środa, 29 lipca 2015

Odcinek 2033: Sławomir Mrożek, 1961 rok

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema

Warszawa, 29 lipca 1961 roku
Szefie,
jest to raport spóźniony. Potok życia mnie porwał. Gdyby Homer był moim znajomym, tobym zadzwonił do niego i poprosił, żeby Ci opisał, jak to podczas przejazdu, w Toruniu, spalił mi się regler w samochodzie i jak przez sześć dni nie wracałem do Warszawy, tylko jeździłem, pociągami, podwodami, okazjami, po Polsce, wiele miast widziałem i wiele przeżyłem, żeby regler ten dostać. Pogoń na przestrzeni 1000 km, 4000 zł wydane, wiele dużych miast zwiedziłem. Zdrowie straciłem, zdolność formułowania mnie zawodzi. Próg frustracji mi się obniżył, stres ogromny. Dowiedziałem się, że Ty również starasz się, żeby jako tako wyjechać do Jugosławii, widziałem nawet list od Ciebie na biurku pani Wiśniewskiej. Ja tak samo. Więc Ty rozumiesz mnie, a ja rozumiem Ciebie. I Ty z ZAiKS-em załatwiasz różne sprawy, i ja. A tu znowu zniżki na paszporty dać nie chcą. Państwo żąda łapówki za przekroczenie granicy w wysokości 200 zł ode mnie i 2000 od mojej żony. Do tego bilety lotnicze Warszawa – Belgrad – Warszawa (wiesz zapewne, że na pociągi pozwolenia na zapłacenie w złotych nie dają, bo LOT lata pusty, więc raczej przymusowo na LOT, zawsze sobie poradzą, chytruski). Razem 13 000, chyba nie da rady, mimo kolosalnych moich zarobków w walutach, złocie, diamentach i kości słoniowej. Musiałbym podwyższyć poszóstne moim chłopom pańszczyźnianym i oćwiczyć mojego pachciarza od cegielni, by profit większy wyciągnąć z psubrata. Dygatowie również do Jugosławii się wybierają, Brandysowie, a także Tarnostwo. [...]
W lipcu będę w Krakowie, czy będziecie? Nowe okulary sobie sprawiam, może nareszcie będę mógł zacząć jakieś czytanie solidne, stanę się bardziej gibki intelektualnie i wybrnę z parszywego impasu, w jakim się znajduję co do pisania. Tyle że dziecko sąsiada zapisuje się do powszechnej szkoły muzycznej, klasa fortepianu. Lekko licząc, dwanaście lat wprawek i ćwiczeń za ścianą, bo potem pewnie konserwatorium. Galernicy zawsze mogli liczyć na to, że jakiś chrześcijański okręt ich napotka na morzu i uwolni z rąk Maurów. A ja na co?
Plugawy jakiś się czuję, kompleksy u mnie rosną już prawie na ścianach, jak grzyby tropikalne. CZY MOŻNA ZACZĄĆ NOWE ŻYCIE?
Co do zasłony, to czy nie powinien to być prezent? Z drugiej strony, każde dziecko wie, a jak nie wie, to mu powiedzą, że obaj jesteśmy skąpi potwornie. Prezent nasunąłby Ci prawdopodobnie jakieś męczące myśli o rewanżu, co by wprowadziło całą sprawę w koszmar niewymierności. Więc jest tego 20 metrów, cena własna, czyli taka, którą moja żona otrzymuje od państwowej placówki, która z kolei sprzedaje ten towar klientom – 70 zł za metr, razem 1400 zł. [...]
Prześliczna rzecz się zdarzyła w biurze paszportowym, w jednym z ogonków. Przez tłum oczekujących przepchały się małe dwie dziewczynki, dotarły do biurka i zawołały stanowczo do pani, która coś stemplowała: „Gdzie jest piłka?”. „Jaka piłka?” – odparła zdumiona pani. „Tu wpadła piłka!” – zawołały z mocą. Prawdziwe w każdym calu. GDZIE JEST PIŁKA? – woła naród.
Do zobaczenia,
Sł. Mrozek

Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy 1956–1978, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 53–55.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Odcinek 2032: Maria Konopnicka, 1884 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Karlsbad, 27 lipca 1884 roku
Mój drogi Stryju!
List Twój zastał mnie już gotową do odlotu, już żegnającą Warszawę, i z manatkami pod pachą. Dlatego też tu dopiero dziękuje Ci za niego i zarazem przesyłam gorące uściśnienie – zamiast życzeń [imieninowych]. Ty to czujesz i rozumiesz – prawda?
Kiedym tu przyjechała miałam – oprócz nadziei zdrowia – wszystkie złudzenia parafianki. Myślałam, że będę olśnioną tłumem nowych ludzi, upojoną czarodziejstwem świetnej strony życia. Dziś jestem głęboko rozczarowaną. Ludzie są do znudzenia jednostajni, powierzchowni, powszedni. Ani złych, ani dobrych tu nie ma. Wszystko jakieś karłowate, jakieś głupio zadowolone z tytułu, stroju, ekwipażu, wreszcie z... dobrych skutków sprudla. Coś okropnego! Krasiński powiedział kiedyś, że w świecie ludzkim więcej jest wątrób niż serc. Mówiąc to myślał chyba o Karlsbadzie. Dodać by tylko można – więcej żołądków także. Żołądek, trawienie – oto wielka oś życia tych tłumów strojnych, gwarnych, uśmiechniętych, lub posępnych w miarę jak się owa wielka oś życia obraca. [...]
Zakątek ziemi prześliczny. Z tarasu mego i z okien widać całe miasteczko u stóp góry, na której stoi willa, w której mieszkam. A dalej szczyty zarosłe czarną jodłą i nakryte mgłami – gdzieś aż ku Eger. Teplá w kotlinie szumi, jak to mają w zwyczaju robić by najmniejsze górskie rzeczułki, a gdzieniegdzie przegląda kawałek gołej skały – ale to rzadko. Formacja gór nie jest piękna. Tych dzikich jarów przepaścistych, tych wysokości, co oczy porywają ku niebu – tu nie ma prawie. Coś mieszczańskiego jest w tym usadownieniu się gór wzdłuż Tepli, prawie na równą wyniosłość wszędzie. Bywają dolinki ponętne i uśmiechnięte, bywają rzuty świateł i cieniów zajmujące, ale trzeba wyszukiwać dopiero widoków takich, gdzieś w głębi gór, po samotnych ścieżkach chodząc. Najsamotniejsza wszakże nawet ścieżka kończy się – kawiarnią. To jest alfa i omega tutejszego życia.
[...] Polaków tu dość, ale polskie słowo rzadkie. Francuszczyzną się tu sztukują – oni jedni – jakby się własnego języka wstydzili. Wszyscy też pozują na arystokratów. Jeśli się zobaczy nadętą minę, ogromny brzuch i nos do góry zadarty – to pewno Galicjanin. Jeśli się usłyszy rubaszny śmiech, awanturę o pierwszeństwo przy czerpaniu w źródle, głośne dyspozycje w restauracji i zamaszyste ucieranie nosa – to pewno Koroniarz. Słowem, znać nas. Jest tu kawiarnia Elephant, w której cała Polonia pija po wodach kawę. Powiadają, że przeto upodobali sobie Polacy to miejsce pod drzewami, zawsze trochę zabłocone, że gdzie indziej jest dla nich za czysto. Ale widzę, że się staję złośliwą – to też skutki mahlbrunu. Zresztą żyję cicho bardzo i samotnie. Za pokój mój z tarasem płacę 9 guldenów tygodniowo, herbatę robię sobie w domu, mam trochę książek – i to mi wystarcza.
Mój drogi Stryju! Człowiekowi coraz mniej potrzeba. Z czasem wystarczy mu mogiła. I nie leczyłabym się nawet, gdyby nie to, że dla dzieci jeszcze przez lat parę muszę [być] zdrową i mieć siły. Bądź mi zdrów, Przyjacielu dobry! Pomyśl czasem o mnie.
Maria

Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 138–139.

środa, 22 lipca 2015

Odcinek 2031: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1867 rok

Z dziennika Edmunda i Juliusza de Goncourt

22 lipca 1867 roku
Nasze czasy to początki zabijania książki przez gazetę, literata przez dziennikarza. Jeśli nic nie powstrzyma tego biegu rzeczy, nic nie osuszy deszczu uciech i nagród spadającego na dziennikarza, zabraknie dzielnego i dostatecznie bezinteresownego pióra, żeby poświęcić się sztuce, ideałowi, niewdzięcznej książce, i pisarz zostanie uznany za dziwadło i durnia.
Poeta, ryc. Honore Daumier.

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 269.

niedziela, 19 lipca 2015

Odcinek 2030: Gabriela Zapolska, 1891 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

[Paryż], 19 lipca [1891 roku]
Drogi Dziudasku!

[...] Pisałam Ci, że chcę jechać nad morze. Jechać chcę i muszę. Nie przyznałam Ci się, że jestem serio chora. Dziś byłam znowu u Kurty [Courtaux]. Biorę trzy lekarstwa dziennie. On znajduje, że jestem bardzo silnie umysłowo przepracowana. Nie śpię, nie jem, chodzić nie mogę. Leżę prawie ciągle, i to bez ruchu. A moralne usposobienie! Jezu! Nic, tylko myśl, żeby się zabić w jakikolwiek sposób. Chodzę do Twoich fotografii i tam się tulę i odpędzam chorobliwe myśli. To dziedziczne, co chcesz! Wiesz, jak nieszczęśliwie jestem urodzona! A przy tym praca umysłowa, ciągła gorączka wysiłku. Tyle co się napracowałam nad tym francuskim językiem! Nie chcę już, nie mogę więcej! Słowem, jestem już u krawędzi. Przez tyle lat nigdy nie zrobiłam nic dla zdrowia. Rozprzęgło się wszystko, ale to wszystko. Nawet organa moczowe są w jak najstraszniejszym nieporządku. A to jest bardzo ważne. Ciągłe mam zapalenie, które może się obrócić nieszczęśliwie.
Kazał mi Courtaux jechać do Roscoff, znajduję to bardzo dobrze dla mnie, bo
Moda plażowa, 1891 rok.
Canal la Manche doskonale się nadaje właśnie dla mego stanu. Kąpać się mam raz na dzień, pięć albo dziesięć minut, chodzić, łapać krewety, a kiedy burza, usiąść na piasku tyłem i przyjmować bałwany na plecy. Przy tym injections z wody morskiej po pięć razy dziennie. Czy wiesz, że zdaje mi się, iż gdybym nie mogła pojechać, to bym się zapłakała, włosy bym z głowy sobie wydarła, nie wiem, co bym zrobiła. Szczęście, że jest tam Austen, będę miała towarzystwo, a tak — to by mi smutno było i znów bym się ino truła.
Wyjadę w piątek wieczorem o 8 m. 30 przez gare [dworzec] Montparnasse. Jechać będę 14 godzin. Całą noc. Pisałam, żeby mi zamówił Austen mały pokoik w tym hotelu, gdzie stoi, bo jest widok na morze i tanio. 120 fr za miesiąc wszystko. Chciałabym być z miesiąc chociaż, odpocząć, odetchnąć trochę. Kostium kąpielowy mam czarny z koronkami czarnymi, pończoch jedw[abnych] ślicznych dał mi Makow[ski] 6 par i czerwony kostium wełniany na plage. Ja kupiłam sobie za 60 fr biały flanelowy żakiet i spódnicę, i koszulę niebieską do tego flanelową. Jasne sznurowane buciki. I tyle. Zabieram maszynkę do herbaty, bo tam chyba nie dostanę. [...]
A teraz całuję Cię po tysiąc miliardów razy. W przed­dzień wyjazdu adres Ci prześlę. Kochas Cię zawsze najserdeczniej.
Twoja
Paniusia

Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970,s. 202–204.

czwartek, 16 lipca 2015

Odcinek 2029: Samuel Pepys, 1666 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

16 lipca 1666 roku
Leżałem w łóżku całe rano i większą część popołudnia, nękany srogimi bólami a wiatrami, nie mogąc oddać wody albo mało. Niebo było tego dnia zadziwiająco ciemne i rano deszcz, a w Harwich spadł pono grad wielkości orzecha. Wypiłem tylko trochę rosołu, który lubię. Resztę dnia spędziliśmy z Baltym, który przybył z morza na dzień lub dwa. Wieczorem wziąłem lewatywę i poczułem się lepiej, i noc miałem niezłą.
W aptece, ryc. angielska z XVII wieku.

Dziennik Samuela Pepysa, t. , tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 65.

środa, 15 lipca 2015

Odcinek 2028: Maria markiza de Sévigne, 1671 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan
Les Rochers, 15 lipca [1671 roku]
Gdybym pisała Ci o wszystkim, co przychodzi mi do głowy, listy moje byłyby
List pani de Sevigne.
najdłuższe w świecie, ale to się nie godzi; piszę więc o tym, co można napisać, a marzę o tym, o czym trzeba marzyć — mam po temu czas i miejsce. La Mousse cierpi na zęby, a księdza drze w kolanie, dzięki czemu ja mogę robić, co mi się żywnie podoba. A podoba mi się przechadzać wieczorami do ósmej; mój syn już mi w tym nie towarzyszy; wokoło cisza, spokój i samotność, które niełatwo byłoby znaleźć gdzie indziej. [...]

Panna du Plessis często zaszczyca nas swoim towarzystwem; wczoraj opowiadała, że w dolnej Bretanii ucztowano wspaniale i że na weselu jej szwagierki w jeden dzień zjedzono tysiąc dwieście sztuk pieczystego. Słysząc to wszyscy osłupieliśmy. Zebrałam się na odwagę i powiedziałam: „Czy aby na pewno? czy nie chciała pani powiedzieć dwanaście sztuk? Czasem można się przejęzyczyć.” „Ależ nie, proszę pani, tysiąc dwieście albo tysiąc sto; nie chcę się upierać, czy tysiąc sto czy tysiąc dwieście, aby nie zełgać, ale w każdym razie jedno lub drugie”, i powtórzyła to ze dwadzieścia razy, nie chcąc darować sobie ani jednego kurczaka. Mówiliśmy, że musiało tam być ze trzystu ludzi do szpikowania pieczystego i że wszystko odbywało się na rozległej łące, na której rozbito namioty; a gdyby ich było tylko pięćdziesięciu, musieliby zabrać się do dzieła o miesiąc wcześniej. Ubawiliśmy się setnie i Ty także byłabyś się ubawiła. Czy masz u siebie kogoś równie skorego do zmyślania?
Poza tym, mój skarbie, zegarek, który od Ciebie dostałam, a który zawsze spieszył się albo spóźniał o godzinę albo i więcej, teraz tak się wyregulował, że nie ma ani minuty różnicy między nim a wielkim zegarem; bardzo się z tego cieszę i jeszcze raz Ci dziękuję; krótko mówiąc, kochanie moje, całym sercem jestem z Tobą. Ksiądz mówi, że Cię uwielbia i że chciałby Ci wyświadczyć jakąś przysługę, ale nie widzi okazji; i że krótko mówiąc, kocha Cię nie mniej niż mnie.

Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s.105–107.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Odcinek 2027: Albert Camus, 1949 rok

Z dziennika Alberta Camusa

13 lipca 1949 roku
Camus remix, mal. Orchid Bite.
Promienne słońce bez ustanku zalewa morskie przestrzenie. A cały statek skąpany jest w oślepiającym świetle. Basen, słońce. I pracuję całe popołudnie. Wieczór jest rześki i łagodny. Za dwa dni będziemy na miejscu. Nagle - myśl, żeby opuścić ten statek, tę wąską kabinę, w której przez długie dnie mogłem chronić serce oderwane od wszystkiego; morze, które tak bardzo mi pomogło, trochę mnie przeraża. Znów zacząć żyć, rozmawiać. Ludzie, twarze, jakaś rola do odegrania, trzeba by do tego więcej odwagi, niż w sobie czuję. Na szczęście jestem w pełni formy fizycznej. A jednak są chwile, kiedy chciałbym uniknąć widoku ludzkiej twarzy.
Późną porą, na uśpionym statku, spoglądam w noc. Niesamowity południowy księżyc, spłaszczony na szczycie, oświetla wody w kierunku południowym. Wyobraźnia podsuwa obraz tych tysięcy kilometrów, tych samotności, gdzie zwarte i lśniące wody są jak oleista ziemia. To przynajmniej byłby spokój.
Albert Camus, Dzienniki z podróży, tłum. Aleksandra Machowska, Zielona Sowa 2004,

niedziela, 12 lipca 2015

Odcinek 2026: Zygmunt Krasiński, 1846 rok

List Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej

Nicea, 12 lipca 1846 roku
Najdroższa Dialy! Z nud dawnych w coraz nowe nudy. Mamka koniecznie chce odjechać do domu. Szukajże teraz dla maleńkiego bony. Nic obrzydliwszego nie znam nad te wszystkie domowe przykrości i zatrudnienia. Dobrze Dant uczynił, że uciekł od żony i dzieci trojga, że uciekłszy, nigdy już do nich nie wrócił, bo inaczej niezawodnie by nigdy Diviny nie napisał. Nic sprzeczniejszego ze mną, nic mojej naturze przeciwniejszego być nie może. Wszystko to nienawiść mi coraz lepszą w sercu wygrzebuje. Nie mogę spojrzeć na ten dom Pontio, żebym się ponuro, wewnętrznie nie wściekał. Jedynie mi lepiej, gdy wracam do siebie, gdy zupełnie sam siedzę w pokojach tych Twoich! jeszczem się nie mógł zdobyć na sile moralnej pójścia do de Maistre’a. Wszelka figura ludzka mi nienawistną jest. Noszę w sobie głęboko ukryte uczucie jakby zhańbienia się jakiegoś natury mej całej. Pęta mam na nogach, na ręku, na mózgu, na ustach. Nigdym nie lubił świata, ale od lat trzech każden mi człowiek stał się wrogiem. Unikam ich jak zarazy, która stoczyć mnie ma. [...]
Eliza z Branickich Krasińska z dziećmi, 1853 rok, mal. Franz Xaver Winterhalter (źródło).

Dzikie nasze położenie. Wybór listów romantycznych, oprac. Danuta Sosnowska, Siedmioróg 1997, s. 71. 

piątek, 10 lipca 2015

Odcinek 2025: Mary Berg, 1941 rok



Z dziennika Mary Berg

10 lipca 1941 roku

Rosyjscy lotnicy często „odwiedzają” okolice Warszawy; powietrze drży od wybuchów bomb. Co rusz słyszę szum rosyjskich samolotów, które omijają getto. Dlatego nie schodzimy już na ogół do piwnicy na sygnał alarmu. Upał potworny, przesiaduję wciąż na balkonie naszego mieszkania. Jest na drugim piętrze. Pomidory, groszek, marchewka i rzodkiewki w skrzynkach za oknami — usychają. Tylko zalane słońcem niebo nad głową przypomina wolność. Bardzo często wracam do domu z przyjaciółką, Lutką Leder, która mieszka na szóstym piętrze; dyskutujemy o planach na przyszłość. [...]
Wdychamy świeże powietrze i na chwilę zapominamy o tym, co dzieje się wokół nas. Ale jeden rzut oka na podwórze przedzielone murem na pół wystarczy, by rozwiać słodkie marzenia. Nasz balkon wychodzi na „aryjską” stronę Złotej. Stamtąd, z piątego piętra, często słychać dźwięki fortepianu, zwykle jedną i tę samą melodię: „Traumerei” Schumanna. Czasem myślę sobie, że to może jakaś szlachetna, chrześcijańska dusza stara się pocieszyć nieszczęsnych mieszkańców getta zamkniętych za murami i że nawet jakby wyrażała ubolewanie z powodu kamieni tak często wrzucanych do getta z „aryjskiej” strony. Ta melodia Schumanna przenosi nas w inny świat. [...]
Mur getta na placu Żelaznej Bramy (źródło).

Jestem pełna okropnych przeczuć, w ciągu kilku minionych nocy miałam koszmarne sny. Widziałam Warszawę spływającą krwią; razem z siostrą i rodzicami szłam nad okaleczonymi trupami ludzi. Chciałam uciec, ale nie mogłam i obudziłam się zlana zimnym potem, przerażona i wyczerpana. Złote słońce i błękitne niebo szarpią tylko moje osłabione nerwy.

Mary Berg, Dziennik z getta warszawskiego, tłum. Maria Salapska, Czytelnik 1983, s. 87–88.

sobota, 4 lipca 2015

Odcinek 2024: Teresa Tatarkiewiczowa, 1962 rok

List Teresy Tatarkiewiczowej do siostry, Marii Dmochowskiej

4 lipca 1962 roku, Berkeley
Wynajęliśmy tutaj znów umeblowane dwa pokoje w pobliżu (dwanaście minut drogi piechotą) uniwersytetu i biblioteki (trzeciej z rzędu pod względem wielkości na świecie: 1. Biblioteka Kongresu, 2. w Princeton, ale Ty pewnie to wiesz). Pościel i garnki oraz porcelanę dostarczył mi komitet pań profesorowych opiekujących sią studentami i profesorami obcymi, którzy przyjeżdżają tu na studia. Nie mam słów, jak te panie były życzliwe, chętne i usłużne. Wczoraj jeszcze przyniosły mi do domu mnóstwo tiulowych firanek, bo zauważyły, że mieszkamy na parterze i można do nas zajrzeć. Zaprosiły mnie na damskie zebranie zapoznawcze na dziesiątego b.m., ale to będzie pierwsze śniadanie! O dziesiątej rano. Oprócz Amerykanek opiekują się też nami różne osiadłe tu Polki, a także młodzież, która przyjechała tu z Polski na studia. Wszyscy mają samochody i wszyscy chcą nas wozić i pokazywać tutejsze cudowne okolice. Byliśmy już raz w San Francisco, co jest daleką wyprawą po drugiej stronie zatoki, ale droga jest tak piękna, że warto ją parę razy przejechać: połączenie oceanu, zatoki, gór jest fantastyczne, powietrze cudowne morsko-górskie, słoneczne, zupełnie nieduszne, taki nasz wrzesień na temperaturę, wieczory i ranki chłodne.
Uniwersytet w Berkeley, ok. 1967 roku.
My mieszkamy w dzielnicy willowej z cudownymi ogródkami, roślinność jest już podzwrotnikowa: palmy, bugenwille, róże fantastyczne, wielkości dużej sałaty, hortensje: jeden bukiet, fuksje — ogromne krzaki obwieszone kwiatami na palec długimi; nic nie jest ogrodzone, ale nikt nie ruszy cudzego kwiatu.Widziałam, jak robią trawniki: przywożą zwinięty w rulony jak chodnik, rozkładają na przygotowanej ziemi i podlewają obficie takimi wiatraczkami. Dziś, przy narodowym tutejszym święcie, panowie strzygą maszynkami swoje trawniki przed domami. Jakby tego nie zrobili, miasto zrobi na ich koszt. Mnóstwo tu kwiatów, których nigdy nie widziałam, nawet w cieplarniach. Nad nami spore góry, na które pnie się Berkeley. Widok stamtąd fantastyczny. Dziś wieczór mamy jechać ze znajomymi nad morze patrzeć na fajerwerki z okazji tego święta.W Chicago byliśmy po drodze, ale tylko półtora dnia. Władek miał tam odczyt w Związku Polskich Akademików. Mnóstwo było ludzi, zgłaszali się dawni uczniowie Władka, m.in. jakaś pani z indeksem z Warszawskiego Uniwersytetu sprzed trzydziestu lat, w którym był podpis Władka: prosiła, żeby go znów podpisał. [...]

Teresa i Władysław Tatarkiewiczowie, Wspomnienia, Państwowy Instytut Wydawniczy 1979, s. 94–95.