środa, 31 lipca 2013

Odcinek 761: Henryk Sienkiewicz, 1886 rok

List Henryka Sienkiewicza do szwagierki, Jadwigi Janczewskiej

[Kraków]. Sobota, 31 lipca 1886 roku
Nimfa Nefele, mal. Andrew Lang, 1926 r.
Dzinka jest najpoczciwsza i najmilsza z mgieł za to, że napisała. Do odpowiedzi jestem podobno bardzo leniwy, lecz tym razem uczucie wdzięczności wrodzone Czerwonoskórym przemogło, więc zasadzam nowe pióro w białą obsadkę i poczynam od błogosławieństw. Niech wiatry zakopiańskie zostawią Cię w spokoju, o Nefele! niech zimne powiewy nie rozpraszają Twych kształtów, niech zorze nasycą Twą przejrzystość różanym blaskiem, a wieczór niechaj Cię do snu kołysze żabia kapela. Oby nie spotkał Cię nigdy los świętej Perpetuy. Niech najdziksze krowy przypadają do nóg Twoich, a niech natychmiast pobodą wszystkich Twych nieprzyjaciół. Obyś co krok spotykała młodego kota i obyś nigdy nie przyszła z wizytą do Afa-Parku w chwili, gdy w tamtejszej spiżarni nie ma śmietanki. Na tym kończę życzenia, o Nefele!
Wyjeżdżam dziś wieczór do Wiednia, a przez drogę będę się pytał swej duszy ponurej, gdzie mam jechać dalej. I prawdopodobnie Gastein wykreślę z liczby projektów. Mniejsza już z tym, że tam bawi elektor brandenburski K, zbuntowany lennik Rzeczypospolitej, bo od złego towarzystwa można się uchronić — ale to daleko i tej drogi do Salzburga się boję.
W każdym razie napiszę, gdzie będę, a żeś się obrała sekretarzem całego towarzystwa, bądźże i moim — zatem napiszę do wszystkich przez Ciebie — o Nefele!
Pochwalski portret skończył. Czekał tylko na bransoletkę, która nie przyszła dotąd. Dziś przyszli do mnie z Gujskim i zabrali mnie na obiad „Pod Różę". W Sukiennicach spotkałem Twego żebrzącego modela i obsypałem go złotem... austriackim. Wrócisz mi to! Był tu Lubowski, wczoraj wyjechał do Koziebrodzkiego, zaś po drodze w Krakowie zbił sobie potężnie kolano na karuzeli w ogrodzie, do którego zaciągnął go Koźmian. Ja nie mogłem dotrzymywać im kompanii, bo pisałem ciągle i napisałem dużo. Przerwy pewnie nie będzie. Już w następnym rozdziale (X) będzie bitwa pod Prostkami i pogrążenie Bogusława. Za miesiąc skończę niewątpliwie, choćbym miał po rozdziale na dzień pisać, bo nie chcę, by mi cokolwiek w Zakopanem przeszkadzało. Wolę czytywać w hamaku, przy hamaku, w lasach i na dolinach Odyseję... i mieć to poczucie swobody, którego dawno nie zaznałem.
Wjazd do Zakopanego, rys. St. Witkiewicz, 1888 r.
Krótkiej kuracji dopełnię w Jaszczurówce, jeśli termometr pozwoli. Na dobrą sprawę należałoby zaczynać od Jaszczurówki, a kończyć na hydropatii. Życie w Zakopanem miałoby swój dawny wdzięk, ponieważ bawi tam znowu najhumorystyczniejsza mieszanina mgły, apetytu, dystynkcji, ujemnych entuzjazmów, reakcji, kotofilstwa, krowofobii, sympatyczności — artyzmu, słowem: najdziwniejsza z istot, której przymioty — o Nefele! — wprawdzie się ceni, ale przepada się prawdziwie za wadami. —
A teraz jedno skromne pytanie: prawda, jaki jestem miły? Mówię to, widzisz, dlatego, żeby Ci dowieść, że opłaci się do mnie pisać. A odpowiedź zawsze wszystkim przyrzekam. Oj! przypomina mi się, żem nie odpisał Helence, ale za późno! bo musiała już na wieś wyjechać. Odebrałem także kilka listów z Warszawy z redakcji — między innymi od Abakanowicza, który rozpytuje się o Brazylię. Nie pojadę, wolę Wschód i angorskie koty.
Jadwiga Janczewska.
W tej chwili przerwano mi. Przyszedł chłopiec od Tawca i przyniósł mi granatową wojskową kurtę, którą kazałem na wzór białej sobie zrobić. Jestem Żydem, jeśli za pomocą niej nie pogrążę do reszty... panny Józefy. To „do reszty" odnosi się nie do mojej osoby, ale do białej kurtki. Zresztą servus!
Za cztery tygodnie wracam. Po Odysei nastąpi Don Kichote. A czy zaczęłaś tłumaczyć? Weź się do tego, Dzinku, będziesz miała rozrywkę i zrobiemy na współkę arcydzieło przekładu. Zatem do widzenia. A przedtem pamiętaj o mnie i pisuj. Ojca może zobaczę w Wiedniu.
Mateczki ręce całuję. Dzieciom głowy głaszczę. Dembowskim serdeczne pozdrowienie. Bądźże i Ty zdrowa, kochana Dzinko. Przed powrotem zapytam miłego radcy kolejowego, jak wracać, by ominąć Kraków. Good bye, frog! Całuję Twoje ręce.
Henryk Sienkiewicz
Henryk Sienkiewicz, Listy, oprac. Maria Bokszczanin, Państwowy Instytut Wydawniczy 1996, t. II, cz. 1, s. 140-142 .

wtorek, 30 lipca 2013

Odcinek 760: Aleksander Puszkin, 1834 rok

List Aleksandra Puszkina do żony, Natalii

Najpóźniej 30 lipca 1834 r. Z Petersburga do Połotnianego Zawodu
Co to ma znaczyć, żono? Już przeszło tydzień nie dostaję od Ciebie listu. Co z tobą? Gdzie jesteś? W Kałudze czy na wsi? się. Cóż cię tak zajęło i zabawiło? Jakie sukcesy, jakie bale? Czyś przypadkiem nie chora? Niech Cię Bóg ma w swej opiece. A może po prostu chcesz mnie zmusić, bym wcześniej przyjechał? Proszę Cię, żonko, poniechaj tych wojennych forteli, które dręczą mnie nie na żarty o tysiąc wiorst od Ciebie. Przyjadę, gdy tylko zwolni mnie Jakowlew. Moje sprawy posuwają się: drukuję naraz dwa tomy. Nie każ mi z powodu jednego tygodnia zwłoki rzucać wszystkiego, a potem żałować przez rok, jeśli przez dwa albo trzy. Bądź rozsądna. Jestem bardzo zajęty. Pracuję od rana do czwartej i nikogo do siebie nie wpuszczam. Potem zjadam obiad u Dume, gram w klubie w bilard, wracam do domu wcześnie, spodziewając się zastać listy od Ciebie — i co dzień jestem oszukany. Smutno mi, ciężko...

Z księciem Wiaziemskim dogadałem się. Przejmuję jego mieszkanie. Do 10 sierpnia uzbieram dla niego 2500 rubli i każę przenieść manatki, sam zaś wypuszczę się do Ciebie. Tylko patrzeć. Zegnaj, bądźcie mi zdrowi. Całuję Twój portret, z którego spoglądasz, jakbyś coś zawiniła. Pilnuj się...


Aleksander Puszkin, Listy, tłum. Marian Toporowski, Danuta Wawiłow, Państwowy Instytut Wydawniczy 1976, s. 465.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Odcinek 759: Zofia Nałkowska, 1924 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Grodno, 29 lipca 1924 roku

Dziś poznałam osobiście marszałka Piłsudskiego, wobec którego tylko z dala dotąd doznawałam owej sensacji, którą pani Cezaria Ehrenkreutz tak pięknie nazwała „dreszczyk monarchiczny”. Dotąd unikałam tego w zwykłej u mnie obawie przed — powiedzmy: rzeczywistością. Dziś stało się to pod naszym dachem. Z podziwem i przyjemnością patrzyłam na tego człowieka, nie doznając żadnego zawodu. Jest tak obdarzony przez naturę we wszelki urok człowieczy — talent, zapał, dowcip, żywość i wdzięk. Wadą jego, o której przedtem wiedziałam, jest to, że nie nadaje się do żadnej wymiany, że jest człowiekiem monologu, że interlokutor jest mu czymś zupełnie obojętnym. Zapytanie, a nawet powiedzenie przerzuca go tylko na inny tor, na inny temat, ale w niczym nie zmienia stanu rzeczy. Zresztą nie jest to wada, chociaż tę samą właściwość tak bardzo zarzucał Brzozowskiemu Irzykowski. Jest to bowiem wy starczanie sobie, zupełna niezależność od audytorium — rzecz dla mnie na przykład najbardziej niedostępna. Tym się tłomaczy znana jego niewybredność, pogodne akceptowanie lada jakiego otoczenia. — Oprócz podziwu uczuwałam jeszcze sympatię — do tego człowieka, o którym wiele myślałam i bez złudzeń. Zawsze ciekawy jest dla mnie problemat niechęci, jaką dla Piłsudskiego ma Żeromski. Jednak to nie jest przypadkowe. Ci dwa najbardziej utalentowani ludzie w Polsce.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1918–1929, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1980, s. 119–120.

niedziela, 28 lipca 2013

Odcinek 758: Jerzy Zawieyski, 1955 rok

Z dziennika Jerzego Zawieyskiego

28 lipca 1955 roku
Ksiądz Jan Twardowski.
[...] Zaszedłem na Żoliborz do znakomitego poety, ks. Twardowskiego. Czytał mi swoje wiersze, jeden z nich jest mnie dedykowany. Wiersze są zadziwiające prostotą i pięknością. Jest w nich ogromny urok. Są autentyczną poezją, bardzo dojrzałą, swoistą. Odkrywczość treści, wszystko jest nasycone realiami życia kapłańskiego. To właśnie jest nowe i odkrywcze. Twardowski mówi najzwyklejszym słowem o Bogu, mówi tak, jak się modli. Dlatego jego poezja jest jak modlitwa. On także, jak s. Katarzyna, promieniuje swoją świętością. Zetknięcie z nim jest wielkim przeżyciem. Zawsze wychodzę od niego z poczuciem grzechów i win, lecz równocześnie z czymś radosnym, z ufnością wobec Boga. Myślę też zawsze, że pięknie jest być księdzem. Wiele mu zawdzięczam i cieszę się, że i on obdarza mnie sympatią i, jak powiada, uznaniem. Wyjaśnił mi też Ewangelię z ostatniej niedzieli. Bardzo mądrze i trafnie. [...]
Jerzy Zawieyski, Dzienniki, t. 1, Ośrodek KARTA 2011, s. 129.

sobota, 27 lipca 2013

Odcinek 757: Maria Konopnicka, 1883 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 27 lipca 1883 roku
Stryju miły!
Sama, we własnej osobie, przychodzę Cię uściskać dzisiaj, Przyjacielu mój drogi i prawdziwy! Jest to wprawdzie jeszcze przeszłoroczny obrazeczek, ale od tej pory nie było nowego, Przyjmij mnie tam, Stryju miły, w gościnę, na stoliczek, przy którym pracujesz i myślisz. Nie jestem złym towarzyszem. Umiem czuć i milczeć.
Za starania co do Tadeusza serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że chłopiec ten raz już wejdzie na drogę pracy takiej, która by mu przyszłość zapewnić mogła. Tobie to będę zawdzięczała, Stryju drogi, ale Ty wiesz, że i bez tego kochałabym Cię również. Ja już jestem stworzona do kochania takich co są samotni i smutni.
Jak dawno, mój miły Stryju, powróciłeś do kraju? Mnie się zdaje, że to już ćwierć wieku blisko. Ale Ty mi przed oczyma stoisz taki, jakim byłeś tam, daleko. Widziałam wielu powróconych ojczyźnie wygnańców, ale wyobrażeniem, jakie w dziecinnych jeszcze latach wyrobiłam sobie o człowieku tęskniącym za krajem, czystym od śniegów wygnania, noszącym płomień swój głęboko w sercu, aby go wiatr północny nie zdmuchnął – Ty tylko byłeś – i jesteś. Zamyślam się też często o żywocie Twoim i wiem, że on nie może zginąć bez śladu.
Kibitka do przewozu więźniów na dziedzińcu X Pawilonu Cytadeli warszawskiej.
Dwie są przyczyny, dla których gorąco bym Cię widzieć pragnęła: raz, żeby uściskać Cię długo, serdecznie, żebyś poczuł się komuś drogim, miłym bardzo; a po wtóre, żeby się napatrzeć na człowieka, co wycierpiał tyle dla Polski. Chodziły u nas głuche wieści niegdyś, że kiedyście wy w Cytadeli siedzieli, to matki odbierały bieliznę waszą krwawą, ze śladami ran waszych i katowni. Ja jeszcze sypiałam wtedy w takim łóżeczku z poręczami, żebym nie wyleciała na ziemię. Było ono uściełane matczynymi rękami, a jednak spać wtedy nie mogłam i śniły mi się chusty krwawe, Chrystus[ow]ego męczeństwa chusty.
A teraz chodzę czasem pod mury Cytadeli tej, tylko, że nie wiem, gdzie okienko było Twoje i myślę wtedy błyskawicami nienawiści i miłości.
A może ja zasmucam Ciebie? Dziś należy Ci się radość jakaś. Tylko skąd ja jej wezmę, ja, co mam dusze niewesołą też i stroskaną.
Niech Ci ją, radość te, da myśl cicha, spokojna, i bądź błogosławiony w życiu, jako jesteś w sercu moim.
Maria Konopnicka

Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 123–124.

piątek, 26 lipca 2013

Odcinek 756: Mariusz Wilk, 2004 rok

Z dziennika Mariusza Wilka

26 lipca 2004 roku

Oniego.
 Niektórzy z nich to istni mistrzowie sztuki ogrodniczej, na przykład Żenia i Lida Pieczuginowie. Widuję ich całymi dniami przez boczne okna mojej pracowni, niejako więc śledzę ich widzeniem peryferyjnym, skupiając wzrok na ekranie komputera. Może dlatego ich sposób poruszania się po ogrodzie ma dla mnie coś niecoś z magii i trochę z tai chi.
Oboje są na emeryturze i do Kondy przyjeżdżają wczesną wiosną, ledwie ziemia zaczyna tajać, a wyjeżdżają późną jesienią po zbiorze urodzaju. Żenia zajeżdża z Pietią — byłym zięciem, który stał mu się bliższy niż rodzona córka — miesiąc wcześniej. Zwykle w połowie kwietnia. Parę dni piją na umór, dopóki starcza im kasy wydzielonej przez Lidę, potem remontują szklarnię i skrzynie inspektowe, naprawiają parkan i łódkę, stawiają sieci na szczukę, która w tym czasie idzie na tarło (szczupacza ikra... ach, paluszki lizać), około 1 Maja część szczuki sprzedają i piją do Dnia Zwycięstwa, po czym się biorą do kopania ogrodu. Lida w tym czasie gotuje flance w Pietrozawodsku. Kiedy ogród jest już skopany, Żenia z Pietią sprzątają izbę, wywożą do skupu puste butelki i robią za nie ostatnią balangę, rano się golą, Pietia coś spichci i Żenia jedzie po Lidę i flance. Od przyjazdu Żeni z Lidą w ogrodzie u Pieczuginów zaczynają się ogrodnicze misteria.
Od rana do wieczora przesuwają się — w moich oknach — tam i nazad w zwolnionym tempie. Sadzą, milcząc, milczą, pieląc. To okopują, to przerzedzają w skupieniu. Czasami Żenia, chudy jak wahadło, przysiada na progu inspektu i popala biełomora, jakby składał ofiarę z dymu, po czym się pokłania, podnosi i powraca do przerwanego rytmu. Czasami Lida w pół kroku przystaje i szepcząc coś do siebie, przesypuje w dłoni siemię maku, nasiona fasoli lub bób, jakby różaniec przebierała, po czym je ciska, gestem żercy, z rozmachem w ziemię i podejmuje krok. Mam wrażenie, gdy tak zastygają w bezruchu, że to nie oni uprawiają ogród, jeno ogród uprawia ich.
W tym misterium każdy zna swoją rolę i swoje miejsce — bez słów! Pietia, dla przykładu, wypełnia drugorzędne posługi, to kosę ostrzy, to gnój z mleczem miesza, to chwasty pali. A wieczorami podlewają, podlewają, podlewają bez końca.
Nie dziw przeto, że rośnie u nich nad podziw. Głąby kapusty na trzy wieńce bani. Kalafiory do wiadra nie wchodzą. Buraki same z ziemi wyłażą, sokiem nabuzowane. O marchwi lepiej nie mówić, bo sprośne rodzą się skojarzenia. A jak mówisz o ogórkach i kabaczkach, to aby trafniej się wyrazić, zgrubiałych wyrazów używaj, typu — kabaki i ogóry. Koper, szczypior i pietruszka tworzą dżunglę — zaprawdę. Ryży Se-too wygląda w niej jak tygrys zaisty. Szpinak można wziąć za rzewień. Pomidory jak balony, chwilami zdaje się, że się zerwą i ulecą do nieba. Truskawki i poziomki kraśnieją niczym dziewki i aż się proszą o zdjęcie. A kartoszka... Kartoszka obsypała się właśnie białym i liliowym kwieciem.
Wszystko to rośnie na szungitowej glebie (o szungicie innym razem napiszę) podkarmianej dwa razy w roku gnojówką z końskiego nawozu i sfermentowanego mlecza, którą się wystaje niczym ormiański koniak — bez grama chemii. Żadnych pestycydów, żadnych jadów. To naturalna, zdrowa żywność w pełnym tego słowa znaczeniu.
Słowem — nieźle tu żywiemy. 
Mariusz Wilk, Dom nad Oniego, Noir sur Blanc 2006, s. 97-98.

czwartek, 25 lipca 2013

Odcinek 755: Maria de Sévigne, 1689 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Rennes, poniedziałek 25 lipca 1689 roku
[...] Dostałam właśnie Twój list z szesnastego; jest przemiły, prześliczny i przezabawny. Śmiałam się sama do siebie z zakłopotania waszych murarzy i robotników. Lubię ogromnie swobodę i frywolność waszego życia i posiłków, dzięki czemu nie przeszkadza wam byle uderzenie młotka. Mój Boże! Jakże byłabym szczęśliwa mogąc zakosztować choć odrobinę takiego życia, w takim towarzystwie! W każdym razie nic nie jest w stanie odebrać mi nadziei, że znajdę się tam pewnego dnia. A jako że zależy to od woli Boga, modlę się o to i wciąż mam nadzieję. Nie przypuszczałabym nigdy, że masło musi wchodzić w skład waszych miłych posiłków; zupełnie, jakbyście byli w Bretanii. Nie chcą jednak nigdy zapomnieć o przyczynie, która sprawia, że jadasz do woli; nie czujesz bowiem głodu: „Jeść będę do woli, gdyż nie jestem już głodna”; dziękuję Ci za to zdanie. Zapewniam Cię, że bardzo mnie zmęczyły wielkie uczty: „Jadłabym do woli, gdyby nic nie było do jedzenia” — oto moja odpowiedź. Niestety! Daleka jestem od smutku samotności o zmierzchaniu; marzę o tym, by się tam znów znaleźć; wszystko, co czynię, to tylko z rozsądku i przez politykę. Oto i sposób na spędzanie dni w tęsknocie, która mi życie nadzwyczaj przedłuży: Bóg tak chce. Dbać będę o zdrowie w miarą swych możliwości; jestem szczęśliwa, że Ty się zdrowiem cieszysz doskonałym i że stan pana kawalera uległ poprawie. Moje drogie dziecko, całuję Cię i Bogu polecam. [...]
Martwa natura z owocami, mal. Alexander Coosemans, ok. 1660 roku.

Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 350–351.

środa, 24 lipca 2013

Odcinek 754: Irena Curie, 1914 rok

List Ireny Curie do matki, Marii Skłodowskiej-Curie

l’Arcouest, piątek 24 lipca 1914 roku
Moja Miła,
Zacznijmy od rzeczy poważnych.
Dziś rano dostałam Twój list i poszłam do Reine Cadic. U siebie pokoju nie będzie
Irena Curie.
miała, ale może wynająć, bez utrzymania, pokój bardzo blisko nas. Kosztowałby franka dziennie, a na posiłki Andrzej musiałby przychodzić do nas.
Grube buty doskonale mi służą na deszcz; bardzo mi się przydają.
Przed wyjazdem pożyczyłam Maurycemu Kima; może już go przeczytał?
Z funkcją wykładniczą nie mam specjalnych kłopotów, co nie przeszkadza, że w żaden sposób nie mogłam zrozumieć, dlaczego równa się ex, ale teraz już zrozu­miałam. Zrobiłam rachunek przybliżony e wykorzystu­jący 6 wyrazów (co daje 3 cyfry po przecinku) i obliczając błąd stwierdziłam, że 3 cyfry znaczące zgadzają się z tym, co mi podawano jako wartość e.
Z pochodnymi idzie mi dobrze; funkcje odwrotne to cudna rzecz. Natomiast włosy stają mi dęba na myśl o twierdzeniu Rolle’a i o wzorze Taylora. Zdumiewa mnie pewność siebie, z jaką ci panowie wypisują twierdzenia z n,m,p, a potem piszą: uogólnienie; i to uogólnienie ciągnie się przez wiele stron, mimo że już pierwotne twierdzenie wydawało mi się okropnie ogólne.
Dziś rano wiosłowałam z panną Martą (siostrą pani Metin); było bardzo przyjemnie. Pan Seignobos popłynął z nami.
Po południu byłam na „Eglantynie”. Był wiatr i duża fala. Stałam na dziobie, żeby mnie bardziej kołysało, a jeszcze mnie obryzgało na dodatek.
Już bym bardzo chciała, żebyś przyjechała. Jak dotąd w domu było trochę głośno, ale dość przyjemnie. Mam wrażenie, że sytuacja zaczyna przypominać tę, jaka była w Paryżu, kiedy wyjechałaś do Brukseli, to znaczy, że rozmowy robią się coraz głupsze. Twoja obecność na pewno podniesie ich poziom, to jedna z Twoich szczególnych właściwości; jak Ty jesteś, nikt nie plecie za wiele głupstw.
Bardzo bym Cię chciała zobaczyć, moja Kochana. Smutno mi, że nie mogę uściskać Cię co wieczór przed spaniem. Jednak jeżeli czujesz, że powinnaś się leczyć, koniecznie pojedź najpierw na kurację. Sama rozumiesz, że ważniejsze jest, żebyś była zdrowa, niż żebyśmy Cię prędko zobaczyły.
Ewa dużo się uczy. Nie chce robić arytmetyki, ale nie trzeba jej tym męczyć, bo okazuje naprawdę dużo dobrej woli, jeśli chodzi o inne rzeczy, nawet o niemiecki. Myślę, że trzeba jej zostawić wolną rękę, bo gdyby się upierać teraz przy rachunkach, jej zapał do nauki mógłby opaść i byłaby szkoda. Na rachunki przyjdzie pora za parę dni, jak się fantazja odmieni.
Całuję Cię mocno.
Irena
Korespondencja Marii Skłodowskiej-Curie z córką Ireną, 1905–1934. Wybór, tłum. Krystyna Dolatowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1978, s. 52–53

wtorek, 23 lipca 2013

Odcinek 753: Anne Frank 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Piątek, 23 lipca 1943 roku
Bep (Elisabeth) Voskuijl (1919–1983),
jedna z opiekunek mieszkańców Oficyny.
Bep może w tej chwili znowu dostać kilka zeszytów, zwłaszcza żurnali i książek buchalteryjnych przydatnych dla mojej siostry prowadzącej księgowość! Inne zeszyty można kupić, ale nie pytaj jakie ani na jak długo. Zeszyty mają obecnie taki napis: „Sprzedaż bezkartkowa!” Prawie tak, jak wszystko co jest „bezkartkowe”, one też są dziadowskie. Taki kajet składa się z dwunastu stroniczek szarego, krzywo i wąsko liniowanego papieru. Margot zastanawia się, czy nie zrobić kursu kaligrafii; ogromnie jej to doradzałam. Mama w żadnym wypadku nie chce, żebym ja również brała w tym udział, ze względu na moje oczy, ale ja uważam, że to nonsens. Czy będę robić to, czy coś innego, to będzie przecież dokładnie to samo.
Jako że jeszcze nigdy nie przeżyłaś wojny, Kitty, i pomimo mych listów mało jednak jeszcze wiesz o ukrywaniu się, opowiem Ci żartem, co będzie pierwszym życzeniem naszej ósemki, gdy znowu kiedyś wyjdziemy na zewnątrz.
Margot i pan van Daan najbardziej życzą sobie gorącej kąpieli po szyję i chcą w niej pozostawać dłużej niż pół godziny. Pani van Daan najchętniej zjadłaby natychmiast torcik, Dussel świata nie widzi poza swoją Charlotte, mama poza swoją filiżanką kawy. Tata pójdzie do pana Voskuijla, Peter do miasta i do kina, a ja z błogości nie wiedziałabym od czego zacząć. Najbardziej tęsknię do własnego mieszkania, swobodnego ruchu, a w końcu znowu do pomocy przy pracy, a więc do szkoły!
Bep zaoferowała nam owoce. Kosztują „drobnostkę”. Winogrona 5 guldenów za kilogram, agrest 70 centów za funt, 1 brzoskwinia 50 centów, kilogramowy melon 1 guldena 50 centów. A potem byczymi literami piszą co wieczór w gazetach: „Podbijanie ceny jest lichwą!”
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 96–97.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Odcinek 752: Tadeusz Breza, 1957 rok

Ze „Spiżowej Bramy” Tadeusza Brezy

Rzym, 22 lipca 1957 r.
Kiedy byłem czeladnikiem pióra, śmierć szambelana Brahe z powieści Malte Rilkego najczęściej nawiedzała moją pamięć, ilekroć myślałem o śmierci. Po latach ze śmierci szambelana nic mi nie pozostało, nic w nerwach, nic w sercu, w głowie tylko niejasne strzępy z książki, z której pochodziła ta śmierć, z powieści Malte. Inna śmierć zajęła jej miejsce. Śmierć Jerzego Strzemię-Janowskiego, po kolei: dziedzica małopolskiego, bałaguły, koniarza, bankruta, korektora w „Kurierze Porannym”, autora prześlicznych „Karmazynów i żulików”, a na koniec męczennika, który pół roku konał na raka. Kiedy pewne było, że to rak, Janowski przeniósł się ze swego malutkiego mieszkanka, gdzie mieszkał z ostatnią swoją żoną, hr. Mussin-Puszkin, do mieszkania Marii Jehanne Wielopolskiej, dawniejszej swojej żony.
Janowski rozwiódł się z Wielopolską na dobre dziesięć lat przedtem. Kiedy odchodził,
Maria Jehanne Wielopolska.
nie było miedzy nimi goryczy. Kiedy powracał do mieszkania Wielopolskiej, dla ludzi mogło to być dziwne, dla nich było proste, tak jak gdyby po latach ochłodzonych stosunków chory brat znajdował opiekę pod dachem siostry. Była tam zresztą u Wielopolskiej stara niania Janowskiego. Została przy Wielopolskiej, nie pamiętam dlaczego. Teraz we trzy na przemian czuwały u jego wezgłowia. Najstarsza niania, Wielopolska dziesięć lat starsza od Janowskiego i p. Mussin-Puszkin dziesięć lat młodsza.
Janowski był moim kolegą w „Kurierze”, Wielopolska – ciotką. Zaglądałem do nich często. Panie chudły z troski i nieprzespania. To było w granicach rzeczy naturalnych, zwykłych. Przerażający był, nie do zapomnienia, Janowski, który malał. Ręce jego się redukowały, szyja, piersi, głowa. Serce mi się ściskało. Nie bytem w stanie patrzeć. Ten człowiek żywy jak skra, zgrabny, gibki, obrotny, wariacki utracjusz, szastający pieniędzmi i energią, tkwił teraz, on nie on, nieruchomy, wetknięty w poduszki, mrugający od czasu do czasu oczami, przełykający od czasu do czasu ślinę jako cały przejaw życia.
Rak, cierpienia, silne środki uśmierzające ból nadwerężały jego pamięć. Nie poznawał. Pamiętam uśmiech Wielopolskiej, kiedy mi zakomunikowała, że nie poznaje Mussin-Puszkin. „Teraz już jej nigdy nie poznaje.” Ją poznawał, Wielopolską poznawał, swoją prawdziwą żonę, bo pani Mussin-Puszkin to była tylko „jego pani, z którą mieszkał”. Ale przyszedł moment, kiedy i Wielopolską przestał poznawać. Poznawał tylko starą nianię. A kiedy przestał wiedzieć, kto się nad nim pochyla, kiedy się pochylała ona, przyszła śmierć.

Tadeusz Breza, Spiżowa Brama, Warszawa 1966, s. 246–247.

niedziela, 21 lipca 2013

Odcinek 751: Aniela Zagórska, 1937 rok

List Anieli Zagórskiej do Marii Dąbrowskiej

Sarnów, 21 lipca 1937 roku
Aniela Zagórska z kuzynem, Josephem Conradem.
Maryjko najmilsza — to uroczy dar, ten Twój list, zupełnie cząsteczka Ciebie, doznałam na chwilę wrażenia Twojej obecności. Jestem zupełnie „wyprana" z talentu epistolarnego i aż mi przykro na Twój cudny list odpisywać „piórem" tak arcypospolitym. Ale na to nie ma rady — wybacz!
Cieszę się serdecznie, że Truskawiec obojgu Państwu służy (tfu, tfu, na psa urok) pomimo Twojej przejściowej gorączki. Dokąd Państwo potem się wybierają? Wyobrażam sobie, jak wszyscy aborygeni (sic!) Truskawca (i nie aborygeni) naokoło Państwa obojga tańczą i zazdroszczę im, że mają do tego sposobność.
Pisała mi Pani Ujejska, że Państwo oboje dzięki Bogu dobrze wyglądają, a Maryjka maksymalnie na lat szesnaście.
Niech Pani sobie wyobrazi, że jeszcze nie czytałam O cenę absolutu, bo mózg mój funkcjonuje jeszcze fatalnie, a o ile funkcjonuje, to piłuję Agenta, który jeszcze nie dojrzał. [...]
Będę początkiem września w Warsz[awie]. Może do widzenia? Ale marzę, żeby Państwo drodzy pojechali do Jugosławii! Co daj Boże, amen. Ściskam Maryjkę bardzo mocno. Panu Stanisławowi pozdrowienie najserdeczniejsze!
A. Z.

Maria Dąbrowska i Stanisław Stempowski
w Truskawcu w 1937 r.

Maria Dąbrowska, Szkice o Conradzie, Czytelnik 1974, s. 233.