poniedziałek, 31 marca 2014

Odcinek 1004: Leopold Tyrmand, 1954 rok

Z dziennika Leopolda Tyrmanda

31 marca 1954 roku
Socjalizm budowany jest na gruźlicy. Zastraszające, jak choroba ta atakuje segmenty społeczne niegdyś przed nią uodpornione. Na przykład ludzi starszych wiekiem. Znam dwa wypadki ostatnio, gdy ludzie po pięćdziesiątce, przykładowo zdrowi przez tyle lat, wieloletni sportsmeni, myśliwi, z tak zwanych wyższych sfer, znakomicie odżywiani przez całe życie, już są w sanatoriach. Zaś z sanatoriów podobno usuwa się nieuleczalnie chorych, co do których nie ma nadziei, a więc prątkujące wśród nas rozsadniki zarazy, po to tylko, aby uczynić miejsce nowym i podtrzymać w społeczeństwie mit, że coś się w ogóle robi przeciwdziała. Zagruźliczenie młodzieży w domach akademickich jest przerażające.
Masowe szczepienia przeciwko gruźlicy, 1949 rok.
Opowiadał mi młody inżynier, u którego wykryto spory naciek w lewym płucu, że lekarz nie mógł zdecydować się na wydanie mu zwolnienia z pracy, wahał się między współczuciem a strachem przed instrukcjami. Powiedział: „Gdybym miał pana zwolnić, ćwierć Polski miałoby prawo domagać się sanatorium...” Są w tym obrazie rzeczy akcenty melodramatyczne: niedawno, kręcąc się na ciuchach, widziałem w jednym z kramów, pośród nawału żyletek, kremów i skarpetek, butlę z „Remifonem”, czyli preparatem, który w praktyce zlikwidował gruźlicę w kapitalizmie na Zachodzie. Jakaś pochylona facetka, grzebiąc wśród kosmetyków i fatałaszków, odsunęła butelkę pogardliwie na bok mówiąc: „Coś dla suchotników...” Jakby mnie ukłuło w sercu: ktoś gdzieś, między Bałtykiem a Bieszczadami, modli się o taką butelkę i te właśnie pastylki. Rzecz jasna, na ciuchach „Remifon” ma cenę niebotyczną, może tylko spódnica z syntetycznej tafty kosztuje drożej. Niedawno aresztowano w Warszawie kilku młodych lekarzy, o czym doniosła agencja JPP — Jakaś Pani Powiedziała — stary i wypróbowany system przekazu i komunikowania w Polsce oparty o zasadę, że nie ma dymu bez ognia. Przestępstwo medyków polegało na tym, że wypisywali recepty na leki u nas nieosiągalne, które następnie ludzie posiadający krewnych za granicą wysyłali na Zachód i w ten sposób zdobywali lekarstwa czasem decydujące o życiu. Okazuje się, że tego robić nie wolno. Warstwa uprzywilejowana, dygnitarze partyjni i rządowi, ich dworacy propagandziści, sprzedajni artyści, nie mają tego problemu: stoją do ich dyspozycji tajne szpitale dla elity, ekskluzywne i odseparowane starannie od społeczeństwa, zaś zaopatrzone we wszystko, co medycyna i farmaceutyka może dostarczyć z Zachodu. Przy okazji wspomnieć warto o konstytucyjnie zagwarantowanej tajemnicy korespondencji: każdy list wychodzący z Polski i przychodzący do nas z obozu imperializmu otwierany jest i badany według unowocześnionych metod na specjalnie w tym celu wybudowanej pocztowej stacji przetokowej w Poznaniu. Za pieniądze, jakie kosztowała, można byłoby wyposażyć dwa tuziny najnowocześniejszych szpitali. Zresztą — po co im te cuda? Co drugi list z zagranicy ma i tak brutalną pieczątkę: „Przesyłka uszkodzona”, co po prostu stwierdza, że otwarty był w celach inspekcji i nikt się z tym nie kryje. Zaś „Życie Warszawy” pisało niedawno o „zamachach” na tajemnicę korespondencji w USA, nazywając to „nową zbrodnią amerykańskiego faszyzmu przeciw prawom człowieka i obywatela...”
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Res Publica 1989, s. 366–367.

niedziela, 30 marca 2014

Odcinek 1003: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1862 rok

Z dzienników Edwarda i Juliusza de Goncourt

30 marca 1862 roku
Portret Volckery Claesdr Knobbert
mal. Michiel Jansz. van Mierevelt, 1617 rok
Ulica Racine’a 2, czwarte piętro. Dzwonimy. Otwiera niewielki, zwyczajnie wyglądający mężczyzna i mówi z uśmiechem: „Panowie de Goncourt?” Wchodzimy do ogromnej pracowni. 
Przy oknie w głębi, przez które wchodzi zimny i szary zmierzch godziny piątej po południu, widać pod światło szary cień — kobietę: nie wstaje i bez poruszenia przyjmuje nasz ukłon i słowa powitania. Ten siedzący i jakby uśpiony cień to pani Sand. Mężczyzna, który nam otworzył, to grafik Manceau, jej kochanek. 
Pani Sand ma w sobie coś z widma, z automatu. Mówi głosem mechanicznym i monotonnym, który, zawsze jednaki, ani nie wznosi się, ani nie opada. W jej pozie jest powaga i godność słonia, spokój przeżuwacza. Przypomina zimne i spokojne kobiety z portretów Mierevelta, a zarazem przełożoną domu dla upadłych kobiet. Gesty powolne, somnambuliczne; od czasu do czasu takim samym gestem pociera woskową zapałkę i wtedy widać płomyk zapałki i żarzącego się papierosa. Żadnego światła w głosie, żadnej barwy w słowach. 
Była bardzo miła i pełna pochwał dla nas. Ale wszystko to mroczną dobrocią, nijakim wyrazem i zwyczajnością myśli, od której robi się zimno, jak od nagiej ściany. Wcielona banalność. Manceau ożywia nieco rozmowę. Mówi się o teatrze pani Sand w Nohant, gdzie dla niej tylko i dla jej służącej gra się do czwartej nad ranem. Wygląda to na szaleństwo marionetek. Wielkie przedstawienia odbywają się podczas trzech letnich miesięcy, które ona nazywa swoimi wakacjami; zjeżdżają się wtedy przyjaciele i dzieci przyjaciół. 
Mówimy o jej niezwykłej zdolności do pracy. Odpowiada, że nie zasługuje na
George Sand, 1864 rok.
pochwały, inni na nie zasługują, jej zawsze pisało się łatwo. Pracuje co noc od pierwszej do czwartej, wstaje o jedenastej. Później pisze jeszcze w ciągu dnia przez dwie godziny. Tu wtrąca się Manceau niby cicerone wyjaśniający jakiś fenomen:
 
— I nie ma znaczenia, czy ktoś jej przeszkodzi. Przy czyimś wejściu przerywa, jakby zakręcała kurek...
— Tak, nie przeszkadza mi, jeśli są to osoby sympatyczne, chłopi, którzy przychodzą ze mną porozmawiać... 
Jest w tym nutka humanitarna. 
Kiedy odchodzimy, ona wstaje, podaje nam rękę i odprowadza do drzwi. Widzimy wreszcie jej twarz delikatną, łagodną, subtelną, spokojną, o zgaszonych kolorach, ale rysach wciąż jeszcze cudownie nakreślonych; cera pobladła w odcieniu ambry. W rysach ma pogodę i subtelność, których nie oddaje jej ostatni portret: pogrubił tę twarz, zwłaszcza linię nosa.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 161–162.

sobota, 29 marca 2014

Odcinek 1002: Anna Kamieńska, 1979 rok

Z dziennika Anny Kamieńskiej 

29 marca 1979 roku
Anna Kamieńska.
•  Wiersz  musi  być przyszpilony  do  świata  konkretem, brzydotą. Życie przyczepia się cierpieniem. Inaczej wiersz by znikł, życie by uleciało.

•  Łowicz. Targ. Sprzedają prawdziwe baranki, nie te z cukru. Baranki szare, brudne. Chłop prowadzi kozę białą jak mleko, śliczną, delikatną jak panienka, z różowym wymieniem. Jakaś kobieta kłóci się ze sprzedawcą pułapek na myszy, że w ciągu dwóch tygodni tylko dwie myszy się złapały.
—  Pani da palec — mówi sprzedawca.  A ktoś drugi podpowiada:
—  Jak mąż będzie dokuczał, pani spróbuje i nastawi.


•  90-letnia p. Przybyłowicz, staruszka-trzpiotka, w kolczykach, w koralikach, w uśmiechach. Recytuje w całości „Kto się w opiekę", żeby udowodnić w ostatniej, może 15-ej strofce, że długie życie jest Bożym błogosławieństwem. [...]
Anna Kamieńska, Notatnik: 1973-1979, W Drodze 1987, s. 247-248.

piątek, 28 marca 2014

Odcinek 1001: Józef Ignacy Kraszewski, 1855 rok


List Józefa Ignacego Kraszewskiego do matki, Zofii Kraszewskiej

Żytomierz, 28 marca 1855 roku
Zofia Kraszewska.
Wstyd nam obojgu, żeśmy tak dawno do Kochanej Matki nie pisali, ale od mojej przejażdżki do Uściługa w takich jestem ciągłych jakichś kłopocikach, robotach, zajęciach, że choć list był i w sercu, i w głowie układany nieraz, jeszczem go na papier nie wylał. [...]
Dotąd jeszcze szło nam ze zdrowiem jako tako, ale teraz się jakoś popsuło. Zosia ma febrę, ja jakiś atak artrytyczny (gardło prawie zupełnie, bez żadnych leków, samo pozdrowiało), a w domu troje z ludzi dostało ospy prawdziwej, która tu u nas bardzo panuje. Boim się o dzieci, choć wszystkie miały szczepioną ospę, ale i po niej lżejsza się tylko trafia naturalna. Ja sam myślałem pozawczoraj, dostawszy trochę gorączki, że także ospę mieć będę. Zdaje się jednak, że nie, bo mam się lepiej. [...]
Jak bym to ja rad nasze dzieci Mamie pokazać! Naprzód Kostusię, która wyszła na ogromną pannę, aż strach, potem Jasia, ucznia klasy IV, a wkrótce, po wakacjach V, który się dobrze uczy i wiele ma pamięci i zdatności; dalej Frania, który dopiero po wakacjach pójdzie do III klasy — dobry chłopaczek; dalej ostatnią, a najzabawniejszą Tunię. Sprytna bardzo, ale taka gderka i rządzi się jakby jaka stara pani sędzina. Wszystko to uczy się, szwargocze, paple, lala i trochę tęskni za wsią, jak i my, a szczególniej Zosia, za Hubinem. Na wakacje, jeśli Bóg da spokój, pojedziemy też do Kisiel, choć tam domu skończonego nie mamy, ale mieszkania dużo, dużo i miejsce miłe bardzo.
Ja zawsze prowadzę rodzaj życia jak dawniej, tylko że mniej piszę, więcej jestem w towarzystwie, choć go unikam, mniej mam czasu na literackie zajęcia, a oprócz tego maluję niby i gram. Znajomości porobiło się aż nadto, ale w świecie my mało bywamy, Zosia zaś mniej jeszcze ode mnie. U nas za to ludzi dosyć, a co wieczór na herbacie ktoś miejscowy lub przyjezdny. Żytomierz zresztą spokojne, parafiańskie miasteczko, okolica prześliczna, jak nic u nas w kraju nie widziałem piękniejszego. Nasz dom w środku miasta, a w kątku i ciszy stoi w dziedzińcu, i od ulicy ogródek go przedziela.
Żytomierz.
Bardzom się szeroko rozpisał, może nadto. Jeszcze o trybie życia, który sam przez się zrobił się miejski, bo nasz student powraca o pół do trzeciej z klasy, więc wstajemy nierano,  o 8—9 herbata, o 12—l śniadanie dla dzieci, około 3 obiad, czasem później, około ósmej herbata i już potem do 10—11 siedziemy razem, a potem czytanie, pacierze i tak do północy lub później. Czas, choć nie zawsze mile, choć często tęskno, ale prędko jakoś uchodzi. Aniśmy się spostrzegli, jak nam wiosna w oczy zajrzała.
Papa mi się skarży w każdym liście, że Matka nie chce jechać dla Swego reumatyzmu do wód. A, nie wiem, jak namawiać, ale to się nie godzi i grzech przed Bogiem tak zdrowie Swoje lekceważyć. I my starzy, i nasi młodzi ciężki by żal mieli do Matki i Babki, żeby na nasze prośby nie patrząc, dobrowolnie leczyć się nie chciała. Pisać o tym trudno, ale jeśli Bóg da przyjechać, namówię Mamę koniecznie, wyprawię koniecznie, a jeśliby jakie były trudnostki miejscowe, to już te wszystkie załatwim. Dobrze i na pół roku lżej odetchnąć i mniej cierpieć, a zawsze wody prędzej pomogą, jak każda inna kuracja, tylko nie od razu. [...]
Kończę, bom się rozpisał i Zosi miejsca nie zostawiłem, ale ona chan trochę, a jeśli Jej zabraknie papieru, drugi sobie weźmie. Całuję nóżki i rączki Drogiej Mamy, zawsze najwdzięczniejszy i najprzywiązańszy syn


Józef
Moja Mamo, przepraszam, ale futro Zosi, tumaki, czy będzie? Czy mogę na to rachować i ile, i kiedy na to mamy przysłać?
Józef Ignacy Kraszewski, Listy do rodziny 1820-1863, oprac. Wincenty Danek, Wydawnictwo Literackie 1982, s. 292-294.

czwartek, 27 marca 2014

Odcinek 1000: Maria Dąbrowska, 1955 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

27 marca 1955 roku, niedziela
[...] Dziś dzień już prawie gorący, w cieniu było 15 st. ciepła! Ciągle trzeba trzymać otwarte okna i balkony, bo grzejniki rozpalone jak w mróz, przez to się znowu zaziębiamy. A wyłączniki oczywiście nie działają, żadna w ogóle regulacja temperatury centralnego ogrzewania nie jest stosowana. Kiedy zwróciłam naszemu palaczowi uwagę, że jak jest na dworze 15 st., to trzeba mniej palić, odpowiedział „Nie wiem, czego lokatorowie ode mnie chcą. Raz że za mało palę, raz że za dużo. A ja palę zawsze jednakowo” (!).

Nad wieczorem była pierwsza burza z grzmotami i błyskawicami. Uraz bukowiński już jakoś we mnie złagodniał, tym bardziej, że Tula zachowuje się na ogół poprawnie, a już nic więcej od niej pragnąć nie można. Żeby tylko jeszcze Anna zechciała jej zwrócić uwagę na to, jak ona je i zachowuje się przy stole. Mlaska, stęka, przeciąga się, łapie wszystko palcami, siorbie. Wanda, która bardzo Tulcię lubi, zapytała mnie, jak to możliwe, żeby taka duża dziewczynka tak jadła i tak zachowywała się przy stole. Ale ja boję się Annie nawet o tym powiedzieć. Nie wiem też, jak to się dzieje, że Anna, taka estetyczna i elegancka, tego nie widzi. Zwraca tylko uwagę, żeby Tula nie trzymała łyżeczki w filiżance, a łokci na stole – a to doprawdy nie najważniejsze cechy przyzwoitego zachowania się przy stole. Ale każdy pewno każdego czymś ciągle razi, czymś z czego sam nie zdaje sobie sprawy – więc trudno.

Anna Kowalska z córką Tulą i Maria Dąbrowska, 1956 rok.
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, Instytut Badań Literackich.

środa, 26 marca 2014

Odcinek 999: Kazimierz Rudzki, 1973 rok

List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

26 marca 1973 roku
Mój kochany!

Za podarki imieninowe — herbata i bilety wizytowe — piękne dzięki. Żeby nie było niejasności — herbata w kopertkach już i u nas jest w dowolnych ilościach. Bilety — też, ale chciałem mieć od Ciebie, bo przy każdej sposobności przyjemnie mi się robi, że to od Ciebie... Jeszcze raz — ślicznie dziękuję. [...]

Rok 1973 to mój jubileuszowy rok... 35 lat pracy w teatrze... 20 w Szkole Teatralnej, no i... 25 lat temu zmieniłem stan cywilny na lepszy (?). Jubilat, nestor, senior, czyli dostojny starzec... Jak to pisał Kraszewski w „Starej baśni”? „Był to starzec około pięćdziesiątki, acz trzymał się krzepko i raźno...”
W sobotę zmarł mąż Sykulskiej — malarz, grafik, facecjonista przedni — Jan
Jan Marcin Szancer.
Marcin Szancer. Osobiście nie byłem entuzjastą jego twórczości, ale był to facet z roz
machem, dużej aktywności, w pewnym sensie uniwersalny (...) W ogóle, mimo wyraźnej poprawy standardu życiowego u nas — umierają ludzie, którzy dotychczas nigdy nie umierali (patrz Tuwim „Przebłyski genialności”).
Czy wiesz (chyba pisałem Ci o tym?), że ten znany pisarz młodszej generacji (oczywiście młodszej nie w pojęciu czasów Rimbauda i Verlaine’a...) Janusz Głowacki to syn mojej siostry... Inteligentny, ironiczny, nawet wysoko plasowany — jeszcze ciągle nie napisał książki swego życia. Niby ma jeszcze czas, ale ja mam go już niewiele i dlatego niecierpliwię się.
Widziałem film „Clockwork Orange” Kubricka (jak to tłumaczyć? U nas mówią „Mechaniczna pomarańcza”. Brzmi to okrutnie, czy to może jakiś idiom?) Film zrobiony kapitalnie, ale okrutny, przerażający... Zrozumiałem mechanizm... Mansona. Straszny świat! W Rzymie oglądałem „Kabaret” z Minelli. Świetne!
Scena z filmu "Mechaniczna pomarańcza" w reż Stanleya Kubricka.
Kabaret „Pod Egidą” to lokal autorów, gdzie występuje doskonała aktorka Barbara Krafftówna, autorzy Jan Pietrzak, Jonasz Kofta (utalentowany poeta) i Jan Stanisławski — autor, wykonawca... Ta trójka wyszła z teatrzyków studenckich, wydoroślała, dojrzała i na czymś im zależy... Dlatego jestem w tym lokalu i... komentuję to, co się dzieje na estradzie i w życiu — z po­zycji starszego pana... Pewnie opowiadał Ci Aleksander Janta o tym lokalu.
WSZYSTKIEGO DOBREGO, Pani rączki całuję, Ciebie ściskam. Wala łączy serdeczności...
Twój
Kazimierz
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 321–323.

wtorek, 25 marca 2014

Odcinek 998: Antoni Czechow, 1891 rok

List Antoniego Czechowa do rodziny

25 marca 1891 roku, Wenecja
Mal. F. Hugo D Alesi,1890 r.
Urzekająca, błękitnooka Wenecja śle Warn wszystkim pozdrowienia. Ach, signore e signori, jakiż to cudowny gród! Wyobraźcie sobie miasto pełne domów i kościołów, jakich nie widzieliście nigdy w życiu: architektura upajająca, wszystko wokół wytworne i lekkie niczym gondole ptakom podobne. Takie domy i kościoły mogą być dziełem wyłącznie ludzi obdarzonych olbrzymim smakiem artystycznym i muzycznym oraz lwim temperamentem. [...]
Są ulice szerokie jak Newski, są też takie, że wystarczy rozstawić ręce, by zagrodzić całą uliczkę. Śródmieście to plac Świętego Marka ze słynną katedrą pod wezwaniem tegoż świętego. Katedra wspaniała, zwłaszcza z zewnątrz. Obok Pałac Dożów, w którym Otello tłumaczył się przed dożą i senatem.
W ogóle nie znajdziesz tu zakątka, który by nie wzruszał i nie przywoływał wspomnień. Tak na przykład domek Desdemony robi wrażenie, które potem człowieka prześladuje.
Najlepsza pora w Wenecji to wieczór. Po pierwsze gwiazdy, po drugie kanały, w których odbijają się światła i gwiazdy, po trzecie gondole, gondole wyłaniające się z mroku niczym żywe stworzenia. Po czwarte, człowiek jest bliski płaczu, bo naokoło brzmi znakomita muzyka i śpiewy. Oto płynie gondola przystrojona kolorowymi lampionami; światła wystarcza, by dojrzeć w środku kontrabas, gitarę, mandolinę, skrzypce... Oto następna, taka sama gondola... Śpiewają kobiety i mężczyźni, i to jak śpiewają! Istna opera. [...]
W przyszłym roku wybierzemy się wszyscy razem do Wenecji na letnisko.
Powietrze huczy od dzwonów. Przyjaciele Tunguzi, przejdźmy na katolicyzm! Gdybyście wiedzieli, jak pięknie dźwięczą w kościołach organy, jakie tu rzeźby, jakie ładne Włoszki klęczą z modlitewnikami w dłoniach!
Dość jednak, życzę Warn zdrowia, nie zapominajcie o mnie, wielkim grzeszniku. [...]
Koncert na placu świętego Marka w Wenecji, 1890-1900 r.
Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 28-29.

poniedziałek, 24 marca 2014

Odcinek 997: Krystyna Kofta, 1979 rok

Z dziennika Krystyny Kofty

24 marca 1979 roku, sobota
Po wczorajszym wieczorze, udało mi się złapać moment, podpatrzyłam, jakie to
Flirt, rycina z XIX wieku.
łatwe, pójść i zostać na noc u dopiero co poznanego faceta. Obserwowałam te spojrzenia, które wcześniej cicho umawiały się, jeszcze zanim padły słowa. Wiedziałam, że dojdzie do tego, okazja była świetna, ona została niedawno sama, on związał się z kimś nie na serio Dziś rano przyszedł do nas na śniadanie i pochwalił się, wyśpiewał wszystko. Jak było, kto zaczął. Dokładny opis działań. Taktyka. Dobrze wiedzieć takie rzeczy. A przecież ona jest bardzo ładna, ma powodzenie, on też podoba się kobietom. Czułam coś w rodzaju zazdrości, że nie potrafię iść w taki dym. Bez zobowiązań. Zazdrość miała też inny wymiar, bo przecież tyle razy wyznawał mi to i owo. A tu, kiedy tylko dostaje sygnał, wyraźne przyzwolenie, korzysta z oferty. A potem, gdy spacerowaliśmy po mieście, byliśmy w Łazienkach, opowiadał o tym ze śmiechem, i mówił, że ona ma takie wielkie stopy, nie takie małe jak ty! Kiedy coś takiego słyszę, miałabym ochotę zamknąć się w klasztorze, nie czuć żadnych pożądań, nie mieć nic wspólnego z ciałem. Mirek jest całkiem inny. Tak myślę. Skąd taka pewność? Stąd.
Rozbieram wnętrza ludzi, jak dziecko rozbiera zegarek na najdrobniejsze części, żeby dotrzeć do najmniejszej choćby, materialnej części czasu. Z równym skutkiem składam je w całość, zawsze jakaś część zostaje albo gubi się śrubkę i coś nie pasuje, ale przecież można nauczyć się zegarmistrzostwa.

Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 38–39.

niedziela, 23 marca 2014

Odcinek 996: Jarosław Iwaszkiewicz, 1926 rok

List Jarosława Iwaszkiewicza do żony, Anny

Paryż, 23 marca [1926 roku]
St. I. Witkiewicz, Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, 1922 r.
Hanildo moja miła!
Wciąż bez wiadomości od Ciebie, myślałem, że przynajmniej nic nie mając do roboty będziesz do mnie wyprawiała sążniste epistoły. Tymczasem nic z tego – mam tylko malutką kartkę pisaną kiedyś tam w piątek i potem grobowe milczenie. Boję się, że się znowu gorzej czujesz i nie masz ochoty na pisanie, oczywiście tłumaczę to sobie tysięcznymi sposobami, prócz oczywistego, że poczta w tej Francji chodzi tak, jak sama chce. Bardzo nie lubię takich dni bez wiadomości, ale ostatecznie przyzwyczaiłem się do nich powoli. Widzę z twej kartki, że na Riwierze mocno podrożało, to prawdziwy cud boski, że tutaj ta sama cena się trzyma i że nie muszę płacić bajońskich sum za utrzymanie, bo nie wiem, jak bym sobie poradził. Tymczasem oszczędzam jak Francuz, obliczam sobie, czy mogę pojechać metrem czy autobusem i łatam jak mogę nędzne moje gospodarstwo. To też dobra nauka na przyszłość, gdybyśmy się nagle zrobili skąpi, jak ciocia Helunia [Marconi], toby nam doskonale zrobiło (a zwłaszcza Żabce). Są to jednak pia desideria i mojej szerokiej natury żaden Paryż nie przerobi. Nie mam żadnych wiadomości ani od sióstr, ani od mamy. Jadwinia miała teraz zamieszkać u Irenki z Luńcią [Malinowską], bo miss jechała do Anglii. Irenka u Taubów zgrywała się udając idealną matkę – śmiałem się w kułak z tego.
Paryż, fot. André Kertész, 1926 r.
Wczoraj czułem się szalenie jakiś osłabiony i niepewny siebie; nie ruszałem się z domu w „przypadku chandry”, ale po południu zjawił się niezawodny Tadzio i wyciągnął mnie do Rotondy na kawę z koniakiem, co mi dodało animuszu. Wieczorem przed samym obiadem przyszedł Tolo Hanicki także z rozmaitymi planami przyszłości swojej, które mi szeroko przedstawił. Zdaje się, że ma zupełną rację, chcąc znaleźć sobie jakąś posadę handlową i ożenić się czym prędzej nie czekając na ukończenie tej swojej idiotycznej Szkoły Nauk Politycznych. Obiecałem mu coś w tej sprawie pomyśleć – ale oczywiście trudno mi jest zwrócić się tu do kogo, bo przecież nikogo nie znam. On ma nadzieję na McCormickową, być może, że ona by mogła go gdzieś wpakować do jakiego przedsiębiorstwa. Wieczorem na odmianę humoru poszedłem na godzinny spacer przez mosty, wyspę i na ulicę Rivoli; zimno teraz wściekle, tak że musiałem dobrze wyciągać nogi, aby się rozgrzać. Dobrze mi zrobił ten spacer sprowadzając sen – niestety nie kamienny, bo zawsze się musi mi coś śnić, to Tolek, to jakieś kwiaty – dziś wyraźnie twoje ciało astralne stało u stóp mojego łóżka i patrzyło na mnie z przerażeniem. Dlaczego? Nie wiem, ale bałaś się mnie i nie chciałaś podejść, mimo iż cię prosiłem. Napisałem wczoraj znów porządny kawałek powieści, dosyć nawet ważny, nasunął on mi parę nowych pomysłów i tym samym rozszerzył pierwszą część, która już mi się wydawała za szczupła.
Do widzenia, kotku serdeczna, pisujże dziecko do mnie, kochanie moje; co tam ci z Warszawy piszą, jak Żaba się miewa? Całuję Cię, kotuniu najmilsza i droga.
Twój Jarosław

Nawet „Wiadomości” nie przyszły!

Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz, Listy 1922-1926, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik 2012.