Odcinek 935: Józef Weyssenhoff, 1878 rok

List Józefa Weyssenhoffa do Konstantego M. Górskiego

Warszawa, dn. 21 stycznia 1878 roku
Panna młoda, ilustracja z 1878 r.
Kochany Kociu!
Nie odpowiadając Ci tym razem na pytania zawarte w Twym liście, opowiem Ci to, co niedawno widziałem i co na mnie silne wywarło wrażenie; nie będziesz może w stanie zrozumieć, co czułem, bo Ci sam tego dokładnie opowiedzieć ani przedstawić nie potrafię:
Oto, parę dni temu, dowiaduję się, że jeden z moich litewskich znajomych żeni się z panną X. Ślub u Karmelitów. Lecę ja tedy na złamanie karku do Karmelitów i czekam. Schodzą się zaproszeni i nie proszeni — między innymi stary Odyniec, bez którego żadna uroczystość odbyć się nie może. Czekam — widzę występują litewscy znajomi, wszyscy ci, których widziałem na balu w Wejkutanach... a brak tylko jednej postaci. Zbliża się nareszcie para szczęśliwych do ołtarza. Jak kiedyś z upojeniem — spojrzałem — zadrżałem — to Ona! — tak, teraz odetchnąłem — nie, to nie Ona! Stałem z boku i widziałem nie widziany — nie chciałem zbliżać się do tych, którzy mieli do myślenia o kim innym jak o mnie... Wróciłem do domu i wziąwszy książkę, latałem myślą do „tych pól malowanych zbożem rozmaitem, do tych łąk zielonych, gdzie się włóczyłem z fuzją na ramieniu, do tych serc przyjacielskich i gorących, do domku wejkutańskiego, do szpalerów tamtejszego ogrodu, i tak marzącemu wpadło pióro w rękę i napisałem prozą o snach moich, bo nie chciałem trafiać na końcówki. Nie skończone to jeszcze i niepewne; nie posyłam Ci więc tych kartek, ale, jeżeli skończę, poślę. Taką więc masz odpowiedź na pytanie, czy Muza moja próżnuje. O nie! prosi się owszem, abym jej wezwał, ale ja czekam i piszę rzadko. Już bardzo późno — a chciałem Ci wieczorem opowiedzieć o tym, co poprzedza. Dobranoc Ci, jutro rano list skończę.
Emilia Chiomi.
Rano
Rano — przez noc snuły mi się po głowie sny dziwaczne zamiast wieszczych. Nie będę Ci więc o nich opowiadając, głowy zawracał. Powiem Ci raczej, co się dzieje na ziemi, nie w eterze. Oto śpiewa tutaj już od paru tygodni angielsko-włoska panna Chiomi; chcąc ją usłyszeć, trzeba pójść do teatru, chcąc pójść do teatru — trzeba mieć pieniądze; gdy się nie ma pieniędzy, trzeba mieć łaskawych krewnych lub znajomych. Ci ostatni zabrali mię z sobą do teatru i to do loży pierwszego piętra z gabinetem.
Chiomi wcale zgrabna i ładna, dobra aktorka, śpiewaczka nie znakomita, ale głosik miły, dźwięczny i świeży. Widziałem ją we Violetcie Verdiego.
Miałem zaszczyt siedzieć obok loży Maurycego Potockiego i słyszeć jego wszystkie obserwacje, tyczące się gry i postaci śpiewaczki. Żeby Ci dać wyobrażenie, jaki to błazen z tego Maurycego, powiem Ci o nim anegdotkę, którą niedawno słyszałem i która ubawiła mię bardzo.
Oto razu pewnego pan Maurycy uznał za stosowne upić się jak bela. Że wino działa „przewracająco na organizm człowieka, zatem pan Potocki, zjechawszy jako tako ze schodów przy pomocy poręczy, wyszedłszy na ulicę i nie znalazłszy już tam płotu, którego by mógł się jak pijany trzymać — rymnął w rynsztok. Jeden z kompanów, który nie opodal starał się na próżno iść prostą drogą, ale jednak miał dość charakteru w nogach, aby się nie przewrócić, czyni uwagę: „Jak się nie wstydzisz, aby Potocki tak w rynsztoku leżał? — Wtedy Maurycy, którego ze wszystkich zmysłów najpóźniej opuszcza dowcip, odpowiada: „Czyż nie wiesz, że nie miejsce zdobi człowieka, ale człowiek zdobi miejsce? Wybornie. Ale cóż Ci opowiadam jakieś anegdoty mało Cię obchodzące, a mogące tylko na chwilę wywołać uśmiech. Odczytałem właśnie tylko co list mój od początku i widzę, że to, co pisane wieczorem, sens ma jaki taki, a to, co teraz nagryzmoliłem — błazeństwo. Zabawnie Ci się wyda: jedna połowa listu o tym, co najdroższe, a druga o tym, co śmieszne i pogardy godne, bo o panu Maurycym. Ale — a propos, przypomniałem sobie zaraz po Twoim z Woli wyjeździe, że nie pokazałem Ci ani razu fotografii panny Anny, którą ciągle w tece mojej miałem. Dziwne doprawdy i brzydkie zapomnienie. Ale tak się to dzieje; czasem nagromadzenie zajęć, myśli zupełnie różnych od wspomnień litewskich pokrywa te ostatnie lekką mgłą zapomnienia, ale dość snu jednego, aby tę zasłonę stargał, a cóż dopiero, gdy przyjdzie takie wrażenie, jak to, którego onegdaj doznałem u Karmelitów. Napisałem niedawno do Salmonowicza, chcąc się czegoś dowiedzieć o Niej; czekam odpowiedzi z niecierpliwością. [...]
Napisz mi, ile listów ode mnie odebrałeś po naszym ostatnim widzeniu się. Życzę Ci, aby Ci Twoje zamiary szkolne udały się, ale na to nie trzeba „psuć się, jak mówi p. Kniaziołucki, a pracować. Tymczasem bądź zdrów i żegnaj aż do przyszłego listu. Od nas wszystkich serdeczne uściski; Melunia osobno podaje Ci rączkę, bo całować — nie wolno.

Twój
J.E. Weyssenhoff
Konstanty M. Górski, Józef Weyssenhoff, Z młodych lat: Listy i wspomnienia, oprac. Irena Szypowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1985, s. 154-157.

Komentarze