wtorek, 30 września 2014

Odcinek 1174: Odo Bujwid, 1939 rok

Z dziennika Odona Bujwida

30 września 1939 roku, sobota
Może zakończyć moje codzienne pisanie, bo przecież teraz popłynie szare, gorzej, czarne życie swym nowym, strasznym korytem. Myśli coraz czarniejsze, bo rzeczywistość nie pozwala na inne. Słońce ostatniego września pogodne, z lekkim, ale już dokuczliwym przymrozkiem, niby to samo, a jakże inne po 20 latach. Niewola pod germańskim batogiem, pod codzienną groźbą utraty wszystkich praw kulturalnego człowieka. Jednostka tylko fizyczna, nie mogąca samodzielnie myśleć i działać, związana pętami niewoli, przecież to nie do zniesienia po tak cudnych złudach ostatnich kilkunastu lat. [...] Trzeba będzie zamknąć te kartki i zacząć wegetować i więdnąć jak roślina bez korzeni.
Do ostatnich czasów łudziłem się jeszcze. Co za naiwność i starcze

zniedołężnienie. Podtrzymywałem niby istnienie Zakładu, który nie jest bez pożytku. Ta jedna myśl daje trochę ukojenia, ale jakże niewielką odrobinę wobec ogromu nieszczęścia, jakie się zwaliło na naród. Czy nie błyśnie już żadna nadzieja? Czy wolno myśleć o nadziei, gdy się nic nie zrobiło, ażeby stworzyć należycie zorganizowaną siłę? „Silni, zwarci, gotowi!” — frazes, który strasznie pomścił się na narodzie. „Siłę odeprzemy siłą!” — a po miesiącu beznadziejnej walki leżymy na obie łopatki. To są jednak błędy nie do darowania. Nie dorośliśmy do zadania. Za łatwo przyszła niepodległość.
Kraj ogarnięty paniką, wywołaną celowo przez nagły nalot samolotów, według doskonale obmyślonego planu przeciwnika, nie stawia oporu, aż dopiero pod koniec. Kraków oddany bez walki. Armia lubelska poddaje się, dopiero później zaczyna się opór pod Kutnem i Warszawą, która wreszcie, po bohaterskim oporze, musi ulec. Trzyma się jeszcze Modlin. Osłabia to przeciwnika, który wysłał duże siły na front polski. Szkoda tylko, że pogoda sprzyjała wrogowi przez cały czas, ale niewątpliwie dużo siły zużył on przez ten miesiąc. Świat walczy o swe prawa, nie może ustać w tej walce. Nie o Polskę tu chodzi, ale o hegemonię teutońską nad Europą. Jeżeli świat to zrozumie, to nasza sprawa nie jest jeszcze przegrana.
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 164.

poniedziałek, 29 września 2014

Odcinek 1173: Anne Frank, 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Środa, 29 września 1943 roku
Kochana Kitty,
Pani van Daan ma urodziny. Oprócz kartki na ser, mięso i chleb daliśmy Jej w prezencie
Petronella van Daan
(właśc. Auguste van Pels).
jeszcze tylko słoiczek dżemu. Od swojego męża, Dussela i kantoru dostała również wyłącznie kwiaty lub artykuły żywnościowe. Takie to są teraz czasy!
Bep miała w tym tygodniu prawie załamanie nerwowe, tak często była wysyłana. Dziesięć razy na dzień musiała robić zakupy, stale nalegano, że musi je szybko przynieść, że musi pójść jeszcze raz albo że przyniosła coś niewłaściwego. Jak człowiek sobie uświadomi, że ona musi wykonać swoją pracę na dole w kantorze, że Kleiman jest chory, Miep siedzi w domu przeziębiona, ona sama zwichnęła nogę w kostce, ma zmartwienie miłosne, a w domu narzekającego ojca, to można sobie wyobrazić, że ona nie wie co począć. Pocieszaliśmy ją i powiedzieliśmy jej, że gdyby parę razy energicznie stwierdziła, że nie ma czasu, to listy z zakupami same by się zmniejszyły.
W sobotę rozegrał się tu dramat, który w gwałtowności nie miał jeszcze równego sobie. Zaczęło się od van Maarena, zakończyło ogólną kłótnią ze szlochem. Dussel żalił się przed mamą, że jest traktowany jak wyrzutek, że nikt z nas nie jest dla niego uprzejmy, że przecież nic nam nie zrobił i jeszcze szereg słodkich pochlebstw, na które mama tym razem na szczęście nie dała się nabrać. Powiedziała mu, że rozczarował wszystkich i że nieraz dawał nam powód do złości. Dussel obiecywał niebo i ziemię, z czego jak zawsze do tej pory nic nie wyszło.
Z van Daanami jest źle, widzę, że to się zbliża. Tata jest wściekły, ponieważ nas oszukują; ukrywają mięso i tym podobne. O, jaki wybuch wisi znowu nad naszą głową?
Gdybym nie była tak ściśle związana z tymi wszystkimi utarczkami, gdybym mogła odejść! Jeszcze przez nich zwariujemy!
Twoja Anne

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 113–114.

piątek, 26 września 2014

Odcinek 1172: Edmund de Goncourt, 1880 rok

Z dziennika Edmunda de Goncourt

Sobota, 26 września 1880 roku
Wycieczka do Baux. Długi łańcuch skał dziwacznie poząbkowanych; u końca tego łańcucha miasto z ludzkimi siedzibami, które po części wydrążono w skale, tak że nie wiadomo, gdzie kończy się skała, a zaczyna budowla; miasto opuszczone, jak po pożarze i dżumie.
Tu kaplica romańska; tam okno renesansowe; ówdzie fronton świątyni protestanckiej; gdzie indziej cysterna ze średniowiecznego kasztelu; jeszcze gdzie indziej, u szczytu schodów, z których nie pozostało śladu, drzwi z rosnącymi na progu dwoma drzewami, które wiatr zasiał na kamieniu.
W Baux jesteśmy poza współczesnością, w przeszłości średniowiecznej, jak w przeszłości rzymskiej jesteśmy w Pompei, stąpając po starożytnych viae i śladach kół pompejańskich.
Wszędzie opuszczenie i ruina. Wśród martwych kamieni jedynym świadectwem życia jest kilku wyschniętych starców, kilkoro dzieci i chude koty: nieszczęsne istoty, koślawe zwierzęta. Ponura plebania, dla proboszczów pokuta za grzechy (przedostatni z nich zamordował żonę swego kościelnego, której był kochankiem); jej ponury ogród, z czterema chorymi migdałowcami pośród wysokich murów, wygląda jak cmentarz.
Wszędzie samotność otwierająca się z wysoka na nie kończące się i coraz dalsze horyzonty, których melancholia narzuca myśl, że czas nie ma tu już trwania mierzonego godzinami. Czy w warunkach takiej samotności i oglądania świata z lotu ptaka nie dzieje się coś osobliwego z umysłami, nawet prymitywnych ludzi?
 
Widok Baux (źródło).

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 482. 

czwartek, 25 września 2014

Odcinek 1171: Agatha Christie, 1922 rok

List Agathy Christie z Kanady do trzyletniej córki, Rosalind

25 września [1922 roku]
Agatha Christie z córką, Rosalind.
Moja najdroższa Kruszynko,
jaką piękną książkę przysłałaś mi na urodziny, a w dodatku sama pokolorowałaś wszystkie ilustracje. Mądra z Ciebie Baba. Wyszło Ci przepięknie, mamusia bardzo się ucieszyła. Już niedługo wrócę do domu, żeby zobaczyć moją małą Rosalind. Niech babcia nauczy Cię, jak machać mamusi i tatusiowi z nabrzeża. Mamusia jest teraz wśród wielkich gór. Są tu wielkie źródła termalne w skalach, pełne gorącej, bulgoczącej wody, która jednak śmierdzi, nie to co groszek pachnący albo ciocia Funkie.
Będziesz miała mnóstwo do opowiedzenia mamusi o ogrodzie i gołębiach, i kwiatach, i morzu, i piasku, i kuzynie Ripie i braciszku Joe. Mamusia i tatuś przypłyną wielkim statkiem. Tatuś będzie bardzo wesoły, a biedna mamusia będzie chora.
Bardzo Cię kocham, mój koteczku. Mądra z Ciebie dziewczynka.

Kochająca Mamusia
Agatha Christie, Moja podróż po Imperium, oprac. Mathew Prichard, tłum. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Dolnośląskie, s. 335-336. 

środa, 24 września 2014

Odcinek 1170: Paul Cezanne, 1878 rok

List Paula Cezanne’a do Emila Zoli

Estaque, 24 września 1878 roku
Autoportret, mal. Paul Cezanne, 1885 rok.
Mój drogi Emilu,
Dostałem twój list w chwili, kiedy przyrządzałem zupę z makaronu na oliwie, którą tak lubił Lantier [aluzja do powieści Zoli W matni]. Zostaję w Estaque przez całą zimę, pracuję tutaj. Mama wyjechała przed tygodniem: winobranie, konfitury i przeprowadzka w Aix; zamieszkają w mieście, za Marguery'm albo mniej więcej w tej okolicy. Jestem sam w Estaque, na noc jeżdżę do Marsylii i wracam rano.
Marsylia jest stolicą oliwy we Francji, jak Paryż masła: nie możesz sobie wyobrazić zarozumialstwa tych drapieżnych ludzi, którzy jeden tylko mają instynkt — pieniądze; podobno zarabiają dużo, ale są bardzo brzydcy, sposób życia, łatwość przenoszenia się z miejsca na miejsce zacierają charakterystyczne cechy zewnętrzne typów. Za kilkaset lat nie będzie po co żyć, wszystko zostanie spłaszczone. Ale ta odrobina, która pozostaje, jest wciąż droga sercu i spojrzeniu. [...]
Niemal skończyłem już Teresę Raquin. Prawdopodobnie w dniu, kiedy znajdziesz źródło tematu bardzo osobistego i charakterystycznego, przyjdzie sukces, jak z W matni. W istocie oceny nie są sprawiedliwe, jeśli bowiem sztuki nie podobają się jako sztuki, można przecież dojrzeć siłę, powiązanie postaci, tok prowadzonej myśli.
Ściskam ci dłoń i bardzo dziękuję. Wyrazy szacunku dla pani Zola i Alexisa

Paul Cezanne
Pomyśl o Darnagas i ogonie królika.
Paul Cezanne, Listy, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 146-147.

poniedziałek, 22 września 2014

Odcinek 1169: Antoni Słonimski, 1935 rok

Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa

„Wiadomości Literackie”, nr 38, 22 września 1935 roku
Teatry państwowe wystawiły parę nieudanych farsideł i ogłosiły skład osobowy swojej „dyrekcji generalnej”. Niemało musi być tych dyrekcji, jeśli jest „dyrekcja generalna”. W spisie tym nie ma zarządu Towarzystwa Krzewienia Kultury Teatralnej, nie ujawniono tam nazwisk Zawistowskiego i Kadena. Ale i to, co ogłoszono, wystarczy. „Kierownictwo literackie B. Gorczyński (doradca literacki), dr L. Pomirowski (kierownik literacki) i dr T. Terlecki (sekretarz kierownictwa literackiego)”. Jest w tym spisie jeszcze „szef wydziału prasy i propagandy” p. Świerczewski. Porządek musi być. Gdy „doradca literacki” chce doradzić „kierownikowi literackiemu”, żeby wystawił Kubusia, zwraca się do „sekretarza kierownictwa literackiego”, który „kierownikowi literackiemu” referuje radę „doradcy literackiego”. Po uzyskaniu aprobaty „sekretarza Towarzystwa” Zawistowskiego i „delegata Towarzystwa” Kadena idea wystawienia Kubusia zostaje przychylnie przyjęta przez „generalnego dyrektora teatrów TKKT” Szyfmana i dopiero wtedy „szef wydziału prasy i propagandy” daje komunikat, że „Teatr Letni wraca do właściwych mu zadań”(?).

Po całej serii klap i głupstw sztab kierowników jeszcze się wykłóca po pismach i chwali, jakich to cudów dokonano. Wystąpił niedawno z wielką filipiką p. Zawistowski. Chwali się, że przecież były i dobre przedstawienia. Udaje, że nie rozumie tak prostej rzeczy, że gdy się zagarnia wszystkich niemal aktorów i reżyserów, gdy się gra kilkadziesiąt sztuk rocznie, muszą się zdarzyć przedstawienia udane. Ale chodzi o to, że są to zdarzenia wyjątkowe na tle szmiry, nudy i gorączkowego pościgu za sukcesem kasowym. Dobre przedstawienia bywały i bez tego rodzaju opieki państwowej. Widzieliśmy niejeden świetny sezon w Polskim, Narodowym, Ateneum czy Małym bez falangi kierowników i doradców, bez blagi i państwowotwórczych manifestów. Ogólny poziom jest fatalny, atmosfera w teatrach senna, gospodarka nieudolna. I po co to wszystko? Państwo nie potrafiło zapewnić teatrom niezależności finansowej, i bardziej niż kiedykolwiek teatr, który miał niby stać się narzędziem idei (jakiej idei, tego, oczywiście, nikt nie wie), ugania się za byle ordynarnym farsidłem dla podratowania kasy. Naturalnie, p. Zawistowski tego wszystkiego nie widzi.
W trosce o dobro ogólne p. Zawistowski piętnuje wszystkich, którzy krytykują gospodarkę jego i jego pomagierów. Moralność p. Zawistowskiego ma tylko jedną odpowiedź na moje argumenty. Oczywiście, mszczę się za to, że teatry państwowe odrzuciły mi Rodzinę. Wraca ciągle do tych aluzji, wspomina, jak to próbowałem dostać się na scenę TKKT. Odrzucenie Rodziny, a raczej niezgodzenie się na wymagany przeze mnie termin, było szkodliwe, ale nie dla mnie, tylko dla teatrów państwowych. Ja wyszedłem na tym doskonale, bo sztuka miała ogromne powodzenie. Grana była sto kilkadziesiąt razy przez Jaracza i w szeregu miast prowincjonalnych. Jeśli chodzi o zarzuty natury moralnej, to może ja miałbym prawo oskarżać kierowników teatru o prywatę. Czym się kierowali ci panowie, robiąc trudności mojej sztuce? Czy aby nie zemstą i animozją prywatną? Moralność p. Zawistowskiego nie potrafi zrozumieć, że można pisząc o teatrze nie liczyć się z własnymi interesami autorskimi, które też zresztą nie są jedynie prywatną i finansową sprawą. Czy p. Zawistowski przypuszcza, że gdybym pisał dobrze o złych przedstawicielach albo wcale o teatrze nie pisał, i wtedy nie wystawiono by mi sztuki? W tym moralnym pojedynku z p. Zawistowskim nie będzie między nami zrozumienia, dopóki innymi myślimy kategoriami.
„Rodzina” Antoniego Słonimskiego w Teatrze Nowa Komedia w Warszawie, styczeń 1934 roku.
Nie łudzę się też nadzieją, że potrafię choćby jednego z braci Jędrzejewiczów przekonać o szkodliwości prowadzenia państwowego bałaganu teatralnego i o tym, że pp. Kaden, Pomirowski i Zawistowski nie mają zielonego pojęcia o teatrze, bo obaj bracia Jędrzejewicze na teatrze się nie znają i więcej mają zaufania do swojego sierżanta Zawistowskiego niż do mnie. Od czasu powstania TKKT rząd nasz zasiada w pierwszym rzędzie i premier bywa na premierach. Gdy widzę roześmiane twarze niektórych naszych mężów stanu, rozradowanych byle farsidłem, nie mogę się oprzeć melancholii i obliczam w myśli, wiele to jeszcze lat trzeba, aby ludzie, którzy z teatrem nic wspólnego nie mieli, nabrali smaku i zrozumienia dla spraw sztuki. Z pewnością nabiorą zrozumienia, bo są pilni, ale ten sposób krzewienia kultury teatralnej wśród rządu jest może zbyt kosztowny.
W ostatnim numerze pisma „Teatr” wydawanego przez TKKT znajdujemy opis stosunków teatralnych w Niemczech. Czytamy tam: „Hitler jest częstym bywalcem teatralnym, śledzi on bacznie wszelkie posunięcia w tej dziedzinie, i rząd nazistów ani na chwilę nie zapomina o doniosłości teatru w życiu narodu niemieckiego, którego teatr – jak to podkreślił Goebbels – uprawiał do niedawna tylko sztukę dla sztuki, zapominając o właściwym posłannictwie teatru. [...]”. Czyżby istotnie polskie teatry państwowe zgadzały się z genialną myślą Goebbelsa? [...] Teatr niemiecki uległ rozkładowi. Jest to fakt zbyt znany, aby na ten temat jeszcze dyskutować. „Zglajchszaltowanie” doprowadziło teatry niemieckie do upadku. Czy ma się to powtórzyć i u nas? Nie sądzę. Teatr w Polsce będzie i nadal służył sztuce. Trzeba się tylko wyrzec niepotrzebnej zabawy w mętną propagandę rzeczy nieistniejących. Trzeba wziąć odpowiedniejszych ludzi, ograniczyć się do teatrów dzielnicowych czy też do jednego teatru reprezentacyjnego, subsydiowanego przez państwo. Zlikwidować czym prędzej wszystkich „generalnych kierowników”, „doradców” i „szefów”, a belfrów odesłać do szkoły.
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1932–1935, LTW 2001, 23s. 365–366.

niedziela, 21 września 2014

Odcinek 1168: Małgorzata Baranowska, 1991 rok

Z dziennika Małgorzaty Baranowskiej

21 września 1991 roku
Jan Józef Lipski.
Coś nie tyle z dziejów poezji, co z historii krytyka poezji. W roku 1982 wódka była sprzedawana na kartki. Akurat sprowadziłam się na Wolę. Już drugiego dnia ktoś, widocznie przepłoszony, usiłował mi ukraść akumulator i zepsuł coś przy okazji. Kiedy stałam bezradnie nad małym fiatem, pojawiło się dwóch reflektantów na kartki wódczane. Oczywiście nic za darmo. Chcieli pomóc.
Zaczęli mnie przy okazji przepytywać, a to skąd się sprowadziłam, a to gdzie pracuję. Tu trochę kręciłam. Bo czy poważnie brzmi na wolskim podwórku - Instytut Badań Literackich? Ale wreszcie się przyznałam. I wtedy postawniejszy z mężczyzn wybuchnął fajerwerkiem uczuć. - „Tam pracuje pan Lipski! - wykrzyknął. - Siedzieliśmy w jednej celi. Nie było równiejszego faceta. Mówił nam taką rzecz o pijaństwie” - i zaczął recytować, jak myślałam Tuwima, a jak się później wywiedziałam, monolog Lipskiego: Historię alkoholizmu dziejowego.
Zostałam natychmiast zawieziona do warsztatu zaprzyjaźnionego z drugim z panów, i zobowiązana do zgłaszania się po pomoc w razie potrzeby.
To było do niego bardzo podobne. Porozumieć się w więzieniu za pomocą monologu satyrycznego.
Małgorzata Baranowska, Prywatna historia poezji, Wydawnictwo Sic! 1999, s. 62-63.

piątek, 19 września 2014

Odcinek 1167: Zdzisław Beksiński, 2003 rok


E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

19 września 2003 roku
Subject: Re: Murzyn z bliska
Co do mieszkania obok, to generalnie nie cierpię na nadmiar przestrzeni życiowej, a żona zawsze narzekała, że mieszkamy w fabryce i już za jej życia robiliśmy starania o odkupienie jakiegoś mieszkania na styk z naszym, przebicia drzwi etc., ale nikt nie chciał nam odsprzedać. Przed rokiem udało się zamienić dwupokojowe mieszkanie syna po remoncie na zrujnowaną kawalerkę obok, dopłacając jeszcze 25 000 zł (ja z reguły robię takie świetne interesy). Początkowo myślałem o pomieszczeniu tam w niesprecyzowanej przyszłości kogoś, kto zajmie się mną, gdy do reszty zgrzybieję, ale nagle z lewej i prawej zaczęły sypać się oferty nie do odrzucenia. A to czyjś syn idzie na prawo i szuka stancji, a to dalsza rodzina przeprowadziłaby się tam na jakiś czas w poszukiwaniu zaczepienia w Stolicy, a to panienka, która wpadła na pomysł, by się mną na starość opiekować (to nią trzeba by się było opiekować, ułatwiając jej co miesiąc dociągnięcie do pierwszego i chroniąc przed prozą życia – spróchniała lipa, ale jednak osłania od deszczu), po mojej odpowiedzi odmownej, zaserwowała mi koleżankę ze studiów, która jest rzekomo „bardzo ładna” i szuka mieszkania, i obejmie nade mną opiekę – spieprzaj, babo, gdzie raki zimują. Kto tylko przyjeżdża na dwa dni do Warszawy, jak w dym do mnie, bo ja mam gdzie nocować ludzi; ostatnio nocowałem u siebie (spałem już w kawalerce) małżeństwo rówieśników ze Szwecji (kuzynka wyszła za Szweda), zaraz po nich kuzyna. Jednym słowem, prowadzę hotel. Zajmując samemu oddzielne mieszkanie, nie przeżywam stresów związanych ze wspólną łazienką i WC oraz tym, że ktoś śpi w drugim pokoju, a dla mnie od ZAWSZE była to sytuacja maksymalnie stresująca. Początkowo planowałem, by to właśnie gości umieszczać w kawalerce, ale właściwie mam tam większy tapczan, więcej miejsca, o wiele większą wannę etc., więc dlaczego mam sam się tam nie przenieść. Gdy nadejdzie era opiekunki – bo na razie daję sobie jakoś radę sam, a nawet czasami potrafię w trakcie obiadu nie oblać się jedzeniem, trafiam (pewnie Pani nie uwierzy!) widelcem do ust, a nie w oko i pamiętam jeszcze, by spuścić spodnie, korzystając z WC, a także (o dziwo!) pamiętam jeszcze, jak się nazywam i gdzie mieszkam – to wtedy mam już miejsce, by ulokować osobę do stałej opieki. Póki co, cieszę się, że mam swój azyl w sytuacji, gdy kogoś muszę przenocować. Pięknie się kłaniam
Beksiński
 
Mal. Zdzisław Beksiński, 1972 rok.

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 27–28.

środa, 17 września 2014

Odcinek 1166: Samuel Pepys, 1661 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

17 września 1661 roku
Powiadomiłem żonę o mej podróży, a ona kazała mi nająć konia dla siebie i chce ze mną jechać. Tedy pożyczyłem dla niej damskie siodło i nająłem dobrą kobyłę. Wyjechaliśmy karetą i na skraju miasta dosiedliśmy koni i okazało się, że żona dobrze jeździ konno. W Ware wieczerzaliśmy i nocowali. Bardzo wesoło i miło.

Hrabina de Saint Geran,
mal. Pierre Mignard,
lata 70. XVII wieku.
Dziennik Samuela Pepysa, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 187.

wtorek, 16 września 2014

Odcinek 1165: Magdalena Samozwaniec, 1972 rok

List Magdaleny Samozwaniec do Jarosława Iwaszkiewicza

Warszawa 16 września 1972 roku
Hanna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, 1969 r.
Drogi Jarosławie!
Twój list sprawił mi dużą radość i to, że mój prezencik, dany od serca, ucieszył Was oboje. Przyjęcie z okazji złotych godów było wszechsferyczne, czyli czarodziejskie! Te piastowskie stoły z mięsiwami i glinianymi dzbanami z winem - co za wspaniała sceneria do jakiegoś filmu, pomyśl o tym! Nastrój wraz z tą orkiestrą trochę z „Wesela” i trochę z zachodnich garden party wręcz niezapomniany! Czułam się naprawdę nie „jak u siebie w domu”, bo to żadna przyjemność, ale gdzieś daleko od Warszawy i daleko od naszej codziennej szarzyzny.
Magdalena Samozwaniec.
Bardzo dobrze, że towarzystwo było mieszane, to znaczy i starzy, i młodzi. I tak było aż za wiele tych moich „rówieśnic”, które rzucały się na mnie i przyciskając do wydatnych kształtów, przypominały nasze ostatnie spotkania („Nie pamiętasz pięćdziesiąt lat temu w Zakopanem w «Stamarze»?”...). I dopiero szukaj, rozglądaj się w tych grubych, rozkisłych rysach uroczej dziewiętnastoletniej przyjaciółki. Powtarzam, że można być starym, ale nie należy tego po sobie pokazywać. I Ty właśnie, drogi Jarosławie, jesteś z tych, którzy tego po sobie nie pokazują. Ja zresztą też staram się, jak mogę, co mi się nie zawsze udaje.
Uciekłam wcześnie, ponieważ, będąc już zaziębiona, bałam się doziębić, mimo ciepłego i serdecznego nastroju, jaki panował. A już widok tych młódek dekoltowanych po sam pas spotęgował uczucie zimna. Ach, ta młodość, do której zimno nie dociera! Ale wiele innych rzeczy również (na szczęście).
Więc jeszcze raz dziękuję za tę niezapomnianą biesiadę leśną i życzę Wam obojgu wiele pięknych dni i wesołych godzin.
Wasza Madzia Samozwaniec
Rafał Podraza, Córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec, Instytut Wydawniczy Latarnik 2012, s. 152-153.