czwartek, 31 października 2013

Odcinek 853: Tadeusz Breza, 1958 rok

Ze „Spiżowej Bramy” Tadeusza Brezy

Rzym, 31 października 1958 roku
[...] W Rzymie po conclave egzaltacja zatacza coraz szersze kręgi. Nowy papież wybrał sobie imię zaskakujące. Od sześciuset lat nie było na stolicy Piotrowej Jana. A ostatnio, to znaczy od co najmniej dwustu lat, nic tylko w kółko: jak nie Leon czy Klemens, to Grzegorz, Benedykt czy Pius. „Jan” zatem zabrzmiało rewolucyjnie chociaż to imię prachrześcijańskie i apostolskie. Zabrzmiało jak zapowiedź odnowy. To dla świata! Dla miasta, zmęczonego sztywnościami poprzednika, też wiele zmian sympatycznych. Rzym egzaltuje się nimi. Po kawiarniach, restauracjach, salonach, biurach, redakcjach mówi się tylko o tym, co jest i jak jest teraz za murami watykańskimi inaczej. Nowy papież nie przechadza się po ogrodach sam. Nie irytuje go, że się ludzie w pobliżu kręcą. „Mam zdrową wątrobę i nerwy jak postronki – mówi – nic mi widok ludzi nie szkodzi.” Ani Zeus, ani Serafin, ani Faraon, spaceruje sobie po Watykanie jak ksiądz po swoim nowym probostwie, zaglądając do wszystkich kątów. Do stacji radia watykańskiego poszedł, bo „czegoś takiego nie miał w Wenecji”. Zajrzał do stolarni podziękować stolarzom za ich prace przygotowawcze do conclave. Napił się z nimi wina. A wszystko to bez żadnych ceremonii i planu, opracowanego przez mistrzów protokołu. Nie lubi on, go i łamie co chwila. Nie chce jeść sam, jak tego wymaga tradycja. Sam przy stole czuje się „jak ukarany seminarzysta” – powiada. Wezwał do siebie hrabiego della Torre, redaktora Osservatore Romano, i zakazał używać w stosunku do swojej osoby owych pompatycznych wyrażeń, tak charakterystycznych dla poprzedniej epoki. A więc żadnych „dostojnych warg”, „natchnionych słów”, „najwyższych pouczeń” i „najprzewielebniejszych kroków”. Ale po prostu „papież powiedział”, „papież zrobił” i „papież poszedł”.
Papież Jan XXIII.
Tadeusz Breza, Spiżowa Brama, Warszawa 1966, s. 574–575.

środa, 30 października 2013

Odcinek 852: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

[New York] 30 października 1920 roku
Moja najdroższa, moja droga, kochana Mańciu.

O Boże, jak mi tęskno za Wami, a za Tobą najwięcej. Zobaczysz, jak da Pan Bóg, że wrócę, jak Ci te wszystkie umartwienia z procentem opłacę. Żyję w ciągłej gorączce, wielka batalia o dolary się zaczyna, za tydzień we wszystkich pismach tutejszych fotografie z moich obrazów i moje, i po cywilnemu, i w mundurze. Fotografy rządzą się w mojej pracowni, bo każdy dziennik przysyła swojego. [...]
Ciepło tutaj jak u nas w kwietniu, cudowny klimat, można doskonale na dworze malować. Byleby tylko nareszcie jakiś list z domu, przeszło pięć tygodni, jak nic nie wiem, co w domu jest. [...]
Zaproszeń moc co wieczór do klubów albo do domów. Polonia jest męcząca tym wygadywaniem na siebie wzajemnym. Albo są wszyscy łapserdaki, albo idioci. Zdaje się, że się od nich zupełnie odsunę, co mi zresztą zawsze wszyscy w Europie już mówili. [...]
[...] Między nami powiedziawszy, to ta Ameryka, jaką tutaj widzę, jest najostatniejszym krajem po Rosji, w którym bym chciał żyć. Barbarzyńcy pod względem kultury i smaku do takiego stopnia, że się wprost oczom wierzyć nie chce. Najpierwsze firmy na 5 avenue albo na Broadwayu urządzają dla reklamy w oknach figielki z marionetkami najgorszego gatunku, których by Warszawa poza Pociejowem albo Żabią nie ścierpiała. Goni to wszystko za tym dolarem całe życie, potem pojedzie autem na spacer i to wszystko. A niech ich wciórności.
Wystawa sklepu na 5th Avenue, 1920 rok.
Boże, New York, a potem Paryż! niebo i ziemia, a nawet nie ziemia, ale niebo i Wurstelprater. Marzę o tym, żeby na Boże Narodzenie skoczyć do Was, ale wątpię. Najpierw pracownia okropnie droga, a ta jazda zabrałaby mi z półtora miesiąca, rachując, żebym najpierw dwa tygodnie w domu został, Następnie jest to najświetniejszy sezon, no i morze nie jest przyjemne. Wolę do maja zrobić moją fortunę i uciekać, ale jak! Przyślę Ci fotografie z tego, co tu zrobiłem dotąd, zobaczysz, jak się sadzę, w pracowni pełno dobrych obrazów.
[...] O Boże, wracać do Was obładowany z Paryża, dopiero się tu widzi, co to jest Paryż, ale co tam Paryż, cała Europa jest wielka pani wobec tej hołoty tutaj.
Sympatyczni swoją drogą i serdeczni bardzo, wyglądają bardzo otwarcie, ale barbares. Śmieszni są przy tym, bo pozują na galant hommes wobec pań. Pani wstanie w salonie z kanapy, wszyscy od razu się zrywają i stoją, w windzie jak tylko dama jedzie, także z nabożeństwem zdejmują kapelusze, ale za to ani w wagonie, ani w omnibusie żadnemu nie przyjdzie [na myśl] ustąpić miejsca chociażby starej kobiecie. [...]
Ściskam Moma, Liluchnę, Magdusię, Jurka i Ewę. Do widzenia (o Boże!) – Wasz Wojtek.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s.248–251.

wtorek, 29 października 2013

Odcinek 851: Adam Mickiewicz, 1822 rok

List Adama Mickiewicza do Marii Puttkamerowej

Kowno, dnia 17 października 1822 roku
Maria Puttkamerowa.
 Mario, po tym wszystkim, coś mnie powiedziała w czasie ostatniego widzenia się naszego, na wiele odważam się, pisząc do ciebie! Jeżeli spojrzysz na ten listek z taką pogardą, z jaką na mnie patrzyłaś, zdaje mi się, że aż tu będę czuł to spojrzenie. Ale nie, droga Mario; wybaczysz mnie, wybaczyłaś mnie, chociaż dałem powód do takiego obejścia się. O, gdybyś wiedziała, ile potem uczułem, rozważając moje dziecinne, dziwaczne i grubiańskie postępowanie! Wtenczas, kiedyś mnie spotykała z niewinną, anielską radością, ja odpowiadałem jakąż postacią? jakim tonem? tobie, nie przywykłej do tego, nie spodziewającej tego po mnie. Cóż mam powiedzieć na moje usprawiedliwienie? A jednak czuję, że gdybyś mogła zajrzeć w głąb mego serca, wtenczas nawet byłbym usprawiedliwiony, kiedym ciebie obrażał, a kiedym sam sobie był nieprzytomny.
Kochana Mario, ja ciebie szanuję i ubóstwiam jak niebiankę. Miłość moja tak jest niewinną i boską, jak jej przedmiot. Ale nie mogę poskromić gwałtownych poruszeń, ile razy wspomnę, że ciebie straciłem na zawsze, że będę tylko widzem cudzego szczęścia, że o mnie zapomnisz; często w jednej tejże samej chwili proszę Boga, abyś była szczęśliwą, chociażbyś miała o mnie zapomnieć — i razem ledwo bym nie wolał, abyś umarła... razem ze mną! Daruj mnie; nie możesz nigdy wstydzić się tyle, ile ja samego siebie. Kto inny, rozsądniejszy i cnotliwszy, na moim miejscu byłby jeszcze bardzo szczęśliwy; ale mnie chyba Bóg natchnąć zechce, chyba twój przykład poprawi. Cóżkolwiek jednak czuć będę, nigdy ciebie nie zasmucę.
Autentyczne okulary Adama Mickiewicza,
przekazane muzeum w Nowogródku
przez jego prawnuczkę.
Jakże ja śmiałem ciebie zasmucić! Ja tobie winienem, jeżeli jest co w duszy mojej dobrego i pięknego, jeżeli miałem w życiu kiedy chwilkę niebieską. Jesteś moim aniołem stróżem, wszędzie obecna. Strzegę się, abym cię nawet myślą nie obraził. A ja obraziłem ciebie wtenczas, kiedym był powinien zebrać całą moją duszę dla uczucia w całej sile szczęścia, które mię spotkało, które mię tak rzadko spotyka! Prawda, moja Mario, że powiększasz sobie moją winę, często fałszywie tłumaczysz albo nie chcesz rozumieć tego, co mówię, nie zważasz na moje położenie. Dawno, po pierwszym poznaniu się, wyrzekłem coś z pogardą o powszechnej opinii. Jakżeś to długo pamiętała! Jak brzydki i krzywdzący dałaś słowom moim wykład! Kiedy po przyjeździe moim do Wilna nie chciałem, a raczej nie śmiałem widzieć się z tobą, nie wiem, jak to tłumaczyłaś; ale wiem, że niedobrze na moją stronę.
Nie dziw, że i teraz, com prędko wyrzekł, com w dzikim zapale, umyślnie dla obrażenia cię (przyznaję się i do tego), dla pomszczenia się za ostre często żarty wtrącił — nie dziw, żeś mię za to natychmiast potępiała. Ostre żarty, kochana Mario! ostre były i często do głębi duszy rażące. Powiedziałeś mi, żem stracił czas przybyciem do Wilna, chcąc mi dać do zrozumienia, żem był nadto dziecinny, szukając chluby przed tobą stąd, żem przybył dla widzenia ciebie. Cóż miałem dalej odpowiadać, chwytany za słówka, odsyłany do Kowna wtenczas, kiedym chciał patrzeć na ciebie i mówić do ciebie? Czyliż dawne przewinienie, jakkolwiek brzydkie i rażące twoją myśl anielską, daje prawo do wyrzucania mi go przed oczy, a kiedym z tysiącznych zgryzot uciekając, chwilkę w Wilnie niebieską myślał przepędzić, czyż litościwie jest ciągle mi powtarzać, żem na nią nie zasłużył?
Adam i Maryla.
Jakże nudzę ciebie wymówkami i ekskuzami! Zapomniałem o głównym celu tego listu. Mario! widziałem twój sposób życia, wnosiłem o reszcie z twoich rozmów; słyszałem o wielu szczegółach. Ty nie szanujesz zdrowia, umyślnie chcesz je niszczyć. Niespokojność myśli, pomieszane uczucia, malujące się w twoich wyrazach, często mię zimną trwogą przeszywały. Moja najdroższa, jedyna! nie widzisz przepaści, nad którą stoimy! Jak to straszny wpływ może mieć na twoje zdrowie, na spokojność twojego umysłu! Ja ciebie nie przeżyję chwili. Chceszże na mnie wrzucić okropną odpowiedzialność, żem był sprawcą twego nieszczęścia? Jeżeli chcesz, abym był spokojny, abym był wesoły, abym ciebie kochał z uczuciem szczęścia, a przynajmniej bez rozpaczy, daj mnie przykład! Odtąd przysięgam naśladować ciebie.
Bądź zdrowa! Kiedyż obaczę Marią? W pierwszym spojrzeniu obym wyczytał przebaczenie!
Listek ten spalisz; nie śmiem prosić odpowiedzi. Czy nic będzie Pani na Wszystkich Świętych lub Boże Narodzenie?
Adam Mickiewicz, Listy [w:] Dzieła, red. Julian Krzyżanowski, t. XIV, Czytelnik 1955, s. 199-202.

poniedziałek, 28 października 2013

Odcinek 850: Sławomir Mrożek, 1962 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

28 października 1962 roku
[...] Od pewnego czasu śpię w dziwny sposób. Tylko jeżeli kładę się do łóżka pijany, zasypiam od razu i bez żadnych snów. Ponieważ pijaństwo rzadko się teraz zdarza, więc można powiedzieć, że normalnie mój sen jest rodzajem maszyny, do której wieczorem wrzuca się przeżycia świadome, a przez całą noc ona je miele i układa na swój tajemniczy, niemniej uporządkowany sposób, według niewiadomego mi systemu. Przez całą noc, śniąc, wiem, że powinienem pisać sztuki i opowiadania. Ta inhibicja działa nieustannie i komponuje moje sny. Jeszcze wyraźniejsze są stany półjawy, to znaczy jeszcze wyraźniej objawia się ta zawodowość snu, o której mówię. Kiedyś, kiedy grałem w siatkówkę albo płynąłem łodzią, wiosłowałem i odbijałem piłkę przez całą noc. Jest to właściwie to samo. [...]

Sławomir Mrożek.
Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 7.

niedziela, 27 października 2013

Odcinek 849: Heinrich von Kleist, 1801 rok

List Heinricha von Kleista do narzeczonej, Wilhelminy von Zenge

Paryż, 27 października 1801 roku
Kochana Wilhelmino, otrzymałaś już zapewne ostatni list ode mnie, w którym Ci wyłożyłem mój plan dotyczący naszej przyszłości, a mianowicie osiedlenia się w Szwajcarii. I co Ty na to? Swoboda, najszlachetniejszy rodzaj pracy, własna posiadłość, żona — ach, droga moja, czyż może dla mnie istnieć los bardziej upragniony? Ale czy także dla Ciebie? [...] Czyżbyś tak bardzo przywykła do życia w przepychu i zbytku? Czyliż mogą Cię nęcić te płaskie przyjemności życia w mieście? Czy dusza Twoja znajduje w tym upodobanie? Czyż nie zostanie u Ciebie zawsze jeszcze owo jedno niespełnione marzenie, które urzeczywistnić może tylko przyszłość, jaką ja Ci pragnę zgotować? Kochana Wilhelmino, w ostatnim moim liście, nie chcąc przekupywać Twej wyobraźni, prosiłem Cię, byś początkowo plan mój rozpatrywała raczej od jego stron najmniej pociągających. Lecz teraz weź też pod uwagę jego przyjemne strony i jeśli z właściwym zrozumieniem wyważysz jego korzyści i braki, o, jakże głęboko, głęboko opadnie szala szczęścia pod jego ciężarem. Posłuchaj mnie raz uważnie albo raczej odpowiedz mi na pytanie: jakie jest najgorętsze pragnienie kobiety? Musiałbym się bardzo mylić, gdybyś mi miała na to odpowiedzieć inaczej niż słowami: miłość męża. A teraz powiedz mi, czy może coś bardziej wzbogacić rozkosze miłości, czy istnieje coś, co bardziej sprzyja sercom dwojga ludzi, by dawały miłość i by miłości wzajemnej doznawały, niż ciche życie na wsi? Sądzisz, że ludzie w mieście się kochają? Możliwe, ale tylko wtedy, gdy nie mają nic lepszego do roboty. Mąż posiada swój urząd, pnie się do bogactwa i zaszczytów, a to wymaga wiele czasu. Początkowo jeszcze pozostanie mu trochę wolnych chwil dla miłości. Ale ma przyjaciół, lubi przyjemności, a to znów zjada czas. Toteż niewiele mu go już pozostanie na miłość. A gdy nawet jest we własnym domu, to w roztargnieniu duchem przebywa poza nim, tak więc zaledwie skąpe chwile może ofiarować swej żonie. Podobnie ma się rzecz z kobietą i właśnie dlatego tak się lękam życia w mieście. Ale za to na wsi! Mąż pracuje. Dla kogo? Dla swej żony. Wypoczywa. Gdzie? U boku swej żony. Idzie na spacer samotnie — lecz przy kim krąży myślami? Przy żonie. Bywa w towarzystwie — i za kim tęskni? Za żoną. Gdy mu smutno, gdzie szuka pocieszenia? U swej żony. Przy kim odczuwa radość? Przy swej żonie. Żona jest mu wszystkim. I kiedy dziewczynę oczekuje taki los, czyż może się jeszcze wahać? Z utęsknieniem wyglądać będę listu od Ciebie. [...]

Bywaj zdrowa i życz mi szczęścia. Nie mogę dłużej pisać, muszę już oddać list na pocztę. [...]
H. K.
Portret rodzinny, mal. Louis-Léopold Boilly, ok. 1803 roku.
Heinrich von Kleist, Listy, tłum. Wanda Markowska, Czytelnik 1983, s. 258–260.

sobota, 26 października 2013

Odcinek 848: Salomea Bécu, 1827 rok

List Salomei Bécu do Antoniego Edwarda Odyńca

Rano d. 26 paźdz. 1827 r., Krzemieniec
Salomea Bécu.
Wczoraj wieczór oznajmiono mi o odchodzącej dziś okazji do Warszawy. Wielką mi to sprawiło radość, bo właśnie bardzo mi się chciało odpisać Panu na jego list w tych dniach odebrany [...] Od Nowego Roku znowu myślę numerować moje listy i Pan niech też trwa w postanowieniu pisania co dnia trochę. Ja bym Panu  chętnie  dziennik  nowy  pisała,   ale  cóż,  kiedy  nie  mam o czym pisać, bo wielka  jednostajność w  moim teraźniejszym życiu, tak że opisanie jednego dnia daje wyobrażenie o wszystkich.  Małe  miasteczko,  żadnych  zabaw  publicznych  ani  nawet prywatnych, wszyscy cicho w domu siedzą i gospodarstwa lub posad pilnują. Ja, co nie bardzo zdrowa, mniej jeszcze wychodzę z   domu   i   nowych  znajomości  nie   zawieram;   dawni   znajomi odwiedzają mnie po trochu, ale muszę wyznać Panu, że mi zupełnie brakuje na gawędzie miłej, takiej, jaką lubię, w której zasmakowałam w Wilnie. Niestety! nikogo tu nie mam z lepiej znajomych, co  by  czytał,  a  jeszcze romanse,  nie  mam  z kim czytać Lamartina, Byrona i ja też ich teraz mniej  czytam, bo się boję sama siebie, ale jak Julek powróci, jeżeli jeszcze osiędę z nim na wsi, o! wtenczas to co innego. Boję się jednakże tego wyobrażenia, że osiędę na wsi, bo Julek, co teraz jest bardzo za wsią, pewna jestem, że się nią prędko nasyci i mnie samą zostawi, a sam na włóczęgę wybierze się i cóż ja będę na wsi robić bez Julka? Gospodarstwo mnie zamęczy, wolałabym z Julkiem pojechać do Warszawy, ale idzie o to, czy tam Julek ma co robić i czyby mógł jaką karierę zrobić itd. Ach, żeby mi kto na to odpowiedział, żeby mnie na coś pewnego zdecydował, jak bym mu wdzięczna była! 
Adaptacja filmowa Ostatniego Mohikanina.
Wszystkie nowiny warszawskie  interesują mnie  i nieskończenie  za  nie wdzięczna  Panu jestem,  a  szczególniej za nowości literackie, wszak ja tu nic nowych romansów nie czytałam. Biblioteka licealna ich nie ma, a z Glücksbergiem Leonem, co tu jest, nie mogę się jakoś zapoznać dobrze. Mało on gdzie bywa, u nas był ze dwa razy tylko. Miewam ja wprawdzie z jego księgarni książki niektóre, ale wybór ich nie tak mi łatwo idzie, jak gdybym wprost z nim komunikować się mogła i dowiedzieć się o wszystkim, co ma nowego. Jaka szkoda dla mnie, że  Emanuel nie  jest w Krzemieńcu, od niego  i  książki nowe bym miała, i relację o nich, bo on lubi czytać i mówić o tym, co czytał, a ja takich bardzo lubię. Jeszcze Pan nie czytał Pilota [powieść J. F. Coopera], a ja na rozwiązanie zagadki od Pana czekam. Niech Pan przeczyta Le Dernier des Mohicans [Ostatniego Mohikanina], bo to zupełnie w nowym rodzaju romans i nie wątpię, że się Panu spodoba. Julek nim zachwycony i mnie się także podobał, ale podług mnie L'Espion [Szpieg] jest najbardziej interesujący z romansów Coopera. Izory Pana z niecierpliwością oczekuję, jeżeli będzie wystawiona w teatrze, to płakać będę, że na pierwszej reprezentacji nie będę i nie będę widzieć Pana i dzielić jego uczuć wtenczas. Już też w tym względzie nikt by Pana uczuć lepiej ode mnie dzielić nie potrafił. Musi mi to Pan sam przyznać, bo ja pewna jestem, żebym nawet mocniej czuła wszystko jak Pan; drżałabym, płakała nawet z ukontentowania. Książeczki Tańskiej przywłaszczyłam sobie, ponieważ dziełka  tego nie znam; jeżeli Tańska dając te książeczki Panu myślała o mnie, to bym była szczęśliwa nad wyraz wszelki. Żal mi jej będzie, jeżeli wyjdzie za bardzo młodego, ale ona powinna dobry wybór zrobić, wszak ma tyle rozsądku, tylko że to nie zawsze w takich wyborach rozsądek przewodniczy.[...] 
W kręgu bliskich poety. Listy rodziny Juliusza Słowackiego, red. Stanisław Makowski, Zbigniew Sudolski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 270-272.

piątek, 25 października 2013

Odcinek 847: Agnieszka Osiecka, 1985 rok

Z dziennika Agnieszki Osieckiej, pisanego dla Adama Michnika

25 października 1985 roku
Agnieszka Osiecka.
Wczoraj w radiu znów Urban o amnestii. Widzę, że wyjdziesz w listopadzie (pewno znów - wściekły), a akurat wtedy ja wyjadę. Może Zbyszek lub Basia dadzą ci te zeszyty. Szkoda, że nie ma karnawału, bo najlepsza jestem w opisach balów, na które nie chodzę. Na razie piłam wczoraj pieprzówkę z koleżanką: Danka Mentha, z Genewy, architektka, ładna, żywa, ma córę Ewę, która nie może sobie „znaleźć miejsca w życiu". Nudzi ją mieszczaństwo genewskie, szkoła - tam itd.
Mnie się to z Leninem kojarzy na zasadzie „wszystko mu się z dupą kojarzy". Lenin też z nudów w Szwajcarii nie wiadomo co wymyślał!
To są te niekonsekwencje Pana Boga: najpierw się robi takie Szwajcarie, a potem się to puszcza na żywioł.
...Zaczęło się Jazz Jamboree.
Dawniej chodziłam, a teraz nie chodzę.
Były też ogromne pielgrzymki z okazji rocznicy Popiełuszki. (Wtedy my widzieliśmy [to] raz u Joasi).
Agnieszka Osiecka, Na wolności. Dziennik dla Adama, Prószyński i S-ka 2008, s. 48.

czwartek, 24 października 2013

Odcinek 846: Maria Dąbrowska, 1955 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

24 października 1955 roku, poniedziałek
Papużka [znaleziona na balkonie] okazała się kosztownym gościem. Trzeba było dla niej kupić klatkę (140 zł najskromniejsza) i dobrać jej w sklepie na Nowym Świecie parę. Piękny szafirek okazał się samcem. Panna Hania i Tula pojechały na Nowy Świat z klatką i tam dobrano mu za 90 zł samiczkę, ku mojemu zdziwieniu zieloną, z szarym deseniem skrzydełek, błękitnym ogonem i żółtymi policzkami. Taki kolor samiczki doradzili im w sklepie. Myślę, że po prostu nie mieli szafirowej.
Kolorowy gość zdaje się bardzo oswojony. Dziś w czasie obiadu sfrunął na stół, spacerował między talerzami i jadł makaron z salaterki. Gdy ustawiłam na oknie przyniesioną klatkę, pochodził po drutach jej daszku i sam z siebie spokojnie wszedł do klatki.
Papużki nierozłączki (źródło).
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, Instytut Badań Literackich 2009.

środa, 23 października 2013

Odcinek 845: Zdzisław Beksiński, 2003 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

23 października 2003 roku
Subject: Re: ple, ple, ple
Nie mam ścian z afrykańskiego drewna doussie ani ścian retro w kolorze ziemi prowansalskiej, ale za to mam ściany pomalowane na kolor PepsiMax, bo przedwczoraj wieczorem z niepełnego kartonu pepsi, jaki niosłem z magazynku do kuchni, wyślizgnęła się jedna butelka wielkości BigŁyk, spadła na podłogę i eksplodowała, skacząc jak wielkanocna, wyładowana płonącym prochem „żabka" i obsikując wszystko pianą. Trochę to przypominało opowieść mego kumpla sprzed lat o tym, jak po pijaku wypadła jednemu z krasnoarmiejców pepesza i zaczęła, skacząc po podłodze, samodzielnie opróżniać magazynek 72 naboi. Wszystko, łącznie ze mną, zostało oblane brązową pianą. Obrazy, ściany, lustro, szafa. Jak to dobrze, że piję pepsi bezcukrową!!! No nic: przyjdzie walec i wyrówna, czyli wyzdrowieje pan Krzysztof i odmaluje. Na pewno pan Krzysztof nie jest nie do zastąpienia (Jeśli Dwurnik za drogi, to można zastępczo kupić Beksińskiego), tylko jak znaleźć zastępstwo? Na 10000 rzemieślników, reklamujących się w prasie jako szybko, fachowo i tanio”, 9999 jest idiotami podobnymi do tych, jacy w lecie zdemolowali przy okazji remontu balkonów wszystko wokoło i to na sumę wielokrotnie przewyższającą to, czego dokonali. Jeśli się w końcu trafi w drodze przypadku na kogoś takiego jak pan Krzysztof, to się go już człowiek trzyma i poniekąd od niego uzależnia. Poza tym wirusowe zapalenie płuc, to wirusowe zapalenie płuc. Nie można traktować drugiego człowieka jak maszynki do wykonywania poleceń, nawet jeśli mu się sporo płaci. Howgh. Napisałem, co myślę.

Beksiński
Mal. Zdzisław Beksiński, 1978 rok.
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 35.

wtorek, 22 października 2013

Odcinek 844: Maria Skłodowska-Curie, 1929 rok

List Marii Skłodowskiej-Curie do córki, Ewy, w Paryżu

Wtorek, 22 października 1929 roku, z prywatnego wagonu wycieczkowego
Droga Ewuniu,

Piszę w wagonie pani Brady, niech więc Cię nie dziwi, że nieraz pióro mi się zachwieje.
Przedwczoraj lunch u pani Brady, potem podróż wagonem do Detroit. Opisałam Irenie naszą sensacyjną podróż autem, jaka odbyła się przy tej okazji. Po raz pierwszy podczas mojej wyprawy zrozumiałam, jakie są doświadczenia wozu strażackiego i korzystania z pierwszeństwa przejazdu. Była to jazda z dużą prędkością autem poprzedzanym przez policjanta na motorze, odsuwającego na lewo i na prawo wszystkie pojazdy przed nami. Podczas powrotu musieliśmy pokonać wiele przeszkód, a mimo to poruszaliśmy się szybko i sprawnie jak piskorz, mając prawo do wyprzedzania całego sznura zatrzymanych pojazdów oraz do zatrzymywania pojazdów w ruchu. Policjant, który jechał przed nami, oraz jadący za nim nasz kierowca wykonywali te manewry wprost cudownie. A ponadto oczywiście polecenia policji są ściśle przestrzegane, Myślę, że to by Cię bardzo ubawiło.
Wagon dowiózł nas do Detroit w poniedziałek rano. Padał deszcz. Odbywały się uroczystości w ciągu dnia, ale ja zostałam w wagonie zgodnie z zaleceniem lekarza i moim własnym pragnieniem. Wieczorem zjedliśmy kolację przed wyjściem na przyjęcie na cześć Edisona, gdyż nie należy się spodziewać jedzenia podczas tego typu spotkań.
Jeśli to była największa kolacja w Stanach Zjednoczonych, to nie była
Maria Skłodowska-Curie
i prezydent Hoover, 1929 rok.
największa pod względem liczby osób, 500 zaledwie, co według mnie jest dużo, jednakże niezbyt dużo tutaj. Ale Edisonowi przypisuje się tu wielkie znaczenie i był obecny także prezydent Hoover. Kolacja składała się z bardzo niewielu dań, nie było wina ani likierów i mało przemówień. [...]
Edison jest już człowiekiem bardzo starym, który z dużym trudem powiedział kilka słów. Najdłuższą przemową była ta wygłoszona przez prezydenta Hoovera, który mówił głosem dość niskim, ale wyraźnie. [...] W sumie nie było nic szczególnego w urządzeniu tej kolacji. [...] Podczas przemówień skierowano pod moim adresem uprzejmości, a nawet przez radio przesłał je Byrd z bieguna południowego lub z jego okolic.
W rezultacie byłam w nocy chora, chociaż wróciliśmy przed 10 wieczorem. Nie spałam, było mi niedobrze i bolała mnie głowa. Napiłam się gorącej wody i to mi pomogło dojść do siebie. Wagon zabrał nas natychmiast po naszym powrocie i spędziwszy w nim mało ciekawą noc, właśnie docieramy do Schenectady, skąd napiszę do Ireny. Pogoda jest ponura, ale lepsza od wczorajszej. Pani Meloney jest bardzo przyjazna i uprzejma i choć wciąż narzekam, że mnie zabrała do Detroit, co moim zdaniem nie powinno mieć miejsca, muszę przyznać, że dotychczas trzymała mnie z dala od reporterów i odmawiała w moim imieniu autografów, o które proszono. Zawsze to trochę mniej przykrości i fatygi.
Całuję Cię, kochanie, wagon tańczy, a tutejsze pociągi nie zatraciły zwyczaju szarpania przy odjeździe i w czasie zatrzymywania się. My tańczymy tym bardziej, że jesteśmy na końcu pociągu.
Me
Maria Curie i córki, Listy, tłum. Teresa Pogwizd, Mieczysław Mendychowski, Wydawnictwo Dolnośląskie 2011, s. 310–312.

poniedziałek, 21 października 2013

Odcinek 843: Katherine Mansfield, 1919 rok

List Katherine Mansfield do J.M. Murry’ego

Ospedaletti. Wtorek. 21 października 1919 roku
[...] Dziwny dziś dzień, cały w tonach popielatofioletowych i bardzo chłodny. Morze jakby wciąż rosło — coraz większe posuwa się dalej i dalej... Ludzie walczą z wiatrem i przechodzą rozmawiając bardzo głośno. Dwa śliczne ptaki spacerowały po ogrodzie. Miały wysmukłe, szczupłe, jasnożółte korpusiki, kurteczki czarne ze złotym i długie srebrnoszare ogony. Szczęśliwe stworzonka, zupełnie się nie bały i wesoło sobie gwarzyły, chodząc po żwirze.
Mam wrażenie, że mój wczorajszy list nie brzmiał dobrze. To wina owadów. Ręce mnie palą, jakby je kto przypiekał — są spuchnięte i zaognione. Zagoją się za parę dni. To bardzo dziwne, że owady nie wyginęły. Czasami bywa naprawdę bardzo zimno, równie zimno jak w Marsylii, a mimo to wieczorami pojawiają się, choć okna zamknięte. A niech je licho! [...]
Leżę w moim pokoju przy otwartych drzwiach i oknach, a wiatr myśli, że nie ma nikogo i, nucąc z cicha, obchodzi spokojnie dom. Cień oliwnego drzewa tańczy i słychać tylko głos morza. [...]
Widok Ospedaletti.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 193–195.

niedziela, 20 października 2013

Odcinek 842: Włodzimierz Majakowski, 1921 rok

List Włodzimierza Majakowskiego do Lili Brik

Moskwa, 20 października 1921 roku
Drogi, drogi, drogi Lisku!
Potwornie dawno wyjechałaś i potwornie mało piszesz, a ja potwornie za Tobą tęsknię. U mnie żadnych, ani tycich! nowin. Poczynając od niedzieli, trzy dni wylegiwałem się, miałem mikroskopijne grypiątko. A dziś i wczoraj mam 36,2, więc znowu zaczynam działać. Wylegiwać się było bardzo przyjemnie: Osia mnie podkarmiał, Lowa chodził i martwił się, siostry  nadciągały jak chmury i po pół godzinie rozpraszały się, a ja tylko wąsa podkręcałem (co tam wąs, nawet broda mi się sypnęła!) i czytałem Szczepkinę-Kupernik.
Najciekawsze wydarzenie to to, że 6 listopada otwierają w Zoo wystawę psów. Przeprowadzę się tam. Ośka już napomyka o małym seterku. Nie wiem doprawdy, jakże to bez Ciebie oglądać szczeniaki?!
Mam nadzieję, że dziś otrzymam kochany i miły list od Ciebie.
Niechże Pani nie zapomina swojego Szczena. Pisz!
Twój z łapami (zaplątałem się w łapach)
W. Szczen

List z 20 X 1921 r., podpis Majakowskiego.
Włodzimierz Majakowski, Listy do Lili Brik, tłum. Wiktor Woroszylski, Wydawnictwo Literackie 1973, s. 22.

sobota, 19 października 2013

Odcinek 841: Ellen Terry, 1896 rok

List Ellen Terry do George’a Bernarda Shaw

19 października 1896 roku
Ellen Terry.
Wypłakałam sobie oczy nad Pańską straszną sztuką, cudowną sztuką. I co teraz? Jak ja mogę iść dzisiaj na to przyjęcie? Będę musiała włożyć niebieskie szkła, bo oczy mnie pieką i są strasznie spuchnięte. Mimo to z trudem się powstrzymuję, żeby jej nie przeczytać jeszcze raz od początku do końca. Myślę, że Henry'emu ta sztuka się nie spodoba. Będzie się śmiał. A za takie rzeczy czasem go nienawidzę. Nie zrozumie jej, kochany inteligentny głupiec. Ja nie potrafię zrozumieć tego, co on rozumie.
Janet będzie pięknie wyglądała i pięknie zagra Kandydę. ale wiem, że ja mogłabym jej pomóc, mogłabym dać dużo głębi. Niektóre sceny zagrałabym lepiej niż Janet. Janet zagrałaby większość scen lepiej ode mnie. Nie, naprawdę, kocham Pana z każdą minutą bardziej. Nic na to nie poradzę i tak już chyba musi być! I wobec tego się nie spotkamy. Ale pisz więcej sztuk, mój Drogi, i dawaj mi je do czytania. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo Kandyda mnie wzruszyła.
E.T.

Listy Ellen Terry i Bernarda Shaw, oprac. Christopher St. John, tłum. Krystyna Tarnowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 138-139.