czwartek, 31 lipca 2014

Odcinek 1126: Wolfgang Amadeusz Mozart, 1782 rok

List Wolfganga Amadeusza Mozarta do ojca

Wiedeń, 31 lipca 1782
Leopold Mozart, ojciec Wolfganga Amadeusza.
Mon tres cher Pere!
(...) Dostałem dziś list z 26-go, jakże obojętny i chłodny! Naprawdę nie spodziewałem się takiego listu, zwłaszcza po przesłanej wiadomości o sukcesie mojej opery! Myślałem (sądząc po tym, co sam czułem), że nie będzie się mógł papa doczekać otwarcia pakietu, by w gorączkowej niecierpliwości zobaczyć dzieło swego syna, które nie tylko w Wiedniu nie padło, ale spotkało się z tak wielkim sukcesem, że o niczym innym się tutaj nie mówi, a cały teatr aż pęka. Wczoraj grano operę po raz czwarty, w środę będą grać znowu. Ale zapewne papa nie będzie miał czasu...
Czy rzeczywiście cały świat mówi, że z powodu moich fanfaronad i krytycznych uwag narobiłem sobie wrogów wśród profesorów muzyki i innych osób? Jaki cały świat? Czy nie chodzi tu przypadkiem o świat Salzburga? Bo tutaj ludzie myślą dokładnie na odwrót... i nie mam nic więcej do dodania.
Konstancja Weber, narzeczona Mozarta.
Tymczasem musiał już papa otrzymać mój list... i nie wątpię, że w najbliższej poczcie dostanę zgodę na małżeństwo. Bo przecież nie może mieć papa nic przeciw niemu. I prawdę mówiąc nie miał papa dotąd zastrzeżeń - dowodzą tego listy.
To naprawdę uczciwa i dzielna dziewczyna, od dobrych rodziców. Jestem w takiej sytuacji, że mogę zarobić na chleb... Kochamy się... i chcemy się pobrać. Tak więc wszystko, co ponadto mi papa napisał i mógłby jeszcze napisać, będzie już tylko należało do rodzaju tak zwanych „prostych i dobrych rad!”, które nawet jeśli najlepsze, nie mogą już być a propos dla kogoś, kto zaangażował się z dziewczyną tak bardzo. Niczego już zmienić nie można... Lepiej więc sprawę uregulować ostatecznie i postąpić jak człowiek uczciwy. A Bóg to wynagrodzi. Bo nie chciałbym mieć sobie niczego do zarzucenia.
Adieu, 1000 razy całuję ręce papy i pozostaję na zawsze
posłusznym synem
W. A. Mozart 
PS. Serdeczne pozdrowienia dla kochanej siostry.
Wolfgang Amadeusz Mozart, Listy, wybór, przekład, komentarze, kalendarium, indeksy Ireneusz Dembowski, Wydawnictwo Naukowe PWN 1991, s. 418.

środa, 30 lipca 2014

Odcinek 1125: Zygmunt Krasiński, 1851 rok

List Zygmunta Krasińskiego do Aleksandry Potockiej

Baden, 30 lipca 1851 roku
Łaskawa Pani!

Według Pani rozkazu, będąc zawczoraj w Frankfurcie, wydarłem z kupieckich wnętrzności Breuila tajemnicę cygaretek. Bronił się jak Sfinks Edypowi, ale wreście, gdym mu przytknął do gardła miecz groźby, że nigdy już nie przestąpię progu jego sklepu, jeśli mi zaraz nie rozwiąże zagadki – jęknął i wyjąknął, że komisjoner, który te mu przedziwne cygaretki wyprawia z Paryża, zwie się Mr. Prosper d’Orbelin, 15 et 17 rue de l’Echiquier. Zatem tam Pani się udaj Breuila imieniem, a zaraz ich dostaniesz.
Ja spełniwszy rozkaz polecam się Pani pamięci i życzę z serca szczęśliwszych niż moje morskich kąpieli.
Zyg. Kr.
 
Cygarniczka damska, emalia, mosiądz i kość słoniowa, XIX wiek.
NB. Co do Dra, który długo przesiadywał w Meksyku, a teraz z Panią jest, muszę Panią ostrzec, że całkiem podobny do dyrektora jezuickiego, choć do jezuitów nie należy, tylko do czerwonych raczej, ale używa tych samych sposobów i sposobików, by dójść do celu.
Jeśli się mylę, to Pani to rozpoznasz łatwo, jeśli zaś nie, to ta przestroga może Pani uwagę zwróci i przyda się na coś. 
Zygmunt Krasiński, Listy do różnych adresatów, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1991 s. 612.

wtorek, 29 lipca 2014

Odcinek 1124: Johann Wolfgang Goethe, 1787 rok

Z dziennika Johanna Wolfganga Goethego 

W niedzielę, 29 lipca 1787 roku
Meduza Rondanini.
Byłem z Angeliką w pałacu Rondanini. Pamiętacie zapewne z moich pierwszych rzymskich listów Meduzę, która zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie. Teraz na samą myśl, że takie dzieło w ogóle istnieje, że w ogóle można było je stworzyć, staję się człowiekiem w dwójnasób. Jakże chciałbym wam coś o tym opowiedzieć, ale mówienie o takim dziele jest rzucaniem słów na wiatr. Dzieła sztuki są po to, by je oglądać, a nie, by o nich mówić, chyba że ma się je przed oczami. Wstydzę się teraz tej paplaniny o sztuce, w której niegdyś brałem udział. Jeśli uda mi się dostać dobry odlew gipsowy Meduzy, to go ze sobą przywiozę, ale musiałby być nowy. Jest tu kilka odlewów na sprzedaż, mnie jednak się nie podobają. Nie tylko nie dają nam pojęcia o tym dziele, lecz wręcz zniekształcają jego ideę. Wspaniały i niepowtarzalny jest krój ust.
Johann Wolfgang Goethe, Podróż włoska, tłum. Henryk Krzeczkowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 329.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Odcinek 1123: Zbigniew Herbert, 1964 rok

List Zbigniewa Herberta do Czesława Miłosza

[Rzym, 28 lipca 1964 roku] 
Rzym, 1965 r., fot. Jan Sluljter.
Kochany Czesławie,
bardzo dziękuję za list Twój. Przyszedł w momencie gdy zrywałem się do odlotu. Jestem oto w Rzymie, mój adres ZH Roma Eur viale dell'Umanesimo 307/5. Będę siedział tutaj jakiś miesiąc. W ciągu tego czasu chciałbym pojechać na Sycylię, potem jeśli się uda do Grecji i z powrotem około 30 września do Paryża.
Smażę się w nieludzkim upale, przeklinam muzea, łuki tryumfalne i katakumby, ale wiem że gdy wrócę do Warszawy do mojego Muranowa, gdzie są tylko budki z porterem i smutek, będę oglądał kartki, sprawdzał plany i to będzie moja druga szczęśliwa podróż (ucieczka).
Za żadne skarby świata nie chcę udawać Parandowskiego. Ale nie mogę zdobyć się na Obustronne porachunki (wspaniały szkic wpadł mi w serce jak kamień).
Zbigniew Herbert.
Nie wiem co zrobić z tym bagażem który tu gromadzę. Będę za to chyba musiał płacić drogie cło. Ale nie ma wyjścia. W Polsce są tylko dwie partie: Zawodowych Opluwaczy Zachodu i Nieszczęśliwych Kochanków tegoż. Znalezienie jakiegoś własnego punktu widzenia i próba wyeksplikowania jest równie niemożliwe jak dla pracownika radia „Wolna Europa" uwikłanie. Naród słucha, kupuje wiersze ale chce aby nie burzyć jego mitów. Śni o Zachodzie, którego nie rozumie. Na szczęście. Niech śpi.
Piję białe wino Czesławie. Tak że za chwilę zjawisz się i będę mógł się wyżalić. Bardzo mi Ciebie brak.
Nie zapominaj o Kici
Jance ręce całuję
Chłopaków ściskam 
Ciebie w oba policzki całuję
Twój do śmierci

Zbigniew

PS. Na Trastevere trwa wieczny festyn. Rozkrojone kawony po 20 lirów. Bardzo śmieszne kazania w kościołach ustrojonych bibułkami. Świeczki Feretrony. W kościele S. Grisogono Błogosławiona Taigi z wosku jak żywa. Włosi to chyba jedyny naród który uprawia sztukę w sposób naturalny.
Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Korespondencja, Fundacja Zeszytów Literackich 2006, s. 45-46.

niedziela, 27 lipca 2014

Odcinek 1122: Wacław Kubacki, 1958 rok

Z dziennika Wacława Kubackiego

Paryż, 27 VII 58
Marek Hłasko.
Siedziałem wieczorem na tarasie kawiarni „Deux Magots”. Do sąsiedniego stolika zbliżył się przystojny młodzieniec w towarzystwie dwu ładnych dziewcząt. Miał rozpiętą na opalonym torsie i wyrzuconą na popielate spodnie jedwabną koszulę złotobrązowego koloru. Zanim zajął miejsce, zdążył po drodze zamówić whisky — posługując się jednym słowem angielskim, dwoma francuskimi i paru zabawnymi gestami. Potem usiadł i zaczął rozmawiać po polsku ze swymi towarzyszkami.
To był Marek Hłasko. Zobaczyłem go wtedy pierwszy raz. Nie wiem czemu uważał mnie za swego starego znajomego. Od razu zaczął się zwierzać. Biadał nad sobą i nad swym losem.
— Ja tu nie mogę żyć. Wrócę do kraju. Niech minie wsadzą do kicia. Powłóczę się trochę po świecie i wrócę. Przecież ja tutaj nic nie napiszę. Zmarnuję się zupełnie. To już lepiej zgnić w mamrze.
 Na tarasie Deux Magots, fot. Edouard Boubat, 1953 rok.
Wacław Kubacki, Dziennik (1944-1958), Czytelnik 1971, s. 426-427.

sobota, 26 lipca 2014

Odcinek 1121: Victor Klemperer, 1942 rok

Z dziennika Victora Klemperera

26 lipca 1942 roku, niedziela rano
Victor Klemperer.
Wobec wszystkich tych zdarzeń i scen trzymam na wodzy mój altruizm, próbując pozostać zimnym jak lód, nikczemnie zimnym. Cały mój wysiłek skierowany jest na to, żeby uniknąć dreszczu śmiertelnego lęku. Wciąż się boję, że przyjdą także po mnie. Teraz już nie chodzi o to, co się ma - każdego mogą zamordować. Bo proszę, Joachimsthal: mieszane małżeństwo, majątku nie posiadał, kombatant, robotnik w zakładach zbrojeniowych, umieszczony na liście najbliższego (odchodzącego w poniedziałek) transportu (czemu?) - a tymczasem go zabili. (Czemu?) Jeśli mnie zabiją, zaoszczędzą jedną urzędniczą emeryturę. - Ilekroć idę do skrzynki na listy, prześladuje mnie myśl, że mogę w niej znaleźć wezwanie na gestapo. - Wczoraj wieczorem, gdy się pożegnałem z panią Idą Kreidl przy drzwiach na korytarzu, słyszałem jak mruczała sama do siebie: „Ernsta, profesora, brata pani Voß... Oni wszystkich mordują”. Powiedziała: „profesora”. Miała na myśli „doktora” (Friedheima). Zawsze o nas mówiła: „doktor”, „profesor”. Pomyliły jej się tytuły. Zwykła sprawa, a jednak przeszedł mnie okropny dreszcz. - Jakże bardzo chciałbym pożyć jeszcze parę lat. Przeraża mnie śmierć, na którą musiałbym czekać całymi dniami, będąc pewnym, że czekam na śmierć, którą poprzedzałyby być może tortury, która byłaby gaśnięciem w absolutnej samotności. Próbuję się przed tym ratować, uciekając w pracę, w notatki, w lektury. - Jestem nie tylko zimny przy wszystkich tych okropnościach. Towarzyszy temu również pewien rodzaj przyjemności połączonej z ciekawością i satysfakcją: „Więc i o tym możesz osobiście zaświadczyć, także i to przeżywasz, kolejne doświadczenie wzbogacające Curriculum albo LTI!” A później nachodzi mnie myśl, że jednak jestem dzielny, skoro mam odwagę to wszystko notować. I oczywiście gdzieś w tle, głęboko, tkwi także przeświadczenie: Już tyle razy mi się udało - dlaczego i teraz nie miałoby mi się poszczęścić? Niemniej jednak długie chwile panicznego strachu stają się coraz częstsze.
Niemieccy Żydzi przed deportacją, Wiesbaden, sierpień 1942 roku.
Victor Klemperer, Dziennik 1933-1945. Wybór dla młodych czytelników, tłum. Anna i Antoni Klubowie, Universitas 1999.

piątek, 25 lipca 2014

Odcinek 1120: Stanisław Przybyszewski, 1899 rok

List Stanisława Przybyszewskiego do Jadwigi Kasprowiczowej

[Zakopane, 25 lipca 1899 roku]
Stanisław Przybyszewski.
Złota, przejasna, słodka Jadzia moja, No i cóż ci pisać? To że od tygodni nic nie jem, nic nie śpię, że pracować nie mogę, w ciągłej, a strasznej obawie, że się coś złego z Tobą stanie?
O jasna, słodka, o przeczysta moja, gdybyś ty wreszcie zrozumieć chciała, jak ja Cię kocham. Jadzin nie strasz mnie już więcej, bo nie wiesz, jak to strasznie, jak piekielnie mnie to boli. [...]
Nie mogę wiele pracować, bom strasznie o Ciebie zrozpaczony, przejąłem Twój list, pisany do Stasinka [Sierosławskiego] - jakie straszne przerażające rzeczy z niego wyczytałem! Pamiętaj tylko o tem, że w chwili, w której sobie życie odbierzesz, ja ani sekundy dłużej nie pożyję. Przysięgam Ci to.
W Zakopanem mam odczyt pierwszy pojutrze o Szopenie, drugi o Janie [Kasprowiczu] 5 sierpnia, tak długo pozostanę tam. I nie lękaj się o mnie. Mieszkam sam dla siebie. Starczy Ci to? 6 lub 7 sierpnia jestem w Krakowie. Biorę Stasinka do Zakopanego, żeby mieć ustawicznie od Ciebie wiadomości i pisać do Ciebie. Czy wierzysz mi teraz, że Cię kocham, że Cię ubóstwiam, że jesteś moją Przenajświętszą, Przenajdroższą, jedyną? O słodka moja, o Pani moja, o cudu mój najświętszy,
Twój, Twój, Twój -
http://cyfrowa.chbp.chelm.pl/dlibra/doccontent?id=9712&from=FBC

czwartek, 24 lipca 2014

Odcinek 1119: Magdalena Samozwaniec, 1967 rok

List Magdaleny Samozwaniec do Stefanii Darowskiej

Warszawa, 24 lipca 1967 roku
Magdalena Samozwaniec.
Najmilsza Steniu!
Doprawdy że jesteś wspaniała! Twoja poczta była genialna! (jak już nie mówi w tym sezonie młodzież. Ale mnie się trudno odzwyczaić). Skąd wiedziałaś, że mi właśnie było potrzeba takiej białej bluzeczki?!, że tak w sam raz utrafiłaś moją miarę. Perfumik z pstryczkiem też jakiś bardzo niezwykły. Sama siebie dziś na porannym pokazie filmowym wdychiwałam z rozkoszą. Przegryzając ptasim mleczkiem. To była naprawdę wspaniała niespodzianka, bo o moich imieninach w samo święto narodowe mało kto pamięta... Żebym ja tak była choć trochę „fajna dla rodziny jak ty, to bym Ci też coś ładnego przysłała na imieniny. Postaram się do Ciebie upodobnić.
Zygmuś na Magdalenę wziął mnie na kamping na Mazury. Byliśmy nad różnymi jeziorami, aż za Ostródę, gdzie zdaje się Boguś będzie na ćwiczeniach wojskowych. Powiedz mu na pociechę, że tam jest uroczo i mnóstwo ładnych dziewczynek z długimi nogami, a za to w krótkich spódniczkach. Chłopcy też schludni i urodziwi. Ach, wszyscy tam tacy młodzi... A chłopaki idąc z ukochaną, trzymają ją za pupkę (zdaje się, że to ostatni krzyk mody młodzieżowej). Gdy sobie uprzytomniałam, ile będzie uroczych dzieci z tych czułych parek, to mi się zimno zrobiło!
Spaliśmy w namiocie na dmuchanych materacach z Kubą i Niusią, która rozumiejąc swoją rolę i z pogardą, właściwą pracownikom służby zdrowia, znosiła ponure nastroje Zygmusia, który - jak zwykle - nic nie załatwił! Teraz Zygmuś jedzie z całą kompanią nad jeziora augustowskie w pierwszych dniach sierpnia, a ja popracować i grać w karty do Obór. [...]
Moja Złota, więc jeszcze raz dziękuję za wszystkie prezenciki i Waszej sympatycznej kompanii dziękuję za życzenia. Całuję całą gębą!
Wasza Madzia


Magdalena Samozwaniec, Moich listów nie pal! Listy do rodziny i przyjaciół, oprac. Rafał Podraza, WAB 2014, s. 121.

środa, 23 lipca 2014

Odcinek 1118: Stefan Kisielewski, 1971 rok

Z dziennika Stefana Kisielewskiego

23 lipca 1971 roku
Filmowa adaptacja Trędowatej.
Że Polska jest domem wariatów, to łatwo skonstatować po ostatniej historii z „TrędowatąMniszkówny. Wiele lat utwór ten był synonimem szmiry, ledwo o nim wspominano i to jak najgorzej, drukować go oczywiście nie było wolno, żeby nie deprawować smaku „mas”. A tu nagle coś się odkręciło: najpierw Kwiatkowska czytała „Trędowatą w radio jako parodię, potem czytano ją znowu, już całkiem poważnie, teraz parę pism ją drukuje, wystawia też jej przeróbkę kilka teatrów, do tego ukazują się różne przemądrzałe dysertacje na jej temat, między innymi dość dziwaczna Aleksandra Małachowskiego. „Trędowata, stała się symbolem gierkowskiej „odwilży czy co, u licha?! I jakie te ufne masy nowych odbiorców mają nie zwariować, jeśli częstuje się je takimi łamańcami?! Zaiste, ta strona świata zwariowała i zaskorupiła się w swym obłędzie, a ta druga strona ani jej już nie pojmie ani się nią zainteresuje. No bo i jak zrozumieć podobne dziwolągi?
Przekrój z 25 lipca 1971 roku.
Wczoraj był znów Eile z „Kamyczkiem” [Janina Ipohorska], palili masę, on był agresywny, wyśmiewał się z mojego patriotyzmu i „katolicyzmu. Ma żal, ma za złe, chce to jakoś sobie uzasadnić, u podstaw wszystkiego tkwi chyba sprawa żydowska — Polska przez bezmyślny antysemityzm (bo bywa i antysemityzm „myślący) zraża sobie nieraz najzdolniejszych ludzi. No, ale cóż ja mu poradzę — sam się niepotrzebnie zakałapućkał zbyt daleko, w końcu redagować w komunizmie masowe pismo o półmilionowym nakładzie to znaczy przygotować się na to, że się w końcu będzie skopanym i oplutym. I tak w rezultacie mało dostał — jak na garbatego... Sam nie wiem, czy większe są jego zasługi, iż wyrobił w nowych Polakach zachodnie, niesowieckie gusta, czy też jego przestępstwa, że w zachodnim opakowaniu podawał komunistyczną propagandę. Trudny dylemat, ale jego, nie mój. Więc dlaczego mnie męczy, zadymiając pokój do dwunastej w nocy?! No, ale w końcu nie mogę być takim egoistą — to bądź co bądź stary znajomy, a może nawet przyjaciel... [...]

Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry 1997, s. 603. 

wtorek, 22 lipca 2014

Odcinek 1117: Samuel Pepys, 1661 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

22 lipca 1661 roku
Wstałem o trzeciej i o czwartej wyruszyłem konno do Londynu. Było tak zimno, że nie mając pończoch, tylko onucze w butach, musiałem po drodze kupić parę wełnianych pończoch. Popasałem w Hatfield, gdzie przechadzałem się samotnie po winnicy, która teraz jest bardzo pięknie prowadzona; wracając spotkałem pana Lookera, ogrodnika tych dóbr, i pokazał mi dom, kaplicę z tęgimi malowidłami, a nade wszystko ogród taki, jakiegom w życiu nie widział; ani tak wdzięcznych kwiatów, ani tak wielkiego agrestu. Za czym znowu na koń i na łeb na szyję do Londynu.
Hall w Hatfield House, 1840 rok.
Dziennik Samuela Pepysa, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 171

poniedziałek, 21 lipca 2014

Odcinek 1116: Stanisław Ossowski, 1923 rok

List Stanisława Ossowskiego do narzeczonej, Marii Niedzwieckiej

21 lipca 1923 roku

Portret konny podporucznika Söehnela,
mal. Wojciech Kossak, 1923 rok.
Piszę na dyżurze nocnym w stajni. Dochodzi pierwsza; dyżur trwać będzie jeszcze pięć godzin z górą, ale to nie jest przykre, bo od czwartej rano mam zupełną samotność wśród koni, oczekując jedynie wizyty oficera inspekcyjnego. Czuję się bardzo dobrze. Wczoraj spotkały mnie dwa pomyślne zdarzenia: 1) zostałem przydzielony do oddziału, który pojedzie na manewry, 2) pozbyłem się dzikiej kasztanki, przy której człowiek był życia niepewny. Tę kasztankę, znaną w całym pułku, zostawił odjeżdżający szwadron, bo nikt na niej nie mógł jeździć. Dostałem ją dzięki mimowolnej przysłudze kol. Purmana, bo ten w prostocie ducha wybrał sobie ową kasztankę, jemu zaś, jako nieznającemu praktyki, odebrano to szlachetne zwierzę, aby nim mnie obdarzyć. Kasztanka obok innych zalet odznacza się gorącą nienawiścią do siodła. Gdym jej wczoraj dosiadał na ćwiczeniach, czterech ludzi nie mogło jej utrzymać pomimo bicia, wykręcania nozdrzy itd. Wreszcie przetrąciła wachmistrzowi nogę, a na placu dała takie przedstawienie, że porucznik zdecydował zaniechać dalszych prób. Dostanę tedy innego konia, z czego się bardzo cieszę, już nie ze względu na ciągłe niebezpieczeństwo, ale ze względu na konieczność ciągłego natężania uwagi, co było bardzo męczące. Fizycznie czuję się doskonale. Nawet brak snu już mi nie bardzo dokucza. Purman jest dobrym towarzyszem, nie skarży się i jak na rekruta wypełnia wszystko bardzo dobrze, tylko czasem, nie wie z czym się nie należy wyrywać. (Przerwałem pisanie, bo jeden z koni zaczął wariować i trzeba go było wprowadzić na miejsce). [...]
Ptaki nad stajnią zaczynają się budzić. Marychna, pamiętasz park Wersalski w nocy? I tę łąkę szeroką przy alei? Rok temu byłem w Rouen, dopiero w Rouen.
Oczy Twoje całuję
Stanisław 
Intymny portret uczonych: korespondencja Marii i Stanisława Ossowskich, wybór i oprac. Elżbieta Neyman, Wydawnictwo Sic! 2002, s. 209-210.