poniedziałek, 30 czerwca 2014

Odcinek 1095: Jan Lechoń, 1951 rok

Z dziennika Jana Lechonia

30 czerwca 1951 roku
1. Jest wieczór w Locust Valley. Wiedziałem, jadąc tutaj, jak bardzo jestem zmęczony, ale rozkleiwszy się w tej ciszy – poczułem dopiero, że mam głowę po prostu stratowaną, jakby mnie tabun koni przejechał. Przerzucałem jakieś książki i marzyłem, aby ta cisza trwała jak najdłużej, aby nic nie czynić, onic nie zabiegać i nic nie gadać.

2. Wczoraj i dzisiaj noce pełne snów. Olbrzymie wiewióry – jak z obrazu Hieronymusa Boscha, wcale nie łagodne, tylko potworne. Zrzuciłem takie dwa zwierzaki w pasji z okna, przyprawiając je o śmierć. Potem jakiś Murzyn złośliwy, chcący mi dokuczyć. I „najdroższa osoba”, i pełno kłopotów i westchnień przez gardło nawet we śnie zdławione płaczem.
Hieronim Bosch, Kuszenie św. Antoniego (fragment).
3. Po drodze do Cecylii lasek młodych brzózek, tak wątłych jak łodygi kwiatów i skłaniających się jak kwiaty; cóż to za cudo ten biały kolor wśród świeżej jeszcze zieleni. Cóż to za poezja raźna, rzeźwa i tak polska, jakby nigdzie indziej tych brzóz nie było.
4. Wczoraj na Broadwayu człowiek wielkiego wzrostu z główką potwornie miniaturową, jakby odciętą znad innego tułowia i prawie bez podbródka. Coś bardzo żywo mówił do swego towarzysza, prawie karzełka. Ciekaw jestem co? I czy to możliwe, żeby to nie był zupełny idiota. [...]
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 171–172. 

niedziela, 29 czerwca 2014

Odcinek 1094: Wacław Kubacki, 1954 rok

Z dziennika Wacława Kubackiego

Kraków, 29 VI 54

Moralność pani Dulskiej, Teatr Nowy, 1950 r.
Urszula Hałacińska (Hanka), Władysław Sheybal (Zbyszko).
Przed paru dniami egzaminowałem studentkę.
— Czy pani zna „Moralność pani Dulskiej"?
—  Widziałam w teatrze.
—  Jaki jest główny problem tej sztuki?
—  Wyzysk społeczny niższych warstw narodu przez obłudne i świętoszkowate mieszczaństwo,   będące w stanie kompletnego rozkładu moralnego w specyficznych  warunkach  galicyjskich  w  dobie  imperializmu.
—  Co robi konkretnie  Zbyszko w komedii  Zapolskiej?
Dziewczyna spojrzała na mnie i szybko spuściła oczy. Znowu spojrzała i uśmiechnęła się:
—  Używa sobie!
Wacław Kubacki, Dziennik (1944-1958), Czytelnik 1971, s. 257.

sobota, 28 czerwca 2014

Odcinek 1093: Maria Dąbrowska, 1948 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

28 czerwca 1948 roku
U Tuszkiewiczowej było towarzystwo prawie wyłącznie uniwersyteckie i wyłącznie przyrodniczo-lekarskie. [...]
Siedziałam przy Kulczyńskim, który jest bardzo nudny i mówi o wszystkim terminami artykułów wstępnych z „Życia Warszawy”. Był dopiero co w Czechach i opowiadał, że ich obecna bieda żywnościowa wynika stąd, że... nie mają dotąd takiego rządu jak my. „No, dobrze – mówię – ale przecież Czesi przed wojną też nie mieli rządu takiego jak my, a byli narodem i demokratycznym i świetnie prosperującym, zagospodarowanym, kulturalnym i bogatym. Myślę, że i chłop i robotnik czeski mieli się doskonale”. „To tylko
pozory – odpowiedział – ale panował tam właśnie najklasyczniejszy ustrój burżuazyjny wyzyskujący robotników”. Czy może istnieć bardziej banalna i zdawkowa odpowiedź? Potem opowiadał o transakcji, jakiej tam dokonał. Żona kazała mu kupić żarówek (co za nielojalność u tej nabożnisi regime’u – powinna była powiedzieć mężowi: „Gdyby ci czasem proponowano żarówki – odpowiedz: W Polsce jest zatrzęsienie żarówek”). Kulczyński jednak zapomniawszy, że „u nas wsio jest’” – wziął ze sobą półtora kilo wędzonej słoniny i „nie mając (jak się wyraził) zdolności handlowych” – wywiesił słoninę w oknie. Na to jedna z pań wtrąciła: „To pan ma świetne zdolności handlowe”. „Nazajutrz – opowiada Kulcz[yński] – miałem u siebie delegację, która przyszła zapytać, czy nie sprzedałbym tej słoniny”. „Sprzedać – mówię – nie. Ale wymieniłbym ją na żarówki. (niby to nie to samo) Czesi pytają, ile chcę tych żarówek? Powiedziałem: „No, dziesięć”. Natychmiast mi je przynieśli i słoninę zabrali. Potem dowiedziałem się, że słonina kosztuje tam 300 koron czeskich, czyli 900 złp. I że za te pieniądze mogłem mieć 20 żarówek”. [...]
Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich 2009.

piątek, 27 czerwca 2014

Odcinek 1092: Aleksander Puszkin,1834 rok

List Aleksandra Puszkina do żony, Natalii

27 czerwca  1834 roku 
Natalia Puszkina.
Wasza wielmożność zawsze raczy obszczekiwać mnie po próżnicy (Niedorostek)
Zlituj się, za co mi w samej rzeczy wymyślasz? Że przepuściłem jedną, pocztę? Przecież poczta idzie od Was codziennie, można pisać ile się chce i kiedy się chce; to nie Kaługa, skąd listy przychodzą co dziesięć dni. Przedostatni Twój list był tak miły, że ucałowałbym Cię, a ten tak niedorzeczny, że wytargałbym Cię za ucho. Będę opowiadał kolejno.
Kiedy prezentowałem się Wielkiej Księżnej, dyżur miała nie hrabianka Sołłohub, lecz moja przyszywana kuzynka Czyczerina, za którą nie przepadam, a gdyby nawet wartę trzymała Sołłohub, to jeśli się już w kimś podkochiwać... ech, żoneczko, gdyby nie poczta, nagadałbym Ci głupstw, ile wlezie. Pisałem Ci, że już odwykłem od fraka, a Ty pomawiasz mnie o kłamstwo, jak w petite misere ouverte i dowodzisz, że widziałem tego i owego, z czego ma wynikać, że bywam w wielkim świecie — ale nic z tego nie wynika. To prawda, że znów zacząłem chodzić do Dume i Klubu Angielskiego, ale tym nie ma się co chwalić.
Smirnowa urodziła szczęśliwie i wyobraź sobie, bliźnięta. Zuch baba i ten czerwonooki królik Smirnow! Pierwsze dziecko zrobili takie, że w ogóle nie mogło przeleźć, więc teraz musieli podzielić na dwoje. Dziś mija, zdaje się, dziewiąty dzień — jak słyszę, matka i dzieci cieszą się dobrym zdrowiem.
Piszesz mi, że chcesz wydać Katarzynę Nikołajewnę za Chlustina, zaś Aleksandrę Nikołajewnę za Ubri. Nic z tego nie będzie, obydwaj zakochają się w Tobie, stoisz siostrom na drodze i dlatego trzeba być Twoim mężem, aby zalecać się w Twej obecności do innych, moja Ty piękna. Chlustin cię zwodzi, a Ty mu wierzysz: skąd mu przyszło do głowy, że w sierpniu nie przyjadę? Czyżby się upił boćwiną z cebulą? [...]
Całuję Ciebie i dzieci i błogosławię Was z całego serca. Pewnieś na wsi tak wypiękniała i poprawiła się, że wyobrazić sobie niepodobna. [...]  Addio, vita mia; ti amo.
Aleksander Puszkin, Listy, tłum. Marian Toporowski, Danuta Wawiłow, Państwowy Instytut Wydawniczy 1976, s. 446-447.

czwartek, 26 czerwca 2014

Odcinek 1091: Bruce Chatwin, 1986 rok

List Bruce’a Chatwina do Ninette Dutton

Homer End / Ipsden / Oksford / 26 czerwca 1986
Penelope Betjeman.
Najdroższa Nin,
przepraszam za bezterminową zwłokę w pisaniu. Rzecz w tym, że za wszelką cenę chciałem ukończyć pierwszą wersję, a pod koniec dnia obrzydzenie do słów - nawet słów kierowanych do najdroższej osoby! - staje się wręcz dławiące. Do tego haniebne komplikacje z naszą pocztą - o czym pewnie Ci wspominałem: [listy] z trzech czy czterech miesięcy rozrzucono gdzieś zapewne po ulicach Katmandu.
Nowina - już nie taka nowa: nasza najlepsza w świecie przyjaciółka Penelope Betjeman zsiadła z konia, prowadząc wycieczkę w zachodnich Himalajach, żeby odpocząć na trawiastym wzgórku porośniętym fiołkami i poziomkami, zaczęła śmiać się w głos ze swojego konia, którego tybetański chłopak usiłował wyprowadzić na ścieżkę, po czym nagle, gdy [chłopak] na nią spojrzał, w mgnieniu oka skuliła się jak dziecko układające się do snu. Może pół sekundy i było po wszystkim. Szykowałem się właśnie do swojej wycieczki. Konie były już osiodłane, prowianty zniesione, gdy kupiłem „The Times of India" i znalazłem [tekst, w którym] doskonale piękny trzeci przywódca opisuje śmierć córki założyciela współczesnej armii indyjskiej, lorda Chetwode'a. Tekst nosił tytuł Podróż do początku. [Penelope Betjeman] była tam z matką w roku 1933 i żadnego innego miejsca nie uważała za dom. Jej prochy, zgodnie z hinduskim obyczajem, zostały połowicznie zachowane w garnuszku, toteż dziesięć dni później stanąłem wraz z jej przyjacielem Krantim Singhiem na skale w nurcie rzeki Bjas, jej najbardziej ulubionej rzeki na świecie, i wysypałem ją do wody. Prochy, muszę dodać, nie odpowiadały zachodniemu wyobrażeniu o prochach. Były w nich okruchy czaszki i bukieciki pączkujących gałązek dębu szypułkowego z ogrodu dawnego Rezydenta [Korony], narcyzy „bażancie oko" i liliowate tulipany Klucjusza. W każdym razie wszystko to wpadło w wartką, spienioną, białą jak śnieg wodę, a my wydaliśmy Penelopiczny okrzyk „ha! ha!" - i było po wszystkim!
Bruce Chatwin.
Po opuszczeniu Kulu poleciałem samolotem do Delhi z niejasnym pomysłem, że skoro mam się za tydzień stawić na weselu szwagierki, to mogę zrobić sobie przystanek w Japonii. Co też się stało i było, niestety, okropne. Taki młyn i taki trujący ścisk, że nawdychawszy się ostatnio ożywczych powiewów z Chin, deklaruję się oto sinofilem i japonofobem (jeśli tak się mówi!). Nie przeczę, przydarzyło mi się tam parę cudownych rzeczy, ale 96 $ za przejazd na lotnisko, bez żadnego tańszego transportu, napełniło niżej podpisanego drania czystą zgrozą.
A potem USA, gdzie, jak się zaraz dowiesz, prawdziwie miłą niespodzianką było spotkanie Tisi [Dutton] - właściwie jedyną miłą! Co za dom wariatów! Kompletnie zbiła mnie z tropu znajoma [Beatrice von Rezzori], której trzy lata temu w chwili skrajnej słabości obiecałem napisać tekst o wieży w Toskanii, gdzie czasami jeżdżę pisać. Oczywiście zaczęła się go domagać dla „House and Garden", żeby potem wynajmować [moją wieżę] bogaczom. Zostawiła mnie z puszką piwa w garści i ultimatum dostarczenia tekstu do końca tygodnia; więc całe dnie i sporą część nocy pochłonęło mi pisanie tego przeklętego kawałka, który - ponieważ tak go przeklinałem - był niewspółmiernie trudny do napisania. [...]
Elizabeth przesyła najczulsze pozdrowienia, i ja też, B. Kiedy skok do Ameryki? [...]

Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012, s. 490-492.

środa, 25 czerwca 2014

Odcinek 1090: Aleksy Suworin, 1893 rok

Z dziennika Aleksego Suworina

25 czerwca 1893 roku

[...] ...Niemka zaceruje każdą dziurkę, Angielka nie zwróci na nią uwagi, ale ani bielizny, ani sukienki z najmniejszą plamką nie włoży.

...Mefisto — to kusiciel, diabeł itd. Niekiedy aż się prosi, żeby zamiast czułych słów używać wyzwisk, bo trudno inaczej dać pełny upust zadowoleniu. Dziwna cecha rosyjska. Czy tylko rosyjska? Podróżnicy cudzoziemscy piszą, że na dawnej Rusi mówiło się: „Co to za mąż, jeśli żony nie bije? Bije, bo kocha". U natur pierwotnych, gruboskórnych nawet uczucie wyrażać się może w chamski sposób.

...Jak głupio się człowiek czuje w samotności! Zupełnie nie mogę się do niej przyzwyczaić i w samotności nawet pracować nie potrafię. Wciąż muszę czuć koło .siebie ludzi, jak aktor.

...Kobietę utrzymywać trzeba na określonym poziomie moralnym; w przeciwnym wypadku z natury zdolna jest do rychłego upadku i chwytania się diabli wiedzą jakich sposobów. Wpływanie na kobietę przez pobłażanie jej instynktom do niczego nie prowadzi: wdraża się w to szybko, a potem taką sztukę pokaże, że proszę siadać! Najpierw przyjmuje to z oburzeniem, potem ze zdziwieniem, potem zaczyna się śmiać i dobrze sobie wszystko karbuje w pamięci, a potem całkiem niepostrzeżenie samego cię wywiedzie w pole.
Aleksy Suworin, Dziennik, tłum. i oprac. Jerzy Pański, Czytelnik 1975, s.110-111.

wtorek, 24 czerwca 2014

Odcinek 1089: Sławomir Mrożek, 1966 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

24 czerwca 1966 roku
Przedwczoraj wróciłem z Londynu ogromnie zadowolony, że tam byłem przez
Sławomir Mrożek, fot. Jerry Bauer. 
miesiąc. Pewnie zmieniłem się jakoś, może dlatego nie jestem w stanie czytać już Brzozowskiego. Nie że go nie szanuję. Ale może on mi teraz jakby niepotrzebny, a jego nauczycielski ton z trudem znoszę, o tyle tylko grzecznie, że w Anglii nauczyłem się być grzeczny. Owszem, co o polskości pisze, tak, ale nagle mi to zmalało, jakbym spojrzał z dalsza, mniej mnie to teraz wszystko obchodzi, chociaż prawda. I inne rzeczy także pewnie prawda.
Właściwie jestem już poza Chiavari, chociaż nie wiem, jak długo tu jeszcze trzeba mieszkać. Jestem tak samo poza Chiavari, jak kiedyś byłem już poza Polską, chociaż w niej mieszkałem.

O tyle stałem się większy, o ile większy świat mi się ukazał. Nie jestem w stanie zamieszkać w łupinie orzecha i czuć się panem nieskończonych przestrzeni.

Coś mnie odstręcza od pisania tego wszystkiego. Ostrzeżenie, że nie o to chodzi, żeby napisać, nazwać, zobaczyć napisane i już tego nie mieć. Jeżeli więc należy prowadzić coś takiego jak ten dziennik, to albo – znowu powtarzam – zapisywać, co było na obiad, albo też próbować przygotowywać pracę konkretną. W każdym razie także i na to znaleźć nową formułę.

Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 376–377.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Odcinek 1088: Karol Libelt, 1856 rok

List Karola Libelta do księdza Jana Zienkiewicza

Czeszewo 23 VI 1856 roku
Karol Libelt.
Najszanowniejszy Księże Prałacie Dobrodzieju!
a osobliwy mój Przyjacielu!
Trudno pominąć dzień jutrzejszy, aby tak dostojnemu a mnie wielce miłemu Solenizantowi, choć nie osobiście, to listownie nie powinszować. Czynię to więc niniejszym z całego serca i całej życzliwości. A że własna Muza silet, choć nie inter arma, to inter negotia — a są tego roku admodum amara — popiszę się obcą i na uczczenie tak Szanownych Imienin przytoczę wierszyk, który mi w tych dniach przysłano.
Pewien Pan, chcąc po śnie użyć przyjemnego chłodu,
Wszedł do ogrodu
I gdy zmysł jego rozkoszą się poił,
Tak sobie roił:
Jak mnie też bawi ta tłuszcza tak liczna,
Co ją to martwi każda zmiana polityczna,
Co do mnie, zdania nie zmienię,
Strawność żołądka wolę jak sumienie.
Każdy z rozsądnych mi przyzna,
Że owo bóstwo Ojczyzna
Jest to tylko urojenie.
Bo gdy spoczywam pod tych drzew chłodem,
Gdy mi ta ziemia, jak wprzódy, kłos rodzi,
Co mi do tego, kto tam po niej chodzi
I kto tam rządzi narodem.
Wtem świnia, co w pobliskiej kałuży leżała,
Gdy już wszystko wysłuchała,
Rzekła: — „Jaśnie Panie,
Słowo w słowo moje zdanie!"
Koniec nie bardzo estetyczny, ale darujemy go poecie za sens bajki moralny.
Miłe pozdrowienie wspólnym przyjaciołom i znajomym, a Szanownemu Solenizantowi serdeczne uściśnienie
przywiązany
Karol Libelt
Karol Libelt, Listy, oprac. Zdzisław Grot, Instytut Wydawniczy Pax 1978, s. 297.

niedziela, 22 czerwca 2014

Odcinek 1087: Charles Ogier, 1635 rok

Z dziennika Charles'a Ogiera

Kwidzyn - Grudziądz, 22 czerwca 1635 roku
Zespół zamkowo-katedralny w Kwidzynie.
Z powodu takiego noclegu nietrudno nam było obudzić się o świcie. Ale tym co strząsnęło z nas całe nocne znużenie był przemarsz przed naszymi oknami regimentu piechoty wojewody bełskiego. Wojewodowie bowiem prowadzą ze sobą - czy to w trakcie wojny, czy w czasie pokoju - coś na wzór małych armii. Ponieważ ów bełski utracił niedawno swą małżonkę, przyodział własnym kosztem w czerń dwa tysiące ludzi będących u niego na służbie. Taki obyczaj panuje u wszystkich magnatów w Polsce. Otóż ten czarno odziany regiment maszerował w zwartym szyku. Przed chorążym szli równym krokiem trzej trębacze z doboszem, grając zgodnym taktem, tak że łatwiej było wziąć to za uroczysty orszak weselny niż za przemarsz oddziału. Ci co idą za sztandarem maszerują w bardziej rozwiniętych szeregach, a regiment przypomina z wyglądu klin. Regiment ten defilował przed swym wojewodą na miejsce noclegu.
Udałem się wraz z teologiem na zwiedzanie miasta. Szczególną naszą uwagę zwrócił kościół, niegdyś katedralny, a teraz zajęty przez luteranów. Jest on wielki i strzelisty. Nad dużym ołtarzem zawieszone są potężne organy. Samo miasto podlega władzy elektora brandenburskiego włącznie z pałacem kanoników i biskupim, jemu też podlegają ich dochody. Od zamku biskupa aż do rzeki [Liwy] ciągnie się długi portyk wsparty na wysokich ceglanych łukach, przydatny - jak sądzę - na wypadek wojny, albowiem u jego szczytu znajduje się otwór, przez który można wejść jedynie po sznurze. Wśród ludności krąży podanie, że pewien kanonik tego kościoła miał kochankę. Zganiony w końcu przez swego biskupa i współduchownych za sianie zgorszenia, udał, iż chce to odpokutować i wyraził się mało przyzwoicie, że postanowił nasrać na tę miłość. Jako człek zamożny, wybudował wówczas ten długi portyk wsparty na arkadach, na jego zaś końcu - a ciągnął się on aż do rzeki - wybudował ubikację na podobieństwo kwadratowej wieży o szerokości dwu lub trzech sążni, do której każdego dnia chodził. Płynąca w dole pod wieżą rzeka zwie się [po niemiecku] Liebe - czyli „miłość". Uważał, że skoro złożył przysięgę, aby „nasrać na tę miłość", więc tym sposobem uczynił zadość swemu przyrzeczeniu. A kontaktów ze swą kochanką nie zaprzestał. Myślę, że nie trzeba udawać się aż do wyroczni delfickiej z zapytaniem, czy to aby nie luteranie byli zdolni do wymyślenia tej całej historyjki? [...]
Charles Ogier, Dziennik podróży do Polski 1635-1636, tłum. Zenon Gołaszewski, Gdańsk 2010, s. 49-50.

sobota, 21 czerwca 2014

Odcinek 1086: Henryk Sienkiewicz, 1889 rok

List Henryka Sienkiewicza do szwagierki, Jadwigi Janczewskiej

Piątek [Kraków, 21 czerwca 1889 roku] 
Henryk Sienkiewicz z dziećmi.
Dzidziuś ma i tak dużo do pisania, więc nie wiem, jak mam temu stworzątku dziękować za łaskę, którą dziś odebrałem w formie listu.
Mała ma się normalnie. — Mateczce [żonie Henryka Sienkiewicza] zdawało się, że oddech jest przyspieszony, ale doktor przyszedłszy dziś (piątek) znalazł, że gorączki nie ma wcale (37,2). Po takich operacjach często przychodzą zapalenia płuc — szczęściem, zdaje się, że u małej nie ma ani podobieństwa do tego — bo trzecia doba idzie, a gorączki nie ma śladu. Kupiłem jej dziś kilka porcelanowych zwierzątek, do których się uśmiechała i bawiła się nimi chętnie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, od przyszłej środy za tydzień będziemy mogli wyjechać. Oczywiście poproszę Racz[yńskiego] o powóz.
Dziś mam zamiar nocować przy małej, a mateczkę wyprawić spać na całą noc. Ale czy będzie spała? Doprawdy, że zupełnie a zupełnie podzielam zdanie mateczki, iż ktokolwiek byłby do pomocy, nie miałby nic do roboty. Mateczka jeszcze częściej by wstawała chcąc się przekonać, czy mała śpi; ja dziś próbowałem nocować w hotelu, ale nie spałem nic. Zresztą przy Dzince posługi nie ma żadnej. Spojrzeć, gdy nie śpi, żeby się nie kręciła zbytnio — i czasem coś podać, oto wszystko. Mateczka kładzie się na łóżko i śpi, póki mała śpi. Drzemie się trochę i w dzień — zresztą wszystko redukuje się do tego, żeby być przy niej, od czego żadna pomoc nie odciągnie. Dziś byłem od 10—1. O drugiej, zjadłszy obiad, pójdę i zostanę do kolacji. Przez ten czas mateczka wyjdzie trochę na miasto lub prześpi się.
Dzieci Sienkiewicza: Jadwiga i Henryk Józef.
To żeby przyjeżdżało takie chucherko kochane, taki mizeraczek, takie słabiątko jak Ty, to jest zupełnie szalony projekt, który zasługuje nie tylko na odrzucenie, ale na mocne wyłajanie i na rozgniewanie się, o ile to względem takiego Dzidziątka jest możliwe.
Jakaś Ty dobra, jaka poczciwa, że obiecujesz brać te pastylki. Nie o sam fakt chodzi, bo pewnie, choć dobrze zrobią, obyłoby się bez nich, ale o tę gotowość Twoją do zrobienia wszystkiego, o co proszą. A wyznaję, żem się nie spodziewał. Gdyby chodziło o największe ofiary zdrowia, życia, Bóg wie czego — ani chwili nie wątpiłem, że byłabyś do nich zdolna, ale znając Dzinusiowy lament na widok surowego mięsa, buraków etc., myślałem sobie: pewnie od razu się okrzyknie i trzeba będzie nie wiem jak błagać i nie wiem jak przepraszać za każdy pastylek zaniesiony do tej buzi. — A To takie dobre, że aż rozczulenie ogarnia. — Nie będę czekał z tym powrotem — prześlę pocztą, byłem chwilę znalazł. — [...]

Tymczasem całuję Twoje anielskie ręce, moja, moja Betsy, dobra, miła, kochana.


Henryk ...
Henryk Sienkiewicz, Listy, oprac. Maria Bokszczanin, Państwowy Instytut Wydawniczy 1996, t. II, cz. 2, s.77-79.

piątek, 20 czerwca 2014

Odcinek 1085: Zbigniew Herbert, 1968 rok

List Zbigniewa Herberta do Julii Hartwig i Artura Międzyrzeckiego

[samolot do Nowego Jorku, 20 VI 1968]
Zbigniew Herbert z żoną, Katarzyną, 1972 rok.
Kochani Julio i Arturze,
przepraszam bardzo, że tak długo milczałem, ale w ostatnim okresie miałem sporo niepokojów i zajęć. Ale zawsze, czy piszę, czy nie piszę, myślę o Was czule, wiernie i serdecznie.
Otóż zaczynając od spraw rodzinnych, nie wiem, czy Wam doniosłem — jeśli tego nie zrobiłem, wstydzę się bardzo — że ożeniłem się z Kasią. Dzieduszycką. Świadkami byli siostra Teresa de Dzieduszycka i Jaś Lebenstein, dużo gości i wcale nie bolało. Ceremonia odbyła się [w] Paryżu, po czym wyjechaliśmy przed samą rewolucją do Berlina, gdzie też pewnie będzie rewolucja, a wówczas, jeśli zdążymy, pojedziemy do księstwa Monaco albo do Kazimierza nad Wisłą. Przez najbliższe kilka miesięcy nasz adres jest następujący: Berlin, 38 Beskidenstrasse 8.
W tej chwili znajduję się [w] samolocie w drodze do Nowego Jorku. Na dole coś niebieskiego. Pytałem stewardesę, co to takiego, powiedziała, że: „ołszen" pewnie Atlantycki, ale ja już teraz niczemu nie wierzę, bo Amerykanie to kupcy, a jak poczują rolnika znad Wisły, to chcą go ograbić. Więc sprawdzam co chwilę woreczek na piersiach i parę wianków suszonych grzybów, które w Buffalo są na cenę złota. Tak mówił [nazwisko nieczytelne] Przyboś i Stępień.
Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki.
Oj mili, moi mili. Jadę grosza trochę uciułać. Nowojorska Centrala Poetów organizuje taki cyrk, więc będę łykał ogień, sztangą liryki narodowej nad głową potrząsał, a jak trzeba, to na konia siądę i krwi utoczę. Alić, krew, którą toczyć bym chciał — daleko.
Jak widzicie, staram się być dowcipny. Łyskacza sobie kropnąłem, do Was w mowie praojców zagadałem i jakoś lżej. [narysowane trzy kwiaty] A te kwiaty dla Julii.
W Ameryce zostanę chyba przez lato. Biedna Kasia w Berlinie, chyba że się coś uspokoi, a wtedy pojedzie do siostry do Paryża.
Teraz w telewizji samolotowej („Theatre in the Air") bardzo szybko biegają młodzi ludzie, jeden z nich wpadł do wody, pewnie to śmieszne, ale mnie to nie cieszy, a przeciwnie rozprasza. [...]
Czy byłoby wielką bezczelnością, gdybym prosił Was o numery „Poezji" (od nowego roku, jeśli możliwe), co pozwoliłoby mi się bardziej zintegrować z organem. Będę starał się też więcej pisać, jak tylko trochę zwolni moja karuzela.
A jak tam u Was, słonko na przyzbie czy słota w lebiodach. A świnka morska czy klasycyzuje, czy raczej uprawia wyzwoloną wyobraźnię [?].
Całuję ręce Tobie, o Julio
Arturze, ściskam mocno
dla Danieli czułości
wasz Zbigniew

Julia Hartwig, Artur Międzyrzecki, Katarzyna i Zbigniew Herbertowie, Korespondencja, Fundacja Zeszytów Literackich 2012, s. 53-54.

czwartek, 19 czerwca 2014

Odcinek 1084: Małgorzata Baranowska, 1989 rok

Z dziennika Małgorzaty Baranowskiej

19 czerwca 1989 roku
Witkacy.
Coś niesłychanego. Sprowadzono do Zakopanego Witkacego. Odkopano go, odprawiono tu mszę (nad samobójcą?), pochowano.
Mszę, jak się okazało, może bardzo słusznie odprawiono, bo guziki, zęby itd. są podobno jakiegoś Poleszuka. który bezwolnie, w wiele lat po śmierci, opuścił Polesie i znalazł się tutaj. A tam Witkacy śmieje się w kostny kułak. To bardzo w jego stylu.
Mamy, poparty wieloma pieczątkami, niechlujstwem, zbrodniczym lekceważeniem, skandal stulecia. Trzeba się tylko zastanowić, czy trzeba było rujnować tamten cmentarzyk dla pompy? Nawet choćby to była pompa funebris.

Małgorzata Baranowska, Prywatna historia poezji, Wydawnictwo Sic! 1999, s. 29.

środa, 18 czerwca 2014

Odcinek 1083: Tomasz Mann, 1935 rok


List Tomasza Manna do Karola Vosslera

M/S „Lafayette"
A Bord, le 18.VI.35
Tomasz Mann z rodziną.
Drogi Panie Profesorze!
Wprawdzie, szczerze mówiąc, jestem w dziedzinie korespondencji bankrutem, nie do tego jednak stopnia, by nie przesłać Panu pozdrowień z podróży — bliskiej już celu — i nie podziękować Mu za tak miły list z życzeniami urodzinowymi. Napisał Pan do mnie pięknie, krzepiąco i przyjaźnie, chociaż, jak wynika z Pańskich słów, miał Pan — czy może ma jeszcze — jakieś zmartwienie, kłopot czy przykrość. Bardzo mnie to zasmuciło. Co się stało? Prawdopodobnie nie będzie mi Pan mógł tego wyjaśnić, co potęguje jeszcze moje od lat żywione pragnienie ujrzenia Pana i rozmowy z nim. Jakby to było dobrze, gdyby Pan przyjechał kiedyś wraz z Małżonką do Szwajcarii! Byliby Państwo miłymi gośćmi w naszym ładnym domku nad Jeziorem Zuryskim i niejedno byłoby do omówienia. Około połowy lipca spodziewamy się wrócić do domu, będziemy wtedy obchodzić u siebie wraz ze starymi rodzicami mojej żony osiemdziesiąte urodziny jej matki. Moje skromne sześćdziesięciolecie wywołało nie byle jakie i nader miłe zamieszanie, była to istna festivitas z wszystkimi dziećmi w domu, z gromadą gości, z publiczną uroczystością w gmachu teatru już pod koniec maja i z udziałem szerszego świata, co napełniło mnie radością i wzruszeniem, których nie potrafię ukryć. Odbyło się to inaczej niż z okazji pięćdziesięciolecia i nagrody Nobla, jakoś poważniej, uroczyściej, bardziej wzruszająco. Nigdy jeszcze nie otrzymywałem takich listów i mam nadzieję, że ton, w jakim moi współcześni uważali za stosowne tym razem zwracać się do mnie, zostanie kiedyś przez potomnych należycie oceniony. Tak, tak, Niemcy pisali setki listów, i to jakich! Z podaniem adresu, niektóre nawet z obozów Arbeitsdienstu. Potrzeba zademonstrowania wewnętrznej wolności musi być silna i powszechna, jeśli tak skwapliwie skorzystano z tej okazji. Sama okazja nie jest zresztą ważna. Ale fakt, że tam wciąż jeszcze istnieją cenne rezerwy, wydał mi się pocieszający.


Tomasz Mann z żoną, Katią, w czasie
pobytu w Stanach Zjednoczonych.
Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć po tych uroczystościach, a już musieliśmy pakować nasze kufry. Powodem tej podróży jest doktorat honoris causa of letters na uniwersytecie Harvard. Z początku chciałem tę sprawę zbagatelizować i jakoś się od niej wykręcić, ale szwajcarscy naukowcy pytali mnie z oburzeniem, czy mi Bóg już całkiem rozum odebrał, że chcę zrezygnować z tak wielkiego zaszczytu. Okazało się zresztą, że Harvard nie z każdym się zadaje. Wobec tego wybrałem się w drogę. Dlaczego nie miałbym raz wziąć udziału w akademickiej procesji, przyodziany w togę? Trzeba już ponieść wszystkie konsekwencje.
Wszystkiego dobrego! Moja żona, która, jak zwykle dzielna i pomocna, stoi u mego boku, zasyła serdeczne pozdrowienia dla obojga Państwa. I prosimy raz jeszcze: niech Pan nas wkrótce odwiedzi!
Oddany


Tomasz Mann
Tomasz Mann, Listy: 1889-1936 tłum. Wanda Jedlicka i Teresa Jętkiewicz, Czytelnik 1966, s. 513-514.