Odcinek 1049: Helena Modrzejewska, 1877 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Marii Faleńskiej

San Francisco, 15 maja 1877 roku
Droga Pani!
Przed kilku dniami odebrałam list Pani, który mnie niezmiernie ucieszył.
Helena Modrzejewska w San Francisco.
Dziękuję, dziękuję, dziękuję! [...]
Spieszę podzielić się z Panią dobrym dla mnie wypadkiem. Oto odbyłam próbę z Adrianny Lecouvreur po angielsku, w obecności dyrektora i reżysera tutejszego teatru. Prosiłam się prawie o tę próbę — bo te niedźwiedzie nie dowierzały, żeby w kraju, który według ich mniemania wykreślonym został z karty dziejów świata, w kraju, o którym oni tu nigdy nic nie słyszą, mogła istnieć sztuka. Otóż — doznałam triumfu, jaki mnie jeszcze nigdy nie spotkał. Niedźwiedzi zmieniłam w pudlów skaczących obecnie na dwóch łapkach przede mną. Dyrektor — zachwycony, zadziwiony, oczarowany — zaangażował mnie na tyle przedstawień, ile sama zechcę, i życzy sobie, żebym już za miesiąc wystąpiła. Ja zaś odwlekam jeszcze, bo chcę się jeszcze paru ról nauczyć — ale bardzo być może, że mnie namówią do wcześniejszego wystąpienia. Moja angielszczyzna nie przeszkadza im wcale — owszem, Jankesy mówią, że niektóre dźwięki w mej mowie są perfectly wonderfull i nie tylko że ich mój akcent nie razi, ale przeciwnie, podoba im się. [...]
Pisząc o sobie i o sobie tylko, zapominam donieść Pani, że Karol jest obecnie w Anaheim. Pojechał tam dla klimatu, a po części dla oszczędności, bo nasze fundusze prawie wyczerpane — farma wszystko zjadła. Zresztą tu, w San Francisco, bardzo niezdrowe powietrze dla tych, co się nie ochraniają dosyć — a Pani zna Karola. Biegał w cienkim tużurku wieczorami i zaziębił się. Pisał mi jednak wczoraj, że już prawie zupełnie zdrów — i wybiera się na moje występy.
Muszę Pani opisać, jak tu mieszkam. Niech Pani sobie wyobrazi domek o jednym piętrze — drewniany — ale wyglądający jak pałacyk z oknami weneckimi zdobiącymi front, wewnątrz calusieńki obity dywanami, począwszy od sieni, a skończywszy na kuchni, gdzie pani domu, w kołyszącym fotelu czytając gazetę, dogląda garnków, przed domkiem krzaki i kwiaty — na podwórku fuksje, wino, róże. Oto jest moje mieszkanie. Ja rezyduję z Dolkiem na pierwszym piętrze, przede mną mieszka czarna i chuda dama, moja znajoma, a jeszcze niżej — tłusta, olbrzymia gospodyni domu. Te dwie panie tak mnie lubią, że mi nie dają wytchnąć — co chwila któraś z nich zagląda do mnie, czy mi czego nie potrzeba, czy nie jestem słaba, jednym słowem, psują mnie. Oprócz tego mam nauczycielkę [Joe Tucholsky] — młodą osobę, która się formalnie kocha we mnie. Jej to zawdzięczam przełamanie mego języka, ponieważ co dzień przychodzi, a bawi po cztery lub pięć godzin, czasem nawet na wieczór zostaje u mnie. Pokazuje się, że przeznaczono mi być lubioną przez płeć piękną. Za to też żaden Jankes nigdy się jeszcze za mną nie obejrzał, żaden mi nie powiedział komplementu [...] Jakiż ja niedorzeczny list do Pani piszę! To z radości, że mi się udała próba. Rzeczywiście, powróciwszy z teatru tak byłam wesołą jak dziecko, pobiegłam na podwórko urwać kwiatek — i o mało że nie schwyciłam w siatkę ślicznego kolibri uwijającego się koło fuksji, aby go spłaszczywszy należycie, przesłać w kopercie pannie Marii, ale cóż, radość rozmiękczyła mi serce, żal mi się zrobiło biedaczka i darowałam mu życie. A szkoda, bo można by go w broszce nosić.
Muszę skończyć, bo mój list sensu nie ma.


Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 385–387. 

Komentarze