sobota, 31 sierpnia 2013

Odcinek 792: Lista Przebojów Programu Trzeciego, 1985 rok


Lista Przebojów Programu Trzeciego
Notowanie 178, 31 sierpnia 1985 roku


a.
b.
c.
wykonawca - tytuł
1
2
7
2
1
4
3
5
3
4
9
3
5
3
8
6
11
5
7
4
11
8
30
2
9
8
6
10
7
10
11
10
9
12
14
9
13
16
19
14
25
2
15
6
8
16
13
14
17
12
13
18
17
5
19
N
1
20
15
10
21
N
1
22
27
2
23
19
6
24
29
2
25
N
1
26
21
4
27
28
3
28
24
5
29
23
13
30
N
1
Legenda: a. miejsce b. miejsce w zeszłym tygodniu c. tygodni na liście 


http://lp3.polskieradio.pl/notowania/?rok=1985&numer=178

piątek, 30 sierpnia 2013

Odcinek 791: Edmund de Goncourt, 1895 rok

Z dziennika Edmunda de Goncourt

Czwartek, 30 sierpnia 1894 roku
Od nie wiem już ilu miesięcy wciąż chory, nie byłem w żadnym miejscu rozrywki, jak to się powiada. Ale dziś wieczór trafiłem do cyrku, którego sztuczki tak bardzo lubię. Przed spektaklem zajrzałem z przyjemnością do pomieszczeń cyrkowych i stajni, które opisałem w Les Freres Zemganno.
Wspaniały akrobata na trapezach, człowiek szybujący w przestrzeni; ten widok budzi we mnie szczególny oddźwięk, śledzę go nie tylko oczami, ale cały poruszony, uczestnicząc w nim niejako mięśniami i nerwami.
Potem w ciemności i czerni pojawia się czarny koń, na którym stoi jakaś tutejsza Loie Fuller, oświetlona elektrycznymi płomieniami we wszystkich kolorach: fioletowy migot szyi synogarlicy, różowe tony cukierka, zielone błyski mchu w świetle księżyca i oto huragan tkanin, wir spódniczek, to oświetlonych ogniem zachodu, to bladością jutrzenki.

Ach, jakże wielkim wynalazcą cudowności jest człowiek i jak osobliwą, fantastyczną, niezwykłą wizję potrafi stworzyć z utkanej materii i szelmowskiego światła!
W cyrku Fernando, mal. Henri de Toulouse-Lautrec.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 567.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Odcinek 790: Miron Białoszewski, 1978 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

Skopje, 29 sierpnia 1978 roku 
Pojechałem ostatniego dnia w Skopie na miasto autobusem sam. Odnalazłem drogę przez skały i nad tamą z niebieską wodą do starej cerkiewki. Tam klasztor. Freski z trzynastego wieku. Było tylko dwóch studentów malarstwa. Przewodnik coś mówił, co właściwie w połowie rozumiałem, i kazał długo oglądać bez pośpiechu. Spytał mnie, co mam za znaczek w klapie. Ja powiedziałem, że zjazdowy i że mogę mu dać. Ucieszył się.
Skopje, tama na jeziorze Matka.

Te cerkiewki tutejsze mają specjalny nastrój. I to trzeba wszystko oglądać właśnie tu na miejscu. Pustelnie. Miejsce po pustelnikach, którzy tu kontemplowali i słuchali śpiewów. Freski malowało dwóch malarzy, zdaje się, zakonników, którzy chodzili od miejscowości do miejscowości.

Wracałem w upale, jednak niezmęczony, tylko przykrywałem sobie głowę torbą. Góry z willami, tych bogaczy. A dalej uboga wieś. W dole jakiś osiołek, ktoś kąpie się w rzece. Potem same skały. W pewnej chwili grota. Zajrzałem z ciekawości. A tam coś zaszumiało. Myślałem, że człowiek. Może robi kupę. A może zwierzę. Coś wyszło na wysokości łokcia. Cofnąłem się, ale zajrzałem jeszcze raz. Wpatruję się, coś chuchnęło. Na wysokości łokcia coś zaczęło świecić. Wyłonił się długi nos, wielkie śliskie oczy, wpatrzone we mnie. Pysk krowy. Małej krowy. Bała się mnie więcej niż ja jej. Zacząłem ją uspokajać po polsku
– Nie bój się, no nie bój się
Ostatni dzień i ostatnia noc w Skopie [sic!]. Po dwóch miesiącach burza i wielki deszcz całą noc. Huragan. Wszedłem do łazienki, a tam w popłochu dwa prusaki. Uciekają w moją stronę, zamiast w odwrotną. Pewnie myślały, że trzęsienie ziemi. Ale przecież one urodziły się już dawno po trzęsieniu ziemi. Może atawizm?
Spotykane na drodze w południe Macedonki w ornatach i szarawarach z chustami, idące spokojnie, niosące jeszcze coś na głowie, wyglądały jak jakieś przedziwne stwory, mamuny. Zszedłem raz do domu towarowego w Skopie, tego obok, bo tam kupowałem sobie na noc brzoskwinie, winogrona, sery i banany, i wstąpiłem do wychodka na siusiu. Kiedy chciałem wyjść, baba w szarawarach z cybuchem w ustach zatrzymała mnie i kazała sobie zapłacić za siusianie dinara. Pomyślałem, że skoro dinar za siusianie, to drogo. W Belgradzie okazało się, że tramwaj kosztuje dwa czy trzy dinary.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 559–560.

środa, 28 sierpnia 2013

Odcinek 789: Maria de Sévigne, 1675 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Małgorzaty de Grignan

Paryż,
środa 28 sierpnia 1675 roku
Henri de Turenne, mal. Robert Nanteuil.
Zlikwiduję zatem poniedziałki. Nie pamiętam już, co mogłam w tych datach pomylić ostatnio. Wiem tylko, że pisałam do Ciebie trzykrotnie: w poniedziałek, środę i piątek, abyś mogła wybierać. Podobnie uczynię w tym tygodniu, ponieważ pisałam już w poniedziałek; potem powrócę do normalnego rytmu. Gdybyż można było pisać codziennie, bardzo by to dobrze było; często przychodzi mi do głowy, by to uczynić, choć listy nie odchodzą. Tę przyjemność pisania tylko wobec Ciebie odczuwam; do wszystkich innych bowiem piszę jak najprędzej i tylko z powinności. Moja duszko, zamierzam jeszcze mówić o panu de Turenne. Pani d’Elbeuf, która kilka dni spędza u kardynała de Bouillon, zaprosiła mnie wczoraj do nich na obiad, by opowiadać o swym strapieniu. [...] Stało się tak, jakeśmy postanowili: oczy nie zdążyły nam obeschnąć. Miała ona sporządzony cudownie portret tego bohatera [de Turenne’a]. Cała jego służba i domownicy zjawili się o jedenastej; wszyscy ci biedacy byli spłakani i nosili żałobę. Trzej szlachcice wpadli w rozpacz na widok tego portretu: ich okrzyki rozdzierały serce; słowa nie mogli wymówić; jego pokojowcy, lokaje, pazie i trębacze tonęli we łzach i przywodzili innych do rozpaczy. Pierwszy, który zdołał wymówić słowo, odpowiedział na nasze smutne pytania: opowiedział nam o jego śmierci. Chciał się wyspowiadać wieczorem i w tajemnicy wydał rozkazy na wieczór, zaś następnego dnia, czyli w niedzielę, przystąpić miał do komunii. Zamierzał wydać bitwę i spożywszy posiłek, wsiadł na konia o drugiej w sobotę. Miał koło siebie wielu ludzi, ale pozostawił ich na trzydzieści kroków od wzniesienia, na które chciał się udać. Rzekł do małego d’Elbeufa: „Zostań tu, mój bratanku, kręcisz się wciąż koło mnie, jeszcze mnie rozpoznają.” Spotkał pana d’Hamiltona w pobliżu miejsca, do którego się udawał, a ten rzekł mu: „Panie, proszę tędy, tam strzelają.” „Już wracam — odparł — wcale nie chcę być dzisiaj zabity, to by dopiero było.” Zawrócił konia i spostrzegł Saint-Hilaire’a, który rzekł doń, zdjąwszy kapelusz: „Panie, zechciej rzucić okiem na tę baterię, którą tam ustawiłem.” Pan de Turenne cofa się o dwa kroki i, nie powstrzymany przez nikogo, dostaje kulę, która urwawszy rękę z kapeluszem Saint-Hilaire’a, miażdży ramię i przeszywa ciało tego bohatera. Szlachcic ów wciąż nań patrzył; nie widział, aby upadł; koń poniósł go ku miejscu, w którym pozostawił małego d’Elbeufa; wciąż trzymał się w siodle z czołem wspartym na łęku; w tym momencie koń staje, a on spada w ramiona swoich ludzi; dwakroć jeszcze rozwarł oczy i usta, po czym znieruchomiał na zawsze. Pomyśl, że nie żył już i część serca zniosła mu kula. Krzyk buchnął i płacz; pan d’Hamilton uciszył ten zgiełk i oderwał małego d’Elbeufa, który rzucił się był na ciało i nie chciał go puścić, krzycząc i mdlejąc z rozpaczy. Zarzucają na ciało płaszcz, niosą go w zarośla i straż przy nim pełnią w milczeniu; podjeżdża karoca; zabierają go do namiotu [...]. Oddano mu honory wojskowe w obozie, gdzie łzy i okrzyki prawdziwą czyniły żałobę; wszyscy oficerowie przywdziali czarne szarfy, wszyscy dobosze okryci byli krepą; piki i muszkiety leżały na ziemi; obraz całej armii w rozpaczy musi być poruszający. [...]
Śmierć H. de Turenne na polu bitwy.

Kiedy ciało opuściło armię, nowa była desperacja; wszędzie gdzie przejeżdżał kondukt, słychać było lamenty, lecz w Langres przeszli sami siebie: wyszli wszyscy na jego spotkanie, wszyscy w żałobie, w liczbie ponad dwustu, a za nimi tłumy; cały kler w żałobnych ornatach; odprawiali uroczystą mszę w mieście i w jednej chwili złożyli się wszyscy, by pokryć ten wydatek w wysokości pięciu tysięcy franków, gdyż odprowadzili ciało aż do następnego miasta, odciążając w ten sposób orszak pana de Turenne. Cóż powiesz o tych spontanicznych dowodach przywiązania, wynikających z jego niezwykłych zalet?
Do Saint-Denis kondukt przybędzie dziś wieczór lub jutro; wszyscy jego ludzie wyszli mu na spotkanie na dwie mile; ciało złożone zostanie w kaplicy, nim przygotują dlań kaplicę specjalną. Odbędzie się tam msza, zanim nastąpi najbardziej uroczysta ceremonia w Notre Dame. [...]
Zostawaj z Bogiem, moja najdroższa i najmilejsza, moja najczulej kochana. [...] Całuję Cię tysiąckrotnie, moje drogie dziecko, z tkliwością, której opisać nie sposób.
Listy pani de Sevigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 178–183.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Odcinek 788: Samuel Pepys, 1663 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

27 sierpnia 1663 roku
Mile pogawędziwszy z żoną wstałem, ale byłem trochę zirytowany. Bo żona moja nabrała przekonania, że ja ciągłe roboty i przeróbki w domu podejmuję umyślnie, aby mieszkanie utrzymywać w nieładzie i ją zmuszać do roboty i pozbawiać rozrywek, co, acz niemiło mi, że ona tak myśli, do pewnego stopnia jest prawdą. Ale dzisiaj robotnicy skończyli i wróciwszy do domu zastałem go z góry na dół bardzo czystym i schludnym ku mojemu wielkiemu zadowoleniu.
Widok Londynu z Orbis habitabilis oppida et Vestitus Carela Allarda, ok. 1695 roku.
Samuel Pepys, Dziennik, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 352–353.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Odcinek 787: Gustave Flaubert, 1846 rok

List Gustave'a Flauberta do Luizy Colet

Środa, godz. 10 wieczorem [Croisset, 26 sierpnia  1846 roku]
Luiza Colet, mal. James Tissot.
Bardzo to miłe z twojej strony, że co dzień rano posyłasz mi relację z dnia poprzedniego. Pomimo całej monotonii twego życia masz mi jednak coś do powiedzenia. Lecz moje życie to jezioro, stojąca kałuża, której nic nie porusza i gdzie nic się nie pojawia. Każdy dzień jest podobny do poprzedniego; mogę powiedzieć, co będę robił za miesiąc, za rok, i uważam to nie tylko za mądre, lecz i za szczęśliwe. Toteż nie mam ci prawie nic do opowiedzenia. Nikt mnie nie odwiedza, nie mam w Rouen żadnego przyjaciela; nic z zewnątrz do mnie nie dociera. Nawet biały niedźwiedź na swoim polarnym lodowcu nie żyje w głębszym zapomnieniu o ziemi. Moja natura skłania mnie do tego jak najbardziej, a poza tym postarałem się o to, by osiągnąć ten stan. Wykopałem sobie jamę i w niej siedzę, troszcząc się o to, aby tam była zawsze jednakowa temperatura. Czego się dowiem z tych sławetnych gazet, które tak pragniesz, żebym brał rano do ręki razem z kromką chleba z masłem i filiżanką mlecznej kawy? Co mnie to wszystko, co one mówią, obchodzi? Mało jestem ciekaw nowin; polityka nudzi mnie śmiertelnie; felieton mierzi: to wszystko mnie ogłupia lub irytuje. Mówisz mi o trzęsieniu ziemi w Livorno. Nawet gdybym otworzył z tej racji usta, by wypowiedzieć uświęcone w podobnych wypadkach frazesy: „To bardzo przykre! Co za okropna klęska! Czy to możliwe! O mój Boże!" — czy to przywróci życie zmarłym, dobytek biedakom? Jest w tym wszystkim pewien ukryty sens, którego nie rozumiemy, i zapewne związany z jakimś pożytkiem wyższego rzędu, jak deszcz i wiatr; dlatego że nasze szklane klosze na melonach porozbijał wiatr, nie należy chcieć skasować huragany. Kto wie, czy wichura, która zrywa dach, nie daje możliwości rozrostu dla całego lasu? Czemu wulkan obracający w perzynę miasto nie mógłby użyźnić całej prowincji? Oto znowu nasza pycha: robimy z siebie centrum natury, cel stworzenia i jego najwyższą rację bytu. Wszystko, co się w naszych oczach do tego nie przystosowuje, dziwi nas, wszystko, co nam się przeciwstawia, rozdrażnia nas. Czegom się nie nasłuchał, Boże drogi! Jakimi wspaniałymi rozważaniami uraczono mnie w zeszłym, roku na temat trąby powietrznej w Monville! — „Dlaczego to się stało? Czemu tak się dzieje? Czy to można pojąć? Czy to jest elektryczność z góry, czy elektryczność z dołu? W jednej chwili trzy fabryki rozwalone i dwustu ludzi zabitych. Co za okropności!" I ci sami ludzie, którzy to mówili, rozmawiali zabijając podczas tego pająki, miażdżąc ślimaki lub, tylko dla oddychania, być może, wchłaniali wdychając nozdrzami miliardy ożywionych atomów.[...]

Marzyciel. Ruiny klasztoru w Oyben,
mal. Caspar David Friedrich.
Poezja jest rośliną wolną; rośnie wszędzie nie posiana. Poeta to nic innego jak cierpliwy botanik, co wspina się na góry, by ją zrywać. [...] Wczoraj i dziś zrobiliśmy piękny spacer; widziałem ruiny, ruiny, które kochałem w mojej młodości, znane mi już, gdzie przychodziłem często z tymi, których już nie ma. Myślałem znowu o nich i o innych zmarłych, których nie znałem i których puste groby deptałem moimi stopami. Lubię szczególnie roślinność w ruinach: ten najazd przyrody na dzieło człowieka, natychmiast gdy zabraknie  tam. jego   ręki,   by  swego  dzieła   bronić, wzbudza we mnie radość głęboką i bujną. Nowe życie powstaje na śmierci, zasiewa trawę w skamieniałych czaszkach, a na kamieniu, gdzie ktoś z nas wyrył swe marzenie, pojawia się znów Wieczność Zasady Pierwotnej w każdym kwitnieniu żółtych pielgrzanów. Miło  mi  pomyśleć,   że  kiedyś  posłużę  do tego, by dzięki mnie mogły rosnąć tulipany. Kto wie! drzewo, u którego stóp mnie złożą,  da, być może, wyborne owoce: będę, być może, wspaniałym nawozem, guanem wyższego gatunku. [...] 
Gustaw Flaubert, Listy, tłum. Wacław Rogowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1957, s. 50-53.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Odcinek 786: Jan Brzechwa, 1954 rok

List Jana Brzechwy do Antoniego Marianowicza i jego żony

Karwia, 25 sierpnia 1954 roku
Karwia, pocztówka z lat 60.
Karwia jej mać, 25 VIII 1954: Bardzo zdziwiła nas Wasza kartka, gdyż my w pełni rozkoszujemy się pobytem nad morzem. Jest tak ciepło, że futra okazały się całkiem niepotrzebne, a letni deszczyk umila nam życie i pozwala ochłonąć po letnich upałach warszawskich. Nic nie odrywa nas od cudownego obcowania z naturą, bo ani gazety tu nie docierają, ani grą w karty nikt nie zaśmieca sobie umysłu. Brak wszelkich placówek handlowych pozwala odetchnąć od wielkomiejskiego zgiełku, a niedociągnięcia w dostawach żywności zapewniają tak upragniony przez nas ubytek wagi. Liczne kolonie letnie i tłumy matek z dziećmi w wieku przy- i popiersiowym stanowią niewyczerpane źródło natchnienia dla pisarza dziecięcego. Łóżka i sienniki [...] chronią nas przed zniewieściałością i ułatwiają zrozumienie Plutarcha [...] Porywiste wiatry uwolniły naszą miejscowość od plagi much i moli [...] Deszcze dostarczają nam pod dostatkiem wody słodkiej, gdyż woda ze studni przypomina raczej pewną ciecz używaną do analizy. Cieszymy się z całą ludnością naszego kraju, że mamy 500 km morza, wobec czego ten kilometr, z którego nie korzystamy wskutek niepogody, nie ma większego znaczenia.
Antoni Marianowicz, Poeta piszący w niebie wiersze [w:] Akademia pana Brzechwy, red. Antoni Marianowicz, Czytelnik 1984, s. 76.

sobota, 24 sierpnia 2013

Odcinek 785: Tadeusz Boy-Żeleński, 1916 rok

List Tadeusza Boya-Żeleńskiego do Anny Leszczyńskiej

24 sierpnia 1916 roku
Tadeusz Boy-Żeleński, rys. S. Wyspiański.
Moja ty dobra, serdeczna pani Niusiu!
Dostałem pani list, choć z wielkim opóźnieniem, nie ma pani pojęcia, ile mi dobrego zrobił, jak mnie orzeźwił i dodał ochoty do wszystkiego! do tego stopnia, że mi się zaraz wieczór ulągł ordynarny, wesoły wierszyk, bezpośrednio wynikły z tego ucieszenia, chociaż zupełnie odległy tematem! Tak strasznie, strasznie mi miło, że się tak rozumiemy coraz lepiej, tak mi szerzej się oddycha, ach, pani Niusiu, niech pani zawsze dla mnie zachowa te najlepsze struny z siebie, tyle ma pani dokoła materiału ludzkiego na wygranie tych innych, nie ma obawy, żeby miały zardzewieć! Żal mi bardzo, że nie wiem, kiedy panią zobaczę, ale rozumiem, że musi pani tam walczyć — niech mi pani wierzy, że nie ma godziny w dniu, żebym nie pomyślał o pani Niusi, co tam robi (może to niebezpiecznie?! niedyskretnie??!), i bardzo serdecznie w myśli pani łapki na drogę życia nie uścisnął. Może we wrześniu uda się pani wpaść do Krakowa? Dziękuję bardzo za przysłanie felietonu, bardzo lubię wiedzieć, jakie echa coś wywołuje, a tu nie ma żadnej styczności. Jeszcze nawet mam jedną prośbę w tym zakresie. Mianowicie w „Tygodniku Polskim” czy jakimś podobnym piśmie, w każdym razie tym, które redaguje redaktor Simon (to się pani Niusia łatwo dowie które), były podobno dwa felietony z powodu mnie, ale nie wiem o czym. Gdyby pani Niusia przez którego ze swoich galopantów mogła mi je sprokurować, byłbym bardzo wdzięczny. Cieszę się niezmiernie, że projekt Balzaka tak się pani podoba — dla mnie to jest cudowny pisarz, ze wszystkich wielkich francuskich najbardziej dla mnie ludzki — niezmiernie mi się uśmiecha to długie pożycie razem. Robię go w szalonym tempie, z końcem szóstego tygodnia roboty skończę 3-ci tom, w ten sposób aż 25 tomów by na rok wypadło! (oczywiście nie wykończonych, tylko brulionu). [...] Syn mój zakochał się straszliwie w Rabce w jakiejś dziewczynce małej z nogą w gipsie, podobno ją strasznie pielęgnuje, i kiedyś dostałem od niego list: „Błagam Tadzia, żeby mi Tadzio przysłał 4 korony, nie mogę napisać na co, ale może być Tadzio pewny, że na nic złego.” Otóż dowiedziałem się, że te miało być na mszę za wyzdrowienie tej dziewczynki! Wstyd mi za niego, że się pani Niusi sprzeniewierzył, ale cóż! noga w gipsie to potęga! Och, to współczucie!
[...] Ja list wysyłam na Piotrków, pod adresem Rostworowskiego, może tą samą drogą mógłbym mieć wiadomość znów o pani. Tak się cieszę, pani Niusiu, tak się cieszę — już wszystko będzie dobrze zawsze, prawda? Wstyd mi, że pani będzie miała tyle do opowiadania, a ja nic! tak coraz bardziej nałogowo na wewnątrz żyję, że to się w zupełne kalectwo zamieni! Ciągle sobie uprzytamniam w marzeniach tę chwile, jak będziemy sobie siedzieli przy wykwintnej kolacji, to znaczy sznyclu z piwem, i rozmawiali pysznie. Moja droga pani Niuśku, jeszcze raz dziękuję za wszystkie przyjemne i pochlebne rzeczy, jakie mi pani napisała, widzę, że zyskuję, oglądany z daleka, jak freski na starej katedrze! Rękę ściskam pani i masę dobrych słów i życzeń posyłam!
T.
Tadeusz Żeleński „Boy”, Listy, oprac. Barbara Winklowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1972, s. 76–77.

piątek, 23 sierpnia 2013

Odcinek 784: Andrzej Bobkowski, 1940 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

23.8.1940
Andrzej Bobkowski.
Tadzio nawarzył piwa. Rąbałem dziś rano drzewo na obiad, gdy nagle wpada na rowerze zdyszany Tadzio, blady, półprzytomny i wrzeszczy: „Señorita się zabiła, Señorita się zabiła". Okazuje się, że zabrał jednak ze sobą Señoritę nad morze i kiedy zjeżdżali z przełęczy w paśmie wzgórz koło Gruissan, Señorita nie hamowała i wyleciała na tym najgorszym zakręcie na kamienie. Tadzio dyszy: „Panie Be to siła odśrodkowa - pan rozumie? Teraz leży cała we krwi. - Jak jej dotknąłem to już stygła" - jęczy Tadzio. Pędzimy na miejsce wypadku. Rower leży, kałuża krwi, Señorita ulotniła się. Musiał ją ktoś zabrać do szpitala w Narbonne. Pędzimy do Narbonne. Po drodze spotykamy samochód doktora z Gruissan. Mówi nam, że to on odtransportował la jeune fille (żeby on wiedział) stan niegroźny, na tym zakręcie ciągle ktoś się tłucze. Walimy do szpitala. Lekarz widzi, że jesteśmy Polakami (raczej słyszy) i uśmiechnięty, przedstawia się dowcipnie: „Trocki jestem - nie Lew!" Zaprowadził mnie do Señority. Leżała nieprzytomna, połowa twarzy krwawa maska. Trocki powiedział, że musi „się poleżeć" i po opatrunku może wracać do Carcassonne. Niech leży. Tadzio chodził niespokojnie po korytarzu. Wyszliśmy na rum. Wypiłem z nim „na ty". Rozpogodził się prędko i zaczął bajtlować o Opatrzności i że „widocznie tak było zapisane". Opowiedziałem mu, że przed nim już był taki jeden i nazywał się Kubuś Fatalista. Tadzio nauczył się ode mnie zwrotu „może podyskutowalibyśmy na ten temat". Bardzo mu się podoba i okropnie śmieszy. Chichotał i powiedział mi: „Słuchaj, może podyskutowalibyśmy na ten temat". - „Czy na temat Diderota?" - zapytałem. - „Nie, na temat Señority. Szkoda - to dobra robotnica..." - „A ty będziesz płacił za opatrunki - dobrze ci tak!"
 Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 52.