piątek, 30 października 2015

Odcinek 2039: Aleksander Puszkin, 1833 rok

List Aleksandra Puszkina do żony, Natalii

30 października 1833  roku. Z Bołdina do Petersburga
Wczoraj przyszły od Ciebie, moja kochana, dwa listy naraz. Dziękuję, ale muszę Cię trochę wyłajać. Zdaje się, żeś się zanadto rozflirtowała. Zauważ jednak: nie bez racji kokietowanie wyszło z mody i uważa się je za oznakę złego tonu. W kokieterii nie ma nic dobrego. Cieszysz się, że za Tobą jak za suczką biegają psy, podnosząc zwinięte w trąbkę ogony i obwąchują Ci ... Jest się z czego cieszyć! Nie tylko Ty, ale nawet Praskowia Pietrowna z łatwością może wyuczyć różnych hultajów, by za nią biegali, dość rozgłosić, że „ja na to jak na lato”. Oto cały sekret kokieterii. Będzie koryto, i świnie się znajdą. Po co podejmujesz mężczyzn, którzy się do Ciebie zalecają? Nie wiesz, na kogo natrafisz. Przeczytaj sobie bajkę A. Izmajłowa o Fomie i Kuźmie. Foma ugościł Kuźmę kawiorem i śledziem. Kuźma poprosił pić, ale Foma nie dał. Kuźma sprał więc Fomę jako łajdaka. Z tego poeta wywodzi morał: piękne panie, nie częstujcie śledziem, skoro nie chcecie dać pić, bo możecie natrafić na Kuźmę. Widzisz więc? Bardzo proszę, żeby mi nie było więcej tych akademickich śniadań. A teraz, aniele mój, całuję Cię jak gdyby nigdy nic i dziękuję, że tak szczegółowo i otwarcie opisujesz mi swój zdrożny tryb życia. Hulaj, żoneczko, ale nie zanadto i o mnie nie zapominaj. Okropną mam ochotę zobaczyć Cię w uczesaniu a la
Ninon de Lenclos.
Ninon [de Lenclos], musisz wyglądać przecudnie. Czemuś wcześniej nie pomyślała o tej starej k... i nie przejęła jej fryzury? Opisz mi swoje występy na balach, które pewnie już się rozpoczęły. Proszę Cię tylko, mój aniele, nie flirtuj. Nie jestem zazdrosny, bo wiem, że nie dopuścisz do niczego złego, ale wiesz, jak nie lubię wszystkiego, co trąci moskiewską pannicą, co jest nie
comme il faut, co jest vulgar... Jeśli po powrocie spostrzegę, że Twój miły, prosty, arystokratyczny sposób bycia zmienił się, rozwiodę się, jak mi Bóg miły i z rozpaczy zaciągnę się w sołdaty. Pytasz, co porabiam i czy wyprzystojniałem? Po pierwsze, zapuściłem brodę: wąs i broda — męska ozdoba: Wyjdę na ulicę, wujku mnie wołają. 2. Budzę się o siódmej, piję kawę i leżę do trzeciej. Niedawno zacząłem pisać i już napisałem mnóstwo. O trzeciej dosiadam konia, o piątej kąpiel, a potem obiad z kartofli i kaszy hreczanej. Do dziewiątej czytam. Tak wyglądają moje dni, wszystkie na jedno kopyto. [...]

Bóg z wami. Całuję Was i błogosławię.

Aleksander Puszkin, Listy, tłum. Marian Toporowski, Danuta Wawiłow, Państwowy Instytut Wydawniczy 1976, s. 409–411.

wtorek, 27 października 2015

Odcinek 2038: Juliusz Słowacki, 1833 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Genewa, 27 października 1833 roku
Droga, najukochańsza Mamo moja! Cóż Ci w tym liście opisywać będę?
Dandys, 1823 rok.
Spojrzawszy na cały miesiąc upłyniony nie widzę żadnego interesującego wypadku. Anglicy, Angielki i wszystkie inne narody, które przez lato dom nasz wypełniały, z przyjściem jesieni uniosły się jak jaskółki na południe i nie ma nikogo, oprócz młodego Anglika, który jest doskonale nudny. Wystawcie sobie bowiem młodego chłopca, wysokiego niezmiernie, dość przystojnej twarzy, który nigdy prawie nie gada, a kiedy się wyda z jakim zdaniem, to go i sam diabeł o mylności zdania nie przekona. Wystawcie sobie tę machinę, grającą cały dzień na gitarze pierwszą lekcję ze szkółki, a będziecie mieli obraz doskonały pana Speare, co znaczy po polsku „dzida”. Jest to więc ostatni z gości letnich, i ten porzuci nas wkrótce, co uczujemy tylko po ogłuchłej gitarze w murach naszego domu. W takim towarzystwie, dodawszy do tego Anglika moje gospodynie, może bym się nudził szalenie, gdyby nie
kraina urojeń i marzeń, która silniej niż kiedykolwiek oddzieliła mię od świata. [...]
Nie możecie wystawić sobie, jaki wdzięk ma tutejsza jesień. Dotąd czas najpiękniejszy — słońce świecąc na wpół pożółkłych drzewach zdaje się być bardziej złociste i piękne, murawy nie tak jak u nas spalone i bez życia; murawy tu dotąd zachowały wiosenną szmaragdową barwę. Kilka dni temu o południu pływałem czółnem po jeziorze. Wystawcie sobie jezioro czyste i równe jak zwierciadło, tak równe, że kiedy po nim z daleka przepłynął parowy statek, w kwadrans potem widziałem zbliżający się fałd czarny rozbitej kołem parnego statku wody. Fałd ten posuwał się z wolna, wspaniale, i czółnem moim lekko zakołysał — przeszedł — popłynął dalej — a czółno znów stało nieruchome na zwierciadle wody. Wystawcie sobie po dwóch stronach jeziora brzegi zielone — nad brzegami w oddaleniu topole, pożółkłym liściem okryte jak złote kolumny — wiele drzew zielonych — Wiele białych domków i pałacyków — a za tym brzegiem Mont Blanc — biały, świeżym śniegiem z przyległymi mu górami okryty, podobny do jakiegoś sybirskiego kraju, podobny do snycerskiego posągu sybirskiej krainy. Wśród takiej natury trzeba być smutnym — albo trzeba się kochać... Na mnie Bóg rzucił jakieś przekleństwo — na mojej drodze stawia mi lalki — zabawkę — serce moje żywię okruszynami uczuć... i w moich uczuciach nic nie ma wielkiego — oprócz tej jakiejś nieskończonej niespokojności — bez rysów prawie — a którą jednak widzę wszystkimi zmysłami. [...]
Bądźcie zdrowi! Bądźcie zdrowi, moi mili i najukochańsi. — Ja zdrów jestem jak ryba, powietrze tutejsze bardzo mi służy, albowiem nigdy nie doświadczamy wielkiego zimna, a góry śniegiem okryte chłodzą nas w wielkie upały. Prawdziwie, że ta ziemia to raj dla szczęśliwych... Mamo droga, całuję Ciebie po tysiąc razy. Twój
Juliusz

Juliusz Słowacki, Listy do matki, Ossolineum 1983, s. 132–136.

piątek, 23 października 2015

Odcinek 2037: David Herbert Lawrence, 1913 rok


List Davida Herberta Lawrence’a do lady Cynthii Asquith

Lerici, przez Fiascherino, Włochy, 23 października 1913 roku
Droga Pani: już od dawna chciałem do Pani napisać. Ale sporo czasu upłynęło, nim tutaj dobrnęliśmy. A całe wieki upłynęły od naszego wyjazdu z Bawarii. Frieda była u swojej rodziny w Baden-Baden, ja nie chciałem tam jechać. Przeszedłem więc na piechotę w poprzek Szwajcarię i na zawsze wyleczyłem się z sympatii do tego kraju. Jedyną rozrywkę stanowi możność rzucenia kamieniem z przeraźliwej wysokości w dół — co zresztą jest prawnie zabronione. A góry... gdybym podniósł rękę z wystawionym w górę małym palcem i zobaczył go jaśniejącego na tle nieba, mógłbym go nazwać Monte Rosa. Nie umiem ocenić piękna gór; z bliskiej odległości ma się wrażenie, że wciąż tylko stoją na drodze, są zbyteczne, nigdy nie ruszają się z miejsca i tylko wzajemnie sobie przeszkadzają.
Potem dotarłem do potwornego Mediolanu, z katedrą podobną do rozzłoszczonego jeża i obmierzłymi mieszczuchami w skarpetkach, czerwonych krawatach i kapeluszach na bakier. To mnie wykończyło.
Za to teraz zamieszkaliśmy w cudownym miejscu, w pięknym palazzino, w olbrzymim ogrodzie, schodzącym tarasami do morza — tak się to po włosku nazywa. Ja nazywam to małym, czteropokojowym różowym domkiem z dużą winnicą, położonym nad okoloną skałami zatoczką. Frieda mówi, że jest to pomalowany na różowo grobowiec, bo takie to jest (a raczej było) brudne w środku. O Boże, ileśmy się napracowali skrobiąc to paskudztwo do czysta. Nie było sensu wołać w tym celu naszej służącej Elide. Jeszcze nigdy nie widziała, do czego służy szczotka ryżowa. Opasałem się szelkami i zabrałem się do roboty. Patrząc, jak czarna podłoga czerwienieje, a spod koszmarnego brudu na ścianach wynurzają się czerwone cegły, mieliśmy ochotę śpiewać hymny i psalmy pochwalne. [...]
Lerici (źródło).
Ale Włosi, w przeciwieństwie do nas, nie uważają, że ich domy są z nimi bezpośrednio związane. W Anglii dom jest dla każdego z nas, podobnie jak skorupa dla ślimaka, zewnętrzną osłoną. Tutaj jest to nora, do której ludzie wpełzają chroniąc się od deszczu i ciemności. Podczas posiłków Capitano i jego żona (dom należy do nich, ona go odziedziczyła, ale go odnajmują i sami mieszkają w mieście) bezceremonialnie rzucają na podłogę wszystkie resztki i odpadki oraz bouts de vin, a koty i muchy odprawiają na tym łupie swój wojenny taniec.
Położenie jest piękne — mały różowy domek wśród winnic nad okoloną skałami zatoczką Morza Śródziemnego. Do kąpieli chodzi się owinięty ręcznikiem. Nagrzana woda krzepi i wzmacnia... wspaniałe uczucie. Chciałbym, żeby Pani też tego zakosztowała.
Żyjemy prawie za darmo (wiem, że te prozaiczne sprawy bardziej Panią interesują od odwiecznych prawd) — za komorne płacimy 60 franków miesięcznie, służącej 25, warzyw jest mnóstwo i są śmiesznie tanie. Rano, po obudzeniu, patrzy się na ciemne sosny majaczące w różowej poświacie jutrzenki, przez cały dzień drzewa oliwne lśnią w słońcu, a łodzie rybackie i dziwne żaglowce (na przykład korsykańskie stateczki) ukazują się znikąd na tle jasnobłękitnego nieba, a wieczorem, o zachodzie słońca, całe morze staje się matowozłote, z purpurowym odblaskiem.
Czy dokonała Pani zamierzonego wypadu do Wenecji i czy bardzo tam cuchnie? Boże, jak te Włochy potrafią śmierdzieć. Chodzimy po listy na pocztę do Tellaro (tam i z powrotem dwadzieścia pięć minut drogi brzegiem morza do niedostępnej wioski, wyglądającej jak siedziba rozbójników mor­skich) i wierzyć się nie chce, jak tam jest straszliwie brudno. [...]
Piękne ukłony dla pana Asquitha, Żonkila i Pani.

David Herbert Lawrence,  Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 103–104. 

środa, 14 października 2015

Odcinek 2036, Krystyna Kofta, 1988 rok

Z dziennika Krystyny Kofty

14 października 1988 roku, piątek
Zofia Nałkowska.
Używam często słów potocznych i myślę o biednej Zofii Nałkowskiej, której Dzienniki dostałam w prezencie od Szulkina (te dwa tomy, których nie miałam do 1939 roku). Wtłoczona w gorset formy męczyła się, pisząc okrągłe zdania, męczyła się jak grafoman, czując co innego i myśląc inaczej. Polszczyzna piękna, a niespełnienie wygląda z każdego prawie słowa. Brak w jej życiu miłości, choć zakochiwała się często; już jako dorosła kobieta lokowała uczucia bez sensu (w mężczyznach, którzy do niej nie dorastali). Seks pewnie też szwankował, choć nic o tym nie pisze, czuje się jej chłód. Czy brakowało jej macierzyństwa i głębokich uczuć? Chociaż jej odkrycia literackie (Bruno Schulz) świadczą o niebywałym smaku i wielkiej wrażliwości. Chyba nie trafiła na faceta, który by ją w łóżku przekonał. 
Myślę do późnego wieczora o swojej nowej rzeczy, którą zamierzam. Na razie nic tu konkretnego nie napiszę, żeby nie determinować swoich myśli i nie dawać im kierunku. Póki co, niech szybują. Bo jeśli już coś zapiszę, przez sam ten fakt nabiera to znaczenia i formy. [...]


Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dzienika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 474.

wtorek, 6 października 2015

Odcinek 2035: Marian Brandys, 1972 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, piątek 6 października 1972 roku
Kiedy dziś po kąpieli obcinałem sobie paznokcie u nóg, przychwyciłem się nagle na uczuciu jakby zawstydzenia. Oto dydaktyczny skutek naszych filmów „młodzieżowych”. Jeżeli w filmie o „dziwnej młodzieży” chce się najbardziej poniżyć i skompromitować przedstawiciela starszego pokolenia, przedstawić całą obmierzłość jego drobnomieszczaństwa — wówczas pokazuje się go przy obcinaniu paznokci u nóg (ostatnio w Szklanej kuli). Młoda, „nie zrozumiana i dusząca się” cizia wraca późnym wieczorem z upojnego „szaleństwa” ze swoim również „nie zrozumianym i duszącym się” chłopakiem. I co widzi? Starego ojca siedzącego w piżamie na łóżku, który obcina sobie paznokcie u nóg. Czy może być coś obrzydliwszego? Horror! Obawiam się jednak, że budzenie takiego obrzydzenia do koniecznych zabiegów higienicznych nie jest wcale dobre. Nasi „nie zrozumiani i duszący się” i tak nie za bardzo dbają o swoją czystość. [...]
Małgorzata Potocka i Andrzej Nardelli w "Szklanej kuli" w reż. Stanisława Różewicza.
Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 93–94.


sobota, 3 października 2015

Odcinek 2034: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony, Marii

Pierwsza niedziela w New Yorku, 3 października [1920 r.]
Momo drogie.
Wczoraj wieczorem posłałem Ci jeden list, a jako że dystrakt, zapomniałem Ci podać mój adres, który brzmi tak: l West 67 Street, New York.
Niedzielę zacząłem, Maniusiu, przykładnie, cudny dzień, ciepły i New York nie taki żydowski, wszystko chrześcijańskie wyległo i ta sławna 5-ta dzielnica wspaniała, wcale nie Wurstelprater. Poszedłem do ślicznej katedry (Catholic Church), a że wróciwszy zastałem mój pokój nie sprzątnięty, wiec piszę znowu. List Twój z poleceniem od Lilki dostałem na samym wsiadaniu, musi wiec z koszuliną poczekać na mnie. Czy ten huncwot [Władek, służący Kossaka] już się nareszcie zjawił? A cóż to za kanalia. Najgorzej to, że mu zostawiłem także 1500 marek dla Kazia Pułaskiego, pewnie je przepił. Zaraz go się spytaj, czy je Nince zaniósł, bo Kazia nie było.
Do dwóch rzeczy trzeba się tu przyzwyczaić, pierwsza to nie myśleć o markach polskich, a drugie to, że ile razy się myśli, co Wy tam w domu teraz robicie, dodawać sześć godzin. Wiec na przykład: ja teraz wróciłem z kościoła, jest po 11-tej, a u Was już koło 5-tej po południu. Za to niebo to samo, tylko Wielka Niedźwiedzica niżej trochę.
Nowy Jork, 1920 rok.
Jutro się z hotelu wyprowadzam ku mojej wielkiej radości. Pracownię mam tak wyposażoną, że oprócz łazienki, ogrzewania, pościeli (ile razy chcę, mogę zmieniać, byleby praczkę zapłacić), jest i maszynka gazowa z kuchenką, porcelana, łyżki, widelce i noże, jednym słowem całe gospodarstwo. Nie dość na tym, ale ponieważ to dom specjalnie dla malarzy cały budowany i jest na dole klub artystów i doskonała a tania kuchnia, więc mam windę specjalnie i telefon i potrzebuję tylko zatelefonować, a wszystko, co chcę, jedzie windą do góry. Służba bierze 40 centów za godzinę sprzątania. Pomyśl sobie, co by mnie ten brudas i opój kosztował. Toteż będę domatorem jako żywo, byleby mieć do czytania dużo. Naturalnie, że mi nie dadzą bardzo spokoju i zaproszeń będzie bez liku. Tylko sztalugi musiałem kupić. Prosta, zwykła sztaluga 17 dolarów (około 4000 marek), ach te marki, te marki.
Po południu puszczam się z wizytami. Musi być dobrze, Maniusia, nic się o mnie nie bój. Tylko ta samotność okropna, ale mam nadzieję, że z tą masą znajomych i życzliwych nie będzie tak strasznie jak w Londynie.
Ściskam Cię z całej duszy i serca i to troje tak samo — Twój Wojtek.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 239