poniedziałek, 30 września 2013

Odcinek 822: Antoni Słonimski, 1928 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki „Dziękuję za służbę” Włodzimierza Perzyńskiego

30 września 1928 roku
Teatr Narodowy: DZIĘKUJĘ ZA SŁUŻBĘ", komedia w 3 aktach Włodzimierza Perzyńskiego; reżyseria Emila Chaberskiego; dekoracje Wincentego Drabika

Dawniej mężczyzna, nim się ożenił, musiał kobietę nazwać trzysta sześćdziesiąt pięć razy aniołem, dwieście razy istotą nieziemską i niebiańską, całować co wtorek i czwartek kraj szaty, wzdychać w środę i poniedziałek, aby wreszcie po tych wszystkich zabiegach posiąść żonę i posłać ją do kuchni do smażenia konfitur i kwaszenia ogórków. Często widywało się takie żony-kuchty, koncentrujące wszystkie swoje ambicje na tym, żeby wątróbka była z cebulką, a wątroba męża z cholekinazą. Można sobie oczywiście wyobrazić kobietę, która się na taką rolę nie godzi i w zdrowym odruchu buntu dziękuje za służbę.

Perzyński właśnie taką kobietę przedstawił nam na scenie Teatru Narodowego. Anna ma za męża drania, samoluba i nudziarza, ma kanaliowatego synka i córeczkę-świnkę, wobec czego opuszcza dom. To wszystko dzieje się w akcie pierwszym, i na tym kończy się dobry pomysł autora.
Włodzimierz Perzyński.

W akcie drugim i trzecim nic się nie dzieje prócz tego, że pani Anna walczy z sumieniem. Zjawia się jakiś architekt z Londynu i chce się ze .starszą osobą ożenić. Pani Anna słusznie mogłaby się obawiać, że architektowi potrzebna jest służąca i że znów zacznie się mordęga. Nikt by się nie dziwił, gdyby wybrała swobodę i niezależność, zamiast szukać po tak przykrym doświadczeniu wątpliwego szczęścia w nowym małżeństwie. Ale pani Anna kocha architekta, więc wychodzi powtórnie za mąż. Najsłabszą stroną sztuki są, nie wiedzieć czemu, prześladujące Annę wyrzuty sumienia i chęć uczynienia ze swej miłości i ze swego szczęścia ofiary na rzecz domu, męża i dzieci, którym jest zupełnie niepotrzebna.
Perzyński czyni z pani Anny anioła, a z całej rodziny bandę łobuzów i przez to niewątpliwie przytępia ostrze swej satyry. Cała sztuka sprowadza się do tego, że biedna kobiecina po prostu wpadła, źle wyszła za mąż i nie umiała Wychować dzieci ani męża. Metody, którymi Perzyński chce zaznaczyć różnice nowego i dawnego pokolenia, są dość prymitywne. Aby dowieść, że synek należy do pokolenia bardzo zmaterializowanego, pokazuje nam naciąganie na forsę i wyłudzenie czterdziestu pięciu złotych. Współczesność synka polega na słuchaniu radia i niekochaniu matki. Współczesność córki szczęśliwiej jest wydobyta, aczkolwiek choroba nerwowa i trzytygodniowe niewychodzenie z domu po zawodzie miłosnym przypomina romanse z XIX w. Ludzie pokazani przez Perzyńskiego są albo bardzo źli, albo bardzo szlachetni, nie wiemy nic o nich naprawdę i wierzyć musimy autorowi na słowo. Czy na pewno pani Anna przez dwadzieścia trzy lata swej służby zawsze była tak krzywdzoną Lilianą Gish? Czy profesor zawsze był takim sukinsynem i czy się nigdy nie kochali?
To nie satyra obyczajowa, a osobiste nieszczęście jakiejś pani, która nas specjalnie nie obchodzi. Myślała, że znajdzie szczęście, a znalazła ciężką pracę kuchenną. To samo spotkało widzów na premierze sztuki Perzyńskiego. Po pierwszym akcie myśleliśmy, że będzie komedia. Diabła tam. Perzyński jest typowym leaderem w znaczeniu wyścigowym. Umie dobrze poprowadzić gonitwę, ale jej nigdy nie wygrywa. [...] Zawsze początek jest świetny, a środek i koniec rozłazi się w palcach. Gubi go jakaś niezdrowa chęć moralizatorstwa i sielankowości. Tam gdzie ze złośliwym uśmiechem podgląda życie, tam gdzie stawia na draństwo ludzkie – wygrywa. [...]
Maria Dulębianka.
Pani Dulębianka miała trudny orzech do zgryzienia. Anna mówi zbyt wiele rzeczy nieprawdziwych, aby to można było prawdopodobnie zagrać. Przeszła jednak przez rolę szczęśliwie, niejednokrotnie pomagając autorowi do wybrnięcia z trudnych sytuacyj. Panna Ola Leszczyńska zgrabnie zagrała samolubną córeczkę. Pan Kurnakowicz nic nie miał do wygrania. Pan Justian robił Kamińskiego, naśladował go w ruchach i akcentacji, ale pozostał Justianem. Pan Różycki jako architekt z Londynu oczywiście nie miał kamizelki. Nie wiem, skąd powstała w teatrach warszawskich plotka, że Anglicy i Amerykanie nie noszą kamizelek.
Wnętrze, jak na dom człowieka, który się zajmuje Szekspirem, trochę za czyste, za wytworne i za brzydkie.

Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, Czytelnik 1982, s. 130–131.

niedziela, 29 września 2013

Odcinek 821: Zinaida Gippius, 1914 rok

Z dziennika Zinaidy Gippius

29 września 1914 roku
Zinaida Gippius.
Wojna.
Zniszczona Belgia (wczoraj wzięli na koniec Antwerpię), bomby nad bliskim nam Paryżem, Notre Dame, nasza niejasna sytuacja w zdobytej Galicji i ze zdobytymi przez Niemców polskimi miastami, a jutro, być może, także z Warszawą... Bitwa generalna we Francji trwa już ponad miesiąc. Rozum odmawia przyjęcia tego, co się dzieje.
„Upadek Niemców, w sensie ich druzgocącej zaciekłości, jest niewątpliwy. Reims, Louvain... ale cóż to jest wobec czerwonej wody rzek, wobec krwi, którą dosłownie ociekają stopnie tejże katedry w Reims?
Niczym dymna zasłona wisi kłamstwo nad wszystkimi bez wyjątku, z dodatkiem jakiegoś przyrodzonego zezwierzęcenia.
U nas w Rosji... dziwnie. Rosja trzeźwa - z nakazu cara. Z nakazu cara Petersburg wielkiego Piotra przepadł, zniknął. Zły znak! Stworzyć jakiś Nikołograd - oficjalnie „Piotrogród. Spasły dworak Witner podsunął carowi do podpisania: że niby patriotycznie, bo co to za „burg, to przecie po niemiecku (!?!).
W Rosji źle i źle. Nasi szczęśliwi sojusznicy nie mają pojęcia o bólu, jaki w tych trudnych dniach rozdziera do głębi duszę Rosji. Nie wiedzą i beztrosko nie chcą się dowiedzieć, nie chcą zrozumieć. Nie mogą. Tam, na Zachodzie, ani narodom, ani rządom nie jest wstyd łączyć się w tym koniecznym powszechnym szaleństwie. A my! Co z nami!
Tutaj nasi sojusznicy nas opuścili.
Boże! Wybaw naród z głębi jego podwójnego nieszczęścia: i ukrytego, i jawnego!
Niemal nie wychodzę na ulicę, żałosne mi są te zaplanowane „patriotyczne demonstracje, ze sztandarami, z flagami i z „partretami".
Zinaida Gippius, Dzienniki petersburskie 1914-1919. Dziennik warszawski 1920-1921, tłum. Henryk Chłystowski, Czytelnik, 2010, s. 32.

sobota, 28 września 2013

Odcinek 820: Krystyna Kofta, 1981 rok

Z dziennika Krystyny Kofty

28 września 1981 roku, poniedziałek
Czytałam wczoraj Kubina, potem Dzienniki Nałkowskiej. Nie czuję z nią
Krystyna Kofta.
pokrewieństwa. Różni nas brak dziecka, a to zmienia przestrzeń. Dzięki ci, Panie! za Wawrzyna. Miała trochę niezdrowy pociąg do sfer, zwłaszcza generalskich. Jej uczucia do mężczyzn przypominają atrapy. Bała się pisać, bała się czuć. Czytając, czuję żal, że nie dostała tego, czego pragnęła, może później, kiedy dojrzeje. Jest bardzo przenikliwa i to utrudnia kontakty, jeśli się nie oddzieli seksu, uczuć od umysłu. Także od pragnień. Podobne jest kwękanie na brak pieniędzy. Narzeka na zdrowie, ja też narzekam. Psychika okaleczona, niezależnie od czasów.
Paskudna wrażliwość, więc jednak wspólnota. [...]

Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 103.

piątek, 27 września 2013

Odcinek 819: Lew Tołstoj, 1867 rok

List Lwa Tołstoja do żony, Zofii

Moskwa, 27 września 1867 roku
Bitwa pod Borodino,
mal. Louis-François, Baron Lejeune, 1822 r.
Przed chwilą wróciłem z Borodina [wyjazd w związku z pracą nad Wojną i pokojem]. Jestem bardzo zadowolony ze swojej podróży, bardzo, i nawet z tego, jak ją zniosłem, mimo braku snu i porządnego jedzenia. Oby tylko Bóg dał zdrowie i spokój, a odmaluję taką bitwę pod Borodinem, jakiej jeszcze nie było. Wciąż się chwali, co? Widziałem Cię we śnie, leżąc w klasztorze, i to tak wyraźnie, że wspominam ten sen jak jawę i ze strachem o Tobie myślę.
Nie piszę Ci o szczegółach podróży — opowiem. Pierwszej nocy jechałem do Możajska 100 wiorst i zdrzemnąłem się rano na stacji, drugą noc spędziliśmy w hotelu klasztornym. Wstałem o świcie, raz jeszcze objechałem pole, a potem cały dzień jechaliśmy do Moskwy.

Portret Zofii Tołstojowej z dzieckiem,
mal. Nikolai Ge.
Otrzymałem Twoje dwa listy. Smucę się z powodu dużej Tani i boję się, strasznie się boję o małą Tanię. (Znam ją, widzę i kocham i obawiam się tej jej gorączki.) Ale przede wszystkim czuję radość w sercu z powodu Twoich listów — z powodu tego, że T y w nich jesteś. Wszystko, co masz w sobie najlepszego, wkładasz w listy i w myśli o mnie. A w życiu często zagłuszają to mdłości i skłonność do sprzeczek. Wiem o tym.
Pożyczam 1000 rubli od Pierfiljewa, a więc będę bogaty, kupię czapkę i buty, i wszystko, co każesz. Wiem, że będziesz zła, że pożyczam. Nie gniewaj się, pożyczam po to, żeby przez pierwszy okres zimy być swobodnym, nie krępowanym sprawami pieniężnymi, i w tym celu zamierzam tych pieniędzy jak najbardziej oszczędzać i mieć je tylko po to, by wiedzieć, że są. by spłacić niewygodnego, uciążliwego człowieka itp. Ty mnie zrozumiesz i pomożesz mi. Twoje listy, moja duszko, są dla mnie ogromną radością, i nie mów bzdur, że daję je komuś do czytania.
W Borodinie było mi przyjemnie i miałem świadomość, że robię coś ważnego, ale w mieście czuję się bardzo źle, a Ty twierdzisz, że lubię się włóczyć. Chciałbym, abyś Ty choćby w jednej dziesiątej części tak kochała wieś i nienawidziła marności i zgiełku miasta, jak ja. Jutro pojadę do Pierfiljewów podziękować im, zobaczę się z Risem, będę robił zakupy, i jeżeli wszystko załatwię i Djakow jest gotów, to wyjadę w piątek rano. Żegnaj, duszko, całuję Ciebie i dzieci.
Lew Tołstoj, Listy, tłum. Maria Leśniewska, Wydawnictwo Literackie 1976, t. I, s. 213-214.

czwartek, 26 września 2013

Odcinek 818: Joseph Conrad, 1890 rok

List Josepha Conrada do Marguerite Poradowskiej
 
26 września 1890, Kinchassa
Statek "Roi des Belges".
Moja najukochańsza i najlepsza z Ciotek!
Otrzymałem jednocześnie Twoje trzy listy po powrocie ze Stanley Falls, dokąd pojechałem jako nadliczbowy członek załogi na statku „Roi des Belges", by zaznajomić się z rzeką! Z radością dowiedziałem się o Twoim sukcesie w Akademii [nowela Paradowskiej uzyskała nagrodę Akademii Francuskiej], w który zresztą nigdy nie wątpiłem. Nie mogę znaleźć odpowiednich słów, abyś pojęła radość, jaką sprawiły mi Twoje urocze (a ponad wszystko kochane) listy. To było tak, jakby promień słoneczny przebił się przez szare chmury w smutny, zimowy dzień; a dni moje tutaj są smutne. Nie ma co się łudzić! Zdecydowanie żałuję, że tu przyjechałem. Nawet gorzko żałuję. Z prawdziwie męskim egoizmem będę teraz pisał o sobie. Nie mogę się powstrzymać. Przed kimże otworzę serce, jeśli nie przed Tobą?! Zwracając się do Ciebie, mam pewność, że pół  słowa wystarczy,  by zostać zrozumianym.  Sercem  odgadniesz  moje myśli szybciej, niż je wypowiem.
Wszystko tutaj wydaje mi się antypatyczne. I ludzie, i rzeczy; ale szczególnie ludzie. W ich mniemaniu ja również jestem antypatyczny. Zaczynając od dyrektora na Afrykę, który postarał się powiadomić wielu ludzi, że okropnie mu się nie podobam, a kończąc na zwykłym mechaniku - wszyscy mają talent do działania mi na nerwy i w rezultacie nie jestem dla nich tak miły, jak mógłbym być. Dyrektor jest zwykłym handlarzem kości słoniowej, pełnym niskich instynktów; uważa siebie za handlowca, a w istocie jest czymś w rodzaju afrykańskiego sklepikarza. Nazywa się Delcommune. Nie znosi Anglików, a ja jestem tutaj oczywiście uważany za Anglika. Dopokąd on tu jest, nie mogę się spodziewać ani promocji, ani podwyżki. Powiedział zresztą, że obietnice poczynione w Europie są tu wiążące tylko w wypadku, jeśli są zamieszczone w kontrakcie. Te, które robił p. Wauters - zamieszczone nie są. Zresztą nie mam się czego spodziewać, zważywszy, że nie mam pod komendą statku. Nowy statek będzie pewnie gotowy w czerwcu przyszłego roku. Do tego czasu moja pozycja tutaj nie jest jasna i mam z tego powodu przykrości. Otóż i tyle!
Kinchassa, ok. 1890 r.
Na domiar rozkoszy mój stan zdrowia jest daleki od dobrego. Zatrzymaj to dla siebie, ale naprawdę chorowałem na febrę 4 razy w ciągu 2 miesięcy w czasie podróży w górę rzeki, a potem w Falls (które są jej ojczyzną) złapałem dyzenterię trwającą 5 dni. Czuję się dosyć słabo fizycznie i  trochę zniechęcony, a przy tym, słowo daję, mam wrażenie, że odczuwam nostalgię za morzem,  chęć zobaczenia znowu  płaszczyzny słonych wód, które tak często mnie kołysały, które tyle razy uśmiechały się do mnie w roziskrzonych promieniach słońca pogodnych dni, które również często groziły mi śmiercią, rzucając w twarz bryzgi ciętej wiatrem piany pod ciemnym niebem grudniowym. Żal mi tego. Ale najbardziej żałuję, żem się związał na 3 lata. Co prawda mało wskazuje na to, że dotrwam do końca. Albo wywołają jakąś bezsensowną kłótnię, by mnie stąd odprawiono (i słowo daję, łapię się chwilami na tym, że bardzo bym tego pragnął), albo nowy atak dyzenterii odeśle mnie do Europy, a może na inny świat, co rozwiązałoby w sposób ostateczny wszystkie moje kłopoty! I oto rozgadałem się o sobie na czterech stronach! Nie powiedziałem jeszcze, z jaką przyjemnością odczytywałem Twoje opisy ludzi i rzeczy u nas. Czytając te listy naprawdę zapomniałem o Afryce, o Kongu, o dzikich czarnych i o białych niewolnikach (i ja jestem wśród nich), którzy ją zamieszkują. Przez godzinę byłem szczęśliwy. Proszę wiedzieć, że uszczęśliwianie istoty ludzkiej przez całą godzinę nie jest rzeczą małą (ani łatwą). Możesz być dumna, że Ci się to udało. Dlatego też całe moje serce zwraca się ku Tobie z wdzięcznością i z najszczerszym i najgłębszym uczuciem. Kiedyż się znowu zobaczymy? Niestety, spotkania prowadzą do rozłąki i  im częstsze są spotkania, tym boleśniejsze rozłąki. Taki jest los.
Joseph Conrad, ok. 1890 r.
Kiedy szukałem jakiejś praktycznej rady na niemiłą sytuację, w której się znalazłem, przyszedł mi do głowy pewien mały projekt - raczej rojenia - w którym może mogłabyś pomóc. Podobno to Towarzystwo lub inne z nim związane będzie miało statki oceaniczne - (nawet już jeden ma). Prawdopodobnie ten wielki (albo gruby?) bankier, który wszystkim u nas trzęsie, będzie miał znaczny udział w tamtym Towarzystwie. Jeśliby można podsunąć moje nazwisko jako ewentualnego dowódcy dla któregoś z ich statków (którego portem macierzystym byłaby Antwerpia), mógłbym po każdym rejsie wyrwać się na jeden lub dwa dni do Brukseli, gdyby Cioteczka tam była. To byłoby idealne! Gdyby zechciano mnie odwołać dla objęcia dowództwa, sam oczywiście pokryłbym koszta podróży powrotnej. Może ten pomysł jest mało realny, ale jeśli wrócisz w zimie do Brukseli, to mogłabyś może wybadać sytuację przez p. Wautersa, nieprawda, kochana Cioteczko?
[...] Kończę już. Za godzinę odpływam czółnem do Bamou, by wybrać drzewa i zarządzić ich ścięcie na budulec dla tutejszej stacji. Będę tam obozował przez 2 lub 3 tygodnie, chyba że zachoruję. To mi dość odpowiada. Niewątpliwie postrzelam trochę do bawołów albo słoni. Ściskam Cioteczkę z całego serca. Następną pocztą wyślę długi list. Kochający siostrzeniec
J. C. K.
Joseph Conrad, Listy, oprac. Zdzisław Najder, tłum. Halina Carroll-Najder, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 40-42.

środa, 25 września 2013

Odcinek 817: Zdzisław Beksiński, 2003 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

25 września 2003 roku
Najstraszliwszą rzeczą wydaje mi się zakaz korzystania z WC. Nie wspominam już o mojej prostacie, ale w sprawach wydalania jestem jako ten wróbel. Podobno to cecha osobników rozrzutnych i skłonnych do dobroczynności, podczas gdy chroniczna obstrukcja ma świadczyć o wyrachowaniu i skąpstwie. Jeszcze Freud pochylił się z troską nad tym problemem i źródła jego powstania lokował w fazie oralnej. Ja jednak dziedziczę to chyba po obojgu rodzicach – po ojcu nerwicę wegetatywną (przestarzała terminologia), a po mamie regularną sraczkę.

Pozdrowienia Beksiński
Mal. Zdzisław Beksiński, 1978 rok.
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 31.

wtorek, 24 września 2013

Odcinek 816: Odo Bujwid, 1939 rok

Z dziennika prof. Odona Bujwida

24 września 1939 roku, 11 przed południem
Wracam ze zwiedzania wodociągów, które pokazywałem sanitarnej generalicji. [...]

Wczoraj już nie odezwała się Warszawa II. Czekałem na próżno. Za to miałem „miłą” wizytę w Gestapo, gdzie mnie mordowali przez półtorej godziny, pytając, ile jest w Krakowie klubów masońskich. Uważali, że jako rotarianin muszę to wiedzieć. Nie miałem argumentów, aby ich przekonać, że się mylą. Nic nie pomogło powoływanie się na listy pisane do mnie przez wszystkich rotarian, wskazujące, że nas nie obchodzą sprawy masoństwa. Wyjaśniałem im, że ja osobiście uważam to stowarzyszenie z jego śmiesznymi tajemnicami za przeżytek i nigdy bym do niego nie należał. Nic nie pomogło.
– Nie mogę panu profesorowi wierzyć, przecież pan tyle lat mieszka w Krakowie, że musi pan wiedzieć, ilu jest masonów.
Zniecierpliwiony powiedziałem w końcu:
– Zastrzelcie mnie raczej, jestem na to gotów, a nie męczcie bzdurnymi indagacjami.
Po dłuższej chwili [usłyszałem]:
– No, widzę, że się niczego od pana nie dowiem. Może pan odejść.
Byłem tak zmęczony, że ledwie dolazłem do tramwaju. A potem zaraz miałem szczepienie kilkanastu osób. W nocy czułem się zupełnie chory. Rano trzeba było jechać do wodociągów.
Widzę, że jakiś czas, może nawet długi, posiedzimy w niewoli po tak niedawnej odzyskanej niepodległości. Ale wierzę, że to długo nie potrwa. Tylko, że może ja już osobiście wyswobodzenia nie zobaczę. A tak by się chciało. [...]
Oddział Wehrmachtu wyprowadza chorągwie krzyżackie z Wawelu, maj 1940 roku.
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 160–161.

poniedziałek, 23 września 2013

Odcinek 815: Ustawa o budowie portu w Gdyni, 1922 rok

Ustawa o budowie portu w Gdyni

Warszawa, 23 września 1922 roku
Art. 1

Upoważnia się Rząd do poczynienia wszelkich niezbędnych zarządzeń celem wykonania budowy portu morskiego przy Gdyni na Pomorzu, jako portu użyteczności publicznej.
Art. 2
Budowa portu wykonywana będzie stopniowo według takiego planu, aby przez częściowe jej urzeczywistnienie stworzyć port mniejszych rozmiarów i aby dalszy rozwój portu był możliwy i planowy.
Art. 3
Wywłaszczenie gruntów niezbędnych pod budowę portu przeprowadzone będzie według ustaw i przepisów, obowiązujących na terytorium województwa pomorskiego.
Art. 4
Kredyty niezbędne dla budowy portu będą corocznie wstawiane do budżetu.
Art. 5
Wykonanie niniejszej ustawy porucza się Ministrowi Przemysłu i Handlu w porozumieniu z Ministrami: Spraw Wojskowych, Skarbu i Robót Publicznych.
Art. 6
Ustawa niniejsza wchodzi w życie z dniem jej ogłoszenia. 

Marszałek: Trąmpczyński.
Prezydent Ministrów: Julian Nowak.
Kierownik Ministerstwa Przemysłu i Handlu: Henryk Strasburger.
Minister Spraw Wojskowych: Sosnkowski.
Minister Skarbu: Jastrzębski.
Minister Robót Publicznych: Łopuszański.

Widok Gdyni, 1922 rok.
Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1918, Oficyna Adam 1992, s. 39–40.

niedziela, 22 września 2013

Odcinek 814: Julia de Lespinasse, 1774 rok

List Julii de Lespinasse do hrabiego de Guibert

Zaczęty we czwartek 22 września 1774 roku
Lżyj mnie: najsroższych imion z ust twych się nie boję;
Straszne mi jest milczenie, nie zniewagi twoje.

Mój przyjacielu, gdybym żyła namiętnością, twoje milczenie przyprawiłoby mnie
Antoine Watteau, Nadąsana, ok. 1728 roku
o śmierć; gdybym miała tylko miłość własną, zraniłoby mnie, znienawidziłabym; cię z całej siły: i oto żyję, i nie nienawidzę cię. Ale nie kryję, iż przekonałam się z przykrością, choć bez zdziwienia, że to jedynie mój pęd porywał pana. Musiałeś mi odpowiadać, ale nie umiesz mówić do mnie. Kiedy myślisz, że moje uczucie wygasło, nie czujesz żalu i nie znajdujesz w sobie nic, co by ci dawało prawo upominać się o to, coś stracił. Otóż, mój przyjacielu, jestem dość spokojna aby być sprawiedliwą; uznaję pańskie postępowanie, mimo iż sprawia mi przykrość; szanuję w panu to, iż nie starasz, się przesłonić prawdy. I, w istocie, na cóż byś się uskarżał? Zdjęłam ci ciężar. Okropne jest być przedmiotem uczucia, którego człowiek nie może podzielać: cierpi i zadaje ból. Kochać i być kochanym, to szczęście niebios; kiedy się je poznało i straciło, zostaje jedynie umrzeć. Dwie rzeczy w naturze nie znoszą mierności: wiersze, i... ale i nie łudzę się: uczucie, które miałami dla pana, nie było doskonałe. Najpierw, musiałam je sobie wyrzucać, było mi zgryzotą; a potem, nie wiem, czy to niepokój sumienia sprawił przewrót w mej duszy, i odmienił zupełnie mą naturę i sposób kochania, ale doznawałam bez ustanku uczuć, którymi się brzydziłam: poznałam zazdrość, niepokój, nieufność; obwiniałam cię bez ustanku; zmuszałam się, aby się nie skarżyć, ale ten przymus był mi okropny. Słowem, ten sposób kochania był tak obcy mej duszy, iż stał się dla niej męczarnią. [...]

Julia de Lespinasse, Listy, tłum. Tadeusz Boy-Żeleński, Warszawa-Kraków b.d., s. 135–136.

sobota, 21 września 2013

Odcinek 813: Antoni Czechow, 1898 rok

List Antoniego Czechowa do Lidii Mizinowej

21 września 1898, Jałta
Lidia Mizinowa i Antoni Czechow.
Miła Liko, o wilku mowa. Koncertują tu Szalapin i Rożański, byłem wczoraj z nimi na kolacji i rozmawialiśmy o Pani. Gdyby Pani wiedziała, jaką radość sprawiła mi swym listem! Zresztą jest Pani okrutna, gruba i radości mej nie zrozumie. Owszem, jestem w Jałcie i zostanę tu, dopóki nie spadnie śnieg. Z Moskwy nie chciało mi się wyjeżdżać, ach, jak nie chciało, ale trzeba było: pozostaję do dziś w nieślubnym związku z bakcylami, a wszystkie rozmowy o tym, że wyglądam dobrze i nawet przytyłem, to banialuki. Wiadomość o moim ożenku to też bajda puszczona w świat przez Panią. Pani dobrze wie, że nigdy się nie ożenię bez Jej pozwolenia, jest Pani tego pewna, a mimo to rozpowszechnia niemądre pogłoski, kierując się przypuszczalnie logiką starego myśliwego, który sam nie strzela z fuzji i drugiemu nie daje, tylko utyskuje i chrząka leżąc na zapiecku. Nie, droga Liko, nie! Nie ożenię się bez Pani zgody, co więcej — nim się ożenię, zdążę jeszcze dać Pani pieprzu, przepraszam za wyrażenie. Niech no Pani przyjedzie do Jałty!
Lidia Mizinowa.
Będę czekał cierpliwie na list i fotografię, na której Pani, jak sama pisze, podobna jest do starej wiedźmy. Czekam, miła Liko, chcę zobaczyć Panią przynajmniej na fotografii. Nie zaliczam się, niestety, do Pani przyjaciół i wszystko, o co Panią prosiłem, pozostawało zawsze nie spełnione. Swojej fotografii przysłać nie mogę, bo jej nie mam i nieprędko będę miał. Nie fotografuję się teraz.
Mimo surowych zakazów ucieknę chyba w styczniu na parę dni do Moskwy, bo jak nie — powieszę się z nostalgii. A więc spotkamy się niedługo? W takim razie proszę mi przywieźć z zagranicy kilka krawatów, zwrócę Pani pieniądze.
Z Moskwy pojadę do Francji albo do Włoch.
Niemirowicz i Stanisławski mają bardzo interesujący teatr. Śliczne aktoreczki. Gdybym został tam jeszcze trochę, straciłbym głowę. Im jestem starszy, tym częściej i mocniej wre moja krew. Niech Pani to sobie zakarbuje w pamięci. Ale proszę się nie obawiać, nie zrobię przykrości Pani przyjaciołom i nie odważę się na to, na co oni się odważyli tak skutecznie.
Powtarzam: Pani list sprawił mi bardzo, bardzo wielką radość, boję się tyko, że Pani w to nie uwierzy i odpowie mi nieprędko. Przysięgam, Liko, że jest mi bez Pani smętnie.
Niech więc Pani nadal będzie zdrowa i szczęśliwa, życzę dalszych poważnych sukcesów. Wczoraj przy kolacji chwalono Panią jako śpiewaczkę, a ja się cieszyłem. Niech Bóg ma Panią w swej opiece.
Oddany A. Czechow

Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s.198-199.

piątek, 20 września 2013

Odcinek 812: Fryderyk Chopin, George Sand, 1839 rok

List Fryderyka Chopina i George Sand do Wojciecha Grzymały

Nohant, 20 września 1839 roku
Wojciech Grzymała.
[Ręką Chopina:]
 Moje Kochanie!
Weźże małe mieszkanie, a jeżeli już późno, to weź duże; byle jakie, aby było. Co się jej mieszkania tyczy, to jej się to za drogo zdaje, i nie wyperswadujesz, że lepiej dołożyć, jak mieć w domu dużo lokatorów. Proszę Cię, w niczym nie przestępuj jej polecenia, znieś się z Bignem, żebyś sam nie był odpowiedzialny.
Ściskam Cię serdecznie.
Proszę Cię, kochaj mnie koniecznie.
Twój F. C.

Uściskaj rączki...

[Ręką George Sand:]
Kochany Mężu, lubię Cię bardzo, Wąsalu, Brodaczu, Kartoflu gotowany bez soli, moja culpa, Stockholm, Konik. Nie możemy przywyknąć, że Cię tu nie ma i chcielibyśmy znów być razem.
Portret George Sand, mal. T. Sully, 1826 r.
Zależy to od tego, jak powiodą Ci się zabiegi przy poszukiwaniu mieszkania. Załączam list do Bign., gdzie piszę mu, że może podwyższyć wyznaczoną przez nas cenę, jeśliby to było konieczne, ale najmniej jak można, ajajaj! Nie wszystkie pokoje muszą być wielkie i piękne. Na przykład pokoje dzieci mogą być nieduże, byleby miały kominki i byleby pokoje dorosłych wychodziły na południe. To bardzo ważne dla małego, a także dla moich reumatyzmów. Nie muszę mieć dużego i pięknego salonu, gdyż nie przyjmuję nigdy więcej niż 12 osób na raz. Najważniejsze, żeby rozkład był dobry, zgodzi się Pan z tym? i żeby wszystko było czyste, świeże i do zamieszkania od zaraz, bez innych wydatków poza umeblowaniem.
Dobranoc, Grzym., kochamy Cię, kochaj nas i Ty. Napisz. Nie słuchaj zanadto nosowych wywodów Twojego małego. Nie ma najmniejszego sensu, by oszczędzał na mieszkaniu. Musi gdzieś ulokować służącego i musi mieć gdzie się obrócić. Jeśli Twoim zdaniem mieszkanie będzie za małe, nie bierz pod uwagę jego gadania. Zawsze będzie miał czym zapłacić za komorne. Odmówi sobie trochę na piciu, kartach, kobietach i tytoniu.

Twoja żona
Korespondencja Fryderyka Chopina z George Sand i z jej dziećmi, red. Zbigniew Skowron, tłum. Julia Hartwig i Zofia Jędrzejewska-Waszczuk, Narodowy Instytut Fryderyka Chopina i Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 196.