środa, 28 stycznia 2015

Odcinek 1203: Vincent van Gogh, 1889 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

28 stycznia 1889 roku
Tylko kilka słów, żeby ci powiedzieć, że ze zdrowiem i pracą jest jako tako.
Vincent van Gogh, Autoportret,
styczeń 1889 roku.
Kiedy porównuję mój stan dzisiejszy i sprzed miesiąca, uważam, że to jednak zdumiewające. Wiedziałem, że można sobie połamać ręce albo nogi i potem wrócić do zdrowia, ale nie wiedziałem, że można sobie rozbić głowę, uszkodzić mózg i też przyjść do siebie.
Pozostaje mi tylko uczucie ,,po co zdrowieć?” pośród zdumienia, jakie budzi we mnie moje wyzdrowienie, na które nie śmiałem nawet liczyć. [...]
Skoro wciąż mamy zimę, pozwólcie mi spokojnie pracować; jeśli jest to praca szaleńca, tym gorzej. Nic na to nie poradzę.
Jednakże nieznośne halucynacje ustały, teraz to tylko zwykły koszmar wskutek zażywania bromu, jak sądzę.
Rozpatrywać szczegółowo sprawy pieniężne jest jeszcze dla mnie niemożliwe, jednak pragnę właśnie rozpatrywać je w szczegółach i pracuję bez wytchnienia od rana do nocy (chyba że moja praca jest również halucynacją) [...].
Nie zdumiewaj się jednak zbytnio, jeśli w przyszłym miesiącu będę cię musiał poprosić o całą pensję i może nawet o pewien dodatek.
Nic przecież w tym dziwnego, że w czasie kiedy maluję i kiedy praca pochłania moje wszystkie siły życiowe, dbam o pewne środki ostrożności.
Różnica wydatków nie jest z pewnością w takim razie przesadna.
Powtarzam raz jeszcze: albo zamknijcie mnie od razu w celi wariatów, nie sprzeciwiam się, jeśli macie rację, albo pozwólcie mi pracować ze wszystkich sił, przedsięwziąwszy pewne środki ostrożności, o których wspominam. Jeśli nie jestem wariatem, nadejdzie chwila, kiedy przyślę ci to, co ci od początku obiecywałem. Obrazy może rozproszą się niestety, ale kiedy zobaczysz zestaw tych płócien, które chcę, żebyś zobaczył, śmiem się spodziewać, że twoje wrażenie będzie dodatnie. [...]
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze i Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 415–416.

wtorek, 27 stycznia 2015

Odcinek 1202: Jan Lechoń, 1955 rok

Z dziennika Jana Lechonia

27 stycznia 1955 roku
Lilka Pawlikowska, zastrachana, zawsze świadoma swego ukrywanego garbu i
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
swego utykania, a zarazem tego, że jest cudowną poetką i że ma profil, jakich już nie ma, i oczy, jakich już nie bywa. W każdej rozmowie zlewająca na nas komplementy tak przesadne, jak dobre wróżby Cyganek. I nagle słysząc jakiś dowcip, jakąś złośliwość niebotyczną albo jakieś bardzo ryzykowne, ale bardzo zabawne świństwo – wybuchała śmiechem z całego serca, śmiechem bachicznym i okrutnym. I Lilka też jak Iłła była czarownicą, tylko inną, bardziej niebezpieczną, bo warzyła zioła z upajających zapachów, bo wabiła nie tylko uroczym smutkiem, ale nawet śmiechem. Bardzo dużo napisano o niej, ale wszystkim tym pochwałom czegoś brak: pisze się o niej, jak zawsze u nas, prawie jak o świętej. A to była czarownica. Rusałka to też znaczy czarownica.

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 554.