piątek, 28 lutego 2014

Odcinek 973: Zofia Nałkowska, 1940 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 28 lutego 1940 roku
Po sklepie i domu kręci się Wacek, papierosiarz i gazeciarz. Dawniej był chłopcem u zduna, później pracował przy monterach, zna się na żarówkach, kontaktach i stopkach. A teraz robi dobre interesy. „To, mówię pani, taki mię instynkt do tego handlu wziął!” – powiada. Jest wesoły, chętny, skwapliwy do wszelkich zadań, jak młody wyżeł. Początkiem jego kariery było złupienie monopolowego składu papierosów i tytoniu w czasie oblężenia. Mówią, że ludzie brodzili tam po kolana w najdroższych tytoniach. „Wszyscy brali, mówi Wacek, to ja będę stać i będę się patrzyć, jak inni będą brali?” Temu Wackowi zawdzięczam mój pierwszy o tym czasie dochód z literatury, dawnego zapomnianego mego fachu. Z ciężką jak kamienie walizą, wyładowaną Granicami i Niedobrymi miłościami, wypuścił się na miasto, obiegł znajomych swych ulicznych sprzedawców i od razu sprzedał wszystko za cenę, jaką wyznaczyłam. „To komedia, stypa była.” Twierdzi dumnie, że nic na tym nie zarobił, nie chciał też przyjąć ode mnie pieniędzy, przejęty uznaniem dla mnie z powodu skwapliwości, z jaką od niego ten towar nabyto. „Wie pani, jakie to stypowe!”. Raz przyniósł 55 zł, raz 71 i ostatnio 47. Niezależnie od tego, jak jest naprawdę z jego wyniosłą bezinteresownością, sama ambicja może wystarczyć. Ach, jakże wzruszyły mię te pieniądze, stanowiące ekwiwalent trzech czy czterech kilo masła. Ale przecież był to zarobek jak dawniej, jak kiedyś przed stuleciami – z tego, co napisałam.
Uliczny handel książkami w Warszawie, 1944 rok.
Zofia Nałkowska, Dzienniki, t. 5, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 188.

czwartek, 27 lutego 2014

Odcinek 972: Maria Konopnicka, 1897 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Nicea, 27 lutego 1897 roku
Mój najmilszy Stryjeczku! Ta astma, ta astma! Toż to dorobek z Syberii pewno jeszcze. Bo gdzież to
Ferdynand Ruszczyc, Młyn zimą, 1897 r.
płuca ludzkie znieść mogą takie srogie zimna, takie lodowe powietrze, jak tam jest. To straszne po prostu! Więc się to teraz każdej zimy tak odzywa, i tak męczy Cię, biedny, drogi mój Stryju! Ale jeszcze miesiąc tylko jaki. Później – już z początkiem kwietnia zaraz – będzie dużo lepiej. Powietrze wygrzane słońcem tak lekko, miło będzie wchodzić do płuc, że się one, biedne, znów rozciągną porządnie i wyzdrowieją! 
A teraz, żeby choć doskonały piec tam był w pokoju, i żeby – podczas obiadu na drugiej stronie domu, – w pokoju Twoim, Stryjeczku, dobrze odświeżyli powietrze, na jakie pół godziny otwarłszy choćby lufcik, po czym zamknąć, dobrze drewek przyrzucić, żeby i ciepło było, i jak naj­więcej tlenu w powietrzu, którym oddychasz – żeby te płuca tyle pracy nie miały, teraz kiedy są zmęczone. I nie wiem, czy tam choć trochę słońca zagląda w okna? A to ważna rzecz – bo te promienie najlepiej, najradykalniej przerabiają powietrze i lżejszym je czynią. Także trzeba by uważać na ułożenie pościeli w łóżku, żeby pod głową poduszki leżały dosyć wysoko. Boże, Boże, czemu tak los rzuca ludźmi. Ja bym tam zaraz odchuchała i odpielęgnowała Cię, najmilszy Stryjeczku! Ja wiem, że nie zapomnisz o mnie. Ja to czuję. Nieraz wyraźnie czuję, że właśnie blisko mnie jesteś duchem. A tylko tak pisałam to – z niespokojności. [...] Bądźże mi tam zdrów, drogi, drogi Stryjeczku! Niech ta astma już raz przepadnie! Całuję Cię najserdeczniej

M. Konopnicka

Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 567–568.

środa, 26 lutego 2014

Odcinek 971: Wojciech Kossak, 1884 rok

List Wojciecha Kossaka do narzeczonej, Marii Kisielnickiej

Kraków, wtorek, 26 lutego 1884 roku
Moja najukochańsza narzeczone.Zapowiadam z góry, że daleko bym zabawniejszy list napisał, gdybym tylko był miał dziś list od Pani. Jeżeli Pani robi przyjemność co dzień list odbierać, niechże sobie Pani wystawi, czym to dla mnie być musi dopiero list od Pani. Ale ponieważ obiecałem wczoraj opisać Pani bal weteranów, dotrzymuję słowa i wysilam się na ilustracje. Otóż wczoraj Pan Prezes, Mama, Ninia i ja wyjechaliśmy na bal, panie dobrodzieju. Tatka naturalnie zapomniał zaproszenia i musieliśmy się wracać, Pan Prezes zły już (notabene nie cierpi krytym powozem jechać), proponuje Mamie, że sucho i ładnie, żeby iść piechotą. Musia słodko odpowiada, nie macie, panowie, atłasowych trzewiczków, to idźcie piechotą, a dajcie nam święty spokój — jedziemy dalej. Przychodzimy na poloneza, barż pikny bal, dużo ładnych toalet, ale między nimi kilka takich, że za pozwoleniem Mamy opisuję je Pani. Widzę, cosik strasznego się zbliża, patrzę, pani Eydziatowicz, muzy, dajcie mi inne pióro, bo zwyczajną stalówką opisać ten widok... no, powiadam Pani, że ten konterfekt jest o wiele przyzwoitszy od oryginału, Mama to powiedziała w tej chwili. Tymczasem ta baba okropna widzi, że ja zdumiony stoję, pyta mi się, czy mam damę do mazura, znam cię, myślę sobie, odpowiadam, że wcale nie tańczę. „Ach oui, Vous etes fiance, mais au moins laissez Vous choisir” [Ach tak, pan jest zaręczony, ale proszę przynajmniej pozwolić się wybrać]. O ty piramido nietaktu i gł[upot]y, myślę sobie, jeszcze czego, żebym miał z tobą tu się rozbijać, kiedy złotko moje najdroższe śpi sobie już spokojnie, niedoczekanie twoje. Wtem drugie zjawisko, panna Rumpf, która jest tak widocznie szczęśliwą, że Pan Bóg taką ją stworzył, jak jest, że przez wdzięczność dla Stwórcy ubiera się tak, że ile razy ją widzę, mam ochotę ofiarować jej listek figowy dla dokompletowania bardzo niekompletnej toalety. [...]  
Idę więc dalej po sali i widzę okropne zbiegowisko czarnych fraków, a wpośród tych czarnych pająków miga się cosik różowego. We frakach poznaję znanych myśliwych na posagi, pytam się jednego: „A co wy tam takiego macie?” Ten zapomina się trochę i przede wszystkim „pół miliona na stół, mój kochany”. „To barż piknie, ale co to jest?” „Panna Christiani, baronówna uważasz". „Bonne chance” — i idę dalej. Widzę Figusię w ślicznej sukience, jak obłoczek, z swoim wiernym ułanem Zdzisiem Lubomirskim (wiernym na balach ca se comprend [to się rozumie], a ona więcej nie chce, bo doskonały tancerz), ślicznie wyglądała wczoraj i jest zawsze uważana jako jedna z dwóch, trzech najładniejszych. Widzę Musię, która w poważnym gronie mam stawi straszne ziewania, aż jej łzy w oczach stają. Powiedziałem dobranoc i poszedłem spać, ucałowawszy z głębi duszy wizerunek mojej najukochańszej przyszłej żony. [...]
Akwarele Wojciecha Kossaka w liście.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 74–77.


wtorek, 25 lutego 2014

Odcinek 970: Maria Dąbrowska, 1956 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

25 lutego 1956 roku, sobota
W ubiegłą niedzielę i w poniedziałek wiał niezwykle silny wiatr ze śnieżną zamiecią. W rezultacie szosy pozadymane tak, że zamierzona na wtorek podróż autem do Warszawy nie mogła się odbyć. Zatelefonowałam do domu, że wskutek zasp żadne auto od nas ani do nas nie może jechać, na szosie między Sochaczewem i Łowiczem stoi 40 maszyn zasypanych śniegiem. Żadne oczyszczanie dróg nie pomaga, bo śnieg je na nowo zawala. Anna jakoś bardzo się stropiła. Z jej tonu i półsłówek wywnioskowałam, że w domu się coś stało. Anna ma dziwny i w stosunku do mnie jak najbardziej nieodpowiedni zwyczaj, że ukrywa złe nowiny. Raz już w 43-cim ukryła przede mną wiadomość o śmierci mego brata (Stasia), więc i tym razem tysiąc najgorszych przypuszczeń roiło mi się w głowie. Gdy nadto rekonesanse telefoniczne wykazały, że w najbliższych dniach żadnych aut nie można się spodziewać, postanowiłam jechać koleją, na co i Lorentz się zdecydował. Straszna była podróż sankami do Bednar. Sanki szły jak po morzu w czasie sztormu wznosząc się na dwumetrowe zaspy i spadając w strome przepaście. 4 kilometry jechaliśmy godzinę i nadłamaliśmy dyszel. Za to na pociąg nie czekaliśmy długo, bo miał tylko 20 minut spóźnienia, ale że i my przyjechaliśmy już po jego czasie, czekaliśmy tylko 10 minut. W przepełnionym pociągu trafiliśmy do wagonu restauracyjnego gdzie było pusto, siedzieliśmy wygodnie przy stoliku, Lorentz pił kawę, ja herbatę. I tak do samej Warszawy. Było nam niewymownie błogo po tej strasznej sannie pod wiatr przy 15-stopniowym mrozie. Około ósmej byłam już w domu. I oto, co się okazało! Wanda wracając w Zalesiu ze stacji do domu tak nieszczęśliwie uskoczyła w bok przed nadjeżdżającym autem, że upadła, złamała sobie lewe przedramię z wybiciem stawu barkowego. Ta „równa” babka wstała i poszła do domu, myśląc, jak opowiada: „Chwała Boga, że nie noga, nie pęknięcie podstawy czaszki i nie prawa ręka”. Wezwane Pogotowie zabrało ją na oddział chirurgii urazowej, gdzie ją zrentgenowano, naciągnięto jej staw i zagipsowano całą przez pierś, zachwycając się, że wszystko tak ślicznie i cacy. Stamtąd przewieziono ją do nas i bardzo słusznie, ale można sobie wyobrazić przerażenie Anny, gdy zobaczyła Wandę w tym stanie, i gdy nadto nazajutrz Wanda dostała ciężkiej gorączki, a w swym uporze nie dała jej sobie nawet zmierzyć. [...]
Warszawska Agrykola, 1956 rok.
Dziś wróciłam do Nieborowa z Lorentzem, także jeszcze koleją, ale sanna z Bednar była już świetna; zaspy odwalono, dzień był paradnie piękny. W pociągu tłok, siedzieliśmy, ale z trudem przecisnęliśmy się do wyjścia.
Mamy tu teraz monumentalną zimę i „pełne zwierza bory”. P. Zahorski (grafik) spotkał dzika, uciekał przed nim i lotem strzały przesadził ogrodzenie parku, nie uszkodziwszy nawet ubrania na opinającym siatkę kolczastym drucie. Obawa przed wilkami staje się rzeczą realną. Pod tym względem cofnęliśmy się o 200 lat. Przy stole mówi się tylko o różnych sposobach obrony przed wilkami... bez broni, bo tej przecie nosić nie wolno. Więc jedni mówią, że trzeba wilkowi wsadzić pięść w gardło, drudzy, że trzeba kijem uderzyć w grzbiet, wtedy kręgi zaskakują na siebie i wilk jest obezwładniony. Tylko broń Boże nie uderzyć po raz drugi, bo wtedy kręgi mogą wskoczyć z powrotem na właściwe miejsce, etc. „Takie były zabawy, spory w owe lata...”


Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Odcinek 969: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

List Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

24 lutego 2004 roku
Że też ANI RAZU w całym swym długim życiu nie sprawdzałem swej potencji rano. We wszystkich porach dnia, najczęściej wieczorem, a raz przy pełnej sali w loży teatru Słowackiego w Krakowie na socrealistycznej sztuce „Lubow Jarowaja”, miałem – używając stylu Kałużyńskiego: pełne pożycie męsko-damskie, ale Bóg mi świadkiem, że nie przypominam sobie, bym to robił rano. Nawiasem: To, że robotnicy wstają o 6 i o 7 jest typowym wyobrażeniem inteligenta, który nigdy nie pracował fizycznie. Do fabryki wstaje się o 4, a najdalej o 5 rano. Za pięć 7, syrena fabryczna już ryczy, że można ogłuchnąć, a najbardziej spóźnieni, świńskim truchtem podbiegają pod bramę. Przedtem słychać tylko w półmroku łomot setek butów po chodniku. Nikt nie rozmawia. Wszyscy, idąc, jeszcze śpią. Tych, co musieli wstać o 4, podwożą autobusy zakładowe. O godzinie 7 wygrzebuje się z barłogu codziennie taki leniwy, rozkapryszony i cyniczny starzec jak ja, dawniej przy dźwiękach Radia Eska, a teraz przy Radio Zet. Zresztą jedno warte drugiego. Bardzo dziękuję za życzenia. Żeby się jeszcze chciały spełnić...
Beksiński

Powrót z pracy, mal. L.S. Lowry, 1929 rok.
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 86.

niedziela, 23 lutego 2014

Odcinek 968: Anne Frank, 1944 rok

Z dziennika Anne Frank

Środa, 23 lutego 1944 roku
Najdroższa Kitty,

Od wczoraj na zewnątrz jest wspaniała pogoda i jestem cała w skowronkach.
Anne Frank, 1941 rok.
Moje pisanie, najmilsze co posiadam, posuwa się szybko do przodu. Prawie każdego ranka chodzę na poddasze, żeby wywietrzyć płuca z dusznego powietrza pokoju. Dziś rano, gdy znowu poszłam na poddasze, Peter był tam zajęty sprzątaniem. Skończył prędko i kiedy usiadłam na moim ulubionym miejscu na podłodze, przyszedł do mnie. Patrzyliśmy oboje na błękitne niebo, nagi kasztan, na którego gałęziach błyszczały małe kropelki, na mewy i inne ptaki, które w swym koszącym locie podobne są do srebra, i to wszystko wzruszyło nas i tak nas ujęło, że nie mogliśmy więcej rozmawiać. On stał z głową opartą o grubą belkę, ja siedziałam. Wdychaliśmy powietrze, patrzyliśmy na zewnątrz i czuliśmy że nie należy przerywać tego słowami. Bardzo długo tak patrzyliśmy, a gdy on musiał pójść narąbać drewna, wiedziałam, że jest miłym facetem Wspiął się po schodach na strych, poszłam za nim i w ciągu tego kwadransa, gdy rąbał drewno, znowu nie zamieniliśmy ani słowa. Patrzyłam na niego z mojego miejsca, jak w widoczny sposób starał się rąbać jak najlepiej, żeby pokazać mi swoją siłę. Ale patrzyłam też przez otwarte okno, na duży fragment Amsterdamu, na wszystkie dachy aż po horyzont. który był jasnoniebieski, tak że ledwo można go było widzieć.
„Tak długo jak to istnieje, pomyślałam, i będę to mogła przeżywać ten blask słońca, to bezchmurne niebo, tak długo nie mogę być smutna”.
Dla każdego, kto się boi, jest samotny albo nieszczęśliwy, stanowczo najlepszym środkiem jest wyjście na zewnątrz, gdzieś gdzie jest się zupełnie samym, samym z niebem, naturą i Bogiem. Bo dopiero wtedy, tylko wtedy czuje się, że wszystko jest tak jak być powinno i że Bóg chce widzieć ludzi szczęśliwymi wśród prostej, ale pięknej natury.
Jak długo to istnieje, a będzie na pewno zawsze, wiem, że we wszystkich okolicznościach jest to pociechą, w każdym zmartwieniu. I wierz mocno, że natura potrafi ukoić każde cierpienie.
O, kto wie, może nie potrwa to już długo i będę mogła podzielić się tym przepełniającym mnie uczuciem szczęścia z kimś, kto odbierze je podobnie jak ja.
Twoja Anne
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 155–156.

sobota, 22 lutego 2014

Odcinek 967: Mariusz Wilk, 2004 rok

Z dziennika Mariusza Wilka

22 lutego 2004 roku
Yasunari Kawabata.
Śnieżne więzienie, w którym siedzimy od dłuższego czasu, bo drogi tak i nie czyszczą, przypomniało mi Krainę śniegu Yasunari Kawabaty, wspaniałą powieść japońskiego laureata Nagrody Nobla z 1968 roku. Pierwszy raz czytałem ją bodaj ze trzydzieści lat temu, lecz do dziś pamiętam swój zachwyt. Zwłaszcza utkwiło mi w pamięci tkanie krepy. Kobiety w tej krainie, odciętej zimą przez śniegi od świata, całymi dniami tkały białą krepę z lnu. Tkać zaczynały pod koniec października, ledwie wypadał pierwszy puch, a kończyły w połowie lutego odbielaniem gotowej tkaniny, którą rozścielały na polach i ogrodach pokrytych błękitnawym od słońca wiosennym firnem. Już w starych księgach pisano, że tkań istnieje, bo istnieje śnieg. Dlatego śnieg nazywali ojcem tkaniny. Odbielać należało tak, aby lniana krepa sprawiała wrażenie utkanej z przędzy śnieżnej. Len tkany podczas mrozu dobrze chłodzi w letni skwar i przyjemnie dotyka ciała. Koniec odbielania krepy w Krainie śniegu oznaczał początek wiosny. Korzystając teraz ze śnieżnego zamknięcia, sięgnąłem po inne dzieła japońskiego mistrza w znakomitych rosyjskich przekładach. Przeczytałem Tancerkę z Izu, Starą stolicę i Tysiąc żurawi (powieść osnutą na chado, czyli Drodze Herbaty), Śpiące piękności i Głos góry, miniatury z cyklu Opowiadania wielkości dłoni i eseje, w których Kawabata cyzelował dawne japońskie zuihitsu („śladem pędzla"), gatunek prozy literackiej stworzony w epoce Heian (tysiąc lat temu!). W miarę czytania zauważyłem, że im głębiej wchodzę w subtelną prozę Kawabaty, tym bliższy mi się staje jego świat (i sedno tego świata, które leży poza słowami...), aż raptem mnie olśniło, że w gruncie rzeczy mówimy o tym samym. Nareszcie znalazłem pisarza, który w swojej sztuce oddał ducha Północy. Ktoś żachnie się: co ma Japończyk do ruskiej Północy? Czy mało jest rosyjskich pisarzy? Wtrącę więc, że Północ i Rosja to różne pojęcia, chociaż w niektórych miejscach ich zakresy mogą się pokrywać. Ruscy pojawili się na Północy stosunkowo niedawno i z moich obserwacji wynika, że skoro stąd znikną, tak jak wcześniej poznikały stąd plemiona Saamów czy Czudów, natomiast Północ jako przestrzeń (pusty, rozległy obszar) była tu jeszcze przed lodowcem. Nieraz podkreślałem, że żyjąc od wielu lat na Północy, zamieszkuję w Rosji mniej więcej o tyle, o ile mieszkał w niej ktoś, kto w XIX wieku żył, dajmy na to, w Kaliszu. Po tym wtręcie wracam do Kawabaty.Przede wszystkim to kwestia podobnych klimatów, a co za tym idzie, szczególnej wrażliwości na zjawiska atmosferyczne. Życie na Wyspach Japońskich, w rejonie częstych tsunami i drgań ziemi, wymaga wzmożonej uwagi na zachowanie ptaków, pomruk wiatru, barwę nieba, formę fali... Podobnież na Północy, gdzie raptowna śnieżyca, długi mróz bądź głuchy łoskot lodu mogą decydować o życiu albo śmierci. Człowiek staje się czujny w takich warunkach. Czuje pod sobą bezdnę.[...] 
Mariusz Wilk, Dom nad Oniego, Noir sur Blanc 2006, s.  152-154.

piątek, 21 lutego 2014

Odcinek 966: Raymond Chandler, 1959 rok

List Raymonda Chandlera do Maurice'a Guinnessa

21 lutego 1959 roku
Obawiam się, że niewłaściwie może zrozumiałem Twoje pragnienie, żeby Marlowe się ożenił. Wybrałem chyba nieodpowiednią partnerkę. Bo jeśli chodzi o ścisłość, facet tego typu nie powinien się żenić, jest bowiem człowiekiem samotnym, ubogim, człowiekiem niebezpiecznym, a mimo to budzącym sympatię, i jakoś żadna z tych cech nie predestynuje do małżeństwa. Zawsze będzie miał swoje odrapane biuro, samotny dom, różne miłostki, ale nigdy żadnych trwałych związków. Zawsze o jakiejś nieboskiej porze obudzi go ktoś najzupełniej niepożądany, zmuszając do zajęcia się jakąś niemiłą sprawą. Taki już mu pewno wypadł los - może nie najlepszy los na świecie, ale jego własny. Nikt go nigdy nie pokona, ponieważ z natury jest niezwyciężony. Nikt nie sprawi nigdy, żeby się wzbogacił, bo przeznaczeniem jego jest ubóstwo. Ale myślę jakoś, że nie chciałby innego losu, toteż ożenek (zgodnie z Twoim pomysłem), choćby nawet z najmilszą kobietą, według mnie najzupełniej nie leży w jego charakterze. Zawsze widzę go na bezludnej ulicy, samotnego w swoim mieszkaniu, głowiącego się nad jakąś sprawą, ale nieznającego nigdy ostatecznej porażki...
PS Opisuję go ożenionego z bogatą kobietą, obsypanego pieniędzmi, nie sądzę jednak, żeby to małżeństwo miało trwać długo.
Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 306.

czwartek, 20 lutego 2014

Odcinek 965: Wolfgang Amadeusz Mozart, 1790 rok

List Wolfganga Amadeusza Mozarta do Michela Puchberga



[Wiedeń, 20 lutego 1790 roku]
Wolfgang Amadeusz Mozart.
Najdroższy przyjacielu!
Gdybym wiedział, że prawie skończyło się panu piwo, to bym się nigdy nie ośmielił zabrać go panu. Pozwalam więc sobie przekazać panu drugi sagan, bo dziś wreszcie zaopatrzyłem się w wino. Serdecznie dziękuję za pierwszy sagan, ale jeśli pan będzie znowu kupował piwo, to proszę o mnie pamiętać i kupić mi mały saganek. Wie pan, jak wielką sprawia mi to przyjemność.

Najlepszy przyjacielu! Jeśli pan może, proszę przesłać mi parę dukatów - tylko na dwa dni. Idzie o rzecz, której odłożyć nie można i trzeba ją załatwić natychmiast.

Proszę mi wybaczyć tupet, ale tak bardzo panu ufam, tak bardzo wierzę w pańską przyjaźń i braterskie uczucia.

Pański na zawsze

Mozart

[Na odwrocie listu Puchberg napisał: 20 lutego 1790 wysłano 25 florenów.]
Wolfgang Amadeusz Mozart, Listy, wybór, przekład, komentarze, kalendarium, indeksy Ireneusz Dembowski, Wydawnictwo Naukowe PWN 1991, s. 527.

środa, 19 lutego 2014

Odcinek 964: Antoni Słonimski, 1928 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki  Romans florencki Stefana  Kiedrzyńskiego

10 lutego 1928 roku


Teatr Narodowy: Romans florencki, sztuka romantyczna w 5 aktach  Stefana  Kiedrzyńskiego; reżyseria Józefa Węgrzyna; dekoracje i kostiumy Wincentego Drabika.

Jedna ze scen II aktu.  Kazimierz Justian jako Cornelio
i Wojciech Brydziński jako Beritolo.
Opera bez muzyki. Balet bez orkiestry. Słowa bez sensu. Akcja czyli fikcja. Nabijanie w butlę na renesansowo. Jago faszerowany blagą. Granda z dworu Ferdynanda. Cornelio. Vitelio. Leonardo z głową twardą. Rosalinda. Donna Pinda. Brednia buffo. Kretynizmo. Forsalinda. Fiume. Autore — tradittore. Direttore — głowy chore. Fiesole takie sztuki.
Spekulacja teatralna oparta na wzorach fabularnych „Barbary Ubryk" czy „Rinaldo Rinaldiniego", odpowiednik kolejowej literatury z czasów, gdy jeszcze nie było kolei, oleodruk renesansowy z podejrzanego hoteliku.
Po dokładnym rozbiorze i umotywowaniu naszego sądu jasne jest, iż utwór, czyli potwór, wylęgły spod pióra p. Kiedrzyńskiego, jest niezbyt udany. Autor porzucił Rypin i przeniósł się do Florencji, ale widz nie dostrzega tego i czuje się w dalszym ciągu jak na przedstawieniu straży ogniowej w Rypinie. Autor fars, niezbyt szkodliwy, gdy pisze marne skecze teatralne, porwał się na głęboki dramat namiętności. Sztuczydło, utrzymane w fałszywym, napuszonym tonie, nie ma ani jednego słowa tchnącego prawdą.
Wykonawcy, nie wiedząc co począć, grali tę sztuczkę do końca, nadrabiając miną i udając, że wszystko jest prawdopodobne i naturalne. Giuseppe Węgrzyn przykrywał aksamitem swego głosu próżnię Torricellego. Signora Lindorf wyglądała jak prymityw włoski, a mówiła jak prymityw polski. Signore Brydziński wyglądał również jak fresk, ale nie odnowiony. Donna Bronisz syczała namiętnością jak syfon z wodą sodową. Signore Justian był zły jak Borgia i nudny jak Lukrecja. Biedni aktorzy. Cóż robić? Muszą grać w takich sztukach. Wyrażam im współczucie.
Drabik gorszy był dla Florencji niż Medyceusze.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, t. 1, Czytelnik 1959, s. 292-293.

wtorek, 18 lutego 2014

Odcinek 963: Witkacy, 1927 rok

List Witkacego do żony, Jadwigi Witkiewiczowej

[Zakopane] 18 II 1927 [po południu]
Jadwiga i Stanisław Ignacy Witkiewiczowie.
N. N. = Rano w złości wrzuciłem list bez wyjaśnień. O ile otrzymałaś mój list pisany we środę, to chyba rozumiesz, że to nie ze względu na Ciebie tylko prosiłem Cię o przyjazd. Mogę powtórzyć:

1. Czuję się obecnie pod psem jak nigdy bez Ciebie. Nic mi żadnej przyjemności nie robi - narty etc.

2. Jestem bliski bzika jak nigdy.

3. Nie trzeba patrzeć na wieczność, tylko na miesiące, bo życie jest zbyt krótkie i oczekują nas rzeczy b. złe niedługo.

4. Nie będę się rozwodził nad moim stanem, bo widać, nic Cię to nie obchodzi.

5. Za tydzień przekręcę się pewno zupełnie albo sfiksuję z powodu sprzecznych stanów psychicznych.

6. Jeśli nie możesz przyjechać, to trudno.

7. Spodziewałem się Ciebie dziś. Myślałem, że pójdziemy razem na szopkę i zawody narciarskie. Bilans:

depesza I 1.40 zł

depesza terminowa Rp (!!) 6.35

3 listy 60

l kartka 10

Razem: 8.45 zł

DOSYĆ.

Z przeniesienia: Więcej dowodów przywiązania egoistycznego dać nie można. Kończę więc. Zresztą rozumiem Cię zupełnie i nie mam żadnej już pretensji.
Jadwiga Witkiewiczowa z lewkiem, Warszawa, czerwiec 1930 roku.
Fot. S.I. Witkiewicz
Stanisław Ignacy Witkiewicz, Listy do żony (1928-1931), opracował Janusz Degler, Państwowy Instytut Wydawniczy 2007

poniedziałek, 17 lutego 2014

Odcinek 962: Juliusz Słowacki, 1835 rok

List Juliusza Słowackiego do Eustachego Januszkiewicza

[Genewa], d. 11 lutego 1835 r.

M. E. Andriolli, ilustracja
do Pana Tadeusza.
Kochany Eustaszku!
Znów długie było między nami milczenie; sam nie wiem, czemu to przypisać należy. Z mojej strony było trochę lenistwa, trochę tego zniechęcenia, jakie mnie napadło dla świata i ludzi — żyję bowiem samotniejszy od mnicha; i wszyscy moi znajomi opuścili mię jak ponurego wilka w leśnym łożysku. Tak zamknięty przez całą zimę, wyznam Ci, że pisałem i pisałem, i napisałem dwie tragedie, które różny los mają: jedna spalona, druga czekać będzie, aż mi jakiś wypadek nieprzewidziany pieniężnych nie poprawi interesów.
Słusznie, o ile sobie przypominam, strofowałeś mię, Eustaszku, za to, żem nie czytał Pana Tadeusza. Kilka miesięcy temu miałem przyjemny dzień życia, pożerając te dwa tomy historii szlacheckiej... Gdybym był szedł za pierwszym popędem serca, wsiadłbym w dyliżans i pojechałbym był prosto do Paryża, aby ścisnąć za rękę Mickiewicza; ale potem, jak zwyczajnie, pomyślałem o tym i o owym, i — zostałem jak zawsze samotny w mojej Genewie. Nie czytałem jeszcze Giaura i Korsarza. Przeczytanie Pana Tadeusza sprawiło to, żem zrobił autodafe z mojej pierwszej tragedii.
Rys. H. Heath,1825 rok.
Chciałbym Ci coś nieco z genewskich udzielić wiadomości... Ale prawdziwie, że my tu, Polacy, żadnych ciekawych dziwów nie wyrabiamy; wszyscyśmy prawie (oprócz mnie), a na czele tych wszystkich Gr......., zakochani w jednej Angielce, zakochani szalenie. Nigdyś Gr. w takim stanie nie widział, więc sobie wystawić nie możesz. Wszak musisz pamiętać, jak często w naszych polskich miastach jedna piękność wiedzie za sobą tłum cały miejskiej młodzieży. Tak niegdyś panna Chłopicka w Wilnie — od najmniejszego i najcieńszego z akademików aż do najgrubszego z nadakademików, Bajkowa, serca podbiła. Fenomen podobny obserwuję teraz na południku genewskim. Jeżeli Wam kiedyś potrzeba będzie Polaków genewskich do założenia legionu, to będziecie musieli na trębacza zawerbować pannę Angielkę — inaczej ani się ruszą dźwigający jeden łańcuch chłopcy.
Pobyt nasz w Szwajcarii zatrważają nieco noty dworów;   może   więc   będziemy   przymuszeni   wyruszyć do Francji.
Dowiedziawszy się o zaaresztowaniu Konstantego Z........., lękam się trochę, czy Ciebie turbować także nie zaczęli. Odpisz mi więc, abym Ciebie nie wystawiał sobie w myśli — siedzącego u stóp Świętej Pelagii,                                      
Adieu, drogi Eustaszku,
Twój przyjaciel
Juliusz Słowacki
Ps. Napisz mi, jakie imię nosisz teraz i jak Ci mam listy adresować.
Juliusz Słowacki, Listy do krewnych, przyjaciół i znajomych (1820-1849), oprac. Jerzy Pelc,Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich 1952, s.  83-84.

niedziela, 16 lutego 2014

Odcinek 961: Jan III Sobieski, 1688 rok

List Jana Sobieskiego do żony, Marii Kazimiery

A Żółkiew, 16 II[1668] 

Jerzy Eleuter Szymonowicz-Siemiginowski,
Portret królowej Marii Kazimiery Sobieskiej z dziećmi.
Mój mięsopust był bardzo melankoliczny: i zaczęliśmy go, i skończyli bez muzyki i dobrej myśli. W niedzielę konwersacja z Tatarami, w poniedziałek z księżą, we wtorek z nikim na świecie. Czekałem cały dzień na jmp. wojewodę ruskiego, ale nie przyjechał, aż czwartej godziny w noc z jejmością swoją, z jmp. starościną winnicką i jmp. pisarzem; i to bardzo strudzeni złą drogą. Zjadłszy tedy krótką wieczerzę, wspominając takroczni mięsopust, poszliśmy spać.
My, da Bóg, jutro wszyscy w kupie wyjeżdżamy, lubo się sejm cale nie zaczął, bo tej po staremu materii strony Soucy odstąpić nie chcą i nie pozwalają zaczynać się sejmowi. Bóg wie, co z tego będzie. Jeśli jeszcze z tego sejmu nic nie będzie, a jam tak wielkie ważył koszty, to mi właśnie wygodzą; bo nawet i ekspensa moje, którem powydawał na potrzebę rzeczypospolitej, co wiedzieć dokąd odłożone będą. [...]
Chłopcu naszemu w tym pakiecie posyłam kiereczkę, która suknia jest najkształtniejsza i najwcześniejsza dla tak małych kawalerów, i krymeczkę bardzo dobrą robotą. Tylko ją trzeba będzie na klocek włożyć, bo się pomiąć musiała; boby też inaczej nie wiedzieć kiedy doszła do rąk Wci serca mego i zima by już tymczasem minęła. Sama ją jmp. wojewodzina uwijała i obszywała; a miarę brano z Sieniasia małego, bo się nie godziło brać z leda kogo na tak humorowatego kawalera. Ogonki umyślnie przyszyto, żeby je sam sobie pourywał. Na wiosnę może w niej chodzić, wywróciwszy futrem, tak jako św. Kazimierza malują. Tuzłuczek zrobiony, ale niepodobna to oraz posłać, bo i tak grubo; a do tego, że nie tak wczesny dziecięciu małemu. Taka zaś niesłychanie śliczna i wczesna sukienka. Wszyscy się tu tego napatrzyć nie mogli; i jemu, wiem, że przypadnie do fantazji, jako temu, co się już zna na różnych strojach. 
Kareta moja już też gotowa. Wszyscy przyznają, że już piękniejsza i kształtniejsza być nie może. Ja się tylko temu dziwuję, że owa Wci serca mego kosztowała sześć tysięcy w dobrej monecie w Paryżu, gdzie o wszystko łatwiej, a to ta nie będzie kosztowała i tysiąc talerów, a dwa razy bogatsza i piękniejsza, a co największa, że w domu robiona. [...]

Źródło: http://literat.ug.edu.pl/listys/041.htm