piątek, 27 lutego 2015

Odcinek 2014: Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, niedziela 27 lutego 1977 roku
[...] Film Wajdy Człowiek z marmuru, przy wszystkich zastrzeżeniach, jakie można przeciwko niemu wysuwać, jeden z najważniejszych filmów powojennego trzydziestolecia — wszedł na ekrany po cichu, jakby ukradkiem, i na jeden tylko ekran w kinie „Wars”. To jeszcze jeden dowód, jak silna jest u nas policja, która poczuwa się do solidarności ze swymi poprzednikami z okresu stalinizmu, zaatakowanymi przez Wajdę.
Plakat do filmu, proj. M. Mroszczak.
Wajda opowiadał Kazikowi, że w ostatniej chwili przed dopuszczeniem filmu na ekran, jeden z najwyższych urzędników filmowych (Andrzej nie chciał zdradzić jego nazwiska) zwrócił się z prośbą o obejrzenie i zaopiniowanie filmu do ambasadora radzieckiego w Warszawie, Piłotowicza. Oczekiwał najpewniej, że najwyższy sędzia ideologiczny obejrzy film w towarzystwie jednego lub dwóch konsultantów, po czym poinformuje polskich asekurantów o swojej najwyższej opinii. Ale ambasador wielkiego mocarstwa zakpił sobie z polskiego wazeliniarza i urządził normalny pokaz „nowego polskiego filmu” dla kilkuset pracowników ambasady wraz z żonami i z dziećmi. Po seansie grzecznie podziękował, a o „niedomogach ideologicznych” filmu ani słowa. Rosjanie dobrze wiedzą, jak często polskie urzędasy usprawiedliwiają swoje najbardziej spontaniczne postępowanie „naciskiem radzieckich towarzyszy”. Ambasada dobrze pamięta, ile miała nieprzyjemności po pamiętnym zdjęciu Dejmkowskich Dziadów w 1968 roku. Dlatego niechętnie miesza się ostentacyjnie w takie rzeczy. Nie znaczy to jednak wcale, że wspomniany wyżej asekurant nie dostał jakiegoś pochwalnego znaczka w kartotekach ambasady oraz zachęty do dalszego działania w podobnym „duchu przyjaźni”. [...]

Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, 0s. 126.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Odcinek 2013: Henryk Grynberg, 1992 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

Kraków, 23 lutego 1992 roku
Pan Jan zawiózł mnie do Stanisława Lema. Solidne, nowe osiedle za miastem,
Okładka wydania z 1951 roku.
oczywiście dewizowe (Lem jest najbogatszym polskim pisarzem w dziejach), ale nie widać chodników i błoto po kostki. Lem wyglądał dokładnie tak, jak swego czasu wyobrażaliśmy sobie człowieka przyszłości: duża łysa mózgoczaszka i nic więcej. W szkole pasjonowaliśmy się jego Astronautami, które łódzki „Głos Robotniczy” drukował w odcinkach, i miałem parę pytań z astrofizvki, bo jeśli ludzkość ma jakąś przyszłość, to tylko w kosmosie, ale Lem, w przeciwieństwie do tamtych krakusów przy obiedzie, bez przerwy mówił i nie dopuszczał mnie do głosu, jakby się bał, że powiem (palnę) coś żydowskiego lub zadam jakieś niedyskretne pytanie, zwłaszcza że dwie starsze panie, które podawały herbatę, wyglądały na święte katoliczki. Nie miałem mu tego za złe, bo nawet Żydzi mało znaczą wobec wieczności i nieskończoności. Ani tego, że podróże międzyplanetarne jego Astronautów drukowane w 1951 roku zaczynały się „po upadku ostatniego państwa kapitalistycznego”, bo nawet geniusz musi być czasem pragmatykiem, a poza tym był to bezpretensjonalny i porządny facet. Polański, u którego rozmowa też była monologiem, gestykulował, chodził, biegał, skakał, a Lem siedział nieruchomo, jakby nie miał rąk ani nóg, tylko mówiącą głowę.
 

Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 408–409.

piątek, 20 lutego 2015

Odcinek 2012: Maria markiza de Sévigne, 1671 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Piątek, 20 lutego [1671 roku]
[...] A więc dowiedz się, moja mała, że przedwczoraj, we środę, wróciwszy od pana de Coulanges, gdzie szykowaliśmy pocztę do wysłania, poszłam spać. W tym nie ma nic osobliwego, niezwykłe będzie to, że o trzeciej po północy usłyszałam krzyki: „złodzieje!” „gore!”, i to tak blisko mnie i takie gwałtowne, że sobie wyobraziłam, że to u mnie; wydało mi się nawet, że mówią o mojej wnusi; byłam pewna, że to ona się spaliła. Zerwałam się w trwodze, bez światła, trzęsąc się tak, że ledwo mogłam ustać na nogach. Popędziłam do jej pokoju, to znaczy do Twojego dawnego: spokój, cisza. Za to zobaczyłam, że dom Guitautów cały w ogniu; płomienie niosły się aż ponad dom pani de Vauvineux. Na naszym podwórzu, a jeszcze bardziej u pana de Guitaut było widno, że aż strach: krzyki, zamieszanie, harmider, z góry lecą belki większe i mniejsze. Kazałam otworzyć bramę i wysłałam czeladź na ratunek. Pan de Guitaut przysłał do mnie puzdro z kosztownościami; zaniosłam je do saloniku, a potem jak inni wypadłam na ulicą pogapić się; byli tam już oboje państwo Guitaut półnadzy, pani de Vauvineux, ambasador wenecki, cała jego służba, mała Vauvineux, którą zaniesiono do ambasadora (nawet się nie zbudziła), całe mnóstwo mebli i sreber, które dano na przechowanie do ambasadora. [...] Kapucyni, których zręczność dorównuje miłosierdziu, działali tak sprawnie, że uporali się z pożarem. Zgliszcza oblano wodą i wreszcie
Bój dobiegł końca z braku bojowników;
to znaczy, kiedy przedpokój na pierwszym i na drugim piętrze, mały pokój i gabinet na prawo od salonu spaliły się do szczętu. Jak mówiono, całe szczęście, że nie wszystko poszło z dymem, choć biedny Guitaut ma strat na jakieś dziesięć tysięcy talarów; bo chcą odbudować pokoje, które były malowane i wyzłacane. Było tam też parę pięknych obrazów pana Le Blanca, który jest właścicielem domu; poza tym stoły, zwierciadła, miniatury, sprzęty, dywany. Rozpaczają nad utratą listów: były to chyba listy księcia Kondeusza. [...]
Gaszenie pożaru, rycina angielska, 1612 rok.

Zapytasz, skąd w tym domu doszło do pożaru; nikt nie wie; w pokojach, gdzie zaczęło sią palić, nie było ognia. Gdyby w tak smutnych okolicznościach godziło się śmiać, jakże zabawnie musieliśmy wyglądać! Guitaut był w samej koszuli i gaciach, pani Guitaut bez pończoch, w jednym tylko pantoflu, bo drugi zgubiła; pani de Vauvineux w bieliźnie, bez żadnego wierzchniego ubrania; cała służba i wszyscy sąsiedzi w szlafmycach. Ambasador — w robdeszanie i w peruce zachował całą powagę godną Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Najwspanialszy jednak był jego sekretarz: mówi się o torsie Herkulesa! ten naprawdę był całkiem inny: pierś jak u panny, biała, tłuściutka, pulchniutka i naguteńka, bo wstęga  przytrzymując koszulę, oberwała się w czasie szarpaniny. Takie to są smutne nowiny z naszej okolicy. Poprosiłam pana Deville, aby co wieczora sprawdzał, czy ogień wszędzie wygaszony; nigdy za wiele ostrożności, byle tylko uchronić się przed takim nieszczęściem. [...]
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 75–77.


środa, 18 lutego 2015

Odcinek 2011: Leopold Tyrmand, 1954 rok

Z dziennika Leopolda Tyrmanda

18 lutego 1954 roku
Sceny z Bogną w roli głównej. Wielki konflikt pomiędzy jej charakterem a mymi wymaganiami, pewnie nie do rozwiązania. Kilka dni temu, wieczór szczególnie meczący i przykry: Bogna odezwała się grubiańsko, zostawiłem ją na środku ulicy samą. Biegła za mną, nieugiętym, od Wawelskiej do placu Trzech Krzyży, powtarzając ze łzami w oczach: „Nie rób tego!... Nie wolno ci tego robić!...” Wieczorem czekała, siedząc na podłodze korytarza, pod moimi drzwiami. I znów łzy, kłótliwe wyrzuty wzajemne, przebaczenia niechętne a konieczne. Po czym nowe kłamstwo, niezręczne i przygwożdżone, i wszystko da capo al fine.
Bogna pochłonięta jest konstrukcją systemu intensywnej kontroli. Zmusza mnie do codziennego widywania się, wypytuje skrupulatnie o każdą i godzinę dnia. Początkowo chciałem ukryć przed nią wizytę w Pałacu Mostowskich, ale pomyślałem niech wie. Może do niej dotrze, że cięższe groźby wiszą nad nami niż rozkład miłosnych słodyczy. Daremne nadzieje. Reakcja Bogny poszła po linii podejrzeń; że coś przed nią ukrywam, że ja z Masikiem, że oni już wiedzą, że nawet lepiej od niej. Pytania Bogny, natrętne i dociekliwe, drążą bez znieczulenia, toteż moje kontry też nie grzeszą taktem. Nie chcąc kłamać milczę, zaś milczenie jest często brutalniejszą odpowiedzią niż otwartość. Rozbieżność interesów Bogny z interesami UB polega na prostym fakcie, że Bognie chodzi o zdradę uczuć i zmysłów, a nie państwa czy proletariatu. Lecz tak jak oni, chce wiedzieć wszystko i karać bezlitośnie, Bognie ufać nie wolno, tak jak policji politycznej: miłość, młodość, zazdrość i głupota niosą w sobie przecież siłę opresyjną totalizmu. Powierzyć Bognie rozterki, wydać je na pastwę kombinacji mętnych domysłów z mętnymi podejrzeniami oznaczałoby nieodstępne zagrożenie, jakie dźwiga się ze sobą jak błoto w dziurawym bucie.
A przecież ja Bognę kocham, o ile miłością są szybkie drgnienia niedocieczonych satysfakcji. [...]
Kadr z filmu Cleo od 5 do 7, reż. Agnès Varda, 1961 rok. 
Gaszę światło, moszczę się pośród jej zapachów i gorąca pod kocami, i z ciemności wędrują ku mnie słowa Wojtka: „Pracujesz dla innych. Ta dziewczyna odejdzie od ciebie, i to zaboli. Wkładasz w nią dziś całą resztę, która ci jeszcze pozostała, lepisz wspaniałą kobietę. Ale nie dla siebie. Dla innych.” Leżę na wznak, bez ruchu, oczy w mroku pocętkowanym rozżarzonymi pręcikami elektrycznego piecyka. Bogna wtula się w moją pachę, pod ogarniające ją ramię. Jakby mój sceptycyzm, moja gorzka wiedza, były dla niej bezpiecznym schronieniem, gwarancją jej sukcesu.


Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 224–226.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Odcinek 1210: Władysław Broniewski, 1919 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

16 lutego 1919 roku
Nuda... Pustka... Chodzę, sam nie wiem, gdzie i po co, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie bawi.
Wszystko wydaje mi się tak idiotycznie głupie, tak banalne — ludzie, gazety, teatry, nawet ulica gwarna, w której nurzam się co dzień po kilka godzin. Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło — chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam — tym lepiej. Zupełnie jestem sam. 
Nie spotkałem Jej... Było to jedynym moim pragnieniem, a i to się nie spełniło. Tak chciałem zobaczyć choć przez chwilę tę białą twarzyczkę, której rysy wyrzeźbiły się w zwojach mego mózgu. Stykałem się z innymi kobietami — najmniejsze­go wrażenia. — Jak nudno!...
 
Edvard Munch, Melancholia, 1892 rok.

Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s.79.

sobota, 14 lutego 2015

Odcinek 1209: Antoni Słonimski, 1932 rok

„Kronika tygodniowa” Antoniego Słonimskiego

„Wiadomości Literackie” nr 7, 14 lutego 1932 roku
Każdy, kto był pod piramidami i fotografował sfinksa, zna z pewnością małego chuderlawego Araba, który się wynajmuje jako „skala”. Muszę wyjaśnić dokładniej, co to znaczy. Aby dać pojęcie o rozmiarach sfinksa, trzeba jakiejś wielkości porównawczej. Niebo i piasek nie wystarczą. Chuderlawy Arab zarabia w ten sposób, że staje pod sfinksem i małością swoją podkreśla wielkość beznosego kolosa. Nieraz myślę o tym, że przydałaby się nam taka skala w wielu sprawach naszej kultury. Zbyt łatwo bowiem tracimy poczucie proporcji. Mamy czasem złudne wrażenie o znaczeniu i zasięgu naszych poczynań. Wydałem niedawno książkę, która jest już wyczerpana. Rozeszła się w przeciągu paru tygodni. I co tu gadać o kryzysie, o braku czytelników! Chwileczka. Postawmy przy nakładzie mojej książki wyżej wspomnianego Araba, i cóż się okaże? Nakład książki wynosił wszystkiego tysiąc trzysta egzemplarzy. Cały mój sukces staje się właśnie małym Arabem wysokości metra trzydzieści, który przykucnął u nóg beznosego olbrzyma, reprezentującego trzydzieści dwa miliony mieszkańców pustyni, w której żyjemy. Jeżeli nawet rozejdzie się i drugi nakład, książka moja razem osiągnie trzy lub cztery tysiące egzemplarzy. Więcej już nie da rady. Dalej jest piasek i niebo. Pismo literackie, książka wziętego pisarza liczyć może tylko na garstkę inteligencji. Książka Remarque’a rozeszła się w Niemczech w milionie egzemplarzy. Znaczy to, że co sześćdziesiąty Niemiec kupił egzemplarz. Jeśli odjąć dzieci przy piersi, kobiety przy piersi i starców przy piersi, przynajmniej co czterdziesty przytomny Niemiec kupił Remarque’a. Aby osiągnąć ten stosunek u nas, książka wybitnego pisarza musiałaby rozejść się w ilości pół miliona. Czy była i czy jest możliwa taka książka? Najbardziej wzięta powieść może osiągnąć kilkanaście tysięcy.
Ale są przecież u nas wydawnictwa, które rozchodzą się w setkach tysięcy. Myślę tu, rzecz prosta, o sennikach egipskich i drukach dewocjonalnych. Dostałem w tych dniach prospekt wydawnictwa, któremu również wróżę wielkie powodzenie. Zwraca się do mnie redakcja Błękitnej księgi, abym wy­pełnił kwestionariusz, gdyż wydawnictwo bardzo liczy na moją osobę. Błę­kitna księga jest spisem szlachty polskiej, i oczywiście, nie powinno tam zabraknąć mojego nazwiska. Prospekt zaczyna się ładnie pomyślanym i wykonanym zdaniem: „Wobec zaistnienia możności, przez restytucję Rzeczypospolitej Polskiej, przystąpiliśmy do stworzenia mającego wkrótce ukazać się spisu szlachty...”. Musiał to pisać jakiś tęgi szlachciura, jakiś rębajło zaprawiony, mosterdzieju, bardziej do szabli niż do inkaustu. Albo po prostu jakiś Szopenfeld czy Lindenfeld, który nie bardzo umie pisać po polsku. Trzeba tam podać tytuł, herb, przydomek, rodowód oraz sześć adresów znajomej szlachty. Z tymi adresami to jeszcze najmniejszy kłopot. Nietrudno się dowiedzieć adresów Halamy, Ordonki, Maryny Brydzińskiej czy Majdrowiczówny. Trudniej jest podać rycerską przeszłość rodu. Trzeba by tu czegoś efektownego w rodzaju czasów pierwszej krzyżowej. Naturalnie, nie myślę o mięsie, tylko o wyprawie. Przekonany jestem, że Błękitna księga rozejdzie się w paruset tysiącach egzemplarzy. [...]Mądrzej jednak byłoby wydać skromny i tani sennik egipski. Świat idzie naprzód, a stare senniki jeszcze nie uwzględniają nowych słów i pojęć, które wdarły się do snów kucharki. W jakim senniku można znaleźć „szofera”, „aeroplan”, „radia słuchać” albo „Mozżuchina widzieć”? Tak, sennik to jedyny sposób prawdziwego dotarcia pod strzechy. Jak zdrowe wychowawcze znaczenie mógłby mieć taki senniczek, napisany przez kogoś sprytnego! Można by drogą tłumaczenia snów wywieść kuchtę polską z niewoli ciemnoty. Np.: „Kozę doić – niech kuchta zęby szczoteczką wymyje i nie czytuje czerwoniaka”. „Strażaka mieć – niech kuchta nie kradnie i niech nie chodzi na polskie filmy”. [...] Czyż drogą takiej agitacji nie można by wpoić w kuchtę polską zasad prawdziwej moralności? Kto wie nawet, czy to nie jedyna droga. Inaczej skazani będziemy na ten sam ciągle ciasny krąg odbiorców. Trzeba trafić jakoś do tych milionów niewolników i uczynić z nich wyzwoleńców. Żyjemy bowiem jak w jakiejś sparodiowanej Grecji. Garstka ludzi dość lekko ubranych, rozprawiających o rzeczach mądrych i subtelnych, co drugi pederasta, a wkoło ciemna pańszczyzna ludzi odzianych w skóry od Apfelbauma, fetyszystów, endeków, wojskowych, chałaciarzy, znachorów, i miliony chłopów mnożących się jak piasek na pustyni. Podobni jesteśmy wszyscy razem do tego chuderlawego Araba stojącego pod wielkim sfinksem, w którego wnętrzu siedzą kapłani i rżną w brydża.


Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1932–1935, LTW 2001, s. 18–19.

czwartek, 12 lutego 2015

Odcinek 1208: Anne Frank, 1944 rok

Z dziennika Anne Frank

Sobota, 12 lutego 1944 roku
Kochana Kitty
Słońce świeci, niebo jest granatowe, wieje wspaniały wiatr, a ja tak tęsknię — tęsknię — do wszystkiego... Tęsknię do rozmów, wolności, przyjaciół, bycia samej. Tak tęsknię... do płaczu! Mam w sobie takie uczucie, jakbym się rozpryskiwała i wiem, że płacz byłby lepszy; nie potrafię tego. Jestem niespokojna, chodzę z jednego pokoju do drugiego, przez szparę w zamkniętym oknie wdychani powietrze, czuję, że moje serce bije, jakby mówiło: „Zaspokój wreszcie moje pragnienie”.
Amsterdam 1944/1945
fot. Emmy Andriesse (źródło).
Sądzę, że czuję w sobie wiosnę, czuję jej budzenie się, czuję to w moim ciele i w mojej duszy. Muszę się trzymać w ryzach, żeby zachowywać się tak jak zwykle, jestem totalnie wytrącona z równowagi, nie wiem, co mam czytać, co mam pisać, co mam robić, wiem tylko, że tęsknię...
Twoja Anne

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 148. 

wtorek, 10 lutego 2015

Odcinek 1207: Juliusz Słowacki, 1833 rok

List Juliusza Słowackiego do matki
Genewa 10 lutego 1833 roku
Odebrałem, najukochańsza Matko, w Genewie Twój list, pisany do mnie do Paryża, a przy liście przysłane mię doszły podarunki. Kochana Mamo! już to setny raz dzięki Tobie. [...]
Co do mojego teraźniejszego położenia, bardzo sobie miłe życie prowadzę. Mieszkam na wsi, jak już Wam pisałem — u ludzi, którzy kazali mi Mamie napisać, że mnie bardzo kochają — i starają się to samo dla mnie uczynić, co chcą, aby dla ich oddalonego syna czyniono... Stara dama, pani Pattey, ciągle mnie się pyta o moje chęci, gusta — wszystkim chce dogodzić, nad zdrowiem moim czuwa, słowem, mogę Was zaręczyć, że bardzo godna i uczciwa osoba. Jej córka, panna Eglantyna, która już ma lat około 30, bardzo mnie także lubi, stara się bawić, w kilku domach mnie zapoznała a w domach tych przyjmują mnie ze znaczną atencją — i rozróżniają od innych. Winien jestem pannie Eglantynie, że wprowadzony zostałem na kasyna — i bywam na nich często dosyć... Kasyna tutejsze są bardzo świetne. Szwajcarki, ładne blondynki, jak śnieg białe, mieszają się w kołach walca z zamyślonymi [An]gielkami, których tu jest najwięcej. Tańcują zaś tu tylko kontredanse, walce i galopady...
Mont Blanc, rycina z 1835 roku.
Zaproszony byłem także na kilka balów, przez nieznajome dawanych osoby — dziwny to wcale zwyczaj. Byłem na jednym z nich — i z trudnością wyśledziłem przeczuciem prawie gospodynią, której się trzeba było ukłonić. Na takich balach tańcują mazura — i to mi największą sprawia przyjemność. Najprzyjemniejsza jednak część dnia dla mnie jest ta, którą przepędzam w do[mu.] Jestem zupełnie na wsi — z rana po śniadaniu wychodzę z panną Eglantyną do ogrodu. Czas tak mamy śliczny, że dzisiaj chodząc w surducie spotnialem. Ogród zawsze zielony, pełny sosen i jodeł — niebo błękitne — a na horyzoncie wysoko wznosi się Mont Blanc śnieżny, lekko jak chmura skreślony, czasem wiankiem białej chmury okryty... Wyrysuję Wam kiedyś i przyszle widok domu, w którym mieszkam, wzięty z ogrodu. Chodząc tak z rana, często pannie Egl[antynie] opowiadam różne przypadki mojego życia, zaczynając od lat 4 wieku — i zbieramy fijołki, które już się pokazują. — Kilka dni temu pani Pattey umyślnie dla mnie dała wieczór i kilku Polaków zaprosiła — i kilka dam było ładnych. Bawiłem towarzystwo, jak mogłem — nauczyłem mazura — z trudnością przypomniałem sobie z dziesiątek figur — i bardzo były panny kontente. Potem ustawiłem wszystkie do angleza i znów im różne nasze figle pokazywałem. Kręciłem wszystkich w długiego gęsiora i tak się rozhasałem, żem im wszystkie tańce pokazywał, aż do kozaka. W głębi duszy jednak czułem nadzwyczajny smutek — wspomnienia tłumem cisnęły się do głowy i napełniały puste serce. [...]

Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983, s. 101–102.

niedziela, 8 lutego 2015

Odcinek 1206: Lucy Maud Montgomery, 1905 rok

Z pamiętnika Lucy Maud Montgomery

Środa (Czy na pewno środa? Chyba tak.)
8 lutego 1905 roku
Dzisiaj rano nie musiałam robić wypadu z oblężonej fortecy i odgarniać śniegu – z tej prostej przyczyny, że nie mogłam wydostać się z domu. Drzwi i wszystkie okna od wschodu były całkowicie zasypane śniegiem. Wydaje mi się, że takiej zawiei nie pamiętają nawet najstarsi mieszkańcy Wyspy Ks. Edwarda. Burza szalała przez cały dzień.
Po śniadaniu zmusiłam się do skończenia wielkanocnej opowiastki, którą zamówiła u mnie gazeta szkółki niedzielnej. (Uwaga: Nie c i e r p i ę pisać na zamówienie!) Później pisałam na maszynie aż do obiadu. Po obiedzie wróciłam do maszyny, a następnie spędziłam pół godziny z igłą nad koronkową serwetką. Potem, ponieważ nie pozostało już nic pilnego do zrobienia, zabawiałam się przepisywaniem z książek różnych złotych myśli do notesu. Łatwo je odszukać, gdyż wszystkie są zaznaczone. Zawsze miałam zwyczaj zaznaczania wybranych fragmentów w moich książkach. Teraz robię to ołówkiem. Jako nastolatka nie byłam na tyle rozsądna i używałam atramentu. W rezultacie nie mogę teraz wymazać znaków przy tych akapitach i stwierdzeniach, z którymi przestałam się zgadzać; i narzucają się moim oczom, przypominając o sentymentalnych „zielonych dniach”.
Zima na Wyspie Księcia Edwarda, lata 60. XIX wieku.

Gdy zapadł zmrok, napisałam list, zajęłam się robótką, a potem trochę czytałam. Pogrążam się w apatii. Jutro poczta także nie dotrze. Żadna skarga nie wyrazi tego nagromadzenia nieszczęść. Przypominam sobie, co powiedział pewien stary szkocki emigrant, który po powrocie do domu ujrzał dymiące zgliszcza i całą rodzinę wymordowaną przez Indian: „To jest kompletny absurd”. Tak, to jest absurd.
Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza. Pamiętniki 1898–1910, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 134.


piątek, 6 lutego 2015

Odcinek 1205: Zdzisław Beksiński, 2005 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

6 lutego 2005 roku

Subject: Re: zawalony dzień
Wisłocka. Nie mogłem skojarzyć, skąd znam nazwisko, ale od czego internet.
Wiem już, o kogo biegnie, ale nie czytałem dzieła, na którym wychowały się trzy pokolenia, jak informuje internet. Jestem poważnie niedokształcony w sztuce kochania i nawet pornokasety wprawiają mnie w kompleksy. Dlaczego ta cholerna gra wstępna musi trwać tak długo? Ja mam podejście jednego z bohaterów Hemingwaya, który marzył, żeby z kobietami dało się to robić „bez tego całego gadania”. Powiedziałem to przedwczoraj memu młodszemu koledze, a kumplowi mego syna, który ma poniżej 50 i uprawia życie playboya. Przygruchał ostatnio przez internet jakąś dzieweczkę z Siedlec, która przyjeżdża do niego co tydzień do Warszawy. On, jak playboy starej daty, robi jakąś wytworną kolację i zapala świece, a ona chce od razu do łóżka. „Akurat jak dla pana!”, powiedział mi z przekąsem. Rzeczywiście – gdybym nie był już stary, to taki układ by mi odpowiadał, czyli bez świec i kolacji. Szczególnie, że on robi łososia, a ja ryb nie cierpię. Miałbym się aż tak męczyć dla seksu? Pozwoliłem sobie zakpić z nowoczesności i internetu, że przecież raz na tydzień to nawet proboszczowi nie wystarcza, więc ta biedna dziewczyna nie tylko musiała wydać kasę na komputer i połączenie z internetem, ale musi jechać z piątku na sobotę do Warszawy, a z niedzieli na poniedziałek do Lublina, we wtorek do Białegostoku, tylko środę i czwartek ma wolne od podróży, bo wtedy mąż nie ma dyżuru i jest w domu i tak dalej. Majątek wydaje na koleje państwowe, wędzić się musi przy świecach i kolacjach, a może podobnie jak ja nie cierpi ryb, zaś wystarczyłoby kupić w seks-szopie pozłacany wibrator i zamknąć się codziennie wieczorem na 15 minut w łazience i po sprawie. Zaoszczędzony czas mogłaby poświęcić na samodoskonalenie się, a zaoszczędzone pieniądze na nowe kiecki. Nie wiem, czy moje rady są zgodne ze sztuką kochania, ale na pewno oszczędzają czas, zdrowie i pieniądze. Pięknie pozdrawiam
Beksiński (ta świnia)

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 210–211. 

środa, 4 lutego 2015

Odcinek 1204: Miron Białoszewski, 1976 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

środa, 4 lutego 1976 roku
Wyspałem się. Puściłem Judytę triumfującą Vivaldiego. Dzwonek.
Jan Józef Lipski (źródło).
– Kto tam?
– Jan Józef L. Ja tu do ciebie z pewną sprawą.
Od razu wiedziałem, że podpisywanie listu protestacyjnego przeciw zmianie pewnego punktu konstytucji i w sprawie nieograniczania wolności jednostki. Jan Józef L. dał mi do przeglądania to, co jest do podpisania. Ale ja spojrzałem na to i powiedziałem
– Nie będę studiował, bo i tak nie zorientuję się dokładnie, o co chodzi, ale podpiszę
– Podpiszesz?
– Podpiszę.
Podpisałem. On
– Cieszę się, że cię upolowałem. To tak jakbym upolował słonia.
Była mowa o pewnym intelektualiście aktorze, który wpadł w schizofrenię, wyskoczył oknem. Był narkomanem. Zdaje się, że oplatało go UB. Zdaje się – oczywiście to poszlaki – że to on powiedział o parodii Szpotańskiego na rząd Gomułki. I może o innych sprawach. I to raczej były powody samobójstwa i załamania.
Za stalinowskich czasów w Centralnej Agencji Fotograficznej dali jednej urzędniczce brulion, żeby tam wpisywała donosy. Urzędniczka rozpłakała się.
Kiedy czasy były trochę lepsze od gorszych, urządzono zebranie otwarte dla wszystkich. Każdy może mówić, co chce. Wystąpiła starszawa pani, z pochodzenia Rosjanka
– Chciałam zapytać, czy to tak można. Obok mnie mieszka – jak to się mówi – ubek. Zaczepił mnie na schodach „Ty kacapko, ty kacapko, niech tylko się coś zmieni, to my ci pokażemy”.
Na sali zebrań wszyscy zgłupieli.

Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Znak 2012, s. 94–95.