środa, 30 kwietnia 2014

Odcinek 1034: Jan Lechoń, 1953 rok

Z dziennika Jana Lechonia

30 kwietnia 1953 roku
Przepisywałem, prawie nie poprawiając. Co nie znaczy, że nie trzeba było poprawiać.

Stara, komiczna, bardzo poczochrana pijaczka czy wariatka wychodzi ze sklepu i na jej powitanie rzuca się jakiś śmieszny pokurcz, ni to kundel, ni foksterier. Obskakuje ją, kręci ogonem, piszczy z radości. Starucha coś tam zrzędzi, łaje go, ale widać, jak jest rada z tych czułości. Na jakieś inne nie mogłaby liczyć i co to za szczęście, że ma takiego psa, oddaną żywą istotę, która nie wie, co to brzydota, brud, pijaństwo, i kocha ją z wdzięczności i z porywu serca.
 
Nowy Jork, lata pięćdziesiąte, fot. Vivian Maier
Mały, może czteroletni chłopczyk, którego matka prowadzi na pasku, coś się jej naprzykrza i dostaje uderzenie w twarz. Wybucha strasznym płaczem i tuli się do sukni matki, wpatruje w nią, błagając przebaczenia. Oto, co się nazywa miłość – w niej jest cały świat tego dziecka; wina, kara, przebaczenie i nagroda.

Przysłowie wschodnie: „Bij zawsze twoją żonę, nawet jeżeli nie wiesz dlaczego. Bo ona wie na pewno.”

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 105–106.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Odcinek 1033: Maria Dąbrowska, 1942 rok

List Marii Dąbrowskiej do Kazimiery Muszałówny

Warszawa 29 kwietnia 1942 roku
Kazimiera Muszałówna.
Droga Pani. Jestem zmartwiona i zła, że mimo tak obszernego mówienia o Pani sukni i o możliwościach zużytkowania jej na krawaty, obie zapomniałyśmy — ja oddać Pani jej paczkę, a Pani o nią się upomnieć. Głowy teraz mamy jakieś na te rzeczy niby sita. Przykro mi, że przetrzymuję tę Pani paczkę, gdy może mogłaby Pani właśnie teraz korzystnie ową suknię sprzedać. Na wszelki więc wypadek, gdyby Pani było za długo z tym czekać do następnego wtorku (to jest do 12 maja) donoszę, że w ciągu najbliższego wtorku (5 maja) postaram się, aby — w razie gdyby Pani po to uważała za konieczne wpaść — paczkę Pani wydano, nawet gdybym ja była w domu nieobecna.
Po Pani odejściu przeczytałam rozdział w książce prof. Ujejskiego, który (to znaczy rozdział, nie Ujejski) tak się Pani nie podobał. Zmartwiłam się, ponieważ nie znalazłam w nim nic, co by, jak na mój gust, mogło wzbudzić tak surową ocenę. Wydał mi się rzetelny i obiektywny, a nadto zawierający wiele cennych danych informacyjnych, jeśli chodzi o tę stronę biografii Conrada, która właśnie u nas najmniej jest znaną. Chętnie z Panią o tym jeszcze pomówię, choć w rzeczach różnicy zdań jestem takim tchórzem, że wolę je pomijać, niż wywoływać czy też przyjmować kłótnię.
Nie jestem też pewna, czy można nazwać Conrada reakcjonistą, to jest wstecznikiem. Zachowawcą w pewnym sensie — może tak. Kto wie, czy zachowawcą w pewnym sensie nie jest każdy prawdziwy artysta. Sztuka bądź co bądź nie jest pniem ani korzeniem kultury, jest jej kwiatem i słodkim soczystym owocem — a te źle znoszą nawałnice i burze, i nawet by je odtwarzać, potrzebują do pewnego stopnia atmosfery spokoju, trwałych tradycji, obyczajów. I jeśli zdarzają się wielkie dzieła sztuki wyrosłe w dobie wstrząsów i przewrotów, to może — nie dlatego — ale — pomimo to.
Serdeczne pozdrowienia
Maria D.

Maria Dąbrowska, Szkice o Conradzie, Czytelnik 1974, s. 239-240.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Odcinek 1032: Tytus Chałubiński, 1868 rok

List Tytusa Chałubińskiego do Aleksandra Balickiego

Clermont-Ferrand, 28 kwietnia 1868 roku
Mój kochany OlesiuPrawie od chwili jak pisałem ostatni mój list do Ciebie, w ciągłych jestem podróżach. Dawniej tyle razy będąc we Francji nie miałem nigdy dość czasu, aby zwiedzić Owernię, kraj niesłychanie ciekawy tak dla turysty, jak dla ludzi naukowych. Turystą nie byłem nigdy; nauką w bardzo ścisłym znaczeniu dziś zajmować się nie mogę. Zawsze jednak chciałbym nawet w teraźniejszym moim położeniu nie tracić czasu i sposobności na próżno. Wśród niesłychanie pięknej i żyznej płaszczyzny wznosi się tu pasmo wulkanów, zwanych górami Cantalu, Mont Dore i Puy de Dôme. Wyraźniej i piękniej niż gdziekolwiek indziej widzieć można trojaką epokę owych wielkich wstrząśnień wewnętrznych ziemi, których rezultatem są łańcuchy gór, a mianowicie epokę trachytów, bazaltów i law tak zwanych nowoczesnych, ale które jednak, jak się zdaje, wylały się niedługo po potopie biblijnym. Z Puy de Dôme oko ogarnia naraz kilkadziesiąt wulkanów, których kratery w całości lub części są zachowane. Całe morza lawy, bardzo często nagiej, jak gdyby dopiero niedawno zastygła; mnóstwo źródeł mineralnych, ciepłych i chłodnych; na wszystkie strony tysiące szczegółów niesłychanie zajmujących i nauczających. Mnóstwo pomników po Gallach i Rzymianach, nie licząc już Franków. Przy tym dzisiejsza ludność nader sympatyczna; kultura i dobrobyt, wiosna w całym znaczeniu, wszystko to są rzeczy, które powinny by na zdrowie moje zbawiennie oddziaływać. W rzeczy samej powietrze gór najlepiej mi służy. Wystaw sobie, że na przykład przez całe dwa dni bardzo utrudzających wycieczek po górach nie miałem ani razu moich nieszczęśliwych palpitacji. Ach, gdybym mógł przy tym zupełnie być spokojnym, jestem przekonany, że w ciągu kilku tygodni zupełnie przyszedłbym do siebie. Zapytaj się też Karola, czy nie chce jakich wiadomości geologicznych lub mineralogicznych. Byłbym w stanie zadowolić go, bo wiele widziałem, czytałem, oglądałem muzea, zbiory i mam adresy tutejszych naturalistów.

Puy de Dôme (źródło).
Tytus Chałubiński, Listy 1840–1889, oprac. Aniela Szwejcerowa, Ossolineum 1970, s. 64–65.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Odcinek 1031: Bolesław Prus, 1884 rok

„Kronika tygodniowa” Bolesława Prusa

„Kurier Warszawski, 27 kwietnia 1884 roku
[...] Następną nowość, także znaną, stanowi pewna szwaczka, która umarła z głodu. Pani zapytuje, gdzie?... Tu, w Warszawie.
Utrzymywała matkę i zarabiała 12 rs miesięcznie, naturalnie z szycia. Gdyby z nierządu, mogłaby zarobić 120 rs miesięcznie i utrzymywać zamiast jednej prawdziwej – kilka sztucznych matek.
Z owych 12 rs urwano jej w ostatnim miesiącu sześć. Dziewczyna zaczęła karmić się chlebem, no – i umarła, zgodnie z zasadami fizjologii, które opiewają, że człowiek oprócz chleba powinien jeszcze jadać mięso, mleko itd.
Nie myślę się rozczulać nad dolą tej niebogi, rozumiejąc, że śmierć z głodu w ciągu kilku dni jest dobrym interesem dla człowieka skazanego na umieranie z głodu przez kilka czy kilkanaście lat. Trafił się tu jednak szczególny wypadek.
W tym samym czasie, kiedy dogorywała szwaczka, doniosły dzienniki, że do Warszawy przybyła aż z Włoch kwiaciarka z matką i rodziną. Nie ma ona przecie zamiaru wyrabiać u nas sztucznych kwiatów, które „dzięki pomyślnemu rozwojowi tej gałęzi przemysłu” stanowią jeden więcej mostek do śmierci głodowej, ale – chce sprzedawać po ulicach bukieciki z naturalnych kwiatów, jak się to praktykuje we Francji, Włoszech, zresztą w całej Europie.
Weneckie kwiaciarki, mal. Antonio Paoletti.
Urząd takich kwiaciarek nie jest u nas nowością. Od kilku już lat widujemy kobiety wołające na chodnikach:
– Może pan kupi fiołków?... Nie? To może kalendarzyk kieszonkowy albo paczkę zapałek?...
Damy te jednak, może skutkiem ciągłego obcowania z kwiatami, tak mocno pokochały naturę, że nawet same siebie nie chcą wynaturzać za pomocą mydła i grzebienia, co trochę psuło ludziom smak do bukietów. Najczęściej zaś myjąca się między nimi miała znowu słabość karmić niemowlę i odsłaniać przy tym całą sumę wdzięków wprawdzie bardzo czcigodnych, lecz stanowiących nader posępne tło dla pączków róż, które były artykułem jej handlu.
Słowem, do sprzedawania kwiatów brało się u nas wszystko, co było starym, niezgrabnym, obwisłym i nie umytym. I dopiero owa włoska kwiaciareczka ma reprezentować u nas młodość, wdzięk i schludną odzież, co z pewnością zapewni jej pokaźny dochód.
Pytanie: dlaczego u nas młode i ładne dziewczęta, umierające z głodu nad maszynami do szycia, nie wzięły się do sprzedaży kwiatów? A – gdyż ten rodzaj zajęcia uważa się u nas za „nieprzyzwoity”. „Nieprzyzwoitość” zaś jest tak strasznym piętnem, że słyszałem o pewnym młodzieńcu, który wolał wyzyskiwać ubogą matkę, a nawet fałszować weksle, niż wziąć się do jakiej prostej roboty, która dla człowieka jego urodzenia była „nieprzyzwoitą”.
Jest to jedna z przyczyn, dla której do kraju przyjeżdżają cudzoziemcy nie obeznani z miejscowymi stosunkami i mimo to znajdują zajęcie, a jeżeli nie znajdują, to tworzą je sobie – i – robią majątki, podczas gdy ludzie miejscowi umierają z głodu, z przeszkodami lub bez przeszkód. [...]
Bolesław Prus, Kroniki. Wybór, t. 1, oprac. Stanisław Fita, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 191–192.

sobota, 26 kwietnia 2014

Odcinek 1030: Antoni Czechow, 1901 rok

List Antoniego Czechowa do Olgi Knipper

26 kwietnia 1901, Jalta
Olga Knipper i Antoni Czechow.
Piesku mój, Olka! Przyjadę na początku maja.
Jeżeli dasz mi słowo honoru, że żywa dusza w Moskwie nie dowie się o naszym ślubie, póki się nie odbędzie — ożenię się z Tobą choćby tego samego dnia, kiedy przyjadę. Nie wiem czemu, ale okropnie lękam się ceremonii ślubnej i składania życzeń, i szampana, który należy trzymać w ręku z jakimś zgoła nieokreślonym uśmiechem. Dobrze byłoby z cerkwi skoczyć nie do domu, tylko wprost do Zwienigorodu. [...]
U mnie wszystko w porządku, oprócz jednego drobiazgu — zdrowia. [...]
Ściskam Cię, Olu.
Twój Antoine
Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 319.

piątek, 25 kwietnia 2014

Odcinek 1029: Władysław St. Reymont, 1895 rok

List Władysława St. Reymonta do brata, Franciszka

[Rzym, 25 kwietnia 1895 roku]
Piazza Venezia w Rzymie, 1895 r.
Moi złoci.
Słowo stało się ciałem i dlatego piszę do Was z Wiecznego Miasta; z miasta cezarów, papieży, lazaronów, sałaty i czarnych ludzi, jednym słowem — z Rzymu. Ot, co! Jesteśmy tutaj w paczce, bo Kostusiowie z Zosią, Henrykowie, Wągrowska i jedna z galaret panieńskich, p. Bieńkowska.
Wyjechaliśmy z Warszawy dopiero w środę po Wielkiej Nocy, bo rozmaite krakowskie szopki opóźniły wyjazd. Właściwą pielgrzymkę odłożono do maja, ale myśmy czekać nie chcieli i wyrwaliśmy się, a do nas przyłączyła się banda złożona ze 106 osób i podróżujemy sobie w towarzystwie, co prawda ani zbyt pięknym, ani zbyt miłym, ale cóż robić. Bandzie tej Henio zakrystianuje z powodzeniem. Kapitalny na sposób katolicki idiota! W Wiedniu byliśmy dwa dni, tyle akurat czasu, aby Kocio mógł się po uszy uraczyć oryginalnym pilznerem, ale z Wiednia mieliśmy potężny kurs drogi przez Styrię, Alpy do Padwy, 38 godzin w wagonie, i do tego w wagonie trzeciej klasy. No, jeszcze dzisiaj czuję to w kościach potężnie. Z Padwy, gdzieśmy siedzieli dzień, na Bolonię, Rimini, Anconę do Loreto. Cudowne miejsce! Z Loreta do Asyżu! Drugie cudowne miejsce - Twój patron, Franku. Nasze kobiety obłykały się w tyle odpustów, że śmiało im wystarczy do końca życia. Ja z Kociem łykamy tylko wino, które jest wcale dobre i ogromnie tanie, bo można za 40 groszy litr kupić, ale jedzenie pod psem. Od Wiednia nie jedliśmy ludzkiego obiadu. Mięsa mają wygląd rozgotowanych kaloszy, zupy — nie powiem czego, jedne sałaty są świetne. Wynagradza stokrotnie wszystko wiosna włoska. Jest pięknie, że tego się nie da łatwo opowiedzieć. Drzewa w kwiatach, pola w zieloności. Rzym to wielkie miasto, na gwałt przerabiane na modłę europejską. Na ulicach aż się mrowi od policji i księży — Jezus! Jeszczem nigdy tego robactwa nie widział tyle od razu. Swoją drogą jestem olśniony, nie miastem, a kościołami. Przecież znam Londyn, Paryż, Wiedeń, Berlin i Kolonię, tj. wszystkie ich najwspanialsze kościoły, ale wszystkie one są niczym przy Św. Piotrze rzymskim — ot, budy przy pałacu. Są to nie do opisywania rzeczy. Kościół, który pomieścić może 80 tysięcy ludzi! Kościół, który wewnątrz nie ma jednego cala kwadratowego, żeby nie był pokryty najcudniejszym marmurem, rzeźbą lub jakim arcydziełem.
Wiosna we Włoszech, mal. Isaac Levitan, 1890 r.
 Posiedzimy w Rzymie co najmniej z tydzień. Pojedziemy następnie do Neapolu i z powrotem na Florencję, Wenecję, Wiedeń do domu. Wycieczka cudowna. Mam pisać do „Gazety Polskiej" sprawozdania, ale do dzisiaj nie napisałem nic jeszcze, bo ani czasu, ani chęci nie mam. Co tu pisać, kiedy chce się właśnie nie robić nic, tylko patrzeć i patrzeć.
Swoją drogą od jutra już się muszę zmusić do roboty, bo groszy trza.
Bazgraninę moją musisz tam jakoś odcyfrować, ale już lepiej pewnie nie napisze, bo mi i pilno, i spać mi się chce, po całodziennym lataniu po Rzymie. Ulokowano nas przy Watykanie u jakiejś s. Marty, gdzie płacimy za całodzienny wikt z mieszkaniem 3 i 1/2 lira, tj. około 9 złotych. Tanio jest, ale podle także jest.
Mnie tu dzisiaj przyszły gryzące refleksje, że to Ty nie możesz się wyrwać w świat, aby coś zobaczyć,  chyba muszę już za nas obydwóch oglądać świat, co? Muszę skończyć, byłoby za dużo do pisania, a nie mam czasu i czuję zresztą, że piszę bez sensu. Napiszę do Ciebie może z Neapolu, może gdzie z Wenecji. W każdym razie napiszę. Całuję Was oboje serdecznie i rzucam: do widzenia. Zaraz po przyjeździe do kraju wstąpię do Nadarzyna.

Wasz
Wł. St. Rejment
Władysław St. Reymont, Listy do rodziny, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki i Barbara Kocówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975, s. 66-68.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Odcinek 1028: Maria Kasprowiczowa, 1925 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

24 kwietnia 1925 roku
Dzisiaj radosna niespodzianka. Budzimy się rano w pokoju, w którym pełno jest słońca. Góry w bieli nieskazitelnej odcinają się wyniośle na błękicie nieba.
Janek po wypiciu kawy leży przez chwilę jeszcze spokojnie. Pytam go, czy nie przeczytać mu gazety!? — mówi, że nie i każe podać sobie deszczułkę i papier. Mija godzina i Janek już dyktuje mi jeden z najpiękniejszych poematów przyszłej książki: „W sobotę rezurekcyjną".
Pisząc pod jego dyktandem, jestem parę razy tak wzruszona, że łzy napływają mi do oczu. Przedziwna jest ta opowieść o wędrującym wśród pól na Rezurekcję Chrystusie. Jest Bogiem radosnym, nie smutnym. Nie poznaje siebie samego w przydrożnym przybitym do krzyża cierpiętniku. W ten rozpromieniony wiosenny wieczór obca mu jest myśl o śmierci i cierpieniu — kocha świat tak tkliwą miłością, że boi się pokalać jego traw i kwiatów pyłem swoich stóp.
Rozmowa ze staruszkiem, jak i On idącym na Rezurekcję, utrwala Go jednakowoż w przekonaniu, iż potrzebna była Jego ofiara i śmierć, bo bez śmierci nie byłoby Zmartwychwstania.
I On, miłujący Bóg, niosący ludziom „nowinę radosną", gotów na nowo umierać przez wieki na krzyżach przydrożnych, aby utrwaliła się na ziemi wiara, że śmierć jest tylko drogą ku nieśmiertelnemu życiu. 
Tutaj tekst wiersza Jana Kasprowicza W sobotę rezurekcyjną.

Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s.  414-415.

środa, 23 kwietnia 2014

Odcinek 1027: Wojciech Kossak, 1899 rok

List Wojciecha Kossaka do żony, Marii

[Berlin] niedziela, św. Wojciech [23 kwietnia 1899 roku]
Moja najdroższa Maniuchno.Tak oto sobie samotnie siedzący piszę do drogiej mej żony w dzień patrona zacnego. Przede wszystkim dziękuję Ci za list, a pannom i chłopcom za telegram, uściskaj prowizorycznie solenizanta, kochanego dudka. Uczynię to osobiście we środę, w tę oto, czyli pojutrze.[...] zaraz po otrzymaniu listu Kazia zatelegrafuję Ci, jako też i godzinę mego przyjazdu. Wobec tego bowiem jadę do Was zaraz, we wtorek obraz idzie na wystawę, a we środę rano jadę. Rama jest arcydzieło, przepych, Bolle się popisał; obraz jest naprawdę bajeczny, niepodobieństwo, żeby miał źle wyglądać na wystawie. Drzwi się nie zamykają od wizyt i naprawdę wszyscy zachwyceni i winszują mi, tak szalenie w ramie zyskał, że odżałować nie mogę, żem go cesarzowi i Menzlowi jeszcze w ramie pokazać nie mógł. Jest taki ruch, taka akcja, tyle słońca, powietrza i koloru, że zdumiejesz, gdy zobaczysz. Chyba tym razem będzie wielki malarski sukces.
Wojciech Kossak (z lewej) pokazuje swój obraz Zorndorf
cesarzowi Wilhelmowi II i malarzowi Menzlowi.
Maniuchno najdroższa, wiesz, ile mam takich kolosów przed sobą do roboty oprócz panoramy? sześć!!, wyraźnie mówię: 6! Fliegeladiutant cesarski von Mackensen przyszedł wczoraj obwieścić mi tę wiadomość oficjalnie, z wymienieniem tematów, które są wszystkie śliczne i sympatyczne, z siedmioletniej wojny, z 1807 roku i z 1814, z epopei napoleońskiej.Wywióra biorę na stałe do pomocy, czy panorama, czy obraz, jucha, psia noga, kwiczące prosię, ale niech go wciórności, jaki pomocnik. Myślałem, że tylko do śniegu taki majster, i przypomnij sobie, żem go zawsze jako pomocnika wysoko cenił i x razy mówiłem: „Berezynę właściwie zrobiłem ja z Wywiórem”. Oto dziś przy świętej niedzieli poszedłem raniutko na mszę do Św. Jadwigi, poleciłem siebie i Was mojemu patronowi i jazda do roboty. Wywiór przyszedł, dałem mu paletę w łapę i pokazałem mu, co chcę, żeby po Angliku przemalował. Daję Ci słowo, że w godzinę zrobił więcej jak Anglik we dwa tygodnie, bez żadnej przesady i o wiele lepiej. Zgodziłem go już do panoramy, wiec pokorny i miękki jak wosk i takim go chcę mieć. Anglik był doskonały do dalszych planów i od nich zaczął, więc byłem rad bardzo, miększy od Bollera w technice, ale gdy przyszło do pierwszych planów, traw, ściernisk, drogi rozjeżdżonej i pełnej wybojów — zdechł pies, ani rusz, żadnej pamięci malarskiej i taka sama technika jak na oddaleniach. Wywiór, powiadam Ci, w godzinę doprowadził wszystko do porządku z szybkością błyskawiczną i pewnością zdumiewającą. Obraz jest stanowczo niezwykły, zdaje mi się, że jest znakomity, skończony zupełnie. [...]
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 452–453.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Odcinek 1026: Raymond Chandler, 1949 rok

List Raymonda Chandlera do Hamisha Hamiltona

22 kwietnia 1949 r.

Raymond Chandler.
...Wykwintne barbarzyństwo Etonu jest przez Connolly'ego oddane po mistrzowsku, równie dobry jest opis tego, jak etończycy myślą, mówią i piszą w wieku niemal dziecięcym, kiedy Amerykanie ledwo umieją napisać poprawnie własne nazwisko. Mimo to jest w tym życiu literackim coś, co budzi we mnie odrazę, całe to rozpaczliwe budowanie zamków na lodzie, ta długotrwała zacięta walka, żeby dokonać czegoś ważkiego, co, jak wszyscy wiemy, za kilka lat zniknie bezpowrotnie, ten fetor klęski, który mierzi mnie prawie tak samo, jak krzykliwość tandetnego sukcesu.
Moim zdaniem, ludzie naprawdę tego warci muszą odnosić mniejsze czy większe sukcesy w każdych okolicznościach. Szekspir wybiłby się w każdym pokoleniu, bo nie dałby się zapędzić w kozi róg. Zabrałby się do fałszywych bogów i przerobiłby ich na swoją modłę. Wziąłby aktualne formuły i przekułby je w sposób, który by ludziom mniejszego kalibru wydawał się niemożliwy. Gdyby żył dzisiaj, z pewnością pisałby i reżyserował filmy, sztuki i Bóg jeden wie co jeszcze. Zamiast mówić: "Ten środek wyrazu jest niedobry", byłby go wziął na warsztat i sprawił, żeby się stał dobry. Gdyby ktoś powiedział o niektórych jego utworach, że to szmira (a tak jest rzeczywiście), nic by sobie z tego nie robił, bo by wiedział, że bez odrobiny wulgarności nie można być człowiekiem całkowitym i wszechstronnym. Nie cierpiałby wszelkiego wykwintu, bo jest on zawsze wzdraganiem się, wycofywaniem, a Szekspir był zbyt mocny i odważny, żeby się miał przed czym wzdrygać.
Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 104-105.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Odcinek 1025: Miron Białoszewski, 1978 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

21 kwietnia 1978 roku
[...] Poszedłem wieczorem na spacer. Za wysokie miotły na wodzie. Tej wody coraz mniej, bo sucho się zrobiło. Księżyc. Szedłem betonowymi płytami, dalej przez kocie łby, potem skręciłem w te drugie betonowe płyty. Po bokach słychać było kwilenia ptaków. Potem rechot żab. Potem jakiś ptak, którego wziąłem najpierw za psa. Potem były drugie kwilenia i drugie żaby. Świeciły rowy. Krajobraz dziwny, w dzień może nawet odstraszający. Drzewa przy drodze wykarczowane, a po bokach ziemia, glina, ślady jakichś niewiadomych mechanizmów. Dużo jeszcze po bokach błota i podmokłości. Ale pusto, pusto. Ani jednej chałupy. Tylko psy gdzieś z daleka. Zaszedłem pod jakiś chutor. Puste szopy. Nie wiadomo na co. I barak czy baraki. Z oświetlonymi okienkami. Wróciłem, żeby się nie stykać z ludźmi, bo po drodze nie spotkałem ani jednego człowieka i nie chciałem spotkać. Z glinianego pola na beton wyskoczyło zwierzę z łopotem łap. Obróciłem się. Zwierzę umkło na bok. Zapytałem głośno
– Kto ty jesteś?
Wtedy zwierzę wyszło na betonową drogę i poleciało dalej w swoją stronę. Był to pół zając, pół pies. Przynajmniej tak mi się zdawało w pustym księżycu. Zaszedłem pod stertę płyt betonowych. Rozsiadłem się tam na odpoczynek. W księżycu wyglądały jak sfinks czy jak mastaba. Fioletowe. Droga też w tych blokach fioletowa. Siedziałem. Coś nade mną czy za mną uderzyło o płytę. Za chwilę uderzenie bliższe. I trzecie jeszcze bliższe. Podniosłem się. Nie było nikogo ani niczego. Obszedłem mastabę dookoła. Wróciłem na dawne miejsce. Cisza. I znów stuknięcie. [...]
Bez tytułu, mal. Zdzisław Beksiński, 1975 rok.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Znak 2012, s. 522.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Odcinek 1024: Virginia Woolf, 1925 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Poniedziałek, 20 kwietnia [1925 roku]
Virginia Woolf w sukni swojej matki, 1924 r.
Szczęście polega na tym, że ma się kawałek sznurka, do którego można wszystko przyczepić. Na przykład wybieranie się do krawcowej, albo raczej rozmyślanie nad suknią, jaką mogłabym u niej zamówić, i wyobrażanie sobie, jak już jest uszyta — to właśnie taki sznurek, który kiedy go zanurzyć w falę skarbów, wraca oklejony perłami. A wydaje się, że moje dni będą teraz nimi usłane. Podoba mi się to londyńskie życie wczesnym latem — przechadzanie się ulicami i przystawanie na placach, i jeszcze gdyby moje książki miały się okazać sukcesem; gdybyśmy mogli zacząć budowę w Monks i założyć radio dla Nelly, i gdyby — gdyby — gdyby. Tak naprawdę jednak życzyłabym sobie posiadać trzy funty, żeby kupić parę wysokich butów na gumowych podeszwach, w których bym chodziła w niedziele na spacery po wsi.
Jeżeli idzie o obecny stan mojego umysłu, to jedna sprawa wydaje mi się niewątpliwa: że dowierciłam się wreszcie do złoża ropy naftowej i choćbym nie wiem jak szybko pisała, to i tak nie wydobędę wszystkiego na powierzchnię. Zbiera się we mnie w tej chwili co najmniej sześć opowiadań i mam w końcu poczucie, że potrafię zamknąć w słowach wszystkie swoje myśli. Przypuśćmy więc, że miałabym zostać jedną z interesujących — bo nie powiem wielkich, ale interesujących — pisarek? Co dziwne, biorąc pod uwagę moją próżność, nigdy nie wierzyłam zbyt mocno w swoje powieści.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 270.

sobota, 19 kwietnia 2014

Odcinek 1023: Wacław Kubacki, 1945 rok

Z dziennika Wacława Kubackiego

Poznań, 19 kwietnia 1945 roku
Londyn, 1940 r.
Niemcy urządzili w podziemiach kościoła Św. Michała składnicę książek zabranych z bibliotek parafialnych i dworskich, jak świadczą pieczątki i ekslibrysy. Pracownicy katedr humanistycznych bobrują w tych skarbach, wybierając, co przydatne dla swoich zakładów. Osobliwa to rzecz taka kopalnia książek, do której się schodzi z latarką w ręku. Korytarze ułożone z tomów. Sztolnie jakby kute w stosach druków. Wąwozy księgarskiej stęchlizny.

Wacław Kubacki, Dziennik (1944-1958), Czytelnik 1971, s. 42.

piątek, 18 kwietnia 2014

Odcinek 1022: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

18 kwietnia 2004 roku
Była nie tylko „nizinierowa”. Wszystko, co żyło, nie latało, nie pływało w stawie i nie było człowiekiem, nosiło nazwę „gadzina”. Zamiast pastylki i zastrzyki mówiono plastylki i zaszczyki, zamiast gzyms mówiono grzyms, zamiast taboret mówiono taborek (liczba mnoga taborki). Ostatnio, gdy razem jeszcze z moją żoną, ustalaliśmy w Sanoku wykończenie grobowca rodzinnego właśnie z myślą o niej, usłyszałem nową nazwę i powtarzaną wielokrotnie, więc nie mogło być mowy pomyłce, czyli „kampinos”. Żona chciała obłożenia starego i popękanego grobowca łatwymi do mycia płytami kamiennymi, przy czym ja proponowałem jakieś włoskie, całkiem gładkie i czarne, ale ona wybrała jakiś granit południowoafrykański, bo był tańszy (zawsze mnie stopowała). Usiłowałem kamieniarza przekonać, by zrobił prostą kostkę, czyli takie Mauzoleum Lenina, ale on się uparł, że musi być kampinos i bez kampinosa to on się roboty nie podejmie. Wg szwagra – a chyba miał w tym wypadku rację – kamieniarz bał się, że nie potrafi dopasować płyty górnej do bocznych, a jeśli będzie kampinos, czyli po prostu gzyms szerszy od bryły, to ewentualne niedopasowania łatwe będą do ukrycia. Nie było wyboru. Zaakceptowałem kampinos (nie znoszę takiego gzymsu, bo grobowce wyglądają jak stoły nadające się do przykrycia obrusem), bo żonie było wszystko jedno. Potem dopiero przyszło mi do głowy, że słowo wzięło się od terminu „kapinos”, którym w gzymsie określa się półokrągłe podcięcie od spodu zapobiegające podciekaniu wody na ścianę. To od nosa i od kapania. No cóż. Ten grobowiec – z mojej winy – był już wtedy nie do uratowania od strony wyglądu i można go było tylko obłożyć tymi płytami granitowymi.
Portret żony, fot. Z. Beksiński, 1956-1957 (źródło).
Przed laty był to niski grobowiec z leżącym ukośnie i pochyło na bryle kamiennej krzyżem – dzieło mego dziadka, który był w Sanoku budowniczym. Krypta była poniżej terenu, a pozioma płyta dostępu od góry. Gdy chowaliśmy ojca, sam jeszcze przesuwałem wraz z grabarzem trumny na dole: babcia, potem ciotka, czyli siostra ojca, która zmarła na raka, gdy ja byłem na studiach, jakieś dziecko. Bywała tam chyba okresowo woda, bo ciotka leżała na boku i trzeba było trumnę ustawić poziomo. Ciotka zaturkotała w trakcie ustawiania do poziomu jak pudło pełne starych rupieci. Do dziś to słyszę. Jej mąż zginął w Katyniu lub Miednoje, jej syn – absolwent szkoły filmowej w Łodzi – zapił się (ale już w wiele lat potem) na śmierć. Mimo tych porządków trumna z ojcem ledwie się zmieściła i matka zaczęła naciskać, by grobowiec rozbudować, zlikwidować rzeźbę bryły kamiennej i krzyża i dobudować część naziemną. Naszkicowałem, jak ma to wyglądać, ale roboty wykonywał idiota, który spieprzył wszystko, co się dało. A – małodusznie – nie nadzorowałem jego roboty, bo to było parę kilometrów od domu, lecz malowałem. Mea culpa. Potem następowały kolejne przeróbki, bo to krzyż betonowy na stropie utrudniał odpływ wody, a po jego skuciu całość wyglądała jak zsyp na śmieci. Tak więc na miarę skromnych środków, jakimi wtedy dysponowaliśmy, obłożono beton lastrikiem i grobowiec wyglądał wtedy jak zsyp obłożony lastrikiem, ale stawał się coraz grubszy. W końcu w 1998 obłożono go tym granitem południowoafrykańskim i wygląda teraz jak Mauzoleum Lenina, tyle że z kampinosem. Jest tam także miejsce dla mnie, ale ja mam kompletnie w dupie to, gdzie będę leżeć i jak będzie wyglądać grobowiec. W każdym razie nad głową będę mieć kampinos. [...]Pięknie pozdrawiam Beksiński
Grób rodziny Beksińskich w Sanoku (źródło).
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 101–102.