sobota, 31 maja 2014

Odcinek 1065: Maria Dąbrowska, 1928 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

31 maja 1929 roku
Byłam jeszcze drugi raz w teatrze rosyjskim na „Braciach Karamazowych” z p. Leonardem Turem.
Śniło mi się niedawno, że miałam w domu masę małych fok. Wszystkie wpuściliśmy do wanny, puściłam na nie wodę, odeszłam i nie zauważyłam, że w piecyku wanny pali się gaz i że woda leci nie coraz zimniejsza, jak chciałam, ale coraz gorętsza. Kiedy wróciłam, z wanny dymiło się, a nieszczęsne foki robiły szalone wysiłki, żeby powyskakiwać. Nonsens tej niedoli, którą nienaumyślnie na nie sprowadziłam był wstrząsający.
Foki szare w ZOO w Poznaniu, 1928 rok.
Jestem teraz w Poznaniu na wystawie PWK. Przyjechałam ze Stachnem, Wandą Dąbr[owską] i p. Marysią Kownacką, którzy tu mają zjazd bibliotekarzy. Ja przyjechałam, żeby być ze Stachnem i dlatego, że on tak tego chciał. Ale prawie nie możemy być razem, a przynajmniej – sami razem. W tej chwili oni są wszyscy na owym zjeździe, a ja zostałam w domu (mieszkamy w tut. Urzędzie Ziemskim) i nie żałuję. Bardzo mi przyjemnie siedzieć na naszej kwaterze i pisać. Poznań mi się bardzo podoba, prawdziwe to miasto-ogród. Rzecz jednak osobliwa, że ludzie, którzy tak ładnie wszystko na zewnątrz potrafią urządzić pod względem estetyki i wygody, są na wewnątrz zazwyczaj oschli, nudni, twardzi, antypatyczni duchowo. Poznaniacy są okropni – wyrachowani, małostkowi, chamscy –
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, Instytut Badań Literackich 2009.



piątek, 30 maja 2014

Odcinek 1064: Miron Białoszewski, 1979 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

30 maja 1979 roku
Za dwa dni przyjeżdża papież. Przygotowania. Mobilizacja jedzenia. Milicji. Która ma tylko z daleka pilnować porządku, bo duchowieństwo polskie wzięło porządek bezpośredni na siebie. Zorganizowana jest papieska milicja z paradnymi czapkami i emblematami papieskimi.
Porobiłem zapasy na kilka dni w przewidywaniu pustek w sklepach. Na razie w sklepach pełno wszystkiego. Nawet coraz pełniej. Przejeżdżałem koło placu Zwycięstwa, widać olbrzymie podium, na którym ma się odbywać nabożeństwo odprawiane przez papieża. Dookoła pełno szlabanów żelaznych do porządku, do przepustu ludzi. A w promieniu placu na Marszałkowskiej, w Ogrodzie Saskim, na Senatorskiej, na Krakowskim Przedmieściu pełno straganów przygotowanych dla swoich i cudzoziemców z jedzeniami, z napojami. Przygotowane wychodki na kółkach. Takie zielone wagony. Wszyscy zajęci przyjazdem papieża. Wierzący, niewierzący, partyjni, bezpartyjni, starzy i młodzi. Polacy i cudzoziemcy. Ma zjechać iluś Niemców, Francuzów, ileś osób z demokracji ludowych. Tak, że jest zmartwienie o regulację tłumu. Podobno przyjazd i wysadzanie na peronach w Warszawie będzie ograniczone. Tak samo dojazd szosami do Warszawy.
Jan Paweł II na pl. Zwycięstwa w Warszawie, 1979 rok.
Gracja Węgierka przyjechała już do Warszawy. Zdobyła już przepustkę na plac Zwycięstwa na mszę papieską i chce potem papieża złapać w Oświęcimiu, w Brzezince, gdzie była jako więzień w czterdziestym czwartym roku. Jej znajoma chce kupić dla swojego syna samochód. I już wpłaciła dolary, ale bank jeszcze nie przelał tego na odpowiednie konto i tego samochodu nie można wykupić. Z tego samochodu ma korzystać Gracja. Bo syn tej jej koleżanki ma pojechać na Węgry na rok. Więc i na Węgrzech będzie Gracja z tego korzystała, i tu w Polsce. Zdaje się, że ma w tym bezpośredni udział pieniężny. Gracja chce przyśpieszyć kupno samochodu, tak żeby zdążyć na papieża. Żeby zdążyć i go gonić. Ale wątpliwe, czy to się uda.
Leszek zadzwonił do Jadwigi, zastał akurat mnie przy słuchawce. Spotkaliśmy się na skwerze Dąbrowskiego wieczorem. Ciągła susza od trzech i pół tygodni, Leszek podlewa wężem skwer, kwiaty i trawę. Powiedział
– Jest apel o podlewanie kwiatów i trawników. Ja wyjrzałem z balkonu i zobaczyłem, że kwiaty oklapnięte, pomyślałem sobie, co pod moim oknem kwiaty mają więdnąć? O nie!
Jest podniecony przyjazdem papieża, a jednocześnie podżartowuje
– Wojtyła chce sobie zrobić wjazd triumfalny. A jeszcze na to nie zapracował. Ilu ludzi przez całe lata, przez całe życie starało się o to, żeby zasłużyć na triumfalny przejazd. A tu u nas co? Cezaropapizm
Ludwik mówił do mnie, kiedy z nim rozmawiałem
– Papieżyzm, papieżyzm. Jeszcze tylko tego brakowało w Polsce. Papieża.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Znak 2012, s. 624–625.


czwartek, 29 maja 2014

Odcinek 1063: Sławomir Mrożek, 1962 rok

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema

Chiavari, 29 maja 1962 roku
Staszku,

znowu nic z niczego nie wynika. To może nie przypadek, że to tutaj właśnie Sienkiewicz
Plakat reklamujący uroki Riwiery Włoskiej.
tak wpadł paskudnie z tą swoją nocą poślubną. Bo może za dużo mu się wydawało, że jak tylko w powietrzu, w wodzie, w zieleni i wszystkich żywiołach jest abondanca [płodność], to wystarczy się tylko położyć do góry brzuchem, a reszta sama zleci. Żeby nie kłamać: bardzo dobrze tu mi jest, owszem. I gdybym nie był już w kolebce zgryziony, powiedziałbym, że Riwiera to raj, to znaczy dokładnie, choć innymi słowami, tak samo jak owe tłumy Angielek starych lub Niemców, co odkładają, odkładają, aż wreszcie dają w ryło śwince skarbonce i machną się na taką czy inną Riwierę. Więc żeby nie łgać, naprawdę pysznie tu jest i reszta sama rzeczywiście zlatuje, ale tak aż dobrze zlatuje, że wczoraj zerwałem się o szóstej rano, byle tylko zaprotestować przeciwko tej słodyczy, rzuciłem się do maszyny, do papierów, nie, żeby coś naprawdę wypracować to chyba tu nie jest możliwe, ale byle co, byle jakiś odpór dać, bo taki strach mnie ogarnął, że cały się w przestworze słodkim rozleję i już na zawsze bez kształtu, bez konturu, bez kości swojej zostanę. Bo tu Polak jak ryba głębinowa, tam u nas inne atmosfery, tu przeniesiona, pęka z hukiem, chyba że się zaprze i nadmie, albo odwrotnie, w każdym razie, chyba że coś ze sobą zrobi.
I żebym to ja jeszcze mógł z tego belcanta szydzić, ale nie mogę, bo to canto naprawdę jest bel. I przypomina mi się ów widok z Twojego okna ku szosie krakowskiej, taki skromny w brunatnościach i szarościach, i taki właśnie, że człowiek tylko wtedy głębiej kaszkiet na oczy nasuwa, w dłonie popluwa i bykiem naprzód idzie, bo nie ma innego wyboru, kiedy widok przed nim taki. Tam wszystko trzeba rzeźbić i żyźnić, a tu całkiem inaczej. Kiedy bardzo mały byłem, Bajki polskie Wujcia Czesia mnie poinformowały, że był jeden chłopczyk, co umarł od zapachu konwalii (prawie umarł). Czy to korzystniej, tak czy tak? A bo ja wiem. Szydzić możemy, że literatury nie mają, a Moravia kutas. Oni, że tarasów nie mamy takich i gajów oliwkowo-winnych, i morza niebieskiego, i tych wakacji wszechobejmujących, ulgi dożywotniej. Ale że coś za dużo morderstw tu się popełnia, więc to coś lepiej o nich świadczy, niż mógłbyś pomyśleć z dotychczasowych uwag. To dalsza sprawa, wymaga dalszej wnikliwości.
Wszelkie zresztą takie pytania, co lepiej, kogo bardziej kochasz, tatusia czy mamusię, komu fajniej, czy wolałbyś zostać marynarzem czy lotnikiem, przypominają również dziecinne pytanie, co wolisz, kilo szyb czy kilo ryb. Jeżeli zapytany odpowie, że szyb, to go się szczypie, jeżeli że ryb, to go się rypie. Więc nie będę pytał, stwierdzał tylko.
Więcej pisać na razie nie mogę, bo kolega wszedł i jechać ze sobą kazał. Tu jeszcze trochę będę.
Twój
Sł.M.

Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy, Wydawnictwo Literackie 2011, s.122–123.

wtorek, 27 maja 2014

Odcinek 1062: Maria de Sévigne, 1676 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Vichy, czwartek 28 maja 1676 roku
[...] Masz rację sądząc, że piszę bez wysiłku i że moje dłonie już lepiej się mają; nie mogę ich jeszcze zacisnąć i spuchnięte są bardzo po wewnętrznej stronie, tak samo jak palce. Drżą mi od tego i pokracznie wyglądają ramiona i ręce, ale pióro świetnie potrafię utrzymać i to pozwala mi być cierpliwą. 
Rozpoczęłam dzisiaj natryski: tak sobie wyobrażam czyściec. Znajdujesz się całkiem nago w małym podziemnym pomieszczeniu, dokąd dochodzi rura z tą gorącą wodą, którą kobieta polewa Cię wszędzie. Stan ten, w którym listek figowy starcza za całe odzienie, dość jest upokarzający. Zabrałam swoje dwie pokojowe, żeby mieć chociaż kogoś przy sobie. Za zasłoną znajduje się zawsze ktoś, kto dodaje Ci otuchy przez pół godziny; ze mną był lekarz z Ganat, którego pani de Noailles zabiera na wszystkie kuracje i którego bardzo lubi, gdyż jest to nader przyzwoity chłopiec, nie żaden szarlatan ani przemądrzalec; przysłała mi go z czystej przyjaźni. Zatrzymam go, choćby mi i dobrą opinię na szwank narazić przyszło; tutejsi doktorowie są bowiem nieznośni, a ten człowiek mnie bawi. W niczym nie przypomina prostackiego medyka, nie jest też wcale podobny do lekarza z Chelles; dowcipu mu nie brakuje ani godności, zna świat; krótko mówiąc, bardzo jestem zeń rada. Przemawiał więc do mnie, kiedy byłam w mękach. Wyobraź sobie strumień wody, gorącej nad wszelkie pojęcie, który spada co raz to na którąś z biednych części Twego ciała. Polewają Cię najpierw srodze całą, żeby pobudzić wszystkie zmysły; potem koncentrują się na stawach dotkniętych chorobą; kiedy jednak dochodzą do karku, parzy Cię z nagła ogień niepojęty, a przecież tam właśnie węzłowe miejsce. Wszystko to wycierpieć trzeba, więc cierpię wszystko i wcale poparzona nie jestem, kładę się zaraz do ciepłego łóżka, gdzie pocę się obficie, i w tym tkwi sekret całego leczenia. Tu również dobry jest mój lekarz, gdyż zamiast pozostawić mnie na dwie godziny nudy i przykrego pocenia, zabawia mnie w tym czasie lekturą. Przez tydzień jakiś będę wiodła taki tryb życia; a myślałam, że w tym czasie wody pić będę, lecz mi nie dają, bo to by było zbyt wiele; w ten sposób wydłuży się nieco mój pobyt.
Pierwsze kąpielisko termalne w Vichy.
Wszystko we mnie do normy powraca i, właściwie na pożegnanie tylko, na ostatnie pranie mnie posłano, i bardzo to rozsądnym znajduję: to tak, jakbym odnowiła dzierżawę na życie i zdrowie; a gdybym teraz mogła Cię zobaczyć, moja najukochańsza, ucałować Cię z całego serca tkliwie i radośnie, może mogłabyś jeszcze nazwać mnie swoją bellissima madre i nie musiałabym rezygnować z miana „pięknej matki”, jakim mnie pan de Coulanges zaszczycił. [...]

Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s.210–211

Odcinek 1061: Mary Berg, 1942 rok

Z dziennika Mary Berg (Miriam Wattenberg)

27 maja 1942 roku
Maj jest w tym roku nadzwyczaj gorący. Ciągle opalam się na dachu i jestem już dość brązowa. Kiedy spoglądam w lustro, staram się wmówić sobie, że właśnie wróciłam znad morza.
W naszym ogródku pojawiły się małe, zielone pomidorki. Szybko dojrzeją w ciepłym słońcu. Mieliśmy trzy zbiory rzodkiewek. Najsmaczniejsze są chyba młode cebulki. A nasze kwiaty pachną tak intensywnie i mają takie piękne kolory. Szymek nie przychodzi już pomagać... nigdy już nie przyjdzie. Parę dni temu, po skończonych zajęciach, upadł na ulicy z osłabienia. Abie znalazł go leżącego gdzieś w okolicy Nowolipia. Chłopiec miał wysoką gorączkę. Okazało się, że od dwóch dni był chory, ale nie pisnął słowa, bo bał się stracić pracę. Jednak moja matka zauważyła, że twarz ma rozpaloną i porusza się z trudem, więc wysłała go do domu wcześniej niż zwykle. Abie zabrał go rikszą do domu uchodźców, w którym mieszkał. Zmarł tam w kilka godzin później. Przyczyną śmierci była szkarlatyna. A Szymek tak bardzo chciał żyć.
Getto warszawskie, maj 1942 roku.
Mary Berg, Dziennik z getta warszawskiego, tłum. Maria Salapska, Czytelnik 1983, s. 164–165. 

poniedziałek, 26 maja 2014

Odcinek 1060: Juliusz Słowacki, 1832 rok

List Juliusza Słowackiego do matki

Paryż, 26 maja 1832 roku
[...] W tydzień potem miałem scenę innego rodzaju — musiałem być sekundantem jednego z moich znajomych — jednego z posłów. Pojedynek miał być śmiertelny — i muszę Wam się przyznać, że chciałem koniecznie, aby się na niczym nie skończył. O godzinie 4-tej rano wyjechałem z moim protegowanym do Lasku Bulońskiego — wszak musicie znać ten lasek, bo jest sławny z pojedynków — śliczny lasek, zupełnie mi wieś przypomniał. Ranek był taki piękny. Widzieliście mnie czasem, kiedy wzburzony chodzę prędkim krokiem; otóż właśnie miałem taką minę chodząc po alejach ocienionych krzakami leszczyny, wtenczas kiedy mój towarzysz leżał pod drzewem i myślał — zapewne o Litwie i o rodzicach. W godzinę przyjechali nasi przeciwnicy, a z nimi Hłuszniewicz jako doktor. Oznaczyliśmy plac — aż tu strażnicy lasów pokazują się i widząc plac rozmierzony oświadczają nam, że w lasku od niejakiego czasu strzelać się nie wolno. Wsiedliśmy do karet i ujechawszy z wiorstwę zastanawiamy się, obieramy nowy plac, nabijamy pistolety — aż tu znów ci sami strażnicy, już serio na nas rozgniewani, że za nic ważymy ich ostrzeżenia. Znów więc siedliśmy do powozów i wyjechaliśmy z lasku aż do St. Cloud. Tam zwierzywszy się woźnicom z naszego zamiaru, ci zawieźli nas dalej o milę od Paryża, do lasku ogrodzonego jak ogród i tam oświadczyli, że możemy się strzelać, bo nam nikt nie przeszkodzi. W tym lasku odbył się pojedynek — okropny, bo z taką zimną krwią się odbywał, że trwał półtorej godziny — a trzy razy strzelali się. Właśnie, kiedy ja komenderowałem schodzenie się do barier — kiedy oba przeciwnicy przybliżali się mierząc do siebie i przybliżali się żółwim krokiem — zegar jakiś z bliskiego miasteczka uderzył godzinę 10-tą, ale tak pomału, tak donośnie, że my sekundanci, oparci o drzewa, spojrzeliśmy na siebie i zadrżeliśmy. Przyznali się nam potem dwaj przeciwnicy, że i na nich zegar ten okropne uczynił wrażenie. Za trzecim strzałem mój towarzysz w rękę raniony został — i dalszego strzelania się nie dopuściliśmy — to jest oni nie dopuścili, bo ja z najzimniejszą krwią nabijałem pistolety. Aby się tu przed Wami uniewinnić, muszę tu dodać, że mój towarzysz był obrażony tak, że widziałem, iż tylko przez domaganie się coraz nowych strzałów aż do śmierci honor jego mogłem ocalić — jakoż mam w nim teraz wdzięcznego przyjaciela. Po pojedynku przywitałem się z jego przeciwnikiem — i odwieźliśmy obu zwaśnionych do Paryża. Nie pogodzili się z sobą, ale są grzeczni nawzajem i w towarzystwie witają się z daleka. [...]
Pojedynek, ryc. irlandzka z 1815 roku.
Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983, s. 56-57.

niedziela, 25 maja 2014

Odcinek 1059: Jerzy Pilch, 2011 rok

Z dziennika Jerzego Pilcha

25 maja 2011 roku
Jerzy Pilch.
Na pozór oczywiste spostrzeżenie Zagajewskiego o pisarzach i artystach na ogół potępiających politykę nie daje mi spokoju. Choć nie sądzę, bym w pogłębianiu był najlepszy, w tym wypadku mam nieodpartą wolę pogłębienia, a przynajmniej dopowiedzenia.
Otóż niewątpliwie wedle komunału (zdaje się, nie tylko współczesnego) polityka jest czymś, od czego należy trzymać się z daleka, czym należy się brzydzić i czym należy gardzić. Komunał ten nie tyczy tylko ludzi sztuki, ale też na przykład sportowców, rolników, bankierów, rzemieślników, księży, taksówkarzy, królowych piękności, architektów, kierowców tirów, sprzątaczek, hodowców truskawek; szczerze mówiąc, tyczy wszystkich. Każdy, od profesora po kloszarda, złego jest zdania o polityce i każdy przed jej wieloraką nikczemnością gotów jest ostrzegać.
Więcej: sami politycy - zwłaszcza ci światlejsi - rozmaicie o swym zajęciu mówią, nieraz próbują dawać do zrozumienia, że są świadomi jego ułomności, nieraz jakiś dystans sugerują. Nie wypada to zbyt przekonująco - w większości są uzależnieni, a uzależnieni o swym uzależnieniu mało kiedy mówią wiarygodnie, chyba że z uzależnienia wyszli. W tym wypadku to nie działa, politykami, którzy z polityki wyszli, nikt się nie ciekawi.
Ale całą czynną resztą tak! I to jak! Jak zajadle! Jak namiętnie! I jak regularnie! Nikt tej strawy nie znosi, wszyscy na sam jej widok dostają mdłości i wszyscy się nią obżerają, wszyscy ją, aż im się uszy ze wzgardy trzęsą, pałaszują. Wszyscy, nie wszyscy... Tłumaczenie się w tym miejscu z wielkiego kwantyfikatora byłoby kolejną powtórką repetycji i rozdzielaniem włosa na sto; wiadomo, o jakich (licznych, bardzo licznych) zbiorowościach mówię. Mówię o tych, co nie znoszą, a obcują. Czyli  - ha, ha, ha - mówię o wszystkich. (Z wyjątkiem ludzi pióra i artystów, rzecz jasna, choć też nie do końca i na razie, a może całkiem nie na razie, bez przekonania).
Jerzy Pilch, Dziennik, Wielka Litera 2012, s. 353.

sobota, 24 maja 2014

Odcinek 1058: Anna Kamieńska, 1976 rok

Z dziennika Anny Kamieńskiej 

24 maja 1976 roku
[...]
• Kiedy przebywają ze sobą w życiu ludzie nie złączeni miłością, stają się sobie policjantami, strażnikami. Pilnują się wzajemnie, zamiast się kochać.
• Ks. J. przyniósł na grób Janka piękny pęk bzu. Zdziwiłam się, że jeszcze istnieje bez. My idziemy, odchodzimy, a kwiaty zostają takie same i noszą takie same imiona. [...]
• Z rozmowy na cmentarzu: ważność nawet mechanicznie powtarzanych pacierzy i litanii. Bo są to słowa, które modlą się za nas (zamiast nas) modlą się niejako same, gdy my nie umiemy za nimi nadążyć.
Strona tytułowa pierwszego wydania Pana Tadeusza.
• Czesław Miłosz o „Panu Tadeuszu": „Wbrew pozorom a także wbrew świadomym zamiarom autora, Pan Tadeusz jest poematem na wskroś metafizycznym, to znaczy jego przedmiotem jest rzadko dostrzegany w codziennie nas otaczającej rzeczywistości ład istnienia jako obraz (czy odbicie w lustrze) czystego Bytu".
W 1849 roku Mickiewicz powiedział do Seweryna Goszczyńskiego: „Kalendarz i brewiarz są to najważniejsze książki dla człowieka". Rytualizacja czasu. Rok liturgiczny.
„Takie też są obrazy niektórych holenderskich malarzy" — dopowiada Miłosz — o sakralności leżącej pod powierzchnią zwykłych rzeczy.
• Z „Dziennika pisanego nocą" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego wypisuję słowa Camusa z odczytu na Columbia University — zapisane przez Nicola Chiaromonte:
„Nie ma Hitlera, lecz po jego zniknięciu wiemy, kilka rzeczy. Po pierwsze, że trucizna, którą był naładowany hitleryzm nie została usunięta; jest nadal w każdym z nas. Ktokolwiek dzisiaj mówi o ludzkiej egzystencji w kategoriach władzy, wydajności, zadań historycznych, szerzy tę truciznę..."
• Z tego samego powodu nie wolno myśleć o religii kategoriami ideologii.
• Grzech to sprawa tożsamości, to zmącenie poczucia swojej tożsamości.
Anna Kamieńska, Notatnik: 1973-1979, W Drodze 1987, s. 164-165.

piątek, 23 maja 2014

Odcinek 1057: George Sand, 1839 rok

List George Sand do doktora Franciszka Cauviere

Arles, 23 maja 1839 roku
Drogi Doktorze, jutro rano wyjeżdżamy z Arles, które ma bruki tak okropne, że popuchły mi od nich stopy. [...] Nasza podróż na brudnym, wąskim i małym promie, bardzo powolna, w przygniatającym upale i pomiędzy dwoma jałowymi brzegami, nie była zbyt przyjemna i zmęczyła Chopina. Dziś wyspaliśmy się do syta i wypoczęci poszliśmy obejrzeć starożytności; jedyną rzeczą, która wydała mi się warta trudu maszerowania po brukach Arles, była kobieca głowa z białego marmuru, znaleziona podczas wykopalisk i piękniejsza niż głowa Wenus z Milo. Także arlezjanki są bardzo piękne.
Rzymski amfiteatr w Arles, ryc. z pocz. XIX wieku.

Napiszę do Pana z Nohant i prześlę wiadomości o Pańskim chorym. Tymczasem prosi mnie, by przekazać Panu wszystko, co ma nie na sercu, ale w sercu dla Pana za wszystkie Pań­skie starania o niego i za Pańską bezcenną dla nas przyjaźń. [...]
Korespondencja Fryderyka Chopina z George Sand i jej dziećmi, t. 2, oprac. Krystyna Kobylańska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 40–41.

czwartek, 22 maja 2014

Odcinek 1056: Wacław Kubacki, 1965 rok

Z dziennika Wacława Kubackiego

Werona, 22 maja 1965 roku
Balkon Julii w Weronie.
Na drodze z Wenecji do Werony ostatnie irysy i pierwsze maki.
Wpadłem tutaj na dwa dni, ponieważ mam zamiar napisać esej o „Romeo i Julii”. Nie wiem, czy wrócę jeszcze kiedyś do Włoch. Może to ostatnia sposobność zobaczenia tego grodu. Przynajmniej nie będę sobie robił wyrzutów, że coś ważnego nieopatrznie opuściłem lub czemuś, co mogłoby mi się przydać, pozwoliłem lekkomyślnie wyniknąć się z rąk.
Miasto nosi na swych murach, bramach i ścianach domów wypisane wierszami Szekspira dzieje nieszczęśliwych kochanków. Wywarło to na mnie większe wrażenie niż wersety „Boskiej Komedii”, porozmieszczane na ulicach i placach Florencji. Tutaj Szekspirowskie urywki inscenizują bliską, ciepła i ludzką historię w naturalnym otoczeniu. Podanie zostało osadzone na historycznym gruncie. Przenikanie się wzajemne dwu stref — artystycznej fikcji i muzealnego tła — tworzy oszałamiającą i jedyną w tej skali złudę rzeczywistości. Całe miasto wraz z okolicą staje się jakąś poetycką sceną, na której nieustannie rozgrywa się w wyobraźni podróżnego przejmująca tragedia młodzieńczej miłości.
Dzisiejsze popołudnie w Weronie stawiam bardzo wysoko na liście moich przygotowań, lektur i studiów, jakie poczyniłem do napisania szkicu o tym dziele Szekspira.
Wacław Kubacki, Dziennik (1959-1965), Państwowy Instytut Wydawniczy 1974, s. 262-263.

środa, 21 maja 2014

Odcinek 1055: Jan Józef Szczepański, 1951 rok

Z dziennika Jana Józefa Szczepańskiego

21 V 1951 roku
Byliśmy wczoraj z Anulką w Lasku Wolskim. Za klatką z niedźwiedziami jest domek ogrodnika czy stróża z małym obejściem. Anulką wypatrzyła tam koguta i to było największe przeżycie. Pytałem ją potem, jakie zwierzątka najbardziej jej się podobały. „Kogut i obażanty" — odpowiedziała.
Matura w 1951 roku.
Pomagałem przy zadaniach maturalnych córce stróża. Nie tak dawno ostatecznie sam zdawałem maturę, a to jest już inna epoka. I — bo ja wiem — może lepsza przy wszystkich swoich wadach. Przy ogromnie niebezpiecznych wadach. Jeden z tematów to była czysta demagogia. Agitka sklecona z gazetowych frazesów, ale z frazesów przemyślanych „centralnie", odważonych i odmierzonych. To by mogło iść bez przeróbek na wstępniak do „Dziennika Polskiego" jako artykuł Klominka. Frazesy sanacyjne były sto razy naiwniejsze. Drugi temat — kwestia chłopska w literaturze — z całą swoją jednostronnością na pewno głębszy od rozważań typowych dla szkoły moich czasów: kto na kogo miał wpływ i dlaczego. Przejrzałem przy tej okazji parę przedwojennych podręczników literatury (Kriedl, Feldman) i aż dziwno. Co za jałowizna!
Stwierdziłem też (któryż to już raz!), jakim jestem wszechstronnym ignorantem.
Ostatnio męczy mnie coraz wyraźniej moje połowiczne czy raczej „ćwierciowe" stanowisko wobec religii. Wytłumaczyłem sobie, że wierzę w Boga i sądzę, że jeżeli coś zasługuje na wiarę, to chyba Bóg, ale nie potrafię wyciągnąć z tego żadnych umysłowych konsekwencji.
Jan Józef Szczepański, Dziennik, t. 1: 1945-1956, Wydawnictwo Literackie 2009, s. 280.

wtorek, 20 maja 2014

Odcinek 1054: Lucy Maud Montgomery, 1905 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Poniedziałek, 20 maja 1905 roku
Cavendish, W. Ks. Edwarda
(...) Dawno oczekiwane książki dla biblioteki nadeszły jakieś dwa tygodnie temu, a wraz z nimi kilka innych, które zamówiłam dla siebie. Przekroczyłam wszelkie granice przyzwoitości i czytałam dniem i nocą. 
Tej wiosny kupiłam „Księgi dżungli” Kiplinga. Są wspaniałe. Żałuję, że nie mogłam ich mieć w dzieciństwie. Ale cieszę się, że mogę je mieć jako osoba dorosła. Kupiłam także i przeczytałam raz jeszcze „Klub Pickwicka” i „Dawida Copperfielda”. Czytałam nieśmiertelnego „Pickwicka” jeszcze w latach dziecinnych – znalazłam w domu stare, zniszczone wydanie bez okładek i rozkoszowałam się lekturą. Pamiętam, że przy tej książce zawsze robiłam się głodna – tyle w niej było „dobrego jedzenia – a bohaterowie bez przerwy zajadali jajka na szynce i popijali „mleczny poncz”. Po paru rozdziałach biegłam zazwyczaj do kredensu w poszukiwaniu smakołyków. 
Przedwczoraj wieczorem wypożyczyłam z biblioteki książkę zatytułowaną
„Elizabeth i jej niemiecki ogród” – wzięłam ją, ponieważ nic innego nie było. Nie znałam jej, nie sądziłam, by miała jakąś wartość i dlatego ociągałam się z czytaniem. W końcu zabrałam się za nią w zeszły czwartek. Zanim jeszcze skończyłam pierwszy rozdział, miałam ochotę wytargać się za uszy za to, że nie odkryłam tej książki wcześniej. 
Okazała się zachwycająca  cała. Elizabeth musi być moją „duchową bliźniaczką” – przynajmniej gdy mowa o ogrodach. Sto razy wypowiada uwagi, które ja zawsze chciałam wygłosić. Teraz już nie muszę nic mówić – Elizabeth wyraziła to lepiej. 
Wymknęłam się do Alei Zakochanych, gdy tylko stało się to możliwe. Od grudnia aż do piątego maja nie mogłam się tam dostać. I poczułam się jak nowo narodzona – nie wiem, co będę robiła w raju bez tej alejki! 
Wprowadziłam się z powrotem na piętro, co oznacza, że zaczynam żyć. Może to dziwne, że zwykła zmiana pokoju ma na mnie taki wpływ! Ale to prawda. Na tym polega dla mnie różnica między szczęściem a nieszczęściem. Życie tu na górze uzupełnia życie w ogrodzie. I dzięki temu jest tak przyjemne, że prawie mnie zadowala.
Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 139–140.

poniedziałek, 19 maja 2014

Odcinek 1053: Jarosław Iwaszkiewicz, 1950 rok

List Jarosława Iwaszkiewicza do córki, Teresy

Sandomierz, 19 maja 1950 roku
Moja miła i kochana,

oczywiście w dniu dzisiejszym myślę bardzo dużo o tobie i tych dwudziestu dwóch latach, które nas dzielą od twojego pojawienia się na świat, wspominam wszystkie wspólne przeżycia, dzieciństwo twoje i młodość. Od dwóch dni jestem w Sandomierzu, już nie mogłem wytrzymać na Stawisku i w Warszawie [...] Zresztą kiepsko się czuję w Sandomierzu, bo przeziębiłem się w drodze i mam gorączkę, a poza tym rozkleiłem się naturalnie, wyrwawszy się ze swoich „ramek”. Na moją bezsilność pisarską nie pomoże już żaden Sandomierz, a miasteczko, puste i zaniedbane, robi smutne wrażenie. Jedna pociecha, że robią kanalizację! Za parę lat kwestia kakania będzie w Sandomierzu rozwiązana. [...] Ostatniej niedzieli byli Modzelewscy, Paweł Hertz i Irena Łempicka, która nie zdaje sobie sprawy ze stanu zdrowia Tadzia i projektuje jakieś wielkie wyjazdy, pogoda była śliczna i bzy cudne. Nowa gosposia zrobiła dobry obiad i sama się zaofiarowała zrobić do zupy grzybowej zamiast klusek uszka. Ona przez dziesięć lat jeździła po Wiśle jako bufetowa na statku – i jest „wodniaczka” – podobna do Zosi Świerczyńskiej, tylko o połowę (dosłownie) mniejsza. Paweł był wyjątkowo miły i nie robił min „ph”. Niestety musiałem o 4-tej jechać do Otwocka na odczyt – w upalny piękny dzień majowy, i to w niedzielę – było to wielką ofiarą. Nie dziw się, że tak źle piszę, ale ręce mi się trzęsą po noszeniu mojego potwornie ciężkiego bagażu, w Skarżysku trzeba było nosić te kufrzyska na przestrzeniach kilometrowych, taka tam głupia stacja. [...]
Widok Sandomierza, lata 1950-1960.
Mam olbrzymie zamiary literackie na mój Sandomierz, ale pewnie nic z tego nie wyjdzie, bo wydechuję zmęczenie i do niczego się nie biorę, na Zielone Święta mama przyjedzie do mnie, to mi też parę dni zabierze, a potem trzeba wracać, bo w czerwcu wielki Zjazd Literatów z otwarciem Domu Literatury, tego na Krak[owskim] Przedmieściu, i różnymi wielkimi fetami. Bardzo to będzie męczące. Myślę, że naprawdę wypocznę, jak mama w lipcu pojedzie z dziećmi do Ustki. Mam zamiar tam pojechać na imieniny mamy i nareszcie zobaczyć, jak ta Ustka wygląda.
[...] Jaki cudny dzień dzisiaj, akacje przed moim domem w pełnym kwiecie – a w domu zostawiłem rozkwitające wino i irysy – susza zresztą potworna i deszczu nie było już od l maja!
Całuję Cię serdecznie i do serca przyciskam, Eugeniusza pozdrawiam, myślę b[ardzo] dużo o tobie, nie tylko dzisiaj – twój
Tata
Jarosław Iwaszkiewicz, Listy do córek, oprac. Anna i Radosław Romaniukowie, Państwowy Instytut Wydawniczy 2009, s. 247–248.

niedziela, 18 maja 2014

Odcinek 1052: Jeremi Przybora, 1964 rok

List Jeremiego Przybory do Agnieszki Osieckiej

18 maja 1964 roku
Odłożyłem słuchawkę i biorę pióro, żeby znów jakoś dostać się do Ciebie, dotknąć Twoich rak tą kartką papieru, mój najpiękniejszy Paryżu, który opuściłem z nieznanych mi bliżej przyczyn celem „zwiedzenia” pewnej miejscowości nad Sekwaną – chyba na trzy tygodnie. Okazuje się, że mam o jedną, Twoją, parę oczu za mało, żeby dostrzec uroki tej miejscowości. Patrzę na nią z bliska, ale właściwie z odległości mojej tęsknoty za Tobą i dlatego tak mało z tego wszystkiego do mnie dociera. Patrzę na quais nadsekwańskie i widzę długi wał wzdłuż zupełnie innego brzegu, innej, szerszej rzeki i widzę, jak idzie po nim do mnie Dziewczyna w czarnym płaszczyku w mroźny, słoneczny, cudowny dzień przedwiośnia. Stoję sobie na wszechświatowej sławy placu Concorde (a ruch, a obelisk!) i natychmiast zaczyna go zasłaniać ciemny, zasnuty pluchą nocną placyk środkowosłowiański, przez który wracamy z kabareciku w STS’ie... I tak jest ciągle, na każdym kroku. Zawsze bardzo kochałem Warszawę, ale nie przypuszczałem, że jest o mnie tak zazdrosna... Co ona we mnie widzi, że przed tym moim historycznym wyjazdem zaprowadziła mnie na spotkanie z Tobą [...], żebym się w niej na nowo zakochał – przez Ciebie i teraz, na „moim” Saint Germain des Pres marzył sobie o Saskiej Kępie... Agnieszka, Panienka z Kępy... [...] Włosy i policzek i skroń Agnieszki na mojej skroni i policzku... [...] Tyle szczęścia z powodu dotknięcia czyjegoś policzka... [...] Jestem wściekły i potwornie dotknięty i przerażony, że się nie mogę opanować, żeby Jej nie dotknąć, przerażony, że mogę Ją zgubić w tej mglistej nocy, więc Ją obejmuję, całuję, ale trudno jest docałować się do Agnieszki... Na razie to jest przedszkole pocałunkowe, za które już oddałem wszystkie najbieglejsze w tym zakresie przeżycia... Zadzwoniła, kiedy już byłem w domu – jak to dobrze, że zadzwoniła! Wymyśliłem sobie język, a może nie wymyśliłem go, tylko to był i jest po prostu mój język i tylko mój. I nagle ktoś do mnie przemówił tym samym językiem, ktoś mówiący inaczej, ale na pewno tym samym językiem. Więc jak mógłbym nie być olśniony tym, że tak jest, że ktoś mówił tak pięknie i śpiewa tak pięknie tym samym językiem co ja?... „Powiem Ci coś na lipę...”. A ja nie powinienem Ci nic mówić, tylko patrzeć na Ciebie, ale oczy mam bez wyrazu, więc to wszystko, co bełkoczę w tym liście ma służyć do tego, żeby Ci trochę określić, jak patrzę na Ciebie, Śpiewaczko moja ucieszna! [...] Zagubiony w Tobie jestem, porozrzucany po zwrotkach Twoich piosenek, zamroczony tak samo Twoimi ustami jak tym, co one mówią, spragniony jestem Ciebie, ciepła Twojego, humoru poczucia Twojego, uśmiechu Twojego, spojrzenia Twojego, „r” Twojego, Twoich rozlicznych „antrepryz” i kłopocików (byle niedużych), tego, co piszesz, i nie tylko tego, bo wszystkiego Twego spragniony ja jestem w tym Paryżu tak strasznie nie naszym... [brakuje zakończenia]
Jeremi Przybora.
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory Listy na wyczerpanym papierze, oprac. Magda Umer, Agora 2010, s. 39–40.

sobota, 17 maja 2014

Odcinek 1051: Gustaw Herling-Grudziński, 1998 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

17 maja 1998 roku
Pająk taranta salentina.
Wielki i nieżyjący już etnolog włoski Ernesto De Martino, autor klasycznej Magii na Południu, wybrał w roku 1959 za przedmiot swych badań „ukąszenie pająka taranta", rozpowszechnione w części Apulii zwanej Salento. Cóż to jest taranta? Mityczny pająk, który w zoologii odpowiada pająkowi Lycosa tarantula. Legenda pająka taranta jest stara, skoro wspomina o niej Leonardo da Vinci: „Ukąszenie pająka taranta utrzymuje człowieka w jego zamyśle, to znaczy w tym, co myślał w chwili, gdy został ukąszony". Objaśnienie skąpe, nie daje pojęcia o zjawisku badanym przez De Martino i ekipę jego współpracowników. Leonardo uchwycił jednak mimochodem rzecz istotną: siłę uporu tkwiącą w ludzkim zamyśle. Zjawisko tarantismo badane w Salento jest o wiele szersze, zawiera elementy magiczne, religijne, chorobowe (histeryczne), taumaturgiczne. Tarantato (mężczyzna) i tarantata (kobieta), przekonani o ukąszeniu mitycznego pająka, wpadają w stan półkataleptyczny, w pozycji leżącej mają drgawki epileptyczne i objawy zatrucia, wydają z siebie dźwięki na pograniczu szczekania i konwulsyjnego kaszlu. Można ich wyrwać z tego stanu albo w domu, albo (skuteczniej) w kaplicy św. Pawła, jeżeli akurat znajduje się w pobliżu (a w Salento roi się od nich). Znaczące są środki lecznicze: muzyka, tańce i kolory. Melodie muzyczne muszą być specjalne, istnieją w Salento kapele wyćwiczone w walce z pająkiem taranta. Specjalny też musi być taniec, oczywiście słynna tarantella. Kolory zaś trzeba przesuwać przed oczami (oczy w słup) rażonych, aż trafi się właściwy dla danego pacjenta.
Jest jeszcze ciągle na świecie sporo ludzi, ofiar „ukąszenia heglowskiego". Odparty zwycięsko atak mitycznego pająka taranta nasuwa receptę łatwej kuracji: piękna muzyka i piękny balet (o motywach tarantelli) na tle jakiegoś kolorystycznego arcydzieła. Okazuje się, że mamy na podorędziu stosunkowo proste i tanie sposoby zapobiegania jadom Wielkiego (i niemitycznego) Pająka z katedry uniwersyteckiej w Jenie.
Tarantella. Rycina z 1850 r.
Gustaw Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, t. III, Wydawnictwo Literackie 2012, s. 836-837.

piątek, 16 maja 2014

Odcinek 1050: Antoni Słonimski, 1937 rok

„Kronika tygodniowa” Antoniego Słonimskiego

„Wiadomości Literackie”, nr 21,16 maja 1937 roku

Przedstawienie "Baba-Dziwo" Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej
w Teatrze Miejskim im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.
Pisarka (siedzi z prawej, w kapeluszu) w otoczeniu aktorów.
Opinia o literatach, o stosunkach panujących w sferach artystycznych, z dawna jest wyrobiona. Przeciętny czytelnik gazet sądzi, że poeta to albo wieszcz, albo świnia. Wieszcz – gdy już umarł, świnia – gdy jeszcze żyje. Utarło się, że artyści żyją w bagnie, że jeśli wychodzą z tego bagna, to po to, aby ukraść srebrną łyżeczkę i wrócić do gnoju, w którym czują się najlepiej. Jest to pogląd stałych bywalców magla i rzeźników z prowincji. Ale nie bez zdumienia spotyka się bardzo pokrewne poglądy na życie literackie, wypowiadane na łamach „kulturalnych” tygodników. W ostatnim numerze „Epoki” jakiś pan A. Grot napadł bardzo ostro na recenzentów, którym nie podobała się komedia świetnej poetki Marii Pawlikowskiej. Wielki ten moralizator nazywa nasze życie literackie „lawiną kału”. Lawina ta toczy się, jak powiada p. Grot, „przez kanały wynajętych przez nie dusz, zżartych przedajnością, gotowych zszargać i oplugawić wszystko, co wyrasta ponad wybredność ich smaku lub nad grzędą ich myśli”. Mowa tam jest również o „krzykliwych straganach literackich” i o tym, „do czego w Polsce zdolny bywa czelny, zapluty karzeł, gdy czuje, że bezkarnie może spotwarzać olbrzyma”. Nie wiem, czemu na konto literatury zapisał p. Grot zarówno metody prasy brukowej, jak i jakąś idiotkę z prowincji, która oskarżała naczelnego wodza o przywłaszczenie sobie pary butów. Wielki moralizator z „Epoki” wydaje cenzurki recenzentom nie tylko z literatury, ale i ze sprawowania. [...] Wszyscy jesteśmy zdrajcami, wszyscy z jakichś świńskich powodów przemilczeliśmy prawdę o zgniliźnie panującej w świecie literackim. Powstał jakiś „front jednolity” – „od Mikułowskiego do Boya”. Pan Grot wie, o co tu chodzi. Powiada: „nie zawsze, aby wypłynąć, trzeba demonstracyjnie pluć w twarz swoim wczorajszym ideałom. Nieraz wystarczy po prostu zawiesić walkę, wycofać się z pobojowiska i milczeniem wtórować żabom rechoczącym w sadzawce”. Czytelnik może sobie pomyśleć, że istotnie Pawlikowska okazała w całej okazałości i prawdzie bagno naszego życie literackiego i że my wszyscy postanowiliśmy ją za to ukarać. Warto te bzdury omówić nieco szerzej, bo są one dość typowe i symptomatyczne. 
Plecie się bez końca o „kapliczkach”, o „straganach literackich”, o zgniliźnie i bagnie, a trzeba wyraźnie powiedzieć, że stosunki w środowisku literatów są jak dotąd na poziomie znacznie przyzwoitszym niż w innych środowiskach artystycznych, choćby z tej prostej przyczyny, że pisarze mają większą możność wyładowania się w słowie drukowanym, że nie stykają się bezpośrednio z odbiorcą, że nie muszą zabiegać o zamówienia, że wreszcie każdy człowiek utalentowany stosunkowo bardzo łatwo znajduje dziś wydawcę i że nie autor szuka dziś dyrektora teatru, ale każdy teatr wystawi dobrą sztukę młodego pisarza bez żadnej protekcji. Dzieją się i w życiu literackim różne draństwa, jak i wszędzie ale to ustawiczne wybrzydzanie się na literaturę zaczyna w końcu irytować. Są pisarze, którzy walczą nieuczciwie, niejednego można by znaleźć karierowicza ale szczęśliwie, jak dotąd, nie doszliśmy do prawdziwej demoralizacji, jak w krajach totalnych. Pisarze zwalczają się przeważnie ze względów ideowych, i poziom moralny życia literackiego nie upoważnia do takich ryczałtowych obelg i kazań moralnych, jakie znajdujemy w „Epoce”. „Epoka” już nie po raz pierwszy występuje w roli patetycznego kaznodziei i gromiciela złych obyczajów. [...] My wszyscy, którzy się nie uważamy ani za wieszczów narodu, ani za świnie, jako ludzie słabi i ulegający pokusom jarmarku literackiego i podłego kramarstwa, coraz głębiej zapadając się w bagno, przyjmujemy w pokorze ostre słowa nagany ze strony „Epoki”. Ale swoją drogą mogliby ci panowie podać nam rękę, próbować wyciągnąć nas z tego bagna, a nie tak bezlitośnie wbijać nogę w ten gnój, gdzie musimy kraść srebrne łyżeczki i wzajem się opluwać jadem nienawiści. Mało tego, jeszcze nas kuszą i wystawiają na próbę. Pamiętam, jak pewien publicysta zwracał się do mnie parokrotnie, abym napisał recenzję teatralną do pewnego pisemka brukowego. Paręset złotych mi obiecywał. Mniejsza o to, kto był tym publicystą i kto redagował to pisemko. Odmówiłem, bo wiedziałem, że to tylko duchy czyste kuszą mnie umyślnie, aby się przekonać, czy już jestem dostatecznie „zżarty sprzedajnością”. Teraz żałuję. I tak płynę z „lawiną kału”, a do tego jeszcze bez tych paruset złotych.
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1936–1939, oprac. Rafał Habielski, LTW, s. 161–162.

czwartek, 15 maja 2014

Odcinek 1049: Helena Modrzejewska, 1877 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Marii Faleńskiej

San Francisco, 15 maja 1877 roku
Droga Pani!
Przed kilku dniami odebrałam list Pani, który mnie niezmiernie ucieszył.
Helena Modrzejewska w San Francisco.
Dziękuję, dziękuję, dziękuję! [...]
Spieszę podzielić się z Panią dobrym dla mnie wypadkiem. Oto odbyłam próbę z Adrianny Lecouvreur po angielsku, w obecności dyrektora i reżysera tutejszego teatru. Prosiłam się prawie o tę próbę — bo te niedźwiedzie nie dowierzały, żeby w kraju, który według ich mniemania wykreślonym został z karty dziejów świata, w kraju, o którym oni tu nigdy nic nie słyszą, mogła istnieć sztuka. Otóż — doznałam triumfu, jaki mnie jeszcze nigdy nie spotkał. Niedźwiedzi zmieniłam w pudlów skaczących obecnie na dwóch łapkach przede mną. Dyrektor — zachwycony, zadziwiony, oczarowany — zaangażował mnie na tyle przedstawień, ile sama zechcę, i życzy sobie, żebym już za miesiąc wystąpiła. Ja zaś odwlekam jeszcze, bo chcę się jeszcze paru ról nauczyć — ale bardzo być może, że mnie namówią do wcześniejszego wystąpienia. Moja angielszczyzna nie przeszkadza im wcale — owszem, Jankesy mówią, że niektóre dźwięki w mej mowie są perfectly wonderfull i nie tylko że ich mój akcent nie razi, ale przeciwnie, podoba im się. [...]
Pisząc o sobie i o sobie tylko, zapominam donieść Pani, że Karol jest obecnie w Anaheim. Pojechał tam dla klimatu, a po części dla oszczędności, bo nasze fundusze prawie wyczerpane — farma wszystko zjadła. Zresztą tu, w San Francisco, bardzo niezdrowe powietrze dla tych, co się nie ochraniają dosyć — a Pani zna Karola. Biegał w cienkim tużurku wieczorami i zaziębił się. Pisał mi jednak wczoraj, że już prawie zupełnie zdrów — i wybiera się na moje występy.
Muszę Pani opisać, jak tu mieszkam. Niech Pani sobie wyobrazi domek o jednym piętrze — drewniany — ale wyglądający jak pałacyk z oknami weneckimi zdobiącymi front, wewnątrz calusieńki obity dywanami, począwszy od sieni, a skończywszy na kuchni, gdzie pani domu, w kołyszącym fotelu czytając gazetę, dogląda garnków, przed domkiem krzaki i kwiaty — na podwórku fuksje, wino, róże. Oto jest moje mieszkanie. Ja rezyduję z Dolkiem na pierwszym piętrze, przede mną mieszka czarna i chuda dama, moja znajoma, a jeszcze niżej — tłusta, olbrzymia gospodyni domu. Te dwie panie tak mnie lubią, że mi nie dają wytchnąć — co chwila któraś z nich zagląda do mnie, czy mi czego nie potrzeba, czy nie jestem słaba, jednym słowem, psują mnie. Oprócz tego mam nauczycielkę [Joe Tucholsky] — młodą osobę, która się formalnie kocha we mnie. Jej to zawdzięczam przełamanie mego języka, ponieważ co dzień przychodzi, a bawi po cztery lub pięć godzin, czasem nawet na wieczór zostaje u mnie. Pokazuje się, że przeznaczono mi być lubioną przez płeć piękną. Za to też żaden Jankes nigdy się jeszcze za mną nie obejrzał, żaden mi nie powiedział komplementu [...] Jakiż ja niedorzeczny list do Pani piszę! To z radości, że mi się udała próba. Rzeczywiście, powróciwszy z teatru tak byłam wesołą jak dziecko, pobiegłam na podwórko urwać kwiatek — i o mało że nie schwyciłam w siatkę ślicznego kolibri uwijającego się koło fuksji, aby go spłaszczywszy należycie, przesłać w kopercie pannie Marii, ale cóż, radość rozmiękczyła mi serce, żal mi się zrobiło biedaczka i darowałam mu życie. A szkoda, bo można by go w broszce nosić.
Muszę skończyć, bo mój list sensu nie ma.


Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 385–387. 

środa, 14 maja 2014

Odcinek 1048: Tadeusz Bobrowski, 1892 rok

List Tadeusza Bobrowskiego do siostrzeńca, Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego (Josepha Conrada)
2/14 maja 1892, z Kazimierówki
My Dear Boy!

Na chybił trafił szlę ten list mój na Św. Helenę — a nuż Cię tam złapie i sprawi miłą dywersją, na czym wygramy oba: bo Ty miłą niespodziankę, ja przyjemność, żem Ci ją sprawił — znajdziemy. [...]
Na pierwszym miejscu niniejszego kładę wiadomość o własnym zdrowiu, gwoli uspokojenia mego Drogiego Chłopca. Otóż powiem Ci, że od lutego aż do pierwszych [dni] kwietnia, pomimo ciągle branych leków w tym celu, cierpiałem codzienne zawroty głowy, które mnie mocno męczyły i niepokoiły. Przed samymi Świętami Wielkanocnymi, stosownie do instrukcji lekarzy, po wzięciu czterech porcji zrobiłem pauzę — po której wnet zawroty ustały; następnie więc do onych lekarstw, odłożonych na czas jakiś tylko, nie wracałem, i dobrze mi z tym [...].
U nas dzieje się wcale niepomyślnie, od wiosny ani jednego prawie deszczu nie mieliśmy, posiewy zimowe nikną, a wiosenne nie wschodzą, buraki meszka zjada. Źle z nami jest, a może być jeszcze gorzej!!! Jaka na to rada? Cierpliwość.
Powiadomiwszy Cię o sobie, zwracam pióro moje do Ciebie i zamiarów Twoich, a więc najprzód nie cieszy mnie poczucie niedomagania pewnego, zmęczenia, które się odzywa — 35 rok toż nie starość przecie, i mam nadzieję, że to przejdzie. Co do zamiaru pozostania jeszcze rok na „Torrens”: Tyś sędzią i panem tej sprawy — rozsądek z pewnością nie pozwala opuszczać posady znośnej, którą masz, dla niepewnej i nieznanej, której jeszcze szukać, a może i na próżno, trzeba?... Dla ugruntowania Cię w tym postanowieniu dodam, że mam nadzieję i rok ten, i przyszły jeszcze jako tako przekołatać — i zobaczyć, i uściskać jeszcze Ciebie w 1894 może Bóg da, liczę na to, i liczmy. Dodam i to: że gdybyś chciał mnie tego roku odwiedzić, nie bardzo bym mógł połączone z tym koszta ponieść, bo mnie oprócz niepowodzenia dzierżawców, którym musiałem pewne folgi zrobić, a nadto i koszta z pozostawaniem Stanisława w więzieniu połączone, bo matka jego bawi od stycznia w Warszawie — wyczerpały.
„Torrens”, 1875 rok.
Nie pomnę, czy Ci pisałem, że biedny chłopczysko został przyaresztowany 3/15 stycznia br. pod zarzutem jakiejś politycznej, a raczej socjalnej propagandy i dotąd pod kluczem w Cytadeli Warszawskiej zostaje. Widzi mi się, że to wprost sprawa nieupoważnionego nauczania rzemieślników, nic nadto, ale ponieważ ma zabarwienie narodowościowe, staje się skomplikowana; wedle wyjątkowej ad hoc procedury prowadzi się tajnie i wyjątkową karę ściągnąć na biedaka może, łamiąc teraźniejszość — bo był już na ukończeniu uniwersytetu — a razem z nią i przyszłość może całą. [...]
Za przybyciem do Londynu zastaniesz list mój z pewnością, a może i parę. Doniosę Ci o wszystkim i wszystkich, a teraz bądź mi zdrów, My Dear Boy.
Ściskam Cię i błogosławię setnie.
Twój Wuj
T. Bobrowski
Tadeusz Bobrowski, Listy do Conrada, oprac. Róża Jabłkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 157–159.