niedziela, 30 listopada 2014

Odcinek 1199: Henryk Grynberg, 1982 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

Florencja, 30 listopada 1982 roku
Po konferencji w Bellagio postanowiłem skoczyć do Florencji, której nigdy przedtem nie widziałem. [...] 
Przyjechałem, biorę taksówkę i jadę coraz ciaśniejszymi uliczkami, mijając co
Trattoria Vittoria we Florencji (źródło).
jakiś czas glazurowane na niebiesko nisze, w których mężczyźni przystawali siusiać – skromnie, twarzą do ściany – stara cywilizacja o wszystkim pomyślała. W końcu ulica się stała tak wąska, że taksówka się nie mieściła i musiałem dalej iść pieszo. Skręcam za róg, gdzie miał być Continental, i rzeczywiście jest, ale obudowany rusztowaniami i zabity deskami – remont. Najbliższy hotel znajdował się przy Ponte Vecchio, też w dobrym punkcie i niedrogi, ale zostałem sam na sam z całą Florencją. Spytałem recepcjonistę o jakąś rybną restaurację. Polecił Vittorię. Bezpretensjonalna, w marynarskim stylu. Postawili przede mną michę z rozmaitym robactwem w muszlach i muszelkach, człowiek je i je i nic w misce nie ubywa. Miejscowe białe wino też całkiem dobre, półtora dolara butelka, nie podaje się na kieliszki, bo po co. Zasadnicze danie? Kelner prowadzi mnie na zaplecze, pokazuje jakieś cielska morskie rozpołowione na ogromnym stole – do wyboru. Wybrałem sam nie wiem co i okazało się smaczne, ale jestem coraz bardziej samotny, więc pytam kelnera o jakiś nocny klub. – A jaki klub ma pan na myśli, signore, taki czy taki? – Trochę taki i trochę taki – mówię. – Jest tu niedaleko nad rzeką River Club.
 
Idę wzdłuż rzeki i ponurego, starego muru, widzę żelazną bramę z furtką i wykuty napis „River Club”. Pukam, otwiera się okienko, ktoś mnie ogląda i furtka się uchyla. Idę przez ciemny ogród z dyskretnymi lampionami. Bar jest przestrzenny z parkietem. Na wysokich stołkach młode kobiety z rozpuszczonym włosem. Siedzą twarzą do baru, ale od razu wiem, przy której usiądę – jak w nostalgicznej piosence: „co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten”, którą śpiewało nasze ludowe wojsko, idąc z ziemi radzieckiej do polskiej. I wcale się nie pomyliłem. – Skąd pani? – pytam. – O, z dalekiego kraju, bardzo biednego, nigdy pan nie zgadnie. – Ze wschodu czy zachodu? – Z północy. – Iceland? – Nie. – Ireland? – Nie. – Finland? – Nie. – No to się poddaję. – Poland. – Nigdy bym nie zgadł, a jak się pani tu znalazła? – Studiowałam architekturę i byłam na praktyce w Grecji, gdy w Polsce nastał stan wojenny. Nie mogłam się w Grecji utrzymać i polscy przyjaciele, którzy w tym lokalu występują, postarali mi się o pracę. 
Pyta, czy mogę zamówić dla niej drinka? Barman nalewa dla mnie scotcha, a dla niej coś różowego, jedenaście dolarów za każdy drink. Teraz ona mnie pyta, skąd jestem. Z Filadelfii. Co robię? Jestem biznesmenem. Idziemy tańczyć disco. Światła tak migają, że nie widzi się, z kim się tańczy, i hałas, więc się nie rozmawia. I w ogóle się nie tańczy, tylko podryguje, i tylko na odległość. Wracamy do baru, ona przeprasza i idzie do swoich przyjaciół po papierosa – ja już od dawna nie palę. Wraca i mówi, że jej polscy przyjaciele twierdzą, że wyglądam jak Polak. Dziękuję za komplement. Pyta, czy mogę zamówić jej jeszcze jednego drinka, i wyjaśnia, że to należy do jej obowiązków. Znów dla mnie scotch, a dla niej kolorowa woda za jeszcze 22 dolary. Kulminacyjnym punktem programu jest duet taneczny jej przyjaciół. W bardzo skąpym stroju, pięknie zbudowani tańczyli erotycznie, nawet ryzykownie, ale nie pornograficznie. – Z warszawskiej opery – wyjaśniła z dumą i dodała, że znów czas na drinka. – To ja wolę dać te pieniądze tobie – odpowiedziałem. Nie wiedziałem, czy wolno „uwodzić” fordanserkę w takim lokalu i jak to się właściwie robi, ale nie chciało mi się tu siedzieć do drugiej czy trzeciej nad ranem i co godzinę płacić 22 dolary, zwłaszcza że musiałem wcześnie wstać, żeby zobaczyć cały florencki renesans (z nagim, nieobrzezanym Dawidem niczym Apollo). Dałem jej na wszelki wypadek wizytówkę hotelu z numerem mojego pokoju. Nie zadzwoniła. Pewno przyjaciele jej odradzili.


Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 273–275.

czwartek, 27 listopada 2014

wtorek, 25 listopada 2014

Odcinek 1197: Francis Scott Fitzgerald, 1938 rok

List Francisa Scotta Fitzgeralda do córki, Scottie

[Metro-Goldwyn-Mayer Corporation]
[Culver City, Kalifornia]
25 listopada 1938 roku
Kochana Scottie, 
Niepokoję się o tę powtórkę z historii, wiem, że klasówka mogła wypaść lepiej.
Życie studentek w Vassar,
fotoreportaż z „Life’u”, 1938 rok
Powtórki z historii u panny Walker wypadały dla Ciebie raczej lepiej od klasówek, szybciej kończyłaś test, co zresztą zwykle stanowi dowód, że się ma niewiele materiału, nie uważasz? Lecz jestem pewien, że jeśli lubisz ten przedmiot, to zdasz. Nigdy nie potępiam niepowodzenia — zbyt wiele jest skomplikowanych sytuacji w życiu — jestem bezwzględny tam, gdzie widzę brak wysiłku. Dlatego właśnie przestała mnie interesować X.
 
Posyłam Ci książkę, która w Princeton niejednemu z nas pomogła. Przejrzyj ją. Musisz przyznać, że moja przepowiednia się sprawdziła. Mówiłem Ci, że dla otrzymania przyzwoitych stopni będziesz musiała co najmniej tak się przyłożyć do nauki jak przed egzaminami do Vassar. Nie twierdzę, że musisz wkuwać bez końca, lecz trzeba przysiedzieć fałdów przez jakiś czas, żeby wyjść na swoje. Najlepiej zrób to teraz, wygrzeb się z tarapatów do Bożego Narodzenia — wprawisz mnie w nastrój wielkiej hojności. 
Znając Twoje usposobienie, tak oto wyobrażam sobie przebieg najbliższego miesiąca. Cztery tygodnie dzielą Cię od Gwiazdki i na pewno masz zamiar uczyć się wytrwale, ale zabrnąwszy w jakąś historię w Baltimore albo się jeszcze głębiej pogrążysz, albo będziesz chciała zerwać lub zapomnieć — w każdym wypadku zajmie Ci to dwa, trzy dni co najmniej, pisanie listu, przeżywanie itp. Przez następne trzy dni będziesz się uczyć przykładnie — zanim nie nadejdzie odpowiedź na Twój list i znów nie wytrąci Cię z równowagi. Tymczasem impet Twój zdąży osłabnąć i przeżyjesz co najmniej trzy niedobre dni — jakiś film w Nowym Jorku, jakiś zaniedbany referat, coś w tym rodzaju. I tak miną dwa tygodnie. Potem niestety przyjdzie to, na co tylko najmądrzejsi umieją jakoś poradzić — dwudniowe zaziębienie, niespodziewana zmiana planów świątecznych, jakieś osobiste kłopoty czy zmartwienia. Potem zostanie już tylko tydzień i pomimo gorączkowych wysiłków będziesz musiała zanotować jeszcze jedno niepowodzenie. Czy nie rozumiesz, że właśnie tak będzie? I gdzie jest ten Twój zdrowy rozsądek, którym się tak chwalisz? [...]
Ściskam Cię najczulej
Twój Papa
PS Z tych dziesięciu dolarów wypłaconych awansem potrącam Ci obecnie pięć z pensji na najbliższy tydzień, odpowiedni czek zechciej przyjąć.
Francis Scott Fitzgerald, Listy do córki, tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Czytelnik 1982, s. 77–78.

sobota, 22 listopada 2014

Odcinek 1196: Raymond Chandler, 1950 rok

List Raymonda Chandlera do Charlesa W. Mortona

22 listopada 1950 roku
Pierwszy telewizor. Stany Zjednoczone, lata pięćdziesiąte. [Źródło.]
Jeżeli tak Cię wścieka telewizja, dlaczego sam nie napiszesz o niej artykułu? I na kogo właściwie mamy się złościć? Kto oddał telewizję w ręce kramarzy? I dlaczego mieć za złe kramarzom, że są tym, czym są? Jeżeli przyjmujemy teorię, biorąc pierwszy z brzegu przykład, że cały gangsterski przemysł kosmetyczny jest szacownym przedsięwzięciem handlowym, to czemu miałby nas oburzać sposób jego reklamowania? Jeżeli uważamy, że krzykliwi komicy są zabawni, nie zaś bezgranicznie wulgarni, to dlaczego mamy się dziwić, że buduje się wokół nich całe widowiska? A jeżeli sądzimy, że złe widowiska telewizyjne mogą zdeprawować młodzież amerykańską, warto rzucić okiem na to, co się i dzieje w szkołach średnich. 
Według mnie telewizja to jeszcze jeden wycinek tego znacznego obszaru naszej kultury, którego jedynym kryterium zawsze był i jest pieniądz. Innego nie ma i pewno nigdy mieć nie będzie... 
Może pod pewnym względem im gorsza jest telewizja, tym lepiej. 
Ogląda ją, jak słyszę, mnóstwo ludzi, co od dawna przestali słuchać radia. Może dostateczna ich część po pewnym czasie zorientuje się, że w istocie ogląda samych siebie. Telewizja w gruncie rzeczy jest czymś, na co czekaliśmy przez całe nasze życie. Pójście do kina wymagało pewnego wysiłku. Ktoś musiał zostać z dziećmi. Trzeba było wyprowadzić samochód z garażu. To już była praca. A potem trzeba było prowadzić samochód i go zaparkować. Czasem trzeba było przejść do kina pieszo aż do następnej przecznicy. Czytanie wymagało mniej wysiłku fizycznego, ale trzeba się było trochę skupić, nawet gdy się czytało kryminał, powieść o Dzikim Zachodzie czy którąś z tych tak zwanych powieści historycznych. A co pewien czas człowiek się potykał o długie i trudne słowo. Stanowiło to w końcu dość ciężką pracę umysłową. Radio było już dużo lepsze, ale nie miało się na co patrzeć. Człowiek błądził spojrzeniem po pokoju i częstokroć zaczynał myśleć o czym innym - o czym myśleć wcale nie chciał. Trzeba było zaprząc do pracy wyobraźnię, żeby na podstawie samych tylko dźwięków stworzyć sobie obraz tego, co się dzieje. 
Ale telewizja jest ideałem. Wystarczy pokręcić paroma gałkami, paroma mechanicznymi pokrętłami, z którymi tak świetnie sobie radzą wszystkie małpy człekokształtne, a rozpieramy się wygodnie w fotelu i opróżniamy głowę z wszelkich myśli. I oto oglądamy bańki wznoszące się z pierwotnej magmy. Nie ma potrzeby się skupiać. Nie trzeba reagować. Nie trzeba nic pamiętać. Nie odczuwamy braku myśli, bo nie są nam potrzebne. Serce, wątroba i płuca działają normalnie. Poza tym wszystko jest spokojem i beztroską. Nirwana dla niezamożnych. A jeżeli przyjdzie jakiś złośliwiec i powie, że wyglądamy jak mucha na kuble śmieci, to nie zwracajmy na niego uwagi. Pewno nie stać go jeszcze na telewizor.
Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 167-168.

czwartek, 20 listopada 2014

Odcinek 1195: Eugène Delacroix, 1853 rok

Z dziennika Eugene’a Delacroix

Niedziela, 20 listopada 1853 roku
Rubens nie jest prosty, ponieważ nie jest wypracowany.
Poszedłem odwiedzić miłą Albertę, którą zastałem w jej wielkim pokoju alchemika; na
Duch Lincolna z jego żoną, Mary,
fot. z 1869 rok.
kominku nie było ognia, Alberta zaś nosiła jedną z tych dziwacznych toalet, które upodabniają ją do czarnoksiężniczki. Zawsze miała słabość do tej atmosfery nekromancji, nawet wówczas, kiedy uroda była jej największą magią. Pamiętam dotąd ten pokój obity na czarno (w żałobne znaki), jej suknię z czarnego aksamitu i czerwony kaszmir opasujący jej głowę; wszystkie te akcesoria, wraz z gronem jej wielbicieli, których zdawała się trzymać w odpowiedniej odległości, zawróciły mi na jakiś czas w głowie. Gdzie jest biedny Tony? Gdzie biedny Beyle?... Dziś Alberta szaleje za wirującymi stolikami: opowiadała mi o nich niewiarygodne historie. Zamieszkują je duchy; można zmusić do odpowiedzi kogo tylko się zechce: Napoleona, Haydna i resztę. Wyliczam dwa nazwiska, które sama rzuciła w rozmowie. Jak wszystko się udoskonala! Stoliki również idą z postępem! Początkowo uderzały one kilkakrotnie, co miało oznaczać tak lub nie, wiek zapytującej osoby czy dzień miesiąca, w którym miało się coś dokonać. Od tego czasu poczęto fabrykować specjalne stoliki z drewnianą igłą pośrodku, która zatrzymuje się kolejno na literach alfabetu, wypisanych na obwodzie koła; oczywiście, igła wybiera literki w sposób najbardziej sensowny, tworząc zdania nad podziw głębokie — coś na kształt przepowiedni. Obecnie ów i tak zdumiewający poziom kwalifikacji stolików uległ nowej poprawie i uczestnik seansu kładzie pod dłoń niewielką deseczkę, do której przymocowany jest ołówek, po czym opiera ją na natchnionym stoliku tak, że ołówek wypisuje sam słowa, a nawet całe przemówienia. Mówiła mi o grubych plikach rękopisów, których autorami są stoliki, o rękopisach, które zapewnią przyszłość osobnikom zdolnym swymi fluidami tchnąć ducha w materię. Tak więc takim kosztem zostaną oni wielkimi ludźmi.
Eugène Delacroix, Dzienniki: 1822–1863, t. 1, tłum. Joanna Guze i Julia Hartwig, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968, s. 381–382.

środa, 19 listopada 2014

Odcinek 1194: Maria Kalergi, 1843 rok

List Marii Kalergi do Adama Potockiego

[Warszawa, 19 listopada 1843 roku]
Bardzo dawno już nie pisałam do Ciebie, drogi Adamie, byłam zbyt cierpiąca, aby się na to zdobyć. Nigdy jeszcze nie czułam się tak głęboko, tak całkowicie przygnębiona — mam więcej zmartwień, zawodów i kłopotów, niż potrafię znieść. Z każdym dniem ciąży mi bardziej krzyż, który dźwigam i pod którego ciężarem upadam. Wpośród tego pojawia się jedyna pocieszająca myśl — o Twoim rychłym przyjeździe, a jednak — czy mam Ci to wyznać — wydaje mi się, że moja miłość do Ciebie wygasła. Jak przyjmiesz to wyznanie, mój drogi? Pewnie dopatrzysz się w tym tylko dowodu mej ogromnej słabości. Czy nie odbierzesz mi swej przyjaźni? Ta myśl mnie dręczy, ale widzisz, że [...] być szczera ryzykując nawet odwrócenie się ode mnie jedynego serca, na którym mi zależy. Twój ostatni pobyt spowodował we mnie wielkie zmiany, zawiodłam się głęboko na sobie — poczułam, iż nie jestem dość silna do roli, jaką chciałam pełnić wobec Ciebie, przekonałam się, że niczym nie jestem i nigdy niczym nie będę w Twoim życiu i to mnie straszliwie zgnębiło. Postanowiłam inaczej ustawić nasz wzajemny stosunek, dotarł do mnie promień światła, powzięłam decyzję. Czytając to pomyślisz zrazu, że taka miłość nie mogła być głęboka. Myśl taka byłaby dla mnie zbyt bolesna, bo przekreśliłbyś tym samym całą przeszłość — a wiesz przecież, że kochałam Cię z namiętnością może nawet zbyt wielką jak na moją słabą naturę — a wszystko, co nieumiarkowane, nie może długo trwać. Ty dostrzegałeś zaledwie drobną cząstkę mego uczucia, gdyż robiłam, co mogłam, by je przed Tobą utaić, abyś nie wiedział, jak bardzo cierpię. Masz tak dobre serce, że byłbyś się nade mną litował i może czułbyś się zobowiązany do okazywa­nia mi większej czułości. Ale ja nigdy się nie łudziłam co do rodzaju Twego uczucia do mnie — masz dla mnie przyjaźń, ale nie masz miłości i to pozwala mi na szczerość wobec Ciebie. Cierpiałam okropnie, o nic Cię nie winiąc, gdyż nigdy nie usiłowałeś mnie zwodzić — ale czy mam Ci to wyznać? — w głębi serca taiłam zawsze słabą i nikłą nadzieję, że z czasem uda mi się przezwyciężyć Twój chłód. Nadeszła jednak chwila, gdy musiałam dać za wygraną — przeświadczenie to zjawiło się nagle, choć byłam na nie przygotowana. [...] 
Żegnaj, Adamie drogi, kończę ten list i zamykam go drżąc z lęku, że oto tracę uczucie tak dla mnie cenne — ach, jak bezcenne! 
Odpisz mi prędko, cokolwiek byś myślał — napisz mi równie szczerze jak ja. Wiesz, jak niecierpliwie oczekuję na byle słówko od Ciebie; jeśli masz dla mnie jeszcze odrobinę przyjaźni, to nie odkładaj swego przyjazdu, będzie to nader szczęśliwa chwila. Żegnaj, żegnaj mi tysiąc razy. — 
Nie jadę już na Litwę, ojciec nie godzi się na tę podróż i na razie nie jest ona możliwa z powodu „życzliwości”, z jaką została skomentowana.

Rzeka, ilustr. do Dawida Copperfielda
Karola Dickensa, rys. Phiz.
Maria Kalergi, Listy do Adama Potockiego, tłum. Halina Kenarowa, Róża Drojecka, Państwowy Instytut Wydawniczy 1986, s. 125–128.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Odcinek 1193: George Byron, 1821 rok

List George'a Byrona do żony, Anne, napisany po sześcioletniej separacji

Piza, 17 listopada 1821 roku
Anne Isabella Noel Byron.
Pragnę  potwierdzić odbiór włosów Ady [córki], które bardzo są miękkie i ładne, i prawie już tak ciemne jak moje, gdy miałem lat dwanaście — o ile dobrze pamiętam te, które są w posiadaniu Augusty, a obcięte zostały w tym właśnie wieku. Nie kręcą się jednak — może dlatego, że ich nie przycinano.
Dziękuję Ci również za wpisanie daty oraz imienia, a powiem Ci dlaczego; bo są to bodaj jedyne słowa pisane Twoją ręką, jakie posiadam. Albowiem listy Twoje zwróciłem, wyjąwszy zaś dwa wyrazy czy raczej jeden: „Gospodarstwo", wypisany dwukrotnie w starej książce rachunkowej, nic innego już nie mam. Ostatni Twój list spaliłem z dwóch powodów: po pierwsze był utrzymany w niezbyt przyjemnym tonie, po wtóre zaś chciałem uwierzyć Ci na słowo, bez dokumentów, które są doczesnym środkiem ludzi podejrzliwych.
Przypuszczam, że list ten dojdzie rąk Twoich gdzieś około urodzin Ady — 10 grudnia, jak mi się zdaje. Ukończy ona wtedy lat sześć, tak więc gdy minie ich jeszcze dwanaście, będę miał możliwość spotkania jej; może wcześniej, jeżeli interesa, czy inne przyczyny, do powrotu do Anglii mnie zmuszą. Pamiętaj wszakże o jednym: czy to z daleka, czy z bliska: każdy dzień, który nas rozdziela, winien po czasie tak długim raczej złagodzić nasze wzajemne uczucia, które zawsze mieć muszą jeden punkt styczny, dopóki nasze dziecko żyje, a z pewnością oboje ufamy, że żyć będzie jeszcze długo po swoich rodzicach.
Czas, który od separacji upłynął, jest znacznie dłuższy niż cały krótki okres naszego związku i niewiele bardziej długotrwała uprzednia znajomość. Oboje popełniliśmy ciężką pomyłkę, teraz jednakże jest już po wszystkim, i to nieodwołalnie. Albowiem w wieku trzydziestu trzech lat w moim przypadku, a kilku mniej w Twoim — choć nie jest to nazbyt spóźniona pora życia — nawyki i myśli bywają przecie na ogół tak już ukształtowane, iż zmian nie dopuszczają; a skoro nie mogliśmy się zgodzić w młodszych latach, z trudnością osiągnęlibyśmy to teraz.
Augusta Ada Byron.
Mówię te rzeczy, bo wyznam Ci, że mimo wszystko przez rok z górą od separacji nie uważałem naszego powrotu do siebie za niemożliwy; potem jednakże całkowicie i na zawsze nadzieję tę porzuciłem. Atoli właśnie ta   niemożliwość   naszego   pojednania   wydaje  się,   mnie przynajmniej, powodem, dla którego w nielicznych spornych sprawach, jakie między nami wyniknąć mogą, winniśmy okazywać sobie uprzejmość i  tyle łagodności,  ile ci, którzy już nigdy spotkać się nie mają, okazują sobie wzajemnie — może z większą łatwością niż bliżsi krewni. Co do mnie,  to jestem  gwałtowny,  ale nie pamiętliwy; jedynie   bowiem   świeże   zaczepki   mogą   pobudzić   moją urazę. Tobie, która jesteś chłodniejsza i bardziej skupiona, chciałbym  jedynie napomknąć,  że może niekiedy poczytujesz głębię zimnego gniewu za godność, a jeszcze gorsze uczucie za obowiązek. Upewniam Cię, że teraz (bez względu na to, co niegdyś uczynić mogłem) nie  chowam  już do  Ciebie   żadnej   urazy.   Pomnij,   że   jeśli  skrzywdziłaś mnie w czymkolwiek, wybaczenie takie coś znaczy; a. jeśli ja Cię skrzywdziłem, znaczy więcej jeszcze, o ile prawdą jest,  co  powiadają  moraliści,   że   ci,  którzy  najbardziej krzywdzą, najmniej są do przebaczenia skłonni.
Przestałem już rozmyślać nad tym, czy wina była jedynie po mojej stronie, czy obopólna, czyli też głównie Twoja; pamiętam tylko o dwóch rzeczach — a mianowicie, że jesteś matką mojego dziecka i że już nigdy się nie spotkamy. Sądzę, że jeśli także rozważysz oba te punkty w stosunku do mnie, będzie to z pożytkiem dla wszystkich trojga.
Zawsze Twój
Noel Byron
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 312-315.

niedziela, 16 listopada 2014

Odcinek 1192: William Faulkner, 1950 rok

List Williama Faulknera do Swena Ahmana, szwedzkiego dziennikarza, który powiadomił pisarza o przyznaniu mu Nagrody Nobla za rok 1949

Oxford, Missisipi, 16 listopada 1950 roku
Drogi Panie, 
Poniższe to oświadczenie, które tłumaczy moją odpowiedź na formalne zawiadomienie sekretarza Akademii Szwedzkiej o Nagrodzie Nobla za moją twórczość, oświadczenie, jakie sekretarz powinien był i może jeszcze powinien otrzymać bezpośrednio ode mnie. Składam je na Pana ręce, ponieważ Pański poprzednik, pan Jonsson, był moim pierwszym osobi­stym kontaktem ze Szwecją, i ponieważ to Pan, w swojej uprzedzającej uprzejmości, pierwszy powiadomił mnie ze Szwecji o tej nagrodzie, do tej uprzejmości jednak nadal się odwołuję z prośbą, aby zechciał Pan przede wszystkim przekazać moje oświadczenie sekretarzowi Akademii, a następnie uzyskać jego zgodę na publikację tegoż oświadczenia, jeżeli powinno być ogłoszone, chociażby w części. 
Zawiadomienie od sekretarza zawierało zaproszenie do udziału w uroczystości w Sztokholmie. Odpowiedziałem, że nie będę mógł być obecny. 
Proszę mi wierzyć, że gdyby w tych okolicznościach wobec zasad postępowania uznawanych przez Akademię moja odpowiedź była nie do przyjęcia, nie uczynię nic, co by się tym zasadom sprzeciwiało, i okażę jedynie szacunek dla Akademii i narodu szwedzkiego. 
Oto rozwinięcie mojego oświadczenia. Uważam, że nagroda została przyznana nie mnie, lecz moim dziełom, owocowi trzydziestu lat mozolnych usiłowań ludzkiego ducha, aby stworzyć coś, czego tu przede mną nie było, dla pokrzepienia czy może ukojenia, a w każdym razie przynajmniej dla rozpogodzenia ludzkich serc. Zajęło to trzydzieści lat. Jestem już po pięćdziesiątce. Prawdopodobnie wiele więcej nie ma już w baku. Uważam, że to, co pozostało po trzydziestu latach pracy, nie zasługuje na przewożenie z Missisipi do Szwecji, tak samo jak uważam, że to, co ze mnie zostało, nie zasługuje na korzystanie z nagrody, toteż mam nadzieję znaleźć dla tych pieniędzy cel na tyle szczytny, aby dorównał znaczeniu i intencji ich źródła. 
Pańskiej decyzji pozostawiam opublikowanie tego, proszę tylko, aby się Pan przedtem odwołał do autorytetu Akademii. 
Raz jeszcze dziękuję, że był Pan uprzejmy skomunikować się ze mną. 
Pański szczerze oddany 
William Faulkner
 
William Faulkner odbiera Nagrodę Nobla z rąk króla Gustawa Adolfa VI, 
William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 195–197.

piątek, 14 listopada 2014

Odcinek 1191: Julian Tuwim, 1951 rok

List Juliana Tuwima do Leopolda Staffa

Warszawa, 14 listopada 1951 roku
Julian Tuwim i Leopold Staff.
Mój najukochańszy!
Piszę tych parę słów, spoglądając co chwila na Twoją fotografię, stojącą na moim biurku. Co sobie przy tym myślę — to niech zostanie moją najczulszą tajemnicą... Dlatego — daruj mi — nie będzie w tym liście, pisanym w dniu Twoich imienin, żadnych wynurzeń o mojej miłości dla Ciebie i żadnych — słowami wyrażonych — życzeń. Wpatruję się w Ciebie i żarliwie myślę o Tobie — oto wszystko.
Posyłamy Ci, najukochańszy Poldziu, trochę darów bożych (my — tj. nasza trójka), a ja osobiście — załączony rękopis, liczący sobie równe lat 40. Jest to kartka z moich cudem ocalałych zeszytów łódzkich — z roku, gdym zaczął pisać wiersze, korespondować z Tobą i... popijać.
Całuję Was oboje.
Julian Tuwim

Nalej mi wina!... Słuchaj, przyjacielu, 
Chwyć butlę całą jakim ładnym gestem, 
Odrzuć w tył głową pełną szumu, chmielu, 
Krzycząc, jak aktor marny: „Pijany jestem!!!"
Nalej mi wina! Chcę być dzisiaj błaznem! 
Jakąś parodią błazna-arlekina!... 
Ślub biorę szumny z winem mi przyjaznem, 
Nalej mi wina! perlistego wina!
Śmiać się chcę jeno! Z czego — zapomniałem, 
Coś w głowie tańczyć — pląsać rozpoczyna... 
Piłem... I piję... Bo pić chcę i chciałem! 
Hej! przyjacielu! Nalej jeszcze wina!! 
18 XI 1911
Przypisek dnia następnego:
Dnia 18 XI 1911 byłem drugi raz w życiu pijany. Postanawiam więcej nie pić. Qui vivera — verra!
Julian Tuwim, Listy do przyjaciół pisarzy, oprac. Tadeusz Januszewski, Czytelnik 1979, s. 292-293.

środa, 12 listopada 2014

Odcinek 1190: Irena Solska, 1906 rok

List Ireny Solskiej do Stanisława Eliasza Radzikowskiego

[Kraków, 12 listopada 1906 roku]
Panie Doktorze
Irena Solska, rys. Karol Frycz,
1907 rok (źródło).

Łazarz ze mnie. Przywitanie z Krakowem przechorowuję ciężko. Katar szalony opadł mi teraz na piersi. Grać musiałam, poszło nieźle, ale z męką dla mnie. Dziś leżę, jutro znowu gram. Haneczka też dostała influency i zęby jej raptownie idą — nic się jej teraz nie podoba. Śmieszna okropnie. Nie wolno nikomu się do mnie zbliżyć, pocałować, suknię zapinać, buciki kłaść, rzeczy moich nie wolno ruszać. Krzyczy i pakuje się sama. „Mama” jest w jej usteczkach najcudowniejszą pieszczotą. „Moja biudna” jeszcze czasem dodaje. Jak mnie nie ma, gładzi mój szlafrok, całuje i mówi: moje, moje, moje.
Ale nie wiem, jak to będzie. Jestem po bańkach, na noc obłożę się kozłowym łojem, może pomoże. Doktora nie wzywam, bo prócz Pana i Janiszewskiego nie mam do żadnego zaufania.
Strach, jak wiele dzieci mają w sobie „pewności posiadania”. Później się to zatraca.
Dziękuję Panu za „dziawolenie”, za porządne listy, za wszystko. Dziękuję Panu także za wiadomości o sztuce nowej — dziennikom nigdy nie wierzę.
Ale nie wiem także, dlaczego Lwów cały zapomniał o 4 listopada. Dziwne jesteście ludzie.
Niechże Pan tu przyjeżdża.
Do widzenia, myślę, niedługo.
Ir. Sol.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 76–77.

niedziela, 9 listopada 2014

Odcinek 1189: Aleksander Puszkin, 1826 rok

List Aleksandra Puszkina do Piotra Wiaziemskiego

9 listopada 1826 r. Z Michajłowskoje do Moskwy
Jestem już na wsi. Dojechałem szczęśliwie bez żadnych szczególnych przeszkód — najprzykrzejszym figlem było to, że złamały mi się koła, roztrzęsione w Moskwie przez mego przyjaciela i dobroczyńcę Sobolewskiego. Wieś przypadła mi jakoś do serca. Jest w tym jakaś poetyczna radość, gdy człowiek powraca wolny do porzuconego więzienia. Wiesz dobrze, że nie jestem sentymentalny, ale spotkanie z moimi sługami, chłopami, z moją nianią — daję słowo, bardziej chwyta za serce niż sława, zaspokojona próżność, rozrywki, itd. Moja niania jest przezabawna. Wyobraź sobie, że w wieku lat 70-ciu nauczyła się na pamięć nowej modlitwy o zmiękczenie serca władcy i ujarzmienie ducha jego groźnego, modlitwy ułożonej prawdopodobnie za cara Iwana. Teraz popi wyłudzają od niej pieniądze na nabożeństwa i przeszkadzają mi pisać. [...] Długo tu nie pozostanę, do Petersburga nie pojadę, będę u was 1-go... ona tak chciała! Mój miły, Moskwa wywarła na mnie przykre wrażenie — ale lepiej jednak widzieć się z Wami niż do Was pisać. [...]
Bądź zdrów, książę Trzpiotowiczu, kłaniaj się księżnej Trzpiotowiczowej, która zapewne wróciła już zdrowia? Co się dzieje z Niedostępną Różą? Co z Timaszową? Jaka szkoda, że nie zdążyłem nawiązać z nią szlachetnego flirtu! Ale to także nie ucieknie.

Puszkin w Michajłowskoje, mal. Nikołaj Gay.
Aleksander Puszkin, Listy, tłum. Marian Toporowski, Danuta Wawiłow, Państwowy Instytut Wydawniczy 1976, s. 214–215.

piątek, 7 listopada 2014

Odcinek 1188: Stefan Żeromski, 1888 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

7 listopada 1888 roku (środa)
Koniec.Wczoraj zjawił się u mnie młody dżent[e]lmen w angielskim haweloku, elew mój niegdyś — p. Zaborowski, z propozycją kondycji na wieś. Warunki: „około 25 rs.” miesięcznie, koń do jazdy, wszelkie tzw. „wygody”, pokój osobny, masa świeżego powietrza... Do nauki są. następujące istoty: [1.] panna szesnastoletnia (sic!), posiadająca język angielski, francuski i niemiecki i nie umiejąca zupełnie pisać po polsku. Obowiązek mój polega na nauczeniu jej umiejętności pisania i czytania po polsku, na wyłożeniu prawideł stylistycznych i zaznajomieniu z literaturą. 2. Młody dżent[e]lmen, który ukończył (?) cztery klasy gimnazjum realnego. Tego wdrożyć w czytanie rzeczy wartościowych, gdyż zajmuje go jedynie beletrystyka. Przyjąłem i w sobotę o godzinie 5 po połudn. jadę do owej Oleśnicy, gub. kielecka, powiat stopnicki.
Postanowienie to łamie cały szereg urządzeń, jakie już w Warszawie budować sobie zacząłem, wykoleja mię z wytkniętej drogi i zwraca na zupełnie inną, na diametralnie przeciwną. [...]
Cóż jednak począć? Żyć trzeba, a środków życia nie zdobywa się siłą woli. Trzeba jechać do Oleśnicy...
Żal mi Warszawy! Jej życie rozbudza się właśnie w tej chwili, gdy trzeba mi ją porzucić. Dzień 29 listopada zapowiada się świetnie, przygotowują się rozprawy, zaczynają już dyskusje i rozprawy, manifestują zapatrywania. Co dzień przybywa jakaś książka, jakaś proklamacja, jakiś ruch odrywa cię od rzeczy, nad którą pracujesz. Myśli obiegają koła szerokie z błyskawiczną szybkością, i to życie wre, kipi, szumi, aż odu­rza. A sztuka, a świeży Kurierek z powieścią Sienkiewicza [Ta trzecia], a wieczór sobotni, spędzony w swej cukierni nad świeżymi piśmidełkami...
Kościół Św. Krzyża w Warszawie.
Nasz pokój, wymalowany na kolor kanarkowy, ma okno wychodzące na ulicę. Po drugiej stronie ulicy stoi Szpital Dzieciątka Jezus, tuż przed oknami mamy teatr anatomiczny i kliniki. Ulica Zgoda ma niezliczoną ilość sklepów z trumnami, co dzień wychodząc na ulicę możesz spotkać się z dwoma fagasami, jacy niosą świeżą domowinkę do szpitala. Tłumy studentów wchodzą i wychodzą z drzwi naprzeciwko — z kliniki. A dalej widać nieskończoną ilość kamienic i wieże kościoła Świętego Krzyża. Za nie zachodzi słońce... Lubię siedzieć w oknie i patrzeć na te wieżyce wysmukłe, niby ręce wyciągające się z tego miasta ku niebu.
A swoboda nasza! Stara Józiowa, przynosząca nam samowar i poranny numer Kurierka — szkoda jej. Tyle zawsze nagada niepotrzebnych rzeczy na temat naszych butów, mrozu, samowara, cukru... Wieczorki koleżeńskie, gdy Skowron śpiewa cudowne piosenki, czasami knajpka u cioci Kowalewskiej, gdzie tłumy studentów zapijają się piwem i ślepy Antoś gra odwieczne walce...

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 218–220.

wtorek, 4 listopada 2014

Odcinek 1187: Marian Brandys, 1972 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, sobota 4 listopada 1972 roku
Sądny dzień w stołówce na Mokotowskiej. Wczoraj był nalot z urzędu skarbowego (podobno zadenuncjowała sąsiadka, której stołówka funkcjonuje znacznie gorzej). Dziś panią Zofię wezwali rano do urzędu skarbowego. Dowiedziała się, że: ma prawo wydawać obiady tylko piętnastu, najwyżej dwudziestu osobom, że nie ma prawa utrzymywać najemnej pomocy, że za dużo ma potraw w jadłospisie. Zapewne wlepią jej taki domiar, że będzie musiała zrezygnować z prowadzenia stołówki, która od kilku lat jest wzorowa i stanowi prawdziwe dobrodziejstwo dla przeszło stu osób z tak zwanej inteligencji pracującej, które mogą tam jako tako kurować swoje nadwerężone żołądki. Oto typowy konflikt PRL. Pani Zofia niewątpliwie narusza jakieś przepisy skarbowe i zarabia więcej, niż powinna zarabiać, ale to nie jej wina, tylko złych przepisów. Bo te przepisy może byłyby na miejscu, gdyby stołownicy pani Zofii mieli do wyboru restauracje o jadłospisie równie zdrowym i smacznym jak w jej stołówce. Ale wiemy wszyscy, że takich restauracji nie ma (przykład: straszliwa restauracja dla dietetyków „Salus”). Jakie jest więc wyjście z sytuacji? Obawiam się, że tylko jedno: pani Zofia będzie zmuszona okupić się łapówką. Ciekawe, czy wiedzą o takich przykładach z życia wziętych ludzie, którzy opowiadają nam w radio i w telewizji o popieraniu prywatnej inicjatywy usługowej. [...]

Bar mleczny w Warszawie, 1970 rok. Fot. Roman Kotowicz (źródło).
Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 138–139

poniedziałek, 3 listopada 2014

Odcinek 1186: Jan Lechoń, 1949 rok

Z dziennika Jana Lechonia

3 listopada 1949 roku
1. Klęska zupełna. Żadnej łączności między zdaniami. Żadnej melodii, wszystko wątpliwe, wszystkie słowa bez siły, koloru. Każda myśl mogłaby być wyrażona inaczej. Całe zdania przeczytane w chwilę po ich napisaniu wydają mi się nic nie znaczyć. Tak samo pisałem dwadzieścia pięć lat temu w podobnym do dzisiejszego stanie nerwów. Nie rzucam jednak złej roboty, męczę się nią do końca – inaczej nie wiem, co bym zrobił, i pewno przestałbym pisać na Bóg wie jak długo, bojąc się nowej konfrontacji z klęską. 
2. Zacząłem czytać Fausta. Pierwsza myśl: dlaczego nikt nie próbował zrobić z naszego Twardowskiego naprawdę poważnej figury? Sieroszewskiego i Wołoszynowskiego nie można było właściwie czytać. Twardowski jest pewno tak bardzo polski, jak Don Kichot jest hiszpański, jest coś bardzo naszego w tej kombinacji jowialności, buty i filozofii. Mądry poeta mógłby go jeszcze podnieść, bo Piast Dantyszek też jest zanadto szlagoński. Tego lata chodziło mi coś po głowie na ten temat, ale zrobiły się z tego rymy pięknie częstochowskie, do jakiejś ariostycznej gawędy. Myśleć o tym i jeśli Bóg da, coś z tego zrobić w bardzo pięknych kolorach, z jakimś czarodziejskim kogutem, ze srebrną Barbarą, smugami księżyca, pasem słuckim. Jakaś mistyczna komedia. 
3. Każde zobowiązanie, najgłupsze przyjęte zamówienie wyczerpuje mnie całego, jakby to chodziło o mój los lub całą reputację mego pisania. Na tym zmarnowałem lata, nie ważąc się uwolnić z żadnego przyrzeczenia. Oczywiście brak poczucia rzeczywistości, czyli swego rodzaju wariacja. 
4. Bierut i Cyrankiewicz w rocznicę zabrania Wilna i Lwowa powinszowali sowieckiej tak zwanej Litwie i Ukrainie, wyznając raz jeszcze winę Polski, że tyle wieków gnębiła te zagrabione ziemie. Rok 1984 Orwella już przyszedł. Już słowo „zdrada” nic nie znaczy - a raczej „zdrada" nazywa się „dobrem ojczyzny”. Oburzać się? Raczej myśli się o tym, co powiedział Aleksander Wielopolski: „Gilotyna bez złości pracowała dla dobra świata.” Bez złości – te wszystkie Bieruty powinny być kiedyś wygnane na zawsze z Polski, aby po prostu przywrócić ład w terminologii, aby wiedziano, że „zdrada” – to „zdrada”. 
5. Pan Jan Piłsudski powiedział kiedyś swoim niezrównanym litewskim akcentem: „Tak on się straszliwie zgniewał, że s ł o w a nie powiedział.”

Bolesław Bierut (w środku) i Józef Cyrankiewicz (po jego lewej stronie).
Jan Lechoń, Dziennik, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 108–109.