czwartek, 30 października 2014

Odcinek 1185: David Herbert Lawrence, 1912 rok

Lista Davida Herberta Lawrence’a do Edwarda Garneta

[Gargnano, willa Igea, Włochy, 30 października 1912 roku]
David Herbert Lawrence.
Drogi Edwardzie: serdecznie dziękuję za książki. Nie cierpię Strindberga. Wydaje mi się nienaturalny, wymuszony, trochę nieprzyzwoity, trochę sztywny jak Ibsen i jak gdyby krostowaty. Conrad, po kilkumiesięcznym pobycie w Europie, doprowadza mnie do szału, a przecież jego opowiadania są ś w i e t n e. Ale czym wytłumaczyć tę rezygnację, zanim jeszcze zdążył wystartować, cechującą całą twórczość Conrada i jemu podobnych — Pisarzy Ruin. Nie mogę przebaczyć Conradowi jego melancholii i biernej postawy. [...]
Jutro mamy przyjąć naszego pierwszego gościa. Niemkę, właścicielkę hotelu ,,Cervo". Czuje się straszliwie zaszczycona zaproszeniem do nas na podwieczorek. Cieszę się tu opinią narwanego i zamożnego dżentelmena — moje 50 funtów powinno mi wystarczyć do marca. Ponieważ jutro ma przyjść Signora Samuelli, spędziłem dziś pracowicie popołudnie, szorując sypialnię (nie mam pojęcia, dlaczego F. uparła się, żeby ją wyszorować) oraz czyszcząc srebro i bliżej nie określony metal, z którego zrobiona jest używana przez nas zastawa stołowa.  [...] 
Gargnano nad jeziorem Garda.
Dzisiejszy wieczór jest niezwykle ciemny — ciemniejszy niż bywają w Anglii. Jezioro pokryła mgła i przez cały dzień łodzie rybackie z rozpiętymi, ogromnymi żaglami, zdawały się płynąć zawieszone w powietrzu, niby jakieś zaczarowane okręty.
Czy Cię nudzę? Przerażasz mnie swoją pracowitością. Wstaję zwykle około ósmej i robię śniadanie, ale F. wyleguje się dłużej i muszę siedzieć przy niej i rozmawiać z nią aż do obiadu. Jestem pracowity z natury i ciągle się boję, że Wszechmogący skarżę mnie za moją gnuśność. Czy uważasz, że to jest grzech? Czy wykonuję przynależną mi część pracy? Żyję w ciągłym lęku, że marnuję czas... a jednocześnie... cóż, trudno, potem za to odpokutuję. Ale czuję się winny, chociaż życie jest takie ciężkie, moje i F. Mimo to wszystko, napisałem czterysta stron książki Paul Morel i tamten dramat. Czy myślisz, że Synowie i kochankowie to dobry tytuł? Uważam tę książkę za bez porównania, milion razy lepszą od poprzednich.
F. przysyła Ci uściski. [...]
[PS] Jestem okropnie nieszczęśliwy, bo stłukłem okulary i nie mogę pisać. Pewno tak czują się ociemniali. [...]
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s.

poniedziałek, 27 października 2014

Odcinek 1184: Sławomir Mrożek, 1962 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

27 października 1962 roku, sobota
Zdaje się, że wiem, dlaczego lubię czytać w obcych językach, mimo że są obce.

Język polski jest dla mnie wciąż za jasny, za oczywisty, nie stawia oporu, a sztuczne stwarzanie, to znaczy doszukiwanie się w nim oporu pod postacią tak zwanej pracy nad stylem, zupełnie mnie nie bawi. Kiedy czytam po francusku czy po angielsku, mam wrażenie, że wyrażam nim tajemnicę, choćbym sam jej nie znał. [...]

Sławomir Mrożek.
Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 7.

piątek, 24 października 2014

Odcinek 1183: Antoni Słonimski, 1926 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki  Ślubne łoże Pawła Gandery

24 października 1926 roku


Teatr Ćwiklińskiej i Fertnera: Ślubne łoże, komedia w 3 aktach Pawła Gandery; reżyseria Jan Pawłowski; dekoracje E. Mucharska.
Barbara Kościeszanka, 1927 rok.
To już nie sztuka, to choroba — zaślepienie i rozgorączkowanie, które doprowadza do podobnych wydarzeń. W wyborze utworu, w obsadzie, w grze i reżyserii czuć chorobliwy obłęd ludzi nie mających nic do stracenia. Gdyby tonący miał swój teatr, na pewno by takie sztuki wystawiał (?). Gwałtowny brak pieniędzy i mętne nadzieje przywabienia publiczności — oto rodzice tego smutnego przedstawienia. Nie cofnięto się przed niczym. Fertner gra rolę poważnego amanta i jednocześnie udaje Żydka. Kościeszanka się rozbiera. Dla rozśmieszenia publiczności mówi się bardzo dużo o zepsutym żołądku. Ale trudno. Publiczność zrobiła się straszna. Nawet wtedy, gdy aktor, trzymając się za brzuch, wybiega ze sceny, nikt się nie śmieje. To by jeszcze nie było najgorsze. Niech się nie śmieje, niech przychodzi. Tymczasem tłumy zapełniają wszystkie kina, tłum przewala się po Nowym Świecie, lecz nie wchodzi do tego teatru — i ma rację.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, t. 1, Czytelnik 1959, s 222.

wtorek, 21 października 2014

Odcinek 1182: Stefan Żeromski, 1887 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

21 października 1887 roku, piątek
Trafiła mi się wczoraj dzięki Ch. korepetycja, nic więcej tylko na... Dobrej ulicy.
Aleksander Gierymski, Powiśle.
Poszedłem tedy. Odnalazłem wreszcie wskazany nr 39 i mieszkanie właściciela domu p. Klippela. Przeszedłem brudny przedpokój i wprowadzony zostałem przez pewnego rodzaju służącą do salonu. Tam spotkałem się oko w oko z panią domu. Tłustawa jejmość, lat pod 50, nie wiedziała, co zrobić ze swoją i moją osobą, wysłuchała więc mojej tyrady rekomendacyjnej, uśmiechnęła się mętnie, wreszcie pociągnęła mię za sobą do szykowniejszego jeszcze salonu. Pół pokoju zaścieła dywan, modne aksamitne meble, obrazy, fortepian Małeckiego za 1000 rs. zdobią go z wykwintną skromnością. Nie widać głupiego nagromadzenia świecideł i brązów, co przeważnie cechuje mieszkania zbogaconych Żydów. Jejmość podeszła do kanapy i zaczęła poruszać leżącą szarą masę, której nie dostrzegłem w mroku zalegającym pokój. Był to pan Klippel. Obudził się po długotrwałych i dość nietkliwych ekscytacjach żony i zjawił się przede mną. Niskie czoło, twarz brudna koloru rzepy, włosy matowo-żółte, ubrany jak handlarz wieprzków w Bodzentynie: kacabaja długa do kolan z sukna używanego przeważnie przez młynarzy, długie buty, zabłocone tak, jakby przechodził w bród Wisłę, tłuste, olbrzymie, wielkości małych poduszek łapy, ubrudzone w żółtej farbie, na palcu widzieć się daje szeroki, w kształcie herbowego sygneta [!] żelazny pierścień. Obudziwszy się zgłupiał przede wszystkim. Pociągał to jedną, to drugą ręką po twarzy, roztwierając jakby z przerażeniem małe, tłuszczem zaszłe oczka. Oddałem mu rekomendacyjny bilet p. P., wyłożyłem całą sprawę... Mruczał coś, klepał się po kolanie, uśmiechał głupkowato.
– Ii... owszem, ii... owszem – ahaa...
– Ile pan dobrodziej wymagać będzie godzin zajęcia?
– A – no... jednę, jednę jedyną, łaciny niby, no i z drugim tego, z realnej szkoły...
– Zawsze więc zejdzie z półtorej?
– A no – niby. Ileż by pan wymagał?
– Myślę, że 10 rs. nie będzie wiele.
– A! panie! Czasy okropne, bieda, panie!
– Dla mnie to środek utrzymania...
– Wiem ja, wiem – ale widzi pan, tego – czasy ciężkie, okropne. My byśmy tego – starali się wywdzięczyć... 8 rubelków...
– Panie łaskawy – z Widok na Dobrą.
– Tak to, wiem ja. Niech no ono pan chłopaków zobaczy. Przyjdą o 4.Umówiliśmy się, że przyjdę tam o godzinie 5, wybadam chłopców i zgodzę się. Poszedłem tymczasem do domu. O 4 wyszedłem od siebie, a o 5 byłem już na początku Dobrej. „Wybadałem” chłopców, tj. przekonałem się, że starszy w żaden sposób nie potrafi sformować „imperfectum” od ,,amo”, a młodszy kiepsko umie tabliczkę mnożenia. Tymczasem pan K. począł się obawiać, czy czasem gospodarz klasy nie zechce mieć pretensji, że wzięto korepetytora nie z jego porady... Stanęło na tym, że p. K. przyjdzie do mnie w niedzielę, aby się umówić i zgodzić. Pan K. jest zbogacającym się kaflarzem czy białoskórnikiem, sam zdobywa podstawy cywilizacji. Dzieci jego są już ucywilizowane, rosnąc pod jego bokiem są już delikatne; on składa grosz do grosza – one są już rozrzutne, on nie umie się znaleźć, rozmawiać bez kaflarskich manier, nabranych w czasie bibek w knajpce, w towarzystwie „panów rękodzielników” – dzieci są już dystyngowane, ugrzecznione, przyjemne w rozmowie. [...]Chciałbym dostać tę korepetycję nie tyle ze względu na 10 rs. miesięcznie, nie tyle dla przebywania w bród codziennie ulicy Browarnej, pod względem błotnistości nie ustępującej pierwszeństwa nawet Bagnu – ile ze względu na tych ciekawych ludzi. Zdobywacze pieniędzy, zamknięci w dwu kastach: robotniczej i arystokratycznej. Grube, zaciapane w gnoju buty – i aksamitne meble. Ciekawa rzecz, jak taki pan Klippel wygląda w świątecznych szatach. [...]

Stefan Żeromski, Dzienniki, Czytelnik 1954, s. 457–458.

poniedziałek, 20 października 2014

Odcinek 1181: Gustaw Herling-Grudziński, 1997 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

20 października 1997 rok

Flaubert z sercem pani Bovary-
karykatura  Achille Lemota z 1869 r.
Niezwykła lektura, akty słynnego procesu paryskiego w roku 1857. Na ławie oskarżonych Pani Bovary i jej autor; oskarża prokurator Pinard, broni adwokat Senard. Akt oskarżenia: obraza moralności, podważanie związku małżeńskiego, pochwała cudzołóstwa, obrona lubieżności, zachęta do naruszania zasad religii. Mario Vargas Llosa i Julian Barnes w znakomitych książkach o życiu i twórczości Flauberta bardzo krytykują i prokuratora, i obrońcę. Piszą o „faryzeizmie” i „hipokryzji”. Mają słuszność. Ale czego oczekiwali? Proces musiał być orgią mieszczańskiej obłudy, skoro Flaubert podłożył dynamit pod fundamenty świętej obyczajności mieszczańskiej. Gmach zadrżał, ale jeszcze nie runął. W mowie prokuratora, który czyta na głos opisy „upadków” Emmy, czuć ślinkę cieknącą mu do ust: ach, jaka była pociągająca, jak cudownie się rozbierała, jak nadzwyczajnie się oddawała! Czytając odpowiednie „karygodne” sceny z powieści Flauberta, Pinard oblizywał się w duchu na myśl, że wieczorem, po powrocie do domu, otworzy skrytkę tajemną, w której przechowywał swoje wierszyki pornograficzne. Może, podniecony własnym tokowaniem w sądzie, dołączy do kolekcji parę nowych? A jak niby adwokat Senard miał własną piersią zasłonić „skandaliczną” powieść, jeśli nie krzyżowaniem oficjalnej hipokryzji z ukrytą hipokryzją? Przednie widowisko! Lubieżność Emmy? — huczy adwokat. Tak zachowywała się zawsze, nie tylko ze swoimi kochankami. Czyż na łożu śmierci, w trakcie ostatniego namaszczenia, nie całowała namiętnie, w upojeniu, figury Chrystusa na krucyfiksie? Atak na instytucję małżeństwa? Przecież samobójcza śmierć Emmy odstręczy czytelników od zdrady, będzie dla nich impulsem do wierności małżeńskiej. Prokurator jest skłonny do pewnych ustępstw. Rzecz jasna, realizm w literaturze nie może omijać nienawiści, zemsty, miłości. Lecz winien to robić z poczuciem miary. Sztuka bez reguł nie jest sztuką, jest jak „rozbierająca się do naga kobieta”. Co oznacza, że Flaubert jako pisarz realistyczny rozebrał się w swojej powieści do naga. Znowu adwokat: pani Bovary budzi miłość występku czy też budzi przerażenie na widok występku?”.
I tak dalej, i tak dalej. Najrozumniej brzmi sformułowana przez sąd sentencja wyroku. Zważywszy że, zważywszy że — lista oskarżeń oraz odnośnych okoliczności łagodzących. I uniewinnienie.
Ilustracja do Pani Bovary, rys. Daniel Mordant.
Gustaw Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, t. III, Wydawnictwo Literackie 2012, s. 772-773.

sobota, 18 października 2014

Odcinek 1180: Maria Skłodowska-Curie, 1929 rok

List Marii Skłodowskiej-Curie do córki, Ireny

Quaker Hill, piątek 18 października 1929 roku
Droga Ireno,
Piszę do Ciebie w tym samym czasie co do Ewy z małej wioski, do której przyjechałam spędzić dwa dni. Jest pogodnie, ale zimno, a w tych dniach padał deszcz, a nawet grad. Wydaje się jednak, że po południu się ociepli.
Moja podróż biednej więźniarki przebiega dalej bez zbyt wielu kłopotów. Sprawozdania z niej znajdziesz w moich listach do Ewy i przekazując sobie wzajemnie wiadomości, będziecie na bieżąco.
Byłam zaskoczona, jak bardzo tutaj nie troszczą się o to, żeby być „u siebie”, co tak bardzo lubimy we Francji. Wszystkie domy mieszkalne, które widziałam w czasie przejazdu tutaj z Nowego Jorku, były widoczne z każdego miejsca działki, nieotoczone ogrodem czy drzewami dającymi wrażenie intymności. Życie wewnątrz domu wydaje się takie samo. Nie ma kluczy ani rygli w drzwiach. Wchodzi się, czasem pukając, a czasem nie zadając sobie tego trudu. Pokojówka myśli, że sprawia mi przyjemność, ruszając wszystkie moje rzeczy, przekładając je, otwierając i zamykając okno dziesięć razy na godzinę, nie pytając mnie o zdanie, przewracając drwa w kominku bez potrzeby; spędzam czas na powstrzymywaniu jej od uszczęśliwiania mnie według jej własnych wyobrażeń. Moja znakomita przyjaciółka pani Meloney ma taką samą skłonność, ale zwraca dużą uwagę na to, żeby mi nie przeszkadzać i w tym sensie jest rzeczywiście bardzo wzruszająca.
Zabudowa amerykańskiego miasteczka, Burnside, 1929 rok.
Jestem trochę na granicy kataru i aż do powrotu bardzo chciałabym go uniknąć. Powiększyłby on bardzo zmęczenie podróżą.
Niebawem będziemy sadzić tutaj dwa drzewa w pobliżu wejścia. Sądzę, że są to dęby jakiegoś szczególnego rodzaju. Jadąc tutaj, widziałam wzdłuż drogi dęby i klony, te ostat­nie niezwykle piękne, o kolorach od złotej żółci do krwistej czerwieni. Moi przyjaciele nie wierzą, że mamy we Francji jesienne kolory dorównujące tutejszym kolorom. Czy przypominasz sobie las Fontainebleau, taki, jaki widziałyśmy około Wszystkich Świętych w tonacji złota i purpury? Do dziś zachowałam w pamięci jego obraz. Mam nadzieję, że zobaczycie go w tym roku, jeśli pogoda będzie sprzyjająca, a także kiedy pojedziecie do Brunoy, żeby zobaczyć, co się dzieje, zadbać o dalie i nasiona. Będziesz mogła również na wszelki wypadek rozłożyć słomę wokół krzaków róż. [...]
Całuję Was wszystkich.
Me
Maria Curie i córki, Listy, tłum. Teresa Pogwizd i Mieczysław Mendychowski, Wydawnictwo Dolnośląskie 2011, s. 303–304.


czwartek, 16 października 2014

Odcinek 1179: Gabriela Zapolska, 1908 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Bronisławy Rychter-Janowskiej

[Lwów], 16 października 1908 roku
Kochana Bronko!
Dostałam Twoją kartkę z Krakowa i zaraz Ci na nią odpowiadam. Na Skiza nie
Gabriela Zapolska, 1899 rok.
przyjadę, bo jestem sama, a Stach [Janowski] w Żytomierzu sprzedaje futor, a potem, powiem Ci prawdę, jest tak.
Skiz to bardzo piękna, ale i bardzo trudna sztuka. Ją trzeba umieć grać, tak jak tu grali we Lwowie. Tu cały wieczór był jednym tryumfem dla mnie i dla aktorów. Ale grali dystyngowanie, elegancko. Zrobili z tego cacko prawdziwe — tacy byli wykwintni i dyskretni w swym komizmie.I stąd zachwyt publiczności, krytyki, wszystkich. Skiza grają ciągle. Jest pełno, gwarno, publiczność nie chciała nawet nowej sztuki, tylko Skiza. Ale w Warszawie grali ordynarnie, źle, głupio, jaskrawo — nie chcieli przyjąć moich uwag, nie miał ich kto pokierować, zrobili parodię sztuki i zabili mi sztukę.
Krytyka w siódmym niebie, że może się na mnie spastwić za moje poprzednie sukcesa, rzuciła się na mnie jak wściekła i przez to zadali mi wiele bólu, tak że przechorowałam ciężko to wszystko, krew mi się rzuciła z płuc i teraz jeszcze leżę więcej, jak chodzę.
Nie boję się, ażeby w Krakowie źle grali, skoro gra Solska i Sobiesław, ale boję się, że publiczność pod wrażeniem Warszawy może z całą złośliwością szukać dziury na całym. U nas tak zawsze. Wiesz sama najlepiej, że Polacy z dziwną rozkoszą zabijają swoje wielkości. Tak zrobili z Fredrą, który, zagryziony przez nich, przestał wystawiać za życia swe sztuki, tak zrobili z Korzeniowskim, który przez Klaczkę umarł — i tak ciągle robią.
Nic się u nas rozwinąć i wybić nie może, bo ja np. jestem tak zniechęcona, tak znękana i zabita, że tylko mus egzystencji i konieczności zarobku ciężkiego każą mnie pisać.
O jedno Was będę serdecznie prosić. Jesteście dobrze z Prokeschami. Staraj się wpłynąć na niego, ażeby jak najpochlebniej o sztuce napisał. Nawet z entuzjazmem. Jeżeli masz jaką drogę do Rakowskiego, to użyj ją, ażeby także pochwalił. Od tego zależy, czy Stach będzie mógł powieźć na prowincję sztukę, czy nie. Więc moja droga, powierzam Ci i proszę, pilnuj ich w sobotę wieczorem, bo oni w nocy piszą już recenzje. Powiedz, jak jestem zniechęcona i że mogą to zrobić, że przestanę całkiem pisać dla sceny. I jeszcze jedno. Telegrafuj do mnie po przedstawieniu zaraz, czy sztuka się udała i czy się podobała, i jak grali. To nic, że w nocy, bo ja i tak spać nie będę w gorączce i niepokoju.Całuję i Ciebie, i Tadka [Rychtera] serdecznie. Stach wróci za jaki tydzień. Wtedy Ci dużo szczegółów opiszę, bo dziś nie mam ani czasu, ani głowy. Twoja kochająca Ciebie i Tadka
Lunia
A! jeszcze jedna prośba. Idź do Kaczyńskiego i weź od niego tę wielką moją fotografię, największą, profilem, z podpartą ręką, w oświetleniu Rembrandta, i zanieś do „Nowości Ilustr[owanych”] (Zacisze 7), ażeby z niej dali mój duży portret z okazji Skiza, ale tylko z niej, a nie z innej, bo te inne są brzydkie, a ta wielka głowa jest prześliczna [...].


Gabriela Zapolska, Listy, t. 2, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s.402–404.

wtorek, 14 października 2014

Odcinek 1178: Karol Chłapowski, 1870 rok

List Karola Chłapowskiego, męża Heleny Modrzejewskiej, do Szymona Bendy

Warszawa, 14 października 1870 roku
Kochany Szymciu!
Temu 10 minut, odebrałem Twój list: obawiając się nowin smutnych, w tym
Karol Chłapowski, 1866 rok.
czasie tak zwykłych, przeczytałem go naprzód sam, później przeczytałem go Helci, a potem powtórzyłem go w obecności Babci [Józefy Bendowej], Stasi i Dolcia. Wszyscyśmy Ci najserdeczniej wdzięczni za ten doskonały liścik, o którym przez tydzień przynajmniej rozmowa będzie rozweselała nasze trochę przygnębione umysły.
[...] Ja niestety nie mam Ci nic wesołego do doniesienia. [...]
Biedna moja Helcia, która dotąd nie mogła powrócić do sił po zbytnim zmęczeniu w letnich występach gościnnych — nasamprzód zaczęła tu cierpieć na mocne ataki rumatyczne [!] w głowie, dzięki przeciągom nowego letniego teatru. Ledwo te trochę ustały, dostała jakiegoś gastrycyzmu — mimo to przez tydzień lub więcej trzymała się jakoś, aż wreszcie choroba powaliła ją o łoże. Przez sobotę i pierwsze dni tego tygodnia bardzo mocno była chorą, przedwczoraj było lepiej, ale wczoraj znowu gorzej — dzisiaj jeszcze nie wiedzieć, jak będzie. Jest to gorączka na wpół gastryczna, a wpół kataralna — dodaj do tego jeszcze jej stan nerwowy, już w normalnym stanie zdrowia tak rozwinięty, a wyrozumiesz łatwo, że jesteśmy bardzo zaniepokojeni. Lekarze w pierwszej chwili obawiali się, czy co gorszego się z tego nie rozwinie — ona sama, mając głowę nabitą wiadomościami o Heni, obawiała się tyfusu — lecz dzięki Bogu zawczasu temu [!] przerwano, dając jej bardzo silne lekarstwo na wymioty, które jej znacznie ulżyło. Bądź co bądź wątpię, aby przed tygodniem mogła wychodzić. [...]
Przepraszam Cię za tak smutny list i ściskam Cię serdecznie wraz z całą rodziną. Pisz do nas, jak tylko możesz,
Twój 
Karol Chłapowski

Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 175–177.

poniedziałek, 13 października 2014

Odcinek 1177: Jerzy Afanasjew, 1970 rok

List Jerzego Afanasjewa z Norwegii do żony i syna

13 X 1970 Kautokeino
Jerzy Afanasjew.
Kochanie Moje i nasz Jureczku,
śmiałem się przez 15 minut! Chaplin zapomniał jeden temat zrobić: co spotyka cudzoziemca, jeśli go nie rozumieją lub on ich.
A jest całkiem wesoło. Zaczęło się wczoraj, kiedy pomyliłem rozkład jazdy i jeszcze jeden dzień muszę spędzić na tej wsi odciętej od świata. Już byłem spakowany, ale nie ta rubryka w rozkładzie jazdy. Zawsze byłem słaby w rozkładach jazdy i w religii, czego dowodem jest 2 na maturze. Potem zamiast tabaki kupiłem tytoń do fajki i go ukradkiem palę. No, Jureczek musi znać od małego angielski i rosyjski. Ten niemiecki to już wyszedł z obiegu. (...)
Kupiłem Ci także dziś lapońską torebkę z futra, wydaje mi się, że ładna i oryginalna. Chciałem początkowo kupić Ci „czepiec" eskimoski w kolorze czerwonym, ale myślę, że byłby zbyt sensacyjny, mniej więcej tej rangi, co ja bym chodził po Sopocie w rogatywce krakowskiej z pawim piórem. Myślę, że nawet nasza Mama w tym czepcu siedząc przed telewizorem odciągałaby uwagę. Ale torebeczka jest ładna, myślę, że Ci się spodoba.(...)
Całuję Ciebie i Jureczka w oczy i noski


Kochający Jerzy
Mieszkanki Kautokeino w tradycyjnych strojach.
 Jerzy Afanasjew, Listy, Wydawnictwo Oskar 2000, s. 186.

sobota, 11 października 2014

Odcinek 1176: Zofia Nałkowska, 1935 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 11 października 1935 roku
Źle, źle. Każdy następny miesiąc jest pełen niebezpieczeństw, jest niewiadomy.
Plakat do filmowej adaptacji Granicy, 1938 rok.
A wiadome są tylko płatności. I wiadoma konieczność pisania wciąż, pisania bez ustanku — zawsze z najlepszej siebie, z tych jedynych zasobów, które w każdej chwili mogą się wyczerpać, które już zawsze wydzieram ze siebie gwałtem i przymusem. Więc zmęczenie, zmęczenie... Ból głowy, pobielałe oczy, smutek. Bogusław nie jest w tym pociechą, chociaż myślę teraz, że bez niego nie umiałabym istnieć. Ale co można zrobić na to, co jest moim losem i co sama sobą ściągam na moich bliskich. Nie mogę kochać ani nawet przyjaźnić się z nikim, kto ma pieniądze. Ostatnio wszystko krąży koło tego tematu, koło tej ciągłej i chyba nie tak koniecznej nędzy: listy, telefony, nawet odwiedziny, których nie mam serca odmówić. Długi wstęp, mający mię objaśnić o tym, czego sama doświadczam, co wiem najlepiej. I złudzenia, że ja właśnie potrafię coś zaradzić — to jest ująć sobie jeszcze 15 albo 5 złotych albo zrobić telefon, który nic nie pomoże. Widzę trząsące [sic!] się ręce albo czytam, że nie ma już wyjścia, że ani stąd, ani znikąd (mówię tylko o moim zawodzie, nie zwykłych żebrakach). W całej handlowej organizacji literatury — w domach wydawniczych, redakcjach, urzędach — pisarz jest tym najmniej potrzebnym, tym natrętnym, którego żądanie pieniędzy budzi zakłopotane zdziwienie — bo książek nikt nie kupuje, bo jest deficyt. Ale deficyt ujawnia się już po opłaceniu całego mnóstwa ludzi, żerujących na pisaniu — pośredników, organizatorów, dyrektorów, urzędników, redaktorów, administratorów, księgarzy. Personele tych wszystkich ośrodków obrotu książką i twórczością są nieprzeliczone — teatry TKKT, ogromny dom Gebethnerów, redakcje (zwłaszcza pism subwencjonowanych). Biorą rękopis z miną ofiary — i to jest wszystko, o nic więcej nie chodzi. Mnie dotyczy to zupełnie tak samo jak innych — zwłaszcza że ja jedna z niewielu żyję tylko z pisania, bez żadnego stanowiska, żadnej synekury. Mimo że Granica idzie podobno świetnie, mimo że napisałam słuchowisko i sztukę, mimo że dwie książki złożyłam Gebethnerowi, że wychodzą moje rzeczy w „Wiadomościach” i w „Pionie”, mimo że obiecałam napisać jeszcze dramat dla TKKT i powieść nową dla „Świata”, i powieść dla młodzieży — a wszystkie terminy na listopad! — nie mam pieniędzy, nie mam pieniędzy... [...]
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1930–1939, cz. 2, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1988, s. 35–37.


poniedziałek, 6 października 2014

Odcinek 1175: Wacław Kubacki, 1953 rok

Z dziennika Wacława Kubackiego

Kraków, 6 października 1953 roku
Uniwersytet Jagielloński w latach pięćdziesiątych.
W katedrze musiałem zacząć od spraw gospodarczych. Nachodziłem się od Annasza do Kajfasza, żeby dostać kilka sal wykładowych. Brak szaf, półek, stołów i krzeseł. Stosy książek leżą na podłodze w magazynie i w pokoju asystenckim. Trudno o lampy i żarówki. Żarówek trzeba pilnować, bo po zajęciach wykręcają je studenci. Ze wzruszeniem patrzyłem na ławki, w których siadywałem jako początkujący polonista. Teraz niemiłosiernie porżnięte scyzorykami. Drzeworyty młodzieżowej pornografii! Szczątki przedwojennych wieszadeł stoją oparte o ścianę — smutne symbole sprzętów. Nie można na nich powiesić palta, gdyż same nie mogą ustać na nogach. I nie można ich wyrzucić na śmieci, bo noszą na sobie magiczne litery i cyfry inwentarza. To własność skarbu państwa!
Drewniane tablice były już mocno wytarte w latach moich studiów. Obecnie nie są czarne, lecz szare, niewiele ciemniejsze od ściany. Każdy wykładowca przynosi ze sobą w kieszeni kawałek kredy i własną szmatkę do ścierania. W toaletach na pierwszym piętrze brak haczyków, a na drugim także drzwi. Nie ma woźnej. Ani sprzątaczki, ani tragarza do noszenia węgla z piwnicy na staroświeckie wysokie drugie piętro.
Wacław Kubacki, Dziennik (1944-1958), Czytelnik 1971, s. 247-248.