niedziela, 31 sierpnia 2014

Ogłoszenie oraz odcinek 1157: Anna Kamieńska, 1972 rok

Drodzy Czytelnicy,
Zanim zaprosimy Was do przeczytania kolejnej notki, krótkie ogłoszenie: od 1 września Płaszcz zabójcy przestaje być dziennikiem. Kolejne odcinki będą pojawiać się spontanicznie, chimerycznie i z zaskoczenia. Czasem z dnia na dzień, czasem z dłuższymi przerwami. 
Zapewniamy, że to była trudna decyzja, ale doszliśmy do wniosku, że z kilku powodów czas ją podjąć.
Z całego serca dziękujemy Wam za 1157 dotychczasowych spotkań, za odwiedziny sporadyczne i regularne, za komentarze i oceny wpisów. Mamy nadzieję, że nadal będziecie tu zaglądać. Pozdrawiamy wszystkich Czytelników Płaszcza, a szczególnie tych, którzy są z nami od samego początku - od 2011 roku.
Redaktorzy Płaszcza
Z dziennika Anny Kamieńskiej 

31 sierpnia 1972 roku
Anna Kamieńska.
Stłukłam kieliszek kryształowy.
W zamyśleniu przejechałam przystanek autobusowy. Wsiadłam w taksówkę. W taksówce nawaliło koło. Musiałam wysiąść po drodze. Gotując jajka, zaczytałam się. Wystrzał ze spalonego garnka mnie ocucił.
Dopiero południe. Co będzie dalej — do wieczora?
Dalej o mało nie wpadłam pod samochód. Czasem myślę, że gdyby to się stało, szłabym dalej, po prostu niczego nie zauważając.
Anna Kamieńska, Notatnik: 1965-1972, W Drodze 1988, s. 273.

sobota, 30 sierpnia 2014

Odcinek 1156: Maria Puttkamerowa, 1822

List Marii Puttkamerowej do Adama Mickiewicza

Tuhanowicze, ok. 18/30 sierpnia 1822 roku
Cierpisz, przyjacielu. Jesteś nieszczęśliwy i nie dbasz o siebie! Powiedz, co jest
Maria Puttkamerowa.
przyczyną twych cierpień i jakie na nie lekarstwo? Zapomnij o mnie, mój przyjacielu, jeśli trzeba tego dla twego szczęścia i spokojności. Gdybyś tylko mej miłości potrzebował do szczęścia, byłbyś aż nadto szczęśliwym. Ale nie. Zamiast przyczynić się jakoś do twojego szczęścia, jestem jedynym powodem wszystkich twoich nieszczęść. Nie możesz sobie wyobrazić nawet, jak bardzo boli mnie ta myśl.
Bądź rozsądny, przyjacielu, i nie zaniedbuj swych talentów. Zapomnij o tej miłości, która jest twym nieszczęściem. Jeżeli dla twego spokoju trzeba, byś mię więcej nie widział, zgadzam się i na to. Daję ci całkowitą swobodę działania, jak ci się spodoba, bylebyś tylko był szczęśliwy, zadowolony i spokojny. Jedno o co proszę to, byś szanował swe zdrowie. Pomyśl, że bardzo drogie jest ono dla mnie.
Bądź wielki, przyjacielu!
Pan Tomasz [Zan] wyjeżdża. Muszę kończyć tę bazgraninę. Na miłość boską, spal ten list i nikomu nie pokazuj.
Jeszcze raz proszę, dbaj o zdrowie, tak drogie memu sercu.
Znajdziesz wielki nieporządek w tym liście, bo kilkakrotnie przerywałam pisanie.
Cyt. za: Zbigniew Sudolski, Polski list romantyczny, Wydawnictwo Literackie 1997, s. 170-171.

piątek, 29 sierpnia 2014

Odcinek 1155: Samuel Pepys, 1660 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

29 sierpnia 1660 roku
Zanim poszedłem do urzędu, indagowaliśmy i żona, i ja naszego pacholika wedle skradzionych rzeczy, ale on zaprzecza wszystkiemu bardzo rezolutnie i z największą w świecie przebiegłością. Atoli po obiedzie żona wykryła złodziejstwo naszego Willa i że skradł więcej rzeczy, niż się nam zdało, co mnie wprowadziło w gniew i chcę odprawić go ze służby. Posłałem po jego ojca i rozmówiłem się z nim; obiecał, że jeśli odeszlę mu chłopca, przyjmie go do domu, acz mam z nim kontrakt. Pod ten czas żona wykryła jeszcze, że pacholik ukradł 6 pensów z pokoju Willa Hewera i przechowywał je w izbach Urzędu, o co mi się serce stargało.
Chłopiec z koszem pieczywa, mal. Evaristo Baschenis, 1665 rok. 

Samuel Pepys, Dziennik, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 94.

środa, 27 sierpnia 2014

Odcinek 1153: Władysław Broniewski, 1919 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

27 sierpnia 1919 roku
W ostatnich czasach nie pisałem tu nic z rzeczy, z którymi co dzień się stykałem, które jednak mniej mię interesowały niż rzeczy inne — trzeba jednak i o tym coś niecoś.
W ostatnim miesiącu panowały w kompanii fatalne stosunki: Piękoś rozpił się i rozhulał, i puścił kompanię kantem; przez ten czas Jaszewicz kradł ile wlazło, a kompania rozprzęgała się coraz bardziej. Na żądanie oficerów Jaszewicz został usunięty jeszcze przed swą ostateczną kompromitacją. Wkrótce po tym Piękoś miał jechać na urlop, przeszkodził temu jednakże Nowicki, który uwziął się wszystkie sprawy nadużyć drogą służbową załatwić. Wykryły się malwersacje z żołdem, wykryło się niedbalstwo czy też, jak sądził Nowicki, nieuczciwość Piękosia. Na tym punkcie różniliśmy się z Henrykiem [Nowickim] w poglądach: ja sądziłem, że Piękoś nie jest dosłownie nieuczciwym, że powodem tego wszystkiego jest wrodzona mu lekkomyślność, która przy małej inteligencji wydała tak fatalne rezultaty.
W rezultacie komisja wyznaczona do zbadania tych spraw rozstrzygnęła je według moich przypuszczeń: Piękoś został za niedbalstwo ukarany dyscyplinarnie pozbawieniem dowództwa kompanii i naganą — ja objąłem po nim funkcję.
W międzyczasie wyjechaliśmy do Szyrwint, gdzie nudzimy się już od dziesięciu dni mniej więcej. Jako dowódca kompanii staram się na razie głównie opanować rachunkowość i kancelarię. Zresztą, niewiele tu roboty i można nudzić się od rana do wieczora. [...]
W miasteczku tym, długim jak kiszka i deskami od świata zabitym, czuję się jak w więzieniu, dlatego też jak więzień przenoszę się w inne miejsca wyobraźnią. [...]
Tu, w Szyrwintach, próbowałem szturmować do cnoty Wandzi, ale też mi się nie udało.
Poza tym nudzę się. [...]
Żołnierze Wojska Polskiego w Szyrwintach lub Syłgudyszkach, 1920 rok.
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 116–119.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Odcinek 1152: Zygmunt Mycielski, 1980 rok

Z dziennika Zygmunta Mycielskiego 

Warszawa, noc z 26 na 27 sierpnia 1980 roku
Lech Wałęsa, 1980 rok.
Już od dwóch tygodni strajk całego Wybrzeża, w stoczni. Na czele Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego stoi Lech Wałęsa. Zamiast komentarzy powiem: to nie jest naród niewolniczy. Pański naród. Od 200 lat mówi NIE, bez względu na konsekwencje. Konsekwencje wygrane były dotąd raz jeden - 60 lat temu, w 1920 roku. Poza tym same katastrofy, ofiary. Jak będzie teraz?
Miałem dziś jechać do Lusławic, gdzie Penderecki otwiera swój nowy dom, zaprosił mnóstwo ludzi (sto?) i wynajął dla nas hotel Tarnovia w Tarnowie. Zatelegrafowałem mu: „Niestety, jest to dla mnie niemożliwy ani wskazany moment, żeby teraz wyjeżdżać z Warszawy”. W Pen Clubie zgłosiłem akces do listu, podpisanego zrazu przez 64 intelektualistów (solidarność z Wybrzeżem była tam jasno i spokojnie wyrażona). Niestety wczoraj już to w Komitecie Centralnym złożyli, nie wiem, czy znajdę się w tłumie, który do owych sześćdziesięciu czterech dołączył. Jestem już tak na marginesie, w dodatku bez telefonu, którego nie cierpię.
Kościół uspokaja albo też się solidaryzuje. Chodzi o wolne, robotnicze związki zawodowe, niezależne od partii i rządu. Punkt centralny, podważający system, w którym rola partii ma być kierującą i decydującą siłą. A Rosja? Czy nie pokryje nieba samolotami z dywizją lądującą gdzieś tutaj? Jestem z pokolenia, które wszystko tak widzi - czarno. A oni tam w stoczniach są młodzi. „Mamy dosyć samokrytycznych uwag partii”. Andrzej Gwiazda, Lech Wałęsa, kto ich chował, wychował, uczył? Są pewni siebie, jak mężowie stanu z prawdziwego zdarzenia.
Radio, tu w Warszawie, nadaje wielokrotnie przemówienie kardynała prymasa Wyszyńskiego, wygłoszone dziś w Częstochowie. Kazanie jest uspokajające, „dzieci Boże”, „felix culpa” itp. Co ma z tego zrozumieć na przykład Francuz? Więc na to się robiło rewolucję, żeby po sześćdziesięciu latach prymas przemawiał do narodu, w którym przecie komuniści stworzyli związki zawodowe CRZZ (Centralną Radę Związków Zawodowych)?!
Jadłem dziś w barze mlecznym zupę i fasolę za 18 zł, bo w domu nic nie ma. Na wieczór kupiłem kukurydzę. Nawiasem: taki wikt nie sprzyja szarym komórkom. Jestem równie leniwy jak Sebastiano del Piombo - a nie tak genialnie zdolny (to z lektury Vasariego, str. 332 przekładu polskiego): Jeśli ktoś niepokoił go i tłumaczył mu, że to wstyd, iż teraz, gdy ma z czego żyć (ja mam 14.000 zł na koncie i 5.850 renty), nie pracuje, tak mu odpowiadał: „Jeżeli mam dosyć na życie, nie chcę więcej pracować, zwłaszcza że są na świecie talenty przez dwa miesiące malujące to, co mnie zabierało dwa lata” Gdzie się zaczyna lenistwo? Dlaczego podziwiamy ludzi pracowitych? Słowiańskie pytania!
Bar mleczny, Praga Północ w Warszawie.
 Zygmunt Mycielski, Niby-dziennik,  Iskry 1998, s. 178-179.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Odcinek 1151: Sándor Márai, 1939 rok

Z zapisków Sándora Máraia

25 sierpnia 1939 roku
Sándor Márai.
Wenecja należy do życia jak narodziny i śmierć. Każdy ma dwa miasta rodzinne. Jednym z nich jest Wenecja.
Człowiek przyjeżdża, udaje się gondolą do hotelu, chodzi po uliczkach, siedzi w kawiarni na placyku, na chybił trafił odwiedza znajome muzea i kościoły i cały czas czuje się jak syn marnotrawny, który powrócił w rodzinne pielesze. Tak, to jest Ca' Rezzonico, salon, w którym Tiepolo malował sufit. Bo w Wenecji tak się żyło: kiedy ktoś potrzebował malarza pokojowego, wzywał starszego lub młodszego Tiepolo.
Przybywałem już do Wenecji pociągiem, samolotem, statkiem i samochodem, ale niezależnie od tego, czy zdarzało mi się ujrzeć ją z powietrza, z portu, czy z długiego mostu, za każdym razem odczuwałem niepokojące, mocne bicie serca, jakby mój prywatny los był jakoś związany z tym miastem. Wenecja bynajmniej nie jest miła — jest tajemnicza, twarda, oporna. Kiedy mieszkańcy Aquilei uciekali w laguny przed wojskiem Attyli, wbudowali w kamienie i marmur opór człowieka kultury wobec barbarzyńskiego najeźdźcy. Bo świat zawdzięcza Wenecję Attyli — przyczyna wszelkich ziemskich rzeczy jest zaiste niepojęta i nieprzewidywalna.
Piazza San Marco, Wenecja, 1939 rok.
Człowiek przyjeżdża, wsiada do gondoli i od razu czuje, że Wenecja wzięła go w posiadanie; poznaje też, w jaki sposób to robi. To szczególna metoda, ta sama od stuleci, a następne wieki zapewne też jej nie zmienią. Sekretem sposobu Wenecji jest właśnie gondola. Po wodach lagun poruszają się już i nowocześniejsze środki komunikacji, pływa vaporetto, śmigają lodzie motorowe. I każdego dnia człowiek kilkakrotnie z nich korzysta, bo gondola jest droga. Ale gondolier stoi w swojej czarnej trumnie, w odwiecznym rytmie kołysze się nad wodą i wiosłem i wie, że każdy gość Wenecji w końcu stanie się niewolnikiem gondoli. Dlaczego? Bo przed tym tajemniczym, odwiecznym sposobem weneckim nie można się obronić.
Gondole w Wenecji nie mają już żadnego praktycznego znaczenia. Vaporetto doskonale radzi sobie z przewozem licznych pasażerów, a komu bardzo się spieszy, dzwoni po motorówkę. Nawet według kryteriów weneckich gondola jest najwolniejszym środkiem komunikacyjnym. Rada miejska od stuleci reguluje działalność gondolierów, nie wolno im już samowolnie pływać po lagunach, poruszają się po wąskich kanałach według ustalonych cen. Gondolier wiosłuje powoli, ma czas. Czasem krzyknie coś melodyjnie, czasem machnie ręką, nogą albo wiosłem w kierunku gondoli płynącej z przeciwka, czasem opowiada coś niebu, marmurowym ścianom i wieczności w niezrozumiałym, wspaniałym i wielomównym języku. Ale poza tym to najspokojniejsi ludzie na świecie. Nie spieszą się, ponieważ wiedzą, że nikt nie umknie gondoli. W Wenecji każdy obcokrajowiec zostaje jej niewolnikiem.
Wojna w gondoli, 1940 rok.
Naturalnie można się dostać do hotelu i w inny sposób — człowiek wsiada na stateczek parowy, wynajmuje bagażowego, który niesie walizki... ale to takie skomplikowane i zbyteczne! Przecież pod ręką jest gondola, która obejmuje człowieka niczym kochanka z zaświatów. Nie ma na świecie, na ziemi, na wodzie ani w powietrzu środka lokomocji, który by kołysał tak łagodnie, tak miękko, z tak cudownym wyczuciem rytmu jak to tajemnicze czółno, którego kształt, kolor, proporcje i poruszenia nie zmieniły się od stuleci. Gondoli nie pokonała maszyna, która zastąpiła dorożkę. Gondola była silniejsza. Chwyta podróżnego już w chwili przybycia i do momentu wyjazdu trzyma go jak swego niewolnika.
W Wenecji człowiek czuje się zawsze trochę jak podczas blokady: jeśli skłócisz się z gondolierami, nie ma ucieczki; obcy może najwyżej skoczyć do wody. I Wenecja strzeże gondoli niczym doskonałego i tajnego sposobu na utrzymanie niewolnictwa. Człowiek przyjeżdża i gondola porywa go ze sobą w ten nieprawdopodobny, gęsty i szlachetny czar, jakim jest Wenecja. A potem gość opuszcza miasto i gondola obojętnie płynie z nim pod drobnymi mostami, w cieniu wieczności, tak bezszelestnie, jakby płynęła nie przez wody laguny, tylko przez wieki. Tak powinienem odejść z życia, myśli podróżny, w taki sposób należy opuścić ten nieprawdopodobny, gęsty i szlachetny czar, jakim były rzeczywistość i sen, walka i pokój, Wenecja i Mateszalka. Tak chciałoby się odejść z życia, w pokoju i niepamięci tego kolebania, jakby człowieka usypiała jakaś prastara, tajemnicza piastunka, kołysząc go tak samo jak kiedyś, w początkach życia. Bo gondola ma w sobie coś z ruchu kołyski, ale ma też coś z czarnej nieruchomości trumny. Nie można do niej przywyknąć, nie sposób się nią znudzić...
Tak, kołysz mnie, gondolierze! Masz rację, nie ma się dokąd spieszyć. Jakiś ty dziwnie znajomy w tym słomianym kapeluszu! Czy przypadkiem nie nazywasz się Charon?

Sándor Márai, W podróży, tłum. Teresa Worowska, Fundacja Zeszytów Literackich 2011, s.106-108.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Odcinek 1150: Jan Józef Szczepański, 1945 rok

Z dziennika Jana Józefa Szczepańskiego

24 sierpnia 1945 roku
Niemieckie dzieci we Wrocławiu, styczeń 1945 r.
Wczoraj kupiłem, wracając z pracy, chleb. Wiozłem go na bagażniku roweru i w chwili, kiedy wjeżdżałem w bramę kliniki, rower podskoczył na progu, a chleb wypadł na ziemię. Zatrzymałem się, żeby go podnieść. Równocześnie podbiegło w tę stronę dwoje niemieckich dzieci, dziewczynka i chłopiec.
Gdy umocowywałem chleb z powrotem, stanęli blisko i wymownie patrzyli mi w oczy. Siadłem na rower i pojechałem dalej, czując się jednak nieswojo i z każdą chwilą bardziej nieswojo.
Oczywiście: i u mnie trudno o chleb. Nie mam pieniędzy, jestem właściwie dosyć wygłodzony, ale to przecież nie ma nic do rzeczy. I to wielki wstyd, że w ogóle zacząłem wyszukiwać względy łagodzące. W takim wypadku powinno się działać zupełnie automatycznie: ja mam, ty potrzebujesz — daję. Dopóki nie będzie tej prostej reakcji i trzeba się będzie każdorazowo odwoływać do uczucia miłosierdzia, przekonywać siebie samego, że trzeba... dopóty to wszystko będzie burżuazyjną filantropią, krygującą się i fałszywą. [...]
Jan Józef Szczepański, Dziennik, t. 1: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie 2009, s. 25-26. 

sobota, 23 sierpnia 2014

Odcinek 1149: Józef Kotarbiński, 1906 rok

List Józefa Kotarbińskiego do żony, Lucyny

Warszawa, 23 sierpnia 1906 roku
Lucusiu Droga!
Bardzo dobrze, że zostajesz i uległaś mojej namowie. Ten tydzień Ci jeszcze
Lucyna Kotarbińska.
dobrze zrobi. A tutaj wszyscy przyjazd opóźniają, nawet szkoły odsuwają termin otwarcia, aby się w Warszawie trochę uciszyło. Sołdryki rozjuszone, wczoraj chcieli strzelać do Mleczarni Nadświdrzańskiej. Szczęściem oficerowie obronili publiczność. Drugi raz to już robią oficerowie z intendentury. Dobrze, że zostaniesz, ale pamiętaj, moja Lucuś, pilnuj się, bądź ostrożna w morzu i nie puszczaj się... Ty mi głównie, Ty mi jedna zostałaś na świecie. Życie jakoś straciło ponęty dla mnie. Aby dożyć razem kresu spokojnie i znośnie i coś jeszcze zrobić do końca.
Spróbuję tego nowego środka na artretyzm, może się wymigam od Karlsbadu. Ale zawsze chciałbym, żebyśmy dwoje gdzie frunęli. Ponieważ grać będziemy przez wrzesień, więc ma się rozumieć, że nie będziesz na mnie za granicą czekać, fruniemy razem. Wracaj z ciocią, i owszem, będzie wam obu raźniej. Jeśli grać nie będę, to przyjadę na dworzec.
Michalinka [służąca] skarży się na bezsenność. Dałem jej proszek kalibromati na uspokojenie nerwów. Rzeczywiście jest nerwowa; powiada, że od śmierci swej pani mało sypia, biedactwo. W domu mi dobrze, spokojnie, czytam, bazgrzę, gdy wieczór wolny, trochę się wałęsam. Do teatru nawet iść nie mam ochoty. [...] Dziś dopomnę się o gażę. Należy mi się w tej chwili 200 rs. Może mi jutro co kapną.
Michalinka Cię pozdrawia. Myślę, czy na tę bezsenność dla niej nie byłoby dobrze, żeby się czasem wykąpała? To uspokoi nerwy. Tylko czy Ty się na to zgodzisz? Moje dziecko, często myślę o Tobie, i bardzo dobrze, i gdy w domu zostaję. Dziś siedzę prawie cały dzień, uczę się roli, to widzę wszędzie ślad Twej ręki, Twej pracy, Twego gustu i Twej duszy. Cioci najserdeczniej, czule podziękuj ode mnie za to, że Cię przytula. Zazdroszczę Ci tych wakacji. Sam pragnę najprzód gdzieś posiedzieć trochę w cichym kącie na łonie kojącej przyrody. [...]
Całuję Cię najserdeczniej, moje złoto.
Józef
Listy Lucyny i Józefa Kotarbińskich, oprac. Zofia Jasińska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978, s. 182–184.

piątek, 22 sierpnia 2014

Odcinek 1148: Bolesław Prus, 1895 rok

List Bolesława Prusa do żony, Oktawii

22 sierpnia 1895 roku 
Paryska ulica około 1895 roku.
Mój miły Ptaszeczku!
Na próżno czekam na liścik od Ciebie: widać, że do Paryża jeszcze gorzej chodzą poczty, aniżeli do Szwajcarii.
Siedzę tu już tydzień i — może posiedzę do końca sierpnia, czyli jeszcze z tydzień. Kto widział jedno duże miasto, ma wyobrażenie o innych i nie potrzebuje już zbyt głębokich robić studiów.
Paryż nie imponuje mi. Wszystko tu olbrzymie: ulice po kilka wiorst, place niby pola, domy po 6 pięter, pomniki jak domy, nareszcie wieża Eiffla!... Ale te ulice są brudne i śmierdzą, kamienice podobne do siebie jak krople wody i nudne.
Na bulwarze, mal. Jean Béraud, 1895 r.
Zdumiewa ruch na bulwarach środkowych, od kościoła Magdaleny do bram: St. Martin i St. Denis. Istotnie — ludzi i powozów tyle, jak u nas przy powrocie z wyścigów. Ale i to prędko nuży.
Sklepy są pyszne, ale — znowu po berlińskich nie bardzo imponują.
Słowem: Drezno jest milsze od Paryża, Norymberga ciekawsza, Berlin rozmaitszy pod względem budowli. Budownictwo paryskie prywatne, istotnie mizerne, przynajmniej z prawej strony Sekwany. Gmachy publiczne są wielkie, ale... ustępują mniejszym, drezdeńskim!...
Jestem kompletnie rozczarowany, choć zbiory są tu pyszne i wysoka cywilizacja. Ażeby jednak to poznać, musiałbym tu siedzieć miesiące.
W rezultacie popatrzę jeszcze na to i owo, kupię parę książek i w końcu sierpnia, z Bożą pomocą, wracam do domeczku. Wszystko to ładne, piękne, pouczające, ale — nie zastąpi mi Ciebie i naszego kochanego domeczku. Wierz mi, wierz mi, że w domu i w kraju najlepiej.
Całuję Ci rączki i nóżki. Psujaka ściskam, wszystkich pozdrawiam.
Twój
A. 

Paryż, (napisałem to, ażeby Ci zaimponować!) 
Adres: Paris, Avenue du Tróne, N 2. 
Dr J. Zieliński pour Al. Gł.
Bolesław Prus, Listy, oprac. Krystyna Tokarzówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1959, s. 246-247.