poniedziałek, 30 listopada 2015

Odcinek 2046: Jane Austen, 1800 rok

List Jane Austen do siostry, Kasandry Austen.

Ibthrop, niedziela, 30 listopada 1800 roku
Kochana Kasandro
Czy zamierzasz spodziewać się wieści ode mnie w środę, czy też nie? Sądzę,
Suknie damskie, grudzień 1800 roku.
że tak, gdyż inaczej nie pisałabym tego, skoro trzy i pół dnia, które minęły od chwili wysłania mego poprzedniego listu, nie przyniosły zbyt wiele materiału do zapełnienia kolejnej kartki papieru. [...] Jestem tutaj od kwadrans na czwartą w ubiegły czwartek, według zegara pochodzącego z Shrewsbury, na co, szczęśliwym trafem, mam niezaprzeczalny dowód, gdyż pani Stent mieszkała kiedyś w Shrewsbury, a przynajmniej w Tewksbury. Mam zaszczyt czuć się bardzo mile widzianym gościem i spędzać czas nader przyjemnie. Marta wygląda doskonale; domaga się, abym zauważyła, że tyje, ja jednak, mimo szczerej chęci spełnienia tego żądania, mogę najwyżej uwierzyć jej na słowo. Pani Stent udziela nam swego towarzystwa w stopniu, w jakim go pożądamy, czyli znacznie większym, niż to dawniej miała w zwyczaju, jednak, koniec końców, i tak mniejszym, niż byłoby to z pożytkiem dla nas, gdyż na dworze jest stanowczo zbyt brudno, nawet dla tak zapamiętałych piechurek jak Marta i ja, co skazuje nas na wzajemne towarzystwo od rana do nocy, z niewielkim urozmaiceniem w postaci książek lub sukien. Trzy z panien Debary złożyły nam poranną wizytę nazajutrz po moim przyjeździe, lecz nie miałam jeszcze sposobności odpłacenia im podobną grzecznością; jak wiesz, nie jest rzeczą niezwykłą w tej parafii utrzymywać drogę z Ibthrop do plebanii w stanie znacznie większego zabłocenia i niezdatności do pieszych wycieczek niż drogę z plebanii do Ibthrop. Panią Matkę pożegnałam w jak najlepszym zdrowiu i opatrzyłam surowym nakazem trwania w nim. Podróż miałam bezpieczną i nieprzykrą: w Andover zabawiłam godzinę, z której najwięcej dostało się panom Painterowi i Priddingowi, jednak całe dwadzieścia minut przypadło w udziale pani Poore i jej matce, których dobry wygląd i humory odnotowuję z przyjemnością[...] Marta przesyła Ci serdeczności i zapewnia, iż z radością powita każdy Twój list przysłany na ten adres, czy to do niej samej, czy do mnie – to prawda, że osoba adresatki niewielką tu uczyni różnicę. Jej podoba się moja suknia; specjalnie kazała Ci przekazać, że gdybyś mogła mnie w niej zobaczyć przez pięć minut, na pewno zaraz zapragnęłabyś uszyć sobie taką samą.
Zostałam zobligowana do napisania powyższego, lecz pisząc, ani na chwilę nie przestałam się czerwienić. Część czasu i pieniędzy zużyłam w Andover na zakup tłoczonego muślinu kameryckiego na podomkę dla Edwarda – z której to okoliczności wywodzę dwie miłe refleksje: po pierwsze, odkryłam nowe źródło samozadowolenia w tym, że umiałam zdobyć się na tak kosztowny prezent, a po wtóre, dowiedziałam się, iż wspomnianą prześliczną tkaninę nabyć można w cenie czterech szylingów sześciu pensów za jard, szerokości półtora jarda. Marta obiecała, że pojedzie ze mną do domu. Nasz plan jest następujący: na początek zamawiamy przyjemny mróz bez śniegu na przeprawę pieszo do Whitechurch, tam zaś wskoczymy w wynajętą karetkę pocztową, jedna na drugą, wystawiając głowy przez jedno okno w drzwiach, a nogi przez drugie. [...]
Poniedziałek. Marta w tej chwili otrzymała Twój list – mam nadzieję, iż nie zawiera on niczego, co wymagałoby pilnej odpowiedzi, gdyż właśnie siedzimy przy obiedzie, więc Marcie nie wypada ani czytać, ani pisać.
Zawsze Twoja J.A.
Jane Austen, Listy wybrane 1796-1817, wybór R.W. Chapman, tłum. Jolanta Kozak, Prószyński i S-ka 1998, s. 50–52.


środa, 18 listopada 2015

Odcinek 2045: Karol Chłapowski, 1876 rok

List Karola Chłapowskiego, męża Heleny Modrzejewskiej, do siostry, Anny Chłapowskiej

Anaheim, Kalifornia, 18 listopada 1876 roku
Kochana Aneczko!
Nie wiem, czy moje listy dochodzą do Was, bo jakoś od Was już dawno wiadomości nie miałem, a prócz tego wiem prawie z pewnością, że list na 14 stron, który pisałem do Frania, zaginął w drodze. Poczty bowiem są tu jeszcze trochę w pierwotnym stanie.
Jesteśmy tu już od miesiąca w Anaheim, gdzieśmy wynajęli domek z ogrodem i gdzie żyjemy czysto po amerykańsku. Co do zdrowia, tom jeszcze nigdy w życiu tak zdrów nie był. Od czasu wyjazdu z Europy raz tylko głowa bolała w N. Jorku. Helcia także dotąd doskonale się miewa. Bardzo zmężniała i utyła. Obu [!] nam morze nadzwyczaj posłużyło, toteż jesteśmy zakochani w oceanie. W San Francisco siedzieliśmy 3 tygodnie, gdzie musieliśmy przygotowywać jeszcze pole do występów Helci. [...]
Dziwna to ta Kalifornia, taka mieszanina cywilizacji z pierwotnym stanem natury. Jesteśmy tu już prawie na samym krańcu osiedlonych okolic. O 10 mil angielskich, czyli o dwie polskie mile na wschód są góry, a za górami pustynia, gdzie już ludzi nie spotkasz — rodzaj Sahary. O 13 mil angielskich, czyli 2,5 mil polskich na zachód mamy Ocean Spokojny, a wokoło nas step, na którym rzadko tylko bieli się farma. Dużo tu jest Indian, ale cywilizowanych przez dawnych misjonarzy katolickich, bardzo dobrzy ludzie i najlepsi robotnicy. Tutaj do służby to używa się tylko ludzi farbowych [!], tj. Chińczyków, Indian lub Murzynów, i to tak: do kuchni i pralni — Chińczyków, do koni i do winnicy — Indian, a do dzieci — Indianki, zaś Murzynów to tylko do parady, bo są drodzy i dość leniwi. Także dużo tu jest Meksykanów z dawnej ludności. Są tu także mieszańce, nieźli ludzie, lecz dzicy trochę i próżniacy. Masa tu jest narodowości w tym małym Anaheim, jak zresztą w całej Kalifornii. W ogóle Kalifornijczyk jest bardzo odmienny od Amerykanów z zachodu, stokroć sympatyczniejszy. Może to ten łagodny klimat i ta bogata natura tak dobrze wpływa na ludzi. [...]
Główna ulica Anaheim, 1873 rok.
Chciałbym Ci opisać nasz klimat, ale to trudno; mało odmienny w zimie i w lecie, tylko że w zimie masz kilkanaście dni deszczów. W nocy, a mianowicie koło 2-ej aż do 6-tej rano jest dość chłodno, ale za to o 8-mej już masz tak ciepło jak u nas w czerwcu. W samo południe przychodzi dzień w dzień wietrzyk od morza, który nie dozwala skwarowi dokuczać. Jedyna tu ciężka rzecz, to wiatr tak zwany Santa Ana Wind, który się zjawia z 2 lub 3 [razy] do roku i jest bardzo parny i gorący, rodzaj sirocco, lecz nie trwa nigdy dłużej nad kilka godzin. Teraz, w połowie listopada, mamy przed domem kwitnące róże i heliotropy, pomarańcze i cytryny okryte owocem itd.
Ja tu co dzień jeżdżę konno na mustangu, który mnie kosztuje 15 dolarów, albo Helcię wywożę w małym buggy jednokonnym. Także i poluję dużo, bo tu miliony zajęcy, kuropatw, bażantów itd. Dzikie zwierzęta tutejsze niestraszne, tylko jeden grizzli, czyli szary niedźwiedź, ale tych już bardzo mało. Od ludzi także strachu nie ma, nikt tu nie zamyka drzwi — czasem wszyscy wyjadą z domu i dom stoi otwarty przez kilka dni i nikt nic nie ukradnie. A przecież policji nie ma, ale za to jak ktoś co zrobi, to go wszyscy ścigają i sami ukarzą. Naturalnie w wielkich miastach jest gorzej, ale ja tu mówię o życiu wiejskim.
W domu mamy dużo zajęcia, gdyż innych sług prócz Anusi nie trzymamy, a ona sama dotychczas wprawdzie bardzo chętna, ale za to jest ogromnie powolna i idealnie głupiutka. Helcia więc, ucząc się ról, sama gotuje. [...]
Ściskam Cię już, kochana Aneczko, pisz jak najczęściej, bo tu strasznie nam tęschno [!] za Wami. Wszystko tu by było śliczne, gdyby nie żal za kilku drogimi sercu istotami, które tak daleko od nas. List, jeżeli natrafi na dobry statek i w samą porę wyjdzie, może iść nie dłużej jak 22 dni — nie otrzymujemy go wszakże zwykle przed miesiącem. [...]
Ściskam Cię jeszcze raz z całego serca wraz z Twoimi dziatkami i mężem.
Wasz Karol

Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 356–358.

czwartek, 12 listopada 2015

Odcinek 2044: Jan Lechoń, 1951 rok

Z dziennika Jana Lechonia

12 listopada 1951 roku
1. Prawie trzy stronice powieści. Pewno jest to złe, ale cieszy mnie to samo już,
Reklama, 1949 rok.
że wreszcie do tego wróciłem. Mimo że szło mi jak z kamienia – czułem przecież, że to przyjemność nie na jeden dzień, że odnalazłem ten świat niby wymyślony, a bardziej mój nawet niż ten „dziennik”. I wszystko, co dziś napisałem
– było pod nazwiskiem Skargi „o mnie” – o tym, co mnie teraz właśnie porusza.
2. Na rogu ulicy scenka, wypisz, wymaluj dla karykaturzysty albo do dziecinnych książek o zwierzętach. Jedna pani trzyma na smyczy trzy czarne jamniczki w czerwonych trykotowych czaprakach, druga zaś szczeniaczka-boksera w trykocie zielonym. Jamniczki raz po raz poszczekiwały w nie bardzo zdecydowanym tonie. Myślę, że to były plotki i zwierzenia. Bokser – jak wiadomo najpoczciwszy egzemplarz z psiej rasy, wyrywał się do nich w zamiarach najprzyjaźniejszych, jeśli nie wręcz seksualnych. Dużo bym dał, żeby wiedzieć, co te psy mówiły naprawdę.
3. Przeglądanie „Nowej Kultury”. Dąbrowska i Staff podpisani pod jakąś odezwą żałobną z powodu śmierci Borowskiego, który odebrał sobie życie. Znałem tylko jego publicystykę – i ta była okropna. Kloaka w więziennym dole. No ale widać już od takich podpisów nie można się teraz uchylić. – O Dzierżyńskim więcej wierszy i artykułów niż w najpoddańszych laurkach o Piłsudskim. Podobno Jurkowski zaraz po wojnie zabrał się do szycia butów. Czemu Iwaszkiewicz tego nie robi?
4. Słodycz ust to nie żadna przenośnia. Tylko oczywiście nie każdych.


Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 287–288.

środa, 11 listopada 2015

Odcinek 2043: Władysław Broniewski, 1918 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

11 listopada 1918 roku
Dwa dni = sto lat.
Chcę napisać coś mądrego na ten temat, ale w głowie mi się kręci. Wczoraj w
Rozbrajanie Niemców w Warszawie,
10 listopada 1918 roku (źródło).
nocy prawie nic nie spałem. Strzały, krzyki. O trzeciej Zenek przyjechał. Rano lecę do ,,Koła”. Niemcy bez broni — gdzie pojawią się z bronią, są natychmiast rozbrajani. Kupuję „Die rote Fahne”, ehemalige „Lokalanzeiger”. Zbiórka w „Kole”. Pluton. Mundur. Czerwone paski. Immatrykulacja. Zastępca komendanta dzielnicy. Cztery godziny byłem sam tam komendantem. Urwanie głowy!...
A najważniejsza rzecz, że Komendant w niedzielę rano wrócił. Diabli mi nadali być całą noc na tańcach i zaspałem.
Teraz chociaż wiadomo, czego się trzymać.
Cały gmach ucisku, dławiący kraj przez trzy lata, runął w ciągu jednego dnia...
Zniknęła gdzieś ta pycha żołdacka pruska — żołnierze zrywają bączki cesarskie i noszą czerwone wstążki. Nastrój względem nich dość sympatyczny; psują go niezmordowani poszukiwacze „bolszewizmu”... Chcą wywołać nastroje pogromowe. Socjalistów wszystkich naturalnie kreuje się na Żydów. Podczas mego urzędowania wysłuchałem kilku denuncjacji na „bolszewików”. Baranie głowy! — oni myślą, że my się zbroimy dla zwalczania rewolucji.
Program rządu tymczasowego jest taki, że nic w nim ująć, a niewiele dodać by można.
Piszę przy akompaniamencie strzałów na Bielańskiej. Nie mam pojęcia, co się tam dzieje. Jutro o ósmej wracam na służbę.


Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 45–46.

sobota, 7 listopada 2015

Odcinek 2042: Tadeusz Bobrowski, 1878 rok

List Tadeusza Bobrowskiego do siostrzeńca, Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego (Josepha Conrada)

26. 8-br [październik] / 7. 9-br [listopad] 1879 roku, z Kazimierówki
Kochany Chłopcze!
Chwała niech będzie Bogu, żeś zdrowo i cało powrócił! Przynajmniej tak
Tadeusz Bobrowski.
mniemać mogę, bo mi o żadnym szwanku osobistym nie donosisz, a tylko o wielkim zmęczeniu i potrzebie wypoczynku. W Twoim wieku pierwsze prędko przechodzi, drugi prędko się przykrzy.
List Twój z 20 now[ego] stylu otrzymałem 20 naszego, tj. we dni dwanaście, bo raz na tydzień na pocztę posyłam — co piątek — a więc i Tobie dopiero dziś, tj. w tydzień, mogę dać odpowiedź. Dla skomunikowania się więc potrzebujemy minimum trzy tygodnie, jeżeli notabene jestem w domu — co jednak w jesieni prawie zawsze bywa, bo nie lubię złej drogi; regulujże się, Panie Bracie, do tego terminu. Mam nadzieję, że posłany, który ten list odwiezie, przywiezie mi Twój drugi zapowiedziany, a którego niecierpliwie oczekuję, bo ten, który mam, daje mi szczegóły podróży dość obfite, ale bardzo skąpe o Tobie, mianowicie: jak te wszystkie perypecje znosiłeś? Niepodobna mi też mieć o to pretensji — nazajutrz po powrocie żądać wyczerpującego listu. A więc i za to, co dałeś, dzięki, a proszę o więcej — najprzód osobistych, a potem, jeżeli można, o tym, co widziałeś?, bo to mnie więcej interesuje niż kierunek wiatrów, które Cię z powrotem przygnały, a które za poczciwe uważać jestem gotów, jeżeli Cię nie uszkodziły i jeżeli nic nie odmroziłeś.
Bardzo mnie ucieszyłeś zapewnieniem, że się będziesz kontentował częścią pensji teraz Ci przypadającej, bo jak Ci pisałem, obrzydliwie goły jestem tego roku; 500 fr. mam do dyspozycji z własnej substancji — czekam wskazówki, jak i kiedy, i komu mam je przesłać? Bo zdaje mi się — nie jestem pewny — że można by z Odessy wprost na Londyn przesłać. Ucieszywszy sługę swego umiarkowaniem, patrz Waść, byś go później nie zasmucił, żądając wszystkiego! Wiesz bowiem, że do dobrego człowiek się przyzwyczaja, więc ja do szlachetnej myśli dania Ci tylko 500 fr. już się przyzwyczaiłem i żegnać się z nią byłoby dla mnie wcale niemiłą siurpryzą. A pomnąc, że ląd stały dla mego dobrodzieja dotąd bywał złowrogim we wpływie, pocierpam na myśl, aby mnie o jaką smutną siurpryzę nie przyprawił mój dobroczyńca. Dlatego wzywam Go: niech raczy pamiętać na złe skutki lądu — a mnie niech raczy ciągle i statecznie nosić w sercu swoim.
Co się tyczę projektu pływania po Śródziemnym Morzu — jak o wszelkich projektach Twoich odpowiadam: Czyń, jak uważasz! Jak chcesz! Ja się na tym nie znam. Czytałem nieraz, że to tylko „wielkie jezioro”, a więc marynarzowi w swym stanie zakochanemu, mniemam, że lepiej ocean może się podobać? Zresztą, jak nieraz wspominałem, życzyłbym widzieć w Tobie połączenie marynarza z trafikantem, a że tu bliżej drogi wybite i znane, sądziłbym, że dalsze i mniej znane byłyby dla Ciebie stosowniejsze? Ale Ty o tym lepiej wiedzieć możesz, więc rób, jak uważasz. Co się też stało z owym kapitanem i statkiem, którzy Cię tentowali? Czy mógłbyś się z nimi spotkać? Mnie to zainteresowało.
Projektujesz na rok przyszły przyjechać do Odessy i tam zobaczyć się ze mną? Co do roku będzie trudno przewidzieć — może być wojna, mogę ja, stary, zamrzeć! No, ale jedno i drugie nie jest w naszej mocy — ale co jest naszym obowiązkiem przewidzieć i uniknąć, to to, żeby sobie ambarasu nie narobić, a więc póki nie będziesz naturalizowany jako poddany angielski, nie życzę, byś do Rosji zaglądał. A tego nie napisałeś mi, czy zdawszy egzamen na Second-mate otrzymasz naturalizacją? Więc napisz i objaśń mi to. [...]
Ściskam i błogosławię całym sercem
Twój Wuj
T. Bobrowski

Tadeusz Bobrowski, Listy do Conrada, oprac. Róża Jabłkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 42–44.


środa, 4 listopada 2015

Odcinek 2041: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1944 rok

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do Antoniego Słonimskiego

4 listopada 1944 roku
Drogi Antoni!

Nie myśl, Drogi Toleczku, że tak dawno nie pisałam przez zapomnienie czy
Janina i Antoni Słonimscy po wojnie.
obojętność. Przeciwnie – ci, co należą do mojego dawnego i własnego świata, są mi coraz drożsi. Ale żyję w takiej depresji i jestem tak ciągle chora, że nie masz pojęcia. Wszystko ma swoje granice.
Od roku jestem bez absolutnie żadnej wiadomości z domu. A te, co były przedtem, to wiesz jakie. Powiedz, czy ja miałam taką przyszłość wypisaną na twarzy? Czy można się było spodziewać, że zwykle dotąd miękki los takim okoniem stanie? Potęga ludzkiego zła jest jak mur. A przecież te bestie grzeszą dalej z uporem i upodobaniem, więc skąd ma przyjść polepszenie się ludzkiej doli? – O mojej samotności pojęcia nie masz. Nie mam tu przyjaciół, nie mam nawet znajomych. Mój zacny Lotek jest zawsze gdzieś daleko – w warunkach dla mnie niemożliwych i tak jest może dla niego i najlepiej, bo ja jestem przygnębiająca. Wojsko, które właściwie zawsze prowadziło, i w Polsce tak samo, życie raczej „nomadzie” nie zna takich ciężkich stanów tęsknoty za domem, ale naturalnie Lotek przyjeżdża i jest zawsze ten sam i przemiły. Na wsi angielskiej ogarnia mnie stara rozpacz. Jeszcze morze, jak granica jakaś, najlepsze jest. Ostatnio straciłam w Warszawie wszystko, cośmy mieli, a czego pilnowała i co uchowała dotychczas oddana nam osoba starsza. Miałam fortunę w obrazach dziadzi i tatki – ponad sto sztuk, cała galeria. Wszystko to poszło „borem-lasem”. Zresztą nic mi o to nie chodzi, aż dziwne! Najwięcej się martwię brakiem wiadomości. Dobre to były czasy, gdy przez Twoją kochaną siostrę, w Paryżu, tyle listów do mnie dochodziło. O, zacna, takich przysług nigdy się nie zapomni. Mam dla niej serdeczne uczucia i proszę Cię, pisząc do niej uściskaj ją ode mnie.
Często sobie powtarzam ten Twój wiersz o pluskwach. Ale się teraz opiły za wszystkie czasy! Antoni, w razie pojawienia się tej jakiejś strzygi V2, wiej Ty tu z Janką do mnie, będę się Wami cieszyć, będę się Was trzymać, w hotelach miejsca są. Biedni Polaczkowie już sobie wmówili, że rok 44 będzie rokiem cudów i niespodzianek pierwszej klasy. Polak, urodzony za wolnej Polski, ma kompleks cudów i pychę wraz z próżnością tak zabawną, że strach.
Boże, jakim bałkańskim kotłem stanie się nasza literatura! O czyjejś poezji będzie decydować to, że był np. w Tobruku, albo, że się odznaczył w Belgii czy gdzie. Ja będę żyć na starość z lekcyj angielskiego, jak miss Vichery, do której nawet jestem podobna z moją długą i coraz dłuższą gębą. W akademii będzie Chmurek (z tych, co zostali), a z tutejszych poeta żołnierz – już wiesz kto. Kilku. Jeden starszy. A ludzie uwierzą że poezja to coś niebywale nudnego i niepotrzebnego.
Raz jeszcze, Antoni baj-baj, ucałowania dla Janeczki, ślicznej.
Lilka

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Listy 1940–1945, Interim 1994, s. 69–70. W liście wspomniany jest wiersz Słonimskiego "Braciom emigrantom":
Wypełzamy – pluskwy spod ram –
Za obrazem skryci na ścianie,
Aby spijać po ciemku krew z ran
I znów skryć się, gdy przyjdzie świtanie.

Jaki może być roboczy bunt?
Chyba ten, że za krew, co się leje
Rząd angielski, zamiast płacić funt,
Pełną winien wypłacać gwineję.

Nie potrzeba nam obcych bóstw
Ani wzoru niepolskich postaci.
Co nas żywi? Krew naszych sióstr.

Co nas karmi? Krew naszych braci.

wtorek, 3 listopada 2015

Odcinek 2040: Stendhal, 1806 rok

List Stendhala do siostry, Pauliny Beyle

Berlin, poniedziałek, 3 listopada 1806 roku
Zdaje mi się, moja droga, że pójdziemy do Brunszwiku. Jest to podobno piękne miasto, z francuskim teatrem. Tutaj, jak się godzi, jest niemiecki. Gra w nim słynny Iffland, widziałem go tam kilka razy. Moim zdaniem ma dużo naturalności w rodzaju sentymentalnym i dużo naiwności w komicznym, czyli że, innymi słowy, kiedy gra rolę komiczną i jest w niej do powiedzenia coś śmiesznego, nie pokazuje po sobie, że mu się to wydaje śmieszne, mówi to po prostu, jak głupcy mówią głupstwa w życiu. Jest, zdaje mi się, autorem tragedyj.
Pozawczoraj pogoda była zimna i wilgotna. Pojechaliśmy na przegląd do Charlottenburga o dziewiątej; biegałem już od siódmej; trochę zmarzłem. Wczoraj wieczorem spostrzegłem, że jest mi zimno, że jestem cały rzeczą. Dziś wieczorem poczułem te same symptomy, tak dalece że zamiast pójść na obiad, piszę do ciebie.
Boję się, żeby to nie była moja gorączka sprzed dwu lat. Chcę to szybko przeciąć; wtrącała mnie co wieczór w okropny smutek. Prawda, że aby się poczuć szczęśli­wym, miałem w owym czasie tylko świat mojej myśli. Byłem w Paryżu, bez ognia, bez światła, bez ubrania, w dziurawych butach. Tu jest całkiem inaczej. Powinienem mieć trzysta albo czterysta ludwików. Jestem dość dobrze ubrany, niezupełnie jednak. Kiepsko mieszkam i dobrze jadam.
Berlin, Alexanderplatz, 1806 rok.
W zamian za to mój umysł nie może mnie uczynić wesołym albo smutnym — jest biedak tutaj zmuszony do spania. Stoimy w pałacyku, który ma cztery kolumny podtrzymujące balkon. Jestem w tej chwili między oknem A i oknem Z tej samej kondygnacji. Myślę o tobie i dałbym wszystko w świecie, żeby móc cię w tej chwili uściskać.
Jestem naprzeciwko arsenału, wspaniałego gmachu obok pałacu królewskiego. Oddziela nas od niego odnoga Szprewy, której wody są koloru zielonej oliwy. Berlin jest położony na pasie piachu, który zaczyna się zaraz za Lipskiem.
We wszystkich miejscach, które nie są wybrukowane, człowiek zapada się po kostki. Piasek sprawia, że okolice miasta są puste, masz tam tylko drzewa i trochę trawy.
Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby założyć miasto wśród tych piachów. To miasto ma jakoby sto pięćdziesiąt dziewięć tysięcy mieszkańców, tak mówią.
Dowiedziałem się dziś rano nowin z armii, w której sztabie jestem, z nadesłanych właśnie numerów „Monitora” z dwudziestego i dwudziestego pierwszego.
Tutaj tysiące przeróżnych pogłosek co chwila sobie przeczy, można liczyć tylko na to, co się widzi.
Widziałem tylko pole bitwy pod Naumburgiem. Jestem zaledwie tymczasowym k[omisarzem] w[ojennym]. W liście do ciebie napisałem list do dziadka; poproś go, żeby zrobił, o co proszę.
Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 123–125.