piątek, 31 stycznia 2014

Odcinek 945: Marian Brandys, 1978 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, wtorek 31 stycznia 1978 roku
Umarł Staś Dygat. Brzmi to nieprawdopodobnie. Wedle orzeczenia lekarskiego pękła mu aorta. Laik powiedziałby — pękło mu serce. Nie mogę w to uwierzyć. Jest to nie do przyjęcia. Nekrolog rodzinny uderzająco lakoniczny: 29 stycznia 1978 roku zmarł w wieku lat sześćdziesięciu trzech Stanisław Dygat. I nic więcej: żadnych bliższych określeń zawodu, zasług, żadnych słów żalu.
I słusznie. Dygat był zjawiskiem jedynym, niepowtarzalnym, i balast niepotrzebnych słów mógł je tylko pomniejszyć i zbagatelizować.
Ksiądz — Jan Twardowski — przemówienie nad trumną w katedrze warszawskiej zakończył słowami: „Żegnaj, młody książę!” Niektórym to się nie podobało. Ale księdza poety nie zawiodło wyczucie: Stanisław Dygat był rzeczywiście wiecznie młodym księciem naszej kultury. W kościele przeraziła mnie twarz Kaliny. Odmieniona nie do poznania. Bez kropli krwi. Jak woskowa maska bólu. Kiedy w dzień po pogrzebie zadzwonił do niej Jurek, krzyczała w telefon: „To oni go zamordowali, oni!” Miała na myśli tę okropną kolaudację filmu nakręconego przez debiutującą reżyserkę Ewę Kruk na podstawie opowiadania Stasia Dworzec w Monachium. Dopatrzono się obrazy polskości i film bezapelacyjnie odłożono na półki. Niektórzy kolaudanci wołali, że takich ludzi jak Dygat powinno się zamykać do więzień.
Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat.
Ciekawe, co „młody książę polskiej kultury” myślał sobie słysząc te obelgi. Prawdopodobnie to samo co w marcu 1968 roku, kiedy go spokojnie stojącego na Krakowskim Przedmieściu naprzeciw Uniwersytetu Warszawskiego milicjant walnął pałką w głowę. Pytano go wówczas: powiedz, coś czuł, ty, znany polski pisarz, spałowany przez polskiego milicjanta. Staś odpowiedział bez namysłu: „Ghotgeh (Grottger) by tego nie odmalował!”

Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 41–42.

czwartek, 30 stycznia 2014

Odcinek 944: Zdzisław Beksiński, 2004 roku

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

30 stycznia 2004 roku

To są właśnie te subtelne różnice w ocenie urody, gdy ocenia płeć własna lub
Joanna Brodzik i Paweł Wilczak
jako w serialu „Kasia i Tomek”.
przeciwna. Nieustannie dzi
ęki Pani się uczę, bo – mówiąc słowami poety – martwe znam prawdy nieznane dla ludu", więc wczoraj w ramach edukacji poszukałem w internecie, jak wygląda Kasia i Tomek, ale ani Kasia, ani Tomek nie są w moim guście. Nie żeby byli brzydcy, ale po prostu niczego szczególnego w nich nie widziałem. Ja bym się akurat w tym brodziku nie zanurzał, ale ilekroć o jakiejś dziewczynie mówiłem, że mi się podoba, tylekroć słyszałem, że wygląda jak dziwka lub jak panna sklepowa. Nic na to nie poradzę: mam, jak widać, zły gust. Nie mogę nawet powiedzieć, że tylko panie tak stwierdzają, bo panowie, gdy im wyjawiłem wstydliwą tajemnicę, że nie znoszę dużych biustów, jednogłośnie twierdzą, iż jestem zakłamany. A ja nawet oglądając porno, pomijam z niechęcią, a nawet czasami obrzydzeniem cycate amerykańskie ideały urody, może dlatego, że moja mama była cycata? Podobnie (już poza problematyką biustu) nigdy nie podobała mi się Marylin Monroe, która podobno podobała się wszystkim. Jestem, jak widać, białą wroną. Przed dziesięciu laty takim olśnieniem dla mnie była dziewczyna, która wystąpiła w małej rólce w pierwszym (były dwa) teleklipie Crazy" grupy Aerosmith, niejaka Alicją Silverstone (uroda panny sklepowej, jak określiła to jedna z moich znajomych). Coś miała w sobie, raczej w twarzy czy w ustach takiego... O Jezu! Dostałem jak pałką w łeb. Minęło lat, a ja pamiętam to wrażenie, jak by to było wczoraj. Teraz jednak została seryjną aktorką, ucywilizowali ją, uczesali, nosi dekolt i szpilki, seryjny produkt drugiej ligi Hollywood, zresztą to już staruszka około trzydziestki – no, ale ja ją jeszcze pamiętam w tej rólce – nikt ze znajomych jakoś nie podzielał mego entuzjazmu.


A propos brodzika, to już mi go zamontowali. Dwukrotnie w trakcie awarii wyżej lub niżej wpadali panowie w kufajkach i wśród bojowych i zagrzewających do pracy pokrzykiwań kurwa, kurwa, rozwalali młotami mur, by dostać się do pionów. Raz rozwalili też zlewozmywak, bo posypały się nań cegły. Do dziś piony zamurowane są na trupa i zaklejone tapetą, ale teraz „za jednym brudem” chcę to wreszcie załatwić. Nie musiałem robić tego wszystkiego, bo na dziś konieczne było tylko powtórne okaflowanie łazienki, ale wiedząc, jaki to spowoduje brud, postanowiłem zrobić wszystko, co latami odkładałem, a co może stać się konieczne za rok czy dwa, jeśli dożyję. Pięknie pozdrawiam
Beksiński
[...]

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 78–79.

środa, 29 stycznia 2014

Odcinek 943: Stendhal, 1803 rok

List Stendhala do siostry, Pauliny

Paryż, 9 pluvióse’a roku XI [29 stycznia 1803 roku]
Jestem smutny, droga Paulino, chcę się pocieszyć przy tobie. Będę ci mówił o zasadach moralnych literatury, czyli o tym, co stanowi piękno, i o tym, co zachęciło wielkich ludzi do wytwarzania piękna. Ponieważ nie robię brulionu, może się zdarzyć, że – mimo wszelkich starań, by być jasnym – nie zrozumiesz mnie przy pierwszym czytaniu. Proszę cię więc, byś zachowała moje listy; ale pilnie dbaj, żeby ich nikt nie zobaczył. Będziesz mogła je czytać Karolinie.
Poza geometrią jest tylko jedna metoda rozumowania, metoda faktów.
Pigmalion i Galatea,
mal. Anne-Louis Girodet, 1819 rok.
Przeglądając spis ludzi wielkich we wszelakich dziedzinach, można spostrzec, że narody biedne zawsze były bardziej spragnione sławy i bardziej płodne w ludzi wielkich niż narody bogate. Ludami najszczęśliwszymi są ludy najuboższe; bo są najcnotliwsze, a jedna tylko jest droga do szczęścia na tej ziemi, właśnie cnota. Złoczyńcy z daleka nieraz wydają się szczęśliwi, ale kiedy się do nich zbliżyć, widzi się, że dręczą ich wyrzuty sumienia i lęki. W związku z tym przypomnij sobie Pigmaliona, okrutnego króla Tyru, odmalowanego w Telemaku. Im więcej ma człowiek potrzeb, tym bardziej jest podległy tyranii, im więcej ma potrzeb kobieta, tym bardziej jest podległa występkowi. [...]

Stendhal, Korespondencja, tłum. Hanna Szumańska-Grossowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1963, s. 26–27.

wtorek, 28 stycznia 2014

Odcinek 942: Artur Rimbaud, 1883 rok

List Artura Rimbaud do wicekonsula francuskiego w Adenie, de Gaspary'ego

Aden, 28 stycznia 1883 
Artur Rimbaud w Afryce, 1883 r.
Szanowny Panie,
Proszę wybaczyć, że zaprzątam Pana uwagę następującą okolicznością.
Dnia dzisiejszego, o 11 rano, niejaki Ali Szemmak, magazynier firmy, gdzie jestem zatrudniony, odniósł się do mnie nader bezczelnie, wobec czego pozwoliłem sobie wymierzyć mu policzek, nie nadużywając siły.
Pełniący służbę kulisi i arabscy świadkowie wydarzenia pochwycili mnie, by umożliwić ripostę temuż Alemu Szemmakowi, który uderzył mnie w twarz, rozerwał na mnie ubranie, następnie zaś chwycił kij i wygrażał nim.
Wskutek interwencji obecnych przy tym osób, Ali wycofał się i w chwilę później wyszedł, by złożyć na mnie skargę w policji miejskiej o pobicie i okaleczenie, powołał też wielu fałszywych świadków na poparcie swych twierdzeń, że groziłem mu sztyletem itd., itd., oraz innych kłamstw, mających na celu rozjątrzenie sprawy moim kosztem i wzburzenie przeciw mnie tubylców.
Stawiając się w tej sprawie w adeńskiej policji miejskiej, pozwoliłem sobie powiadomić P. Konsula Francji o gwałtach i groźbach ze strony tubylców, jakich byłem przedmiotem, prosząc o Jego opiekę w wypadku, gdyby skłaniał Go do tego bieg wydarzeń.
Poczytuję sobie za zaszczyt, Panie Konsulu, być sługą Pańskim.
Rimbaud
urzędnik firmy Mazeran, Viannay et Bardey w Adenie
"Ja to ktoś inny." Korespondencja Artura Rimbaud, wybór, tłumaczenie i opracowanie Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki, Czytelnik 1970, s. 161-162.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Odcinek 941: Lucy Maud Montgomery, 1905 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Piątek, 27 stycznia 1905
Cavendish, W. Ks. Edwarda
Montreal, Quebec, Kanada. Pocztówka z 1905 r.
Przez dwa dni szalała straszliwa śnieżyca  powiedziałabym, że najgorsza ze wszystkich, jakie przeżyliśmy, gdyby nie to, iż wiem, że każda śnieżyca wydaje się taka w porównaniu z innymi, minionymi, których srogość zaciera się we wspomnieniach. Nie popełnię jednak błędu stwierdzając, że takich zasp nigdy jeszcze nie było. Otaczają nas ze wszystkich stron i sięgają dachu „niby górskie szczyty". W pokojach na dole panuje półmrok. Zaspy są niewątpliwie bardzo malownicze, ale więźniowie nie zważają na uroki architektury. Od dwóch dni nie dociera do nas poczta. Kiedy widzę przez okno te potężne, białe mury  mam ochotę krzyczeć.
Dobrze, że przywykłam do monotonii, inaczej bowiem ostatnie, niewypowiedzianie posępne dwa dnie przeżarłyby moją duszę pleśnią. Praca pozwoliła mi zachować zdrowe zmysły; skończyłam opowiadanie, wydziergałam wymyślny kołnierzyk i przeczytałam książkę, która pozwoliła mi przenieść się ze śnieżnego więzienia w cudowny świat.
Warto popatrzeć na nasz sad  okryte śniegiem drzewa przypominają marmurowe kolumny czarodziejskiego pałacu, widzianego w jakimś cudownym śnie. Wieczorem przejaśniło się, a zachód słońca był wspaniały  płomienny i różowo-złoty. Gdy jego blask opromienił sad, wybaczyłam śnieżycy. Trudno sobie wyobrazić piękniejsze zjawisko.
Sad w zimie, mal. Judy Munro.
Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza. Pamiętniki 1898–1910, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 133134.

niedziela, 26 stycznia 2014

Odcinek 940: Franciszek Dobrowolski, 1880 rok

List Franciszka Dobrowolskiego do Heleny Modrzejewskiej

Poznań, 26 stycznia 1880 roku
Szanowna Pani!
W Poznaniu w tej chwili istna rewolucja, narzekania i rozpacz, a mówię to bez
Portret Heleny Modrzejewskiej,
mal. Tadeusz Ajdukiewicz, 1880 rok.
przesady. Zaledwie ogłoszono urzędownie występy tu szanownej Pani, wszystkie miejsca literalnie rozchwytane zostały w ciągu połowy dnia, mimo że ceny na wszystkie miejsca są podwójne. Teatr nasz pomieścić może najwięcej ośmset osób. Orkiestra także rozprzedana, zgoła najmniejsze kąciki. Pozostaje więc narzekających okropna masa, zwłaszcza że ci, co rozchwytali bilety, pobrali je na wszystkie sześć przedstawień, a zapewnić mogę Sz. Panią, że każdy dostawał tylko bilety dla siebie, a nie na spekulację. W tym więc ciężkim strapieniu Poznańskiego jestem kompletnie oblegany i nachodzony, bym udał się do Sz. Pani, abyś zechciała i raczyła drugie sześć razy wystąpić na scenie naszej. Rozumie się, że zanosząc o to prośbę do Sz. Pani, myślę że, jeśli Sz. Pani raczy się przychylić do tego, to naturalnie pod warunkiem, że dochód z tych przedstawień musi być własnością Sz. Pani i że Poznańskie nie chce więcej korzystać z dobroci i szlachetności Sz. Pani. Postąpiłaś Sz. Pani z nami iście po królewsku, przekazując dochód swój z sześciu przedstawień na artystkę wdowę i fundusz Kraszewskiego, czyli teatr polski — byłoby zatem po prostu nieuczciwym wymagać więcej i ta też myśl daleką jest od każdego. Jeszcze raz proszę Sz. Pani, racz się przychylić do mej prośby w imieniu niesłychanie wielu zanoszonej, a uszczęśliwisz Sz. Pani wielu dziś narzekających.
Czekam na łaskawą w tym względzie odpowiedź. Próby z sztuk, jakie mi Sz. Pani wymieniłaś, idą regularnie i na przyjazd Sz. Pani wszystko będzie gotowym, tylko o egzemplarz Angelo Malipieri [Wiktora Hugo] ponowną prośbę zanoszę.
Wyrazy głębokiego szacunku dla obojga Państwa prze­syłam.
Sługa
F. Dobrowolski
Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, oprac. Jerzy Got, Józef Szczublewski, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 483–484. 

sobota, 25 stycznia 2014

Odcinek 939: Julian Ochorowicz, 1871 rok


Z dziennika Juliana Ochorowicza

Warszawa, 25 I 1871 r.
Rzecz zabawna, jak można łatwo wyrachować ludzkie postanowienia znając ludzi. Idąc na posiedzenie przygotowałem z niego protokół... który, gdym go pod koniec posiedzenia przeczytał, został prawie bez poprawek przyjęty!... 
Cyt. za: Juliusz Wiktor Gomulicki, Podróże do Szpargalii,  Biblioteka Więzi 2010, s. 166.

piątek, 24 stycznia 2014

Odcinek 938: Jan Lechoń, 1950 rok

Z dziennika Jana Lechonia

24 stycznia 1950 roku
1. Siedzenie, niezbyt długo zresztą nad papierem – bezskutecznie. Oczywiście, że wczorajsza pretensja Wandy do mnie i mój przez to uraz nie pomagają do napisania tego wiersza. Ale ten dziwny zbieg okoliczności trzeba chyba zrozumieć tak, że mam zapomnieć o wszystkim, co osobiste, i tym bardziej ten wiersz jak najlepiej napisać.
2. Przed laty, gdy Ludwiś Morstin urządzał w Pławowicach pierwszy zjazd poetów,
Artur Oppman, Or-Ot, ok. 1930 roku.
cudowny i pocieszny Or-Ot za żadne skarby nie chciał jechać. Gdym go przyparł do muru, dlaczego odmawia, powiedział: „Znam hrabiów i wiem, że choćby naj­bardziej udawali demokratów, uważają się za coś lepszego, i dlatego unikam ich towarzystwa.” Myślałem wtenczas, że nasz pułkownik przesadza, ale później po wielekroć sprawdziłem, że miał rację. Sprawdziłem np., gdym kiedyś z Dolly Radziwiłł na obiedzie na cztery osoby poczuł od razu solidarność z Misią Sert, podczas gdy Dolly i Józio Czapski cały czas mieli jakieś swoje hrabskie sekrety. Nawet drogi, najzacniejszy Ludwiś wyrwał się kiedyś z okrzykiem radości na wiadomość, że nudna Hesia Staffowa jest jakąś bałtycką baronówną.
3. Okropność, zgroza, co za plugawe, zdradzieckie, rynsztokowe rzeczy piszą poeci w Polsce. Mała kanalia o wielkim wariackim talencie, Gałczyński, chwali się w liście do żony, że widział samego Mołotowa. Broniewski, pewnie już zapity do ostatecznego upodle­nia, wyrzeka się wszędzie polskiej poezji na rzecz pism Lenina. Naprawdę, że Tuwim przynajmniej w wierszach jeszcze najlepiej się trzyma. Ale za to podpisuje obiema rękami wszystkie nikczemności.
4. „Stara gitara z wstążką różową” – przypomniał mi się śliczny wiersz Or-Ota, dlatego może, że Czapski na swym odczycie powiedział, że Or-Ot robił wstrząsające wrażenie czytany w obozach i że wtedy zrozumiał, że miałem rację, tak go kochając. Poezja Or-Ota ma w swej małej skali coś z tej prawdziwości, którą wstrząsała wielka poezja Mickiewicza. Uczucie, prawda robią poezję z jego bardzo prostych, nieraz do znudzenia wciąż powtarzanych słów.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 192–193.

czwartek, 23 stycznia 2014

Odcinek 937: Benjamin Constant, 1803 rok

Z dziennika Benjamina Constanta

23 stycznia 1803 roku
Portret damy, mal. Jens Juel (1745 - 1802).
Grałem z Amelią. Nie posiadała się z wesołości i bardzo była roztargniona w grze. Ale można iść o zakład, że nadzieja na małżeństwo, jakakolwiek jest, tyleż przyprawia ją o roztargnienie co o wesołość. Ta hałaśliwa wesołość ma wiele złych stron: paple o stu rzeczach bez dowcipu i miary, i ze wszystkich, co jej słuchają, ja w głębi serca słucham z najmniejszym zadowoleniem. Ale dwie rzeczy mnie uderzyły. Pierwsza, że łatwo byłoby nią kierować. Nie ma w niej nic ukrytego. Wcześnie osierocona i samotna, nie miała nikogo, kto interesowałby się jej wykształceniem. Uformowała się sama, na modłę społeczności, w której żyje, z mniejszym poczuciem miary niż inne, bo inne miały rodziców. Kilka zdań w rozmowie ze mną dowodzi, że chciałaby, aby ktoś nią pokierował, ale nikogo to nie obchodzi; na odwrót, prowokują ją do gadulstwa, bo im więcej dziwnych rzeczy mówi, tym lepiej się bawią. Po drugie, wolałbym mieć żonę nieoględną i nietaktowną niż tak rozważną jak Wiktoria. Ta stawiałaby mi opór, mówiła, co zechce, miała punkty oparcia. Amelię siłą rzeczy ujarzmiłby mężczyzna bardziej od niej powściągliwy, który uważając ją za istotę niższą, traktowałby ją łagodnie, ale jako taką, za zgodą wszystkich.
Benjamin Constant, Dzienniki poufne, tłum. Joanna Guze, Czytelnik 1980, s.16-17.

środa, 22 stycznia 2014

Odcinek 936: Jerzy Andrzejewski, 1981 rok

Z dziennika Jerzego Andrzejewskiego

22 stycznia 1981 roku

Mal. Paul Cezanne, Sen poety,
albo Pocałunek muzy.
Zawsze popadam w zakłopotanie, gdy ludzie (przeważnie młodzi) przysyłają mi swoje wiersze z prośbą o ocenę. Prozy także w podobnych przypadkach oceniać nie lubię, lecz jeśli się zmuszę do przeczytania nadesłanego tekstu, może mi się on subiektywnie nie podobać, potrafię mimo to osądzić, czy jest coś wart, czy nic. Po prostu, jak sądzę, na prozie się znam, nie mogę sobie natomiast przyznać podobnej cnoty w stosunku do utworów poetyckich. Zapewne, potrafię i w tej artystycznej sferze rozpoznać grafomanię, lecz gdy rzecz coś warta - udzielać początkującym rad, wskazówek, sugerować, gdzie słabości i na czym polegają, a jaki charakter zalet, nie, tego zupełnie, nawet przy najlepszej woli, nie potrafię. Mogę na palcach jednej ręki policzyć poetów, których lubię czytać i rzeczywiście czytuję z wewnętrzną korzyścią dla własnych doświadczeń myślowych i artystycznych. I to wszystko.
A tak najrozsądniej, to w ogóle nie pouczać i rad nie udzielać, nawet tym najmłodszym i początkującym, i choćby się pouczeń domagali. Nie dowierzam, aby w zakresie sztuki można było własne doświadczenia przekazać komuś drugiemu. Wszelkie w tej mierze doświadczenia zbiera się w samotności. A poszukiwania owych doświadczeń również mają charakter poszukiwań samotnych.
Jerzy Andrzejewski, Gra z cieniem, Czytelnik 1987, s. 22.