie ustąpili ani na jotę, mimo że poszłam dość daleko 
w „godziwym kompromisie”. Ma być skreślony cały pamiętnik Wołyniaka, Ukraińca (po polsku na konkurs nadesłany) oraz wszystkie wzmianki o Piłsudskim i Legionach. A przecież zostawiłam ich ledwie parę dla zachowania minimum prawdy historycznej. Bo skoro większość pamiętnikarzy przeżyła pierwszą wojnę światową i większość ją wspomina lub szeroko opisuje – niepodobna było, gdy mowa o Rosji i Niemcach, nie wspomnieć też o roli Polaków. Ów Wolpe – wredny, chytry, nienawistnie do wszystkiego co polskie usposobiony (cała gęba w żółte cętki jak indycze jaja) wygłosił półgodzinną mowę, dlaczego należy to skreślić. Przezierało tyle bezwiednego wstrętu i nienawiści do Polski, że milczałam ze ściśniętymi zębami i pięściami, bojąc się, że gdy się odezwę, to skończy się [dwa słowa skreślone] grubiaństwem. Kiedy skończył, powiedziałam: „Szkoda, że zadał pan sobie tyle niepotrzebnego trudu, gdyż nie powiedział pan ani jednego słowa, którego nie słyszałam już od pani Kormanowej”. On na to: „A jednak ja mówiłem tylko od siebie”. M.in. zażądał jeszcze skreślenia ustępu, w których chłop pisze o „swojej doli żołnierza, co swoją nogą przemierzył ziemię od Warty do Kijowa, wszędzie cierpiąc głód, poniewierkę i rany, a szedł z ochoczym sercem, bo bił się za Polskę” (cytuję z pamięci). Uznał to za apologię wyprawy kijowskiej Piłsudskiego. „To nie jest apologia wyprawy kijowskiej, to jest epopeja doli żołnierza. Prozą powiedziane to samo, co w piosence »Idzie żołnierz borem lasem«”. „Tak ale to przecież dla każdego jasne, że to jest apologia wyprawy kijowskiej” – upierał się cętkowany (choć w istocie rzeczy w tym pamiętniku ani słowa takiej apologii nie było). W końcu zaproponowałam, żeby wydali tę książkę bez mojej przedmowy i bez mojego nazwiska. Tak długo mi tłumaczył, że to jest niemożliwe, aż morderczo znudzona, powiedziałam: „Róbcie sobie, co chcecie”. Tak to można stracić cnotę z samej straszliwej nudy! Pożegnaliśmy się więcej niż ozięble, prawie jakbym mu powiedziała: „Pan już za długo siedzi”. Ale gryzę się tym niepomiernie i myślę, co by zrobić, żeby jedyna rzecz, jaką posiadam, moje nazwisko, nie było podpisane pod sfałszowanym tekstem... Mogłabym wycofać tę rzecz bez obawy większego skandalu, ale: 1) żal mi pracy i miłości w to włożonej, 2) gdybym to chciała wydać gdzie indziej, cenzura porobi mi te same skreślenia albo jeszcze gorsze, 3) w zamian mogą zrobić inny wybór pod kątem nienawiści do Polski opracowany, taki fotomontaż drukarski z każdego tekstu można zrobić. W każdym razie długo jeszcze się tym gryźć będę. [...]

Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich 2009.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz