sobota, 30 listopada 2013

Odcinek 883: Wacław Kubacki, 1952 rok

Z dziennika Wacława Kubackiego

Poznań, 30 listopada 1952 roku
Moskwa, 1952 r., mal. A.A. Dejneka.
Niedawno zwrócił się do mnie pewien pisarz o radę. Zaproszono go na wycieczkę do ZSRR. Pytał, czy może jechać.
- A dlaczego pan nie miałby pojechać?
- Bo oni podobno żądają potem pochwalnych wypowiedzi.
- Ode mnie niczego nie żądano. Widziałem dużo ciekawych i pięknych rzeczy. Ponotowałem w dzienniku to i owo. I na tym się skończyło.
- Więc pan mniema, że mogę spokojnie jechać?
- Oczywiście.
Wacław Kubacki, Dziennik (1944-1958), Czytelnik 1971, s.  234-235.

piątek, 29 listopada 2013

Odcinek 882: Rafał Malczewski, 1953 rok

List Rafała Malczewskiego do Jana Lechonia

1380 Pine av. West, Montreal                  
Quebec, Canada.

29 listopada 1953 roku
Rafał Malczewski.
Kochany Panie Leszku,
Piszę ten list, nie wiem nawet, czy załączę tych parę rysunków do Zakopanego, czy nie, które mi ciężko przychodzą. Pamiętam, jak Pan pisał, że pewnie będę mógł jeszcze malować. Pod wpływem Pana i lata, ciepła, nie wiem, czego jeszcze, zacząłem w lecie malować, a raczej chodząc tu i tam, rysować przez ciemne okulary jakieś marzenia o pejzażach, które chciałbym namalować. I po tym już tu na podstawie tych szkiców napędzlowałem kupę akwarel, trzy olejne. Śmiesznym jest, że ludziom (trochę jeszcze do nas przychodzi) podobają się owe wyczyny bardzo. Nie wiem, ile w tym przyjaźni, ile pociechy dla ślepnącego faceta, ponieważ ja już ich osądzić nie mogę, dostrzegając tylko poszczególne kawałki, jakieś fragmenty! Tak samo, a raczej trudniej jeszcze z tymi rysunkami, o których kiedyś myślałem, że mi łatwo przyjdą. Piszę o tym Panu, by dać znać, jak Pan pomógł mnie i w tej sprawie i jak jest, co się dzieje z człowiekiem, co się nauczył żyć myślą, że go nic nie czeka, tylko idąca noc. Nawet na maszynie, jak Pan widzi, źle wszystko wychodzi i litery skaczą, choć nie powinny, omyłki i błędy parszywiejącego mózgu. Zima napawa mnie przerażeniem, jak dawniej radością, brak mi odwagi zabrać się do opowieści o moim Ojcu.
Niech Pan wybaczy ten list i wylewik trosk ślepnącego i ramolejącego malarza. Parę lat temu czułem się młody i teraz nie umiem jeszcze tak całkiem przejść na mamiącego starucha. Ale coraz rzadziej bywam zbuntowany i ziębnę od wnętrza i spokój jest ze mną nieznany mi, coś z umarłego. Niech Pan spali ten list. Ciągle jeszcze słucham mile ludzi, co mi chwalą malunki, nie wiedzą, jak one są mi nieznane i że nigdy ich nie ujrzę. Nękają nas jeszcze do tego grypy wraz z Zosią, która już bardzo słaba. Boję się, co z nią będzie, jak ja odwalę. I to też mnie męczy, bo widzę, jak wielu ludzi jest złych i jak mają władzę nad wszystkim. Już się wypowiedziałem — i to, że Panu zawdzięczam przedłużenie frajdy tworzenia i w tym, że jeszcze tak niedawno malowałem i to, że pisałem, co dawało poczucie, że się nie jest śmieciem! Bardzo Panu, Panie Leszku, za to dziękuję!
Może dołączę parę rysunków — wtedy proszę mi napisać, czy się nadadzą, jeżeli w ogóle coś ma wyjść z tego. Piszę, że nie wiem, czy dołączę, bo ciągle rysuję i niszczę. Poza tym nie wiem, czy ten list zaraz wyślę. Trzeba by się może odleżał, bym zobaczył, czy jest prawdziwy.
Moc pozdrowień zasyłam i uścisk dłoni.
Rafał Malczewski

Jan Lechoń, Zofia i Rafał Malczewscy, Coraz trudniej żyć, a umrzeć strach. Listy 1952-1955, Biblioteka Więzi, 2008, s. 120-121.

czwartek, 28 listopada 2013

Odcinek 881: Władysław Broniewski, 1918 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

28 listopada 1918 roku
Nie pisałem dwa dni — jakaś dziwna apatia mnie ogarnia. Wsiąkłem już trochę w to fatalnie głupie życie koszarowe i to mię tak usposabia.

W drodze do Lublina przysłuchiwałem się ciekawej rozmowie. W przedziale było kilku oficerów, nas dwóch „podchorążych”, ordynans i jeden cywilny. Z tym ostatnim wszcząłem rozmowę o polityce; mówił bardzo logicznie, jasno, zwarcie. Był członkiem frakcji, jak się domyśliłem.
W trakcie tej naszej rozmowy jeden z oficerów siedzących w kącie, przerywając mu, zapytał: „Przepraszam pana, czym pan jest z zawodu?” — „Jestem robotnikiem.” — „Dziękuję panu. Moje nazwisko jest X. Jestem lekarzem od chorób dziecinnych. Wtrąciłem się do pańskiej rozmowy, ponieważ zainteresował mnie entuzjazm pana. Ja także byłem entuzjastą lat temu 25; byłem jeszcze w tej grupie z Piłsudskim, gdyśmy tworzyli pierwsze początki partii. Otóż, proszę, panie, byłem tak samo jak pan teraz pełen zapału dla sprawy. Z czasem to minęło. Zacząłem szukać nowych punktów wyjścia. W 1905 roku patrzyłem, jak nasza maleńka grupa rozrosła się w potężną organizację, jak obejmowała tysiące ludzi, i dumny byłem, a jednak myśliłem sobie: ot, surowiec wszystko — brak techniki w realizowaniu idei. Zniechęcenie mnie ogarnęło i wtenczas zacząłem, wiesz pan, gdzie chodzić? — do cyrku. Proszę, panie, niech pan się nie śmieje — to wszystko zastosuje się do głównej myśli. Otóż w cyrku widziałem żonglera.
Proszę, panie, wziął jedną butelkę i puścił ją w ruch dookoła siebie; potem drugą, trzecią, aż sześć butelek wirowało koło niego, kierowanych nieznacznym ruchem palca. Później żongler przechylił się naprzód, zbierał butelki jedna po drugiej nogą i stawiał na ziemi. I ot! pomyśliłem sobie: do jakich rezultatów doprowadzić może technika. Odtąd, proszę, panie, szukam tej techniki w każdej dziedzinie życia, a zwłaszcza w ruchu społecznym, w kooperatywach, w związkach zawodowych, jak i w swoim fachu.”
Doktor gadał jeszcze długo, obrazując swoje poszukiwania techniki życia, później rozpoczęła się wymiana myśli z panem cywilnym, który, jak się okazało, był komisarzem rządowym z Radomia. Komisarz opowiadał o swej ucieczce z konwoju, o zesłaniu na Sybir itp. rzeczach, a ja przysłuchiwałem się milcząc i ryłem sobie w pamięci wszystko to, co miało wartość nieprzemijającą.
Do Lublina dojechałem zmarznięty i z gorączką na ustach. Beznadziejne spacery po komendach. Nocleg w jakimś hoteliku. Drugiego dnia spałem do trzeciej. Wieczorem znów jazda. Czekanie na stacjach. Mróz. W Zamościu spotkałem Ostrowskiego, jadącego z kompania pod Lwów. Był tam i Ignaś Gościcki; jakże śmiesznie wyglądał w pepickiej czapce z miną rekruta.
Wieczorem zajechałem do Hrubieszowa. Fatalna noc w żydowskim hoteliku. Boleści. Bończa wyjechał. Następnego dnia zameldowałem się u kapitana Rzeckiego-Zyntha. Mamy kwaterę, wikt oficerski i dużo roboty. Wyzdrowiałem. Z awansami jakoś kiepsko.
Pocztówka z widokiem Lublina.
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 50–51.

środa, 27 listopada 2013

Odcinek 880: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1862 rok

Z dzienników Edmunda i Juliusza de Goncourt

27 listopada 1862 roku
W naszym stuleciu, a zwłaszcza w ostatnich latach, nie wystarczy być autorem książki, trzeba jeszcze być jej służącym, lokajem jej sukcesu, biegać z jej egzemplarzami. Roznoszę więc moją książkę tu i tam, jednym, co ją przeczytają, innym, co rozetną ją do połowy, jeszcze innym, co będą o niej mówić nie przeczytawszy, tym wreszcie, którzy sprzedadzą ją u bukinisty i będą mieć na obiad.

Mogłaby powstać ciekawa fizjologia literata na podstawie wyglądu jego odźwiernego, jego schodów, dzwonka, mieszkania. Zauważyłem, że niemal zawsze istnieje osobliwy związek logiczny, współzależność pomiędzy mieszkańcem a jego skorupą, pomiędzy człowiekiem a otoczeniem. Literat na ogół mieszka wysoko, na piątym piętrze: Paryż, jak człowiek, ma mózg w górze. Ci, co są w ruchu, zajmują część dolną, przeznaczoną na sklepy; przeżuwacze są na pierwszym piętrze. Dom to indywiduum.
Trzy mieszkania, na trzech szczeblach drabiny, zwróciły moją uwagę.
Ulica Jacob, w podwórku, piąte piętro. Idzie się korytarzem, na który wychodzą pokoje służby i który jest rodzajem wspólnego labiryntu. Klucz jest w drzwiach. Pukam, w końcu przekręcam klucz. Znajduję się jakby w pokoju stangreta, pełnym bezładnie rozrzuconych książek. Para nie wyczyszczonych męskich butów. Z sąsiedniego pokoju krzyk jak ze snu: „Kto tam?” Wchodzę, sypialnia gryzetki czy szwaczki, na nocnym stoliku stos książek; w łóżku mały, chudy, nędzny, zarośnięty mężczyzna [...]. Zbudziłem go. Jest druga po południu... Rozglądam się: nie dość tu książek jak na uczonego; za wiele jak na powieściopisarza. Książki są nowe: jestem w pokoju krytyka. To Montegut, który z „Revue des Deux Mondes” przeszedł do „Moniteur”. Światło szare, pokój szary, słowa szare, człowiek zatarty, ciche ubóstwo pracowitego literata, który ma tylko narzędzia pracy, zimny kominek i wyrzeczenie wypisane na ścianach: oto wnętrze.
Gustave Caillebotte, Dachy w śniegu, 1878 rok.
Ulica d’Argenteuil, niemal naprzeciw mrocznego sklepu, w którym sprzedają białe towary, „Gagne-Petit” [...]. Czarne schody, podesty domagające się reperacji, pięć stromych pięter; otwiera służąca do wszystkiego, która w zakłopotaniu wizytą omal nie rozgniata dziewczynki, uciekającej do jej kolan; salon z ubogimi meblami o chudej elegancji, odrapane, wypłowiałe kanapy; na kominku tlący się rozpaczli­wie ogień; na ścianach wiele byle jakich rzeczy w ramach. Na stole zbytkowny almanach noworoczny, przysłany przez wydawcę. W kącie pianino, to znaczy kobieta. Stamtąd też wynurza się rodzina. Z drżeniem myślę o posagach córek. Na oknach skąpe zasłony. Czuje się, że jest to pokój najbardziej wystawny, który urządzono za cenę wyrzeczeń. Podobne mają do przyjmowania klientów rzemieślnicy, introligatorzy na przykład: dzieciarnia wsuwa tam przez drzwi zachwycone twarze, by zajrzeć do środka, kiedy ktoś się zjawi. W tym salonie bardzo chudy i bardzo blady człowieczek, oczy kuny, włosy rzadkie, ale długie, papierowa skóra: to Edouard Fournier, krytyk do wszystkiego w „La Patrie”.
Gustave Caillebotte, Widok z szóstego piętra na ulicę Halevy, 1878 rok.

Naprzeciw La Muette, na terenach dawnego Ranelagh, rozpoznałem dom, choć go nigdy nie widziałem. Przypomina konstrukcje architektoniczne, jakie dzieci budują dla zabawy. Oto marzenie mieszczucha o wiejskiej posiadłości, zaczerpnięte z przeczytanych romansów. Jest tu wieża, są blanki i kiosk chiński. Wchodzę: bombonierka loretki, spełniony sen lekkiej dziewczyny. Wszędzie kwiaty, talerze chińskie na sufitach, oranżerie, złocenia, obrazy Watteau pędzla Ballue, obicia z chińskiego wytłaczanego jedwabiu, malowane zasłony, dywany jak z mchu, oprawy ponad wszelką miarę złocone, fałszywe płótna Bouchera; drzwi, na których jest wszystko: litografie, fotografie, groszowe rysunki; salon gier z polskimi bilardami i holenderskimi bąkami; pokój kąpielowy; wejścia, zejścia, przejścia ukryte niczym intryga w wodewilu; przedmioty estetyczne w podłym guście, zachwycającym dziwki. Dom [...], gdzie wszystko pachnie pudrem ryżowym, jest miękkie, kwitnące, kuszące, uszminkowane, podobne do niewiarygodnej toalety utrzymanki, jak ona kapryśne i głupie. Triumfalny dom z ogrodem, stajnią i wozownią, które pokazuje mi człowiek ponury i zażenowany, mroczny i pokornie uprzejmy: dom Jules Lecomte’a.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 180–182.

wtorek, 26 listopada 2013

Odcinek 879: Tadeusz Bobrowski, 1886 rok

List Tadeusza Bobrowskiego do siostrzeńca, Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego (Josepha Conrada)

14/26 listopada 1886, z Kazimierówki
Kochany Chłopcze!

A więc wiwat „Ordin. Master British Marchant Service”. Niech żyje jak najdłużej,
Joseph Conrad, 1883 rok
niech zdrów będzie i niech mu na wszelkich przedsięwzięciach na morzu i lądzie powodzi się!... Prawdziwą sprawiłeś mi rozkosz tą wiadomością o „Czerwonej Pieczęci” na patencie swoim. [...] Jako skromny dostarczyciel środków na ową antrepryzę, pozostaje mi się cieszyć, że nie zostały zmarnowane moje grosze i doprowadziły Cię do szczytu obranego zawodu, w którym p. Antoni, spadkobierca cnót Rzymian i Greków, tak niefortunny horoskop lat temu 12 dla młodego aspiranta do służby Neptunowi — wyciągał. Masz Acpan lat 29 i rzemiosło w ręku, a dalej czyń, jak wiesz i rozumiesz. [...]
Powtarzam jeszcze moją uwagę, a nawet żądanie, byś przed wyjazdem w nową drogę zrobił odpowiednie kroki w Ambasadzie Rosyjskiej o zwolnienie z poddaństwa, bo właśnie korespondencja cała może być w czasie Twojej podróży załatwioną, z której wróciwszy, kwestią możesz zastać zdecydowaną, jak przypuszczam, pomyślnie. A wtedy mógłbyś przyjechać odwiedzić mnie, czego oba zarówno pragniemy. Im prędzej zaś to nastąpi, tym mi będzie przyjemniej, a w 57 wiośnie żywota rzeczy przyjemnych na długo odkładać nie należy. Mam się lepiej; zawroty głowy żołądkowego pochodzenia ustały — przynajmniej od miesiąca ich nie miałem.
Dnia 8/20, tj. mniej więcej tydzień temu, najstarsza córka wuja Kazimierza p. Zuzanna konwolowała w związki małżeńskie z p. Mereschem, urzędnikiem kolejowym, któremu przyrzeczona była jeszcze przez ojca. Na ślubie nie byłem, ale posłałem im telegramę. Co z tego będzie, zobaczemy, a najprawdopodobniej nowe „gołe pokolenie”, na czym domysły moje o przyszłości tego stadła kończą się na teraz... [...]
Ruszaj, Panie Bracie, znowu w świat na morze, boć podobno na lądzie na teraz nie masz co robić. Napisz: kiedy? dokąd? którędy? na jak długo? Z drogi pisz, a teraz ściskam Cię i błogosławię.
Twój Wuj
T. Bobrowski 

Tadeusz Bobrowski, Listy do Conrada, oprac. Róża Jabłkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 104–106.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Odcinek 878: Józef Czapski, 1978 rok

Z dziennika Józefa Czapskiego

25 listopada 1978 roku
[...] Opowiadanie Maryśki: Robotnik w Katowicach [Kazimierz Świtoń], jego próby
Kazimierz Świton (1), zdjęcie wykonane
przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa.
stworzenia niezależnego związku górniczego, ciężko pobity przez paru bezpiekowiczów w cywilu, wrzucony do auta, gdzie już siedziało trzech w mundurze bezpieki — wywieziony do więzienia. Proces, ani jeden świadek z tych, których podała żona, nie był dopuszczony. Adwokat, który sprawy KOR-u i innych broni, niedopuszczony, proces wciąż odkładany.
Sąd ostatecznie się odbył. W malutkiej salce, gdzie znów nikt zmieścić się nie mógł. Kobieta, która podczas rozprawy wzięła do ust cukierek, bo zaczęła kaszleć — „to nie cukiernia, proszę wyjść". Chłopiec, który stał pod ścianą — „nie ma miejsca, proszę wyjść". Skazany na dwa miesiące; z Krakowa byli Kornel Filipowicz, Jan Józef Szczepański. Przy wyjściu ten wyrzucony chłopak zaczął śpiewać: ,Jeszcze Polska", a jeden z obecnych rzucił: „Co za pajac". Ci najbliżsi, którzy asystowali, odprowadzili skazanego do więźniarki, która go wywiozła do więzienia. „Dziękuję państwu, że przyszliście, zapraszam was na herbatę do domu — mnie nie będzie, ale moja żona was przyjmie", i tak było. Ona taka sama, twarda i niezłomna jak on. Dziewczynkę ktoś spytał, czy słucha Wolnej Europy, odpowiada: „Tak, słucham, to moja ulubiona stacja".
Jacek miał już gotowy świetny odczyt w rocznicę niepodległości 1918, przepracowany, wycyzelowany, który mówił, co się działo w tamtych latach w dziedzinie kultury w Polsce. Wstrząśnięty tym procesem, dodał półtorej strony o bezprawiu dziś, że walka o kulturę w kraju, gdzie nie rządzi prawo, to fresk malowany na murach domu, murach, które się walą. Odczyt świetny, mówił razem z Gieysztorem i Kieniewiczem.
Już w szatni ktoś słyszał rozmowę: „To jest niedopuszczalne, idę do ministerstwa zaraz".
Dziś znowu telefon o aresztowaniu 12 studentów uniwersytetu lubelskiego, po paru godzinach ich wypuszczono — ale takie aresztowanie grozi ciężkimi skutkami w dalszej możliwości studiów.
Józef Czapski, Wyrwane strony, Fundacja Zeszytów Literackich 2010, s. 221.

niedziela, 24 listopada 2013

Odcinek 877: Bruce Chatwin, 1966 rok

List Bruce’a Chatwina do Stephena Tennanta

Canongate 234, m. 6 / Edynburg / 24 listopada 1966 roku
Drogi Stephenie,
jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak przepracowany. Nawet księżne zabierają mniej czasu niż eseje z historii. To doprawdy wielce osobliwe uczucie wrócić do szkoły. Nauczyłem się nigdy nie obrażać studentów drugiego roku, których przepełnia poczucie własnej ważności. Jeden taki drugoroczniak zajrzał mi przez ramię i zdziwił się, że czytam wyjątkowo zawiłą książkę, dodając, że studenci pierwszego roku nie są w stanie pojąć jej tajników. Panuje tu sztywny podział pomiędzy latami [studiów] i pierwszy z drugim nie styka się nigdy, nie mówiąc już nawet o rozmowie. Ale są i postacie antykonwencjonalne. Na przykład świetny młodzian z warkoczami koloru marchwi, który paraduje w czerwonym plastikowym płaszczu i bez butów, nawet gdy chodniki są oblodzone. Tylko jeden raz wypuściłem się poza Edynburg, aby pobyć trochę w Traquairze; szczyty powyżej Glen były pokryte śniegiem już w październiku. Czy mogę wpaść do Ciebie wkrótce po Bożym Narodzeniu albo tuż przed, dajmy na to 20.? Muszę tutaj przystąpić do egzaminów, które na pewno obleję, i będę pilnie potrzebował rozweselenia.
Jak zawsze, Bruce
Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012,s. 101.

sobota, 23 listopada 2013

Odcinek 876: Adolf Dygasiński, 1871 rok

List Adolfa Dygasińskiego do narzeczonej, Natalii Wyszkowskiej
 
23 listopada 1871 roku
Spacer, mal. P. A. Renoir, 1870 r.
Ależ ta fotografia Twoja to wielkie szczęście moje — jesteś więcej niż piękna. Czy pozwolisz, aby Ci to powiedział ten, który Cię kocha? Czemuż by nie? Szedłem do telegraficznego biura, cisnąc do piersi ten obrazek, i choć dosyć niepokoju było we mnie, to obrazek tą razą był cudownym... na ulicy, czy wiesz — domyślisz się... pocałowałem go. Nie mogę się rozstać z tą malowaną Talunią, bo mi tak często patrzeć na Nią trzeba. Dopuszczam się cały dzień fałszu: udaję, że czytam Liwiusza, a na obrazek patrzę... Nie mogę Ci powiedzieć tego, ile mi ta mała szczęścia sprawia. Chciałbym się z kim podzielić tym szczęściem, a nie mam z kim. Rodzicom posłać? Ale cóż mnie zostanie? Nie zniosę rozstania długiego. Nie poślę, nie — nikomu.
A teraz ten telegram! Któż widział być smutną, moja Najdroższa? Ach, nie bądź nigdy. Ta Warszawa jest moim piekłem, nie mogę być tam nigdy; wyjedź stamtąd prędzej, bo tam jest źle. W Twej depeszy dziękujesz mi, żem dobry, a przecież to było dla mnie, moja Złota.
Powiedz, czemu tak późno odpowiedziałaś? Dopiero we 24 godzin odebrałem telegram z odpowiedzią i robiłem tysiąc przypuszczeń. Czemuż się bracia nie zajmą interesami? Zapomniałem pozdrowić Zygmunta, lecz pisałem tak prędko ostatni list, a Ty go może, Kochanko, już nie odbierzesz w Warszawie. Lecz nie; wnoszę, że on Cię tam znajdzie, bo listy czasem miewają rozum, przybywają w porę. Ależ i o tę drugą moje Madonnę bez pudru i sutego ornamentu bardzo proszę, o tę preparowaną nie u Klocha. Głównie zaś o tę najautentyczniejszą, co się umie krzywić, śmiać, mówić o cukierkach, o Frani itd. O tę się bardzo, bardzo modlę.
Adolf Dygasiński, ok. 1870 r.
I czemuż Tobie tak smutno, moja Droga? Ta zima — mówisz — taka jest smutna. Możeś to powiedziała bez myśli, a ja się w słowa Twe tak wsłuchuję, jakby one skądś z góry do mnie zbiegały. I myślę sobie: „Cóż Ona myślała, pisząc o zimie?" I nic nie mogę wymyślić. Zima... zima... dreszcz mię przebiega, bo mam niedawno tchnienia wiosny w sobie. Czyżby je jakaś zima wypędzić miała? Czemu o zimie myślałaś, moja Najdroższa? Wiosenko moja, powiedzże mi! Przecież nie mogła[ś] myśleć, że my tu oboje pomarzniemy w tym Krakowie... Zima uczepiła się mojej głowy. Jest jakaś asocjacja idei myślowych, bo i ja myślałem, że ślub nasz będzie w zimie; lecz to po większej części podobno się dzieje. Może Ty myślałaś na chwilę, żem ja biedak straszny, że mi tak wiele będzie brakowało. Nie, nie myślałaś tego. Ja myślałem o zimie po prostu z powodu wilgoci, gdym zobowiązywał gospodarza, aby Twój apartament był suchy. Jest to zbyt prozaiczna myśl, lecz musiałem ją mieć. Muszę być poetą i organizatorem w oczekiwaniu przybycia mej wielkiej gości (jak mówi Kochanowski).
Wiem, co zrobię z tą malowaną Madonną, ale Ci nie powiem nic, choćbyś prosiła bardzo. O, teraz, moja Pani, trzeba czasem być ferme, nie kochałabyś mię inaczej. Dawniej to robiłem, coś chciała tylko: spowiadałem się na skinienie, rozwiązywałem łamigłówki na żądanie, na tupnięcie nóżką... Boże mój, robiłem, co chciała tylko Biała Róża. Teraz tak nie jest! Powiedziałabyś sobie: „Cóż to za mężczyzna? Robi wszystko, co ja tylko rozkażę". Teraz musisz prosić, to dopiero! Albo ja wiem, czy potrafię zarówno nie ulegać rozkazom o tyle, o ile się ulega prośbom?
Muszę tymczasem rączki ucałować i być bardzo skromnym, czekać, co Pani moja powie. Do jutra, moja Serdeczna, więc a bientot; jeszcze się przyjrzę malowanej mojej Wielmożności i znikam, bo bardzo późno. Lekcje moje trwały dziś do 11-ej w nocy, a teraz 1½ po północy.
Adolf Dygasiński, Listy, red. Tadeusz Nuckowski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1972, s. 201-202.

piątek, 22 listopada 2013

Odcinek 875: Balthus, 1933 rok

List Balthusa do Antoinette de Watteville

[22 listopada 1933] 
rue de Furstenberg 4, Paryż VI
Wtorek wieczorem

Balthus.
Bébé, znalazłem nareszcie chwilę, by napisać do Ciebie. To czwarty list, jaki zaczynam, ale ten nie podzieli losu pozostałych: nie umiem pisać do Ciebie w pośpiechu. Bébé, wydaje mi się, że wychodzę z długiego i okropnego koszmaru, choć wciąż jeszcze drżę z obawy. Oto znowu jesteś przy mnie. Bébé, droga Bébé, jeszcze Cię nie utraciłem. Czy mogę wierzyć w tyle szczęścia? Szczęście to złe słowo, jesteś bowiem wciąż daleko i kto wie, kiedy znów usłyszę Twój głos i zobaczę Twoją kochaną twarzyczkę. Jednak w porównaniu z lękiem, że odwróciłaś się ode mnie na zawsze — co za niesłychane uczucie! Przyznam Ci się nawet, że gdy po powrocie do domu czytałem Twój list w piątek wieczorem, w absurdalny sposób zacząłem po prostu szlochać. Bébé, to, co czuję w tej chwili, oddać można by jedynie w języku z ubiegłych epok, albowiem nasze czasy — z obawy przed popadnięciem w śmieszność — nie umieją wyrazić słowem namiętności i wielkich porywów serca (czego nie boją się jedynie Niemcy). Ja sam, który pod lodową maską kryję najgorętszą duszę stulecia, niszczę sam siebie, tak głęboko bowiem siedzi we mnie poczucie śmieszności. Bébé, najdroższa, znowu tu jesteś i dzieli nas tylko przestrzeń. Położyłaś na mojej skale kilka kwiatków, jak wtedy, gdy bawiłem się w żołnierza. Twój odległy obraz pomaga mi znieść całe piekło. Ale Ty, dziewczę moje, gdzie podążasz? Wciąż drżę o Ciebie, tak bardzo chciałbym, byś odnalazła szczęście choćby moim kosztem i z dala ode mnie! Ja z kolei nie mogę powstrzymać się od przeklinania Nieba i Ziemi, od znienawidzenia całego świata, od ciskania najokrutniejszych przekleństw za to, że życie z lubością mnie unicestwiło, że utraciłem bogactwo, które tu czy gdzie indziej pozwoliłoby mi żyć z Tobą. To jedyny powód, dla którego moje dzisiejsze ubóstwo każe mi ryczeć z wściekłości. Jestem więc potępiony! Życie z Tobą i Robim, takie jak latem ubiegłego roku, życie w doskonałej harmonii pomiędzy trójką istot, życie, jakie przydarza się raz na trzysta lat! I nie byliśmy sami z siebie na tyle bogaci, aby stworzyć świat tylko dla nas trojga. Wybacz, Bébé, wybacz! Zapominam, że nie mam prawa tego mówić. Bébé, co za tortura! Myślisz, że nie zjawisz się w końcu w Paryżu? To rzeczywiście jedyne — poza cudownym Bernem — miasto, które jest stworzone dla Ciebie, mieści bowiem w sobie wszystkie inne miasta. Nie, rezygnuję z myślenia, rezygnuję z filozofii — jest we mnie tylko bunt. Boże, kiedyż Cię zobaczę, Bébé? Jeszcze odrobina nadziei...
Antoinette de Watteville.
Jestem w tej chwili okropnie zajęty, gdyż od ośmiu dni mam dość zabawne zajęcie. Jak wiesz, Max Reinhardt wystawia tu Zemstę nietoperza Straussa. Asystuję Kainerowi (facet od scenografii) przy wykonaniu kulis i malowaniu dekoracji. Całe dnie, od siódmej rano do dziesiątej wieczór, spędzam więc w teatrze Pigalle. Mam pod sobą sześciu pracowników i mistrza — dekoratora, na którego wciąż się wydzieram, bo to idiota i robi wszystko na odwrót. Dziś wysiadły mi chyba struny głosowe od tych całodziennych wrzasków. Pracujemy w potwornej gorączce, bo w przyszły poniedziałek próba generalna. Tymczasem wszędzie bałagan i wszystko jest opóźnione. Od wczoraj pracuję szybciej w rytm uroczej muzyki Straussa, która dobiega do nas zza kotary. Gdy wieczorem wracam do siebie, godzinami wpatruję się w znany Ci portret jasnowłosej, romantycznej amazonki, który wisi nad moim łóżkiem.
This faint resemblance of thy charms 
Though strong as mortal art could give 
My constant heart offear disarms 
Revives my hopes and bids me live. 
[Byron, To Mary, On Receiving Her Picture]
Pisz do mnie, pisz do mnie.
Balthus, Korespondencja miłosna z Antoinette de Watteville 1928-1937, tłum. Jan Maria Kłoczowski, Noir sur Blanc 2008, s. 109-110.

czwartek, 21 listopada 2013

Odcinek 874: Stanisław August Poniatowski,

List Stanisława Augusta Poniatowskiego do carycy Katarzyny II
21 listopada 1794 roku
Pani siostro,
Los Polski spoczywa w twoich rękach, zadecydują o nim twoja siła i mądrość.
Stanisław August Poniatowski po abdykacji,
mal. Élisabeth Vigée-Lebrun, 1797 rok.
Kimkolwiek będzie ten, kogo wyznaczysz, aby mnie zastąpił, nie wolno mi jak długo mogę mówić, zaniedbywać moich powinności wobec mego narodu, dla którego błagam o wspaniałomyślność Twojego Cesarskiego Majestatu.
Wojsko polskie zostało zniszczone. Mimo to naród nadal istnieje, lecz wkrótce także i on przestanie istnieć, jeśli twoje rozkazy i twoja wielkoduszność nie przyjdą mu z pomocą. Działania wojenne przeszkodziły w siewach w dużej części kraju. Orka jest niemożliwa wszędzie tam, skąd zabrano bydło. Chłopi, których stodoły są puste, których chaty zostały spalone lub nie nadają się do zamieszkania tysiącami uciekli za granicę. Wielu właścicieli ziemskich zrobiło to samo z tych samych powodów. Polska zaczyna przypominać pustynię. W następnym roku głód jest prawie nieunikniony, przede wszystkim, jeżeli pozostali sąsiedzi nadal będą zabierać naszych mieszkańców, nasze bydło i zajmować nasze ziemie.
Wydaje się być zastrzeżone dla tej, której wojska wszystko podbiły, by wyznaczyła granice wszystkim pozostałym, kiedy ogłosi jaki zechce zrobić użytek ze swoich zwycięstw. Nie podejmuję się tego przewidywać, ale jestem pewien, że co będzie dla ciebie najbardziej chwalebne, co uczyni 3 miliony ludzi mniej nieszczęśliwymi zawsze będzie naczelnym prawem twoich postanowień.
Pozwól Pani, przyjąć łaskawie to, co twój wielki charakter dał mi w przywileju twojego reprezentowania. Pozwól przyjąć w tym samym czasie wyrazy moich uczuć etc.

środa, 20 listopada 2013

Odcinek 873: Henryk Sienkiewicz, 1887 rok

List Henryka Sienkiewicza do szwagierki, Jadwigi Janczewskiej

[Warszawa] 20 listopada 1887 roku
Z góry wiedziałem, że będę gderany, ale wyrachowałem sobie tak: nie pierwszyzna mi! Przyschnęło tyle, przyschnie i to — a Ona będzie mieć wino, które ją wzmocni i na zdrowie Jej posłuży. Ponieważ zaś gderanie było nawet mniejsze niżem się spodziewał, więc teraz mówię: cha! cha! i zacieram ręce. A będziesz Ty mi, żabo, zmęczona? A nie będziesz Ty mi się wzmacniać grzecznym napitkiem? A niech się tylko dowiem, że nie pijesz pilnie, zaraz przysyłam dziesięć nowych butelek. [...] W sklepie powiedziałem, że to jest zamówione za moim pośrednictwem dla osoby niemrawej, aż z Krakowa. Dzięki reputacji, jakiej używa firma — że więc ambicja jej powinna być w tym, by wino było dobre. Bardzo się tylko martwię, że stosunkowo posyłam za mało białego, ale poprawy nic przyrzekam, bo się Dzideczki naprawdę boję. [...]
Piszę dosyć. Z przyjemnością dochodzi mnie ze wszystkich stron, że I tom Wołod[yjowskiego] bardzo się podoba. Znawcy wychwalają robotę. „Kraj" umieścił obszerne, a pochlebne sprawozdanie. Powiedział między innymi, że nikt dotąd nie opisał miłości dawnej z taką siłą i pozorem rzeczywistości — i nazwał te karty świetnymi improwizacjami. Czy wiesz, że na wiecu w Poznaniu jeden z mówców cytował opowiadanie pana Muszalskiego z drugiego tomu — i czynił przy tym porównania do losu Polaków pod rządami pruskimi. Teraz „Tygodnik Ilustrowany" w pamiątkowym numerze poświęconym rocznicy 25 Szkoły Głównej dał mój portret jako jej dawnego ucznia. Jest także Prus, Chmielowski i Świętochowski. Już mi mówiono, że psuje im to krew, że postawiono mnie na czele. Naprawdę wszystko mi to jedno, bo jeśli mam trochę chełpliwości — to przed Tobą...
Jeszcze jeden szczegół tragikomiczny. Gazety donoszą, że z Grójeckiego przywieziono jakiegoś nieszczęśliwego wariata, który zwariował na tym punkcie, że jest Kmicicem. Założyłem się, że „Przegląd", „Prawda" etc. napiszą: „Oto są skutki powieści Sienkiewicza!" [...]
Nigdy nie piszesz szczegółów o swoim zdrowiu Narzekam na to bardzo. Tak się cieszę na to wino dla Ciebie! Trzeba tylko kupić kieliszek do miary, trochę większy od zwykłych stołowych, cienki, grający. Może Ci to Paryż przypomni.
Całuję Twoje ręce miłe, gładzę, lubię. Pozdrowienie Edwardowi i pannie Muni. Uważaj na swoje zdrowie bardzo i pisz o nim zawsze.
H. S. ...
Henryk Sienkiewicz, Listy, oprac. Maria Bokszczanin, Państwowy Instytut Wydawniczy 1996, t. II, cz. 1, s. 463-466.

wtorek, 19 listopada 2013

Odcinek 872: Gabriela Zapolska, 1892 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

[Paryż], 19 listopada 1892 roku
Mój drogi i dobry Dziudku!

Tak byłam serdecznie rada, odebrawszy Twój list. Po­myślałam sobie — to on nie chce dalej pisywać do mnie, skoro mi na dwa listy moje nie odpowie. Siedzę jeszcze w Paryżu, bo nie dał mi Ok[sza] owych 5000 fr. Ma mi je dać we wtorek. Natychmiast zajmę się wysyłką mebli. Były rozmaite emballeury [pakowacze]. Otóż najtańszy żąda za paki 260 fr, bo jeszcze mam biblioteczkę, w jadalni dwa duże rzeźbione fotele, kupę stolików pluszowych, kolumnę pluszową itd. Transport a 25 fr od 100 kilo. [...]
Chciałabym już stąd wyjechać jak najprędzej. Nic mnie nie wiąże. Kolonia polska mi obrzydła. [...]
Muszę Ci oznajmić zmianę w mej powierzchowności, Nie noszę grzywki. Jestem
Uczesania z 1892 roku.
bardzo ładnie uczesana. Mam włosy skarbowane, podniesione z czoła i związane na karku w duży węzeł. Płeć mi się wygładziła dzięki Feinkindównie. To brom mnie tak ubrał. Teraz już jest zupełnie dobrze i mam twarz zupełnie gładką. [...]
Dołączę jeszcze fotografię, którą każę zrobić w przyszłym tygodniu u Pirona. On robi mnie darmo, byłam już u niego prosząc o to. Powiedział, że jako aktorka mam zupełne prawo do fotografii. I Tobie przyślę kilka.
Nie wiem, czy się udadzą, bo ja mam już taką nieszczęśliwą do fotografii twarz. Schudłam bardzo, ale to bardzo, i podobno wyprzystojniałam i odmłodniałam. Niech tam! Chciałabym być zdrowa i w kraju! Nuda i tęsknota mnie trawi i pożera. Nie, ja nie jestem stworzona do ekspatriowania się za światy. [...]
Całuję Cię najserdeczniej po milion razy. Twoja najprzyjaźniejsza Ci istota
Paniusia
Czy tam nie ma tanich dywaników małych, takich wschodnich? Jakby były, kup Paniusi ze dwa, to przyślesz do Warszawy.
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 390–393.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Odcinek 871: James Joyce, 1909 rok

List Jamesa Joyce'a do Nory Barnacle Joyce

Dublin, 44 Fontenoy Street, 
18 listopada 1909 roku
James Joyce i Nora Barnacle w dniu swojego ślubu.
Dziś wieczorem nie śmiem zwrócić się do Ciebie żadnym poufałym słowem.
Od chwili, kiedy przeczytałem dziś rano Twój list, czułem się przez cały dzień niemal jak kundel, który dostał cios między oczy. Nie śpię już od dwu dni i snuję się po ulicach jak brudny pies, uderzony przez panią szpicrutą i wygnany za drzwi.
Piszesz jak królowa. Będę do końca życia pamiętał spokojną godność Twego listu, jego smutek i pogardę, a także głębokie upokorzenie, jakie przeżyłem po jego przeczytaniu.
Straciłem Twój szacunek. Wyczerpałem Twą miłość do mnie. Więc porzuć mnie. Odbierz mi swoje dzieci, by uchronić je przed przekleństwem mojej obecności. Pozwól mi znów się zapaść w bagno, z którego się wynurzyłem. Zapomnij o mnie i o moich pustych słowach. Podejmij na nowo swe własne życie i pozwól, abym sam kroczył ku mej ruinie. Nie powinnaś żyć dłużej z taką dziką bestią jak ja i pozwalać, abym dotykał Twoich dzieci swymi rękami.
Postąp odważnie, tak jak postępowałaś zawsze. Jeśli postanowisz opuścić mnie ze wstrętem, z pogardą, zniosę to jak mężczyzna, wiedząc, że zasłużyłem na to tysiąc razy, i oddani Ci dwie trzecie moich dochodów.
Teraz zaczynam to dostrzegać. Zabiłem Twoją miłość. Napełniłem Cię wstrętem i pogardą dla mojej osoby. Porzuć mnie więc, bym wrócił do spraw i ludzi, wśród których czułem się tak dobrze. Nie będę się skarżył. Nie mam prawa skarżyć się ani podnieść na Ciebie wzroku. Całkowicie poniżyłem się w Twoich oczach.
Porzuć mnie. Życie z takim nędznym nikczemnikiem jak ja upokarza Cię i hańbi. Postąp odważnie i porzuć mnie. Dałaś mi najpiękniejsze rzeczy w życiu, ale rzuciłaś tylko perły przed wieprze.
Jeśli mnie porzucisz, będzie mi wiekuiście towarzyszyła pamięć o Tobie, świętsza dla mnie niż Bóg. Będę się modlił do Twego imienia.
Noro, zachowaj jakieś dobre wspomnienia o biednym nikczemniku, który zhańbił Cię swą miłością. Myśl o tym, że całowały Cię jego wargi, że spadały na niego Twoje włosy i Twoje ramiona tuliły go do Ciebie.
Nie podpiszę się swoim imieniem, bo jest to imię, którym mnie nazywałaś wtedy, gdy kochałaś mnie, szanowałaś i dałaś mi swą młodą czułą duszę, którą zraniłem i oszukałem.
James Joyce, Listy, wybór i przekład Michał Ronikier, t. 1, Wydawnictwo Literackie 1986, s. 192.

niedziela, 17 listopada 2013

Odcinek 870: Virginia Woolf, 1940 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Niedziela, 17 listopada 1940 roku
Wczoraj skradziono nam masło; Louie powiada: „Za bardzo was tu lubią, żeby to mógł zrobić ktoś z miejscowych". To nam pochlebia. Masło zniknęło, kiedy graliśmy w bule. Słychać było męski głos, a w drzwiach znaleźliśmy wizytówkę Fundacji Świętego Dunstana. Zatem przypuszczenia, że zabrał je poborca ochotnik.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 672.

sobota, 16 listopada 2013

Odcinek 869: Krzysztof Mętrak, 1982 rok

Z dziennika Krzysztofa Mętraka

16 listopada 1982 roku
Krzysztof Mętrak.
Stefan Żeromski o grzechu: „Jedyna twoja własność osobista".

Henryk Samsonowicz: na kryzys dobry jest romantyzm.

Komuniści chcą zredukować Lecha Wałęsę do roli „człowieka prywatnego". Pytanie, czy on sam jest świadomy swej publicznej roli?

Leonid Breżniew: wypuścić Wałęsę? „Po moim trupie". I rzeczywiście.

W albańskich wyborach l człowiek (słownie jeden) głosował przeciw. Osiem głosów nieważnych.
Izba wytrzeźwień — regulamin i cennik. Usługa hotelowa plus konwój, cennik za zniszczenie przedmiotów „w stopniu uniemożliwiającym dalsze użytkowanie" (koc, koszula, prześcieradło). Psycholog, depozyt — rzeczy osobiste, najdroższy hotel robotniczy stolicy. Urąbany doktor, sen na waleta, kraty w oknach. Pielęgniarz to elita, pan — prowadzi cię na kopach. „W pasy pójdziesz" — cała teoria pasa, osiem twardych łóżek przyśrubowanych do podłogi, drzwi bez klamek, judasz, metalowa siatka. Nie ma się gdzie powiesić, pić, palić, odlać... Rano kawa („Nie pijta jej. Oni się tam wszyscy odlewają, a potem filują i śmieją się z nas"), magazyn ubraniowy (brezentowe worki). W poczekalni hasło: „Przepijasz szczęście swoje i swojej rodziny". Depozyt na plastikowej tacce.
Krzysztof Mętrak, Dziennik 1979-1983, Iskry 1998, s. 202.

piątek, 15 listopada 2013

Odcinek 868: Stefan Żeromski, 1888 rok

Z dzienników Stefana Żeromskiego

15 listopada 1888 roku (czwartek)
Moja uczennica dziś choruje na gardło, lekcji więc nie ma. Ach, ta uczennica! Od
Łakotnisia, wg rys. Jana Konopackiego (źródło).
niemowlęctwa uczy ją po francusku, po niemiecku i po angielsku panna Gra[e]ss, nie umiejąca słowa po polsku. Panna Łucja przywykła myśleć po francusku przeważnie. Gdy mówi po polsku, tłomaczy sobie każde zdanie w myśli z francuskiego. Nie potrafi opowiedzieć najprostszego wypadku, gdyż plączą jej się wyrazy i brak słów. Czytanie po polsku męczy ją i nuży, gdyż musi zmieniać nieustannie, wskutek mych uwag, akcent, powtarzać wyrazy, zmieniać brzmienia nosowe na polskie on, om itd. W dyktandzie pisze np. ,,na łebie kognskiem znajdujon sień itd.” Biedne dziewczątko! Wstydzi ją to i żenuje. A literatura! Usiada poważnie na krześle, opiera o poręcze swe szczupłe ramiona i słucha, czas od czasu kiwając potakująco głową podczas mojego opowiadania o Dytmarze i Gallusie. Przy wyrazie „Kadłubek” — tłumi rozmaitymi sposobami szczery śmiech. Zaręczam, że z całego mojego wykładu pozostaje jej w pamięci to jedyne nazwisko, i to ze względu na jego. komiczność. Czasami ma niekłamaną chęć przerwania tej uroczystej lekcji i pójścia na spacer, po białym śniegu, między sosnami, gdzie spacerują poważnie dwie kury... Ja sam zaprowadziłbym ją tam, kazałbym jej dużo biegać, gimnastykować się, a niechajby się uczyła wtedy, gdy zechce.
Do usługi ma prostą dziewczynę wiejską, z którą rozmawia chętniej niż z panną Gra[e]ss. Dwa życia spotykają się tutaj i ścierają, dwa światy: ten, do którego ją sposobią — wytworny, dobrze wychowany, mówiący po francusku i po angielsku, zimny, monotonny, nudny, jednaki zawsze; i drugi — rubaszny, prosty, chichoczący z byle czego, trywialny. Wolałaby ten drugi, lecz lęka się kazań panny Gra[e]ss... [...]
Pan Jan skończył podobno coś w gimnazjum realnym, ale tak nic nie umie, że włosy stają na głowie. Ma lat 21, brudne zawsze ręce, długie buty, bekieszkę i harap. W jego pokoju wisi mnóstwo uzd, troków, dwie dubeltówki, siodła, rapi[e]ry, rewolwery, munsztuki, torby myśliwskie, jest dosyć kwiatów, jakiś album, rysunki świeżych maszyn, łby sarnie, wypchane jastrzębie i skóra wilka, jakiego zabił. Jest silny ogromnie, żylasty, śniady. Oczy ma bystre, ruchy sprężyste i giętkie. Jak go męczą piekielnie moje wykłady — opisać trudno. Myśli z pewnością, gdy ja mu twierdzę o opolu i urządzeniach społecznych, gdzie jutro jechać na polowanie. Trzyma ogromne stado psów — wyżłów, chartów, ogarów, kundlów, pudlów, pinczerów. Podoba mi się: szczery jest i z niego może być człowiek. Teraz .poluje całymi dniami ze szwagrem — panem B. [...]
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956,s. 224–225.