sobota, 29 czerwca 2013

Odcinek 729: Salvador Dali, 1952 rok

Z dziennika Salvadora Dalego

29 czerwca 1952 roku
Dzięki Bogu! – obecnie śpię i maluję lepiej i z większym zadowoleniem niż zazwyczaj.
Galatea sferyczna, mal. Salvador Dali, 1952 r.
Muszę jednak pamiętać, by nie doprowadzać do powstawania pęknięć, które zdają się tworzyć w kącikach ust, co jest nieuchronną fizyczną konsekwencją nagromadzonej tam śliny, a to na skutek rozkoszy, jakiej doznaję dzięki dwu czynnościom, w których bogowie znajdują odprężenie: spaniu i malowaniu. Tak... Kiedy śpię i maluję, cieknie mi ślina rozkoszy. Oczywiście szybkim lub leniwym ruchem dłoni mógłbym ją wytrzeć podczas któregoś z mych niebiańskich przebudzeń lub którejś z moich niemniej boskich przerw w pracy, ale fizjologiczne oraz intelektualne przyjemności pochłaniają mnie do tego stopnia, że nie robię tego! Oto dylemat moralny, którego jak dotąd nie rozstrzygnąłem. Czy pozwolić na to, aby moje rozkoszne pęknięcia uwydatniały się coraz bardziej, czy też zmusić się do wycierania śliny odpowiednio wcześnie? Na razie, czekając na odpowiedź, opracowałem nową metodę na sen; metodę, która winna znaleźć się kiedyś w antologii moich wynalazków. Na ogół ludzie biorą środki nasenne, kiedy mają problemy ze spaniem. Ja zaś postępuje dokładnie na odwrót. Otóż w okresie gdy sen mój staje się maksymalnie regularny, osiągając stan roślinnego paroksyzmu, postanawiam sięgać po pigułki nasenne, co czynię z niejaką kokieterią. Mogę wówczas naprawdę powiedzieć, nie widząc w tym nawet cienia metafory, że śpię jak suseł, by obudzić się całkowicie odmłodzony, czując, jak z mego błyskotliwego umysłu emanuje niezmordowanie nowa energia, stanowiąca zalążek najbardziej urokliwych pomysłów. Przytrafiło mi się to właśnie dziś rano, gdyż wczoraj wieczorem zażyłem pigułkę, aby przepełniła się czara mojej obecnej równowagi duchowej. Jakież to było przebudzenie! – o jedenastej trzydzieści, na tarasie pod bezchmurnym niebem spożywałem kawę z mlekiem i słoneczny miód, przy czym nie przeszkadzała mi najmniejsza nawet erekcja!
Odbywałem sjestę od drugiej trzydzieści do piątej, a pigułka z poprzedniej nocy w dalszym ciągu przepełniała czarę i toczyła ślinę, ponieważ kiedy otworzyłem oczy, odkrywając zmoczoną poduszkę, doszedłem do wniosku, że musiałem obficie się ślinić.
– Nie! – powiedziałem sobie twardo – dziś jeszcze nie zaczniesz się wycierać; dopiero w niedzielę! Tym bardziej, jeśli postanowisz, że te tworzące się ranki mają być ostatnie. Do tego czasu powinny stać się jeszcze wyraźniejsze, abyś mógł rozkoszować się tą biologiczną pomyłką, badając w warunkach naturalnych wszystkie tego implikacje. [...]
Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, L&L 2002, s. 33–34.

piątek, 28 czerwca 2013

Odcinek 728: Jelena Koczyna, 1941 rok

Z dziennika Jeleny Koczyny z czasu blokady Leningradu

28 czerwca 1941 roku
Newski Prospekt w Leningradzie, czerwiec 1941 roku.
Dzień w dzień Niemcy łykają po kawałku naszego terytorium: po 30-40 kilometrów. Kto wie, czy takie porcje nie wywołają niestrawności.
Szpiegomania, jak infekcja, zaraziła wszystkich bez wyjątku. Wczoraj na rynku wczepiła się we mnie starowinka przypominająca płastugę w przeciwdeszczowym płaszczu.
- Widziała pani? Pewnikiem szpieg! - zagadała i machnęła króciutką rączką w kierunku jakiegoś przechodnia.
- ???
- Spodnie i marynarkę ma różnego koloru. 
Roześmiałam się. 
- I wąsy jakby przyklejone! - utkwiła we mnie gniewne, blisko osadzone oczy.
- Daruje pani... - szarpnęłam się.
Nie puszczała. Podreptała za mną, po czym po kilku krokach odpadła. Ale... i mnie się wydaje, że jest wielu takich, których należałoby mieć na oku.
Jelena Koczyna, Olga Bergholc, Lidia Ginzburg, Oblężone, Dom Wydawniczy PWN 2013, s. 17.

czwartek, 27 czerwca 2013

Odcinek 727: Ellen Terry, 1899 rok

List Ellen Terry do George’a Bernarda Shaw

27 czerwca 1899 roku
Dajemy „zgodnie z kontraktem” sto przedstawień w Lyceum, czyli będziemy zajęci mniej więcej do pierwszego tygodnia sierpnia. A potem urlop! (bogom niech będą dzięki!) Zaczynam znów grać na prowincji od 11 września do piątku 9 października. Nazajutrz (w sobotę) wyruszamy do Ameryki, skąd powrót w połowie marca.
Tak czy inaczej, chcę przeczytać pierwszy akt Czarownicy z Atlasu, jak tylko da się go odcyfrować. Nie będę już pisała nudnych listów w tej sprawie. Ale proszę pamiętać,
Ellen
[...] Kupiłam domek tuż za Robin Hood Gate, w Kingston Vale. Ładny tani domek, „wszystko razem” 265 funtów. Będę musiała wydać jeszcze trochę na naprawę kanalizacji, ale żadnych kosztownych sprzętów w środku, tylko bardzo wygodne łóżka. Wszystko inne z drzewa, a zasłony perkalowe. A kiedy sama nie będę mogła tam jeździć, poślę dwie biedne dziewczyny czy kobiety z teatru, co będzie zbawienne dla ich ciała i ducha. Jest tam maleńki ogród, a z ogrodu cudownie spokojny widok na prywatną część Richmond Park.

Richmond Park, mal. Thomas Rowlandson, pocz. XIX wieku.
Listy Ellen Terry i Bernarda Shaw, oprac. Christopher St. John, tłum. Krystyna Tarnowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 355–356.

środa, 26 czerwca 2013

Odcinek 726: Leopold Staff, 1900 rok

List Leopolda Staffa do Ostapa Ortwina

Lwów. 26 czerwca 1900 roku
Leopold Staff.
Nuże! kochany chłopie! trzeba zebrać porządnie duszę w garść i za kark psią krew melancholię. Człowiek widzi, że to życie — od którego się tyle i tak niezwykłych rzeczy żąda i wymaga, a kiedy mu ani w myśli ziszczać je, zaczyna się kląć i chmurzyć, i pluć — że to życie przecie samo dla siebie jest dość ładnym i pożądanym celem. Niech sobie Leconte de Lisle psioczy, że „męka myślenia i hańba, żeś człowiek", jest jedynym Twoim udziałem. Psiakrew, bresze sobaka, wierzaj mi! Mam przykład na Mieciu [Wierzchleyskim], który też należy do gromady „życiopluj melancholijny pospolity", a teraz przecie widzi, że trzeba się tylko z innego punktu patrzeć, żeby to najgorsze w nieco różowszych wydawało się barwach. Już to dalibóg niezbyt wielką konsekwencją odznacza się nasza filozofia! Nauczyliśmy się za starym durniem Diogenesem powtarzać, że suma szczęścia zwiększa się z rosnącym brakiem potrzeb. A wiesz, jak wygląda nasze życie? Oto jest to list pięknie zaadresowany, który ma iść tysiące, tysiące mil; naturalnie trzeba go ofrankować. Więc nalepiamy marki, marki i marki, że w końcu list tak zalepiony markami, że nie widać adresu. Taki list może iść wszędzie, bo ma tyle marek, że mu na Marsa wystarczy, ale właśnie dlatego nie może iść nigdzie. Choć zdaje ini się, że w tej przypowieści powiedziałem największe głupstwo. Do stu diabłów, to banalne, ale prawdziwe, że człowiek ma w sobie wszystko. Im więcej aspiracji i żądań, tym więcej sposobów do wydobycia największych skarbów i szczęścia: wierz mi, Diogenes był najgłupszym z filozofów, jak mój dzisiejszy list jest najgłupszym z listów.

Poldek
[Dopisek I] O życiu Mięcia rozstrzygnie czwartek. Dotychczas groźny stan nie zmieniony.
[Dopisek II] Wkrótce napiszę ci porządny list. —
Leopold Staff, W kręgu literackich przyjaźni. Listy, oprac. Jadwiga Czachowska, Irena Maciejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1966, s. 44-45.

wtorek, 25 czerwca 2013

Odcinek 725: Lucy Maud Montgomery, 1909 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Sobota, 25 czerwca 1909 roku. Cavendish, W. Ks. Edwarda

Dzisiaj musiałam pójść na próbę chóru. Uczęszczam na próby od sześciu łat i
Lucy Maud Montgomery, ok. 1900 r.
chyba jeszcze nikomu się nie skarżyłam. Teraz jednak
muszę trochę ponarzekać, a tym samym oczyścić organizm z tych sześciu lat.

Próby chóru należą do moich najbardziej przykrych obowiązków. Przed sześciu laty musiałam zastąpić organistkę, która wyjechała. Powtarzam: musiałam. W naszym kościele nie było wówczas nikogo, kto by potrafił grać na organach i choć zajęcie to budziło we mnie silną niechęć, uległam w końcu namowom pastora i chóru.
Nigdy nie lubiłam tego zajęcia. Nie jestem uzdolniona muzycznie i czuję się jak piąte koło u wozu. Wprawdzie granie prostych hymnów i psalmów w niedziele nie wymaga wielkiego talentu i nie to budzi we mnie niechęć. Nie lubię prób chóru. Niektóre jego członkinie nie żywią wobec mnie przyjaznych uczuć i zawsze panuje niemiła atmosfera. Nie żywią również przyjaznych uczuć wobec siebie nawzajem i nieustannie się obrażają. Zimą muszę przemierzać samotnie długą drogę, by dotrzeć na próbę. Tak, nie znoszę ich. O każdym następnym wieczorze myślę z odrazą. Można być niemal pewnym, że wynikną jakieś przykrości. Dzisiejszy wieczór był szczególnie niemiły. „Tot”, córka wuja Johna, zuchwała, źle wychowana dziewczyna, której z uzasadnionych przyczyn nikt w chórze nie lubi, jak zwykle zakłócała pracę i denerwowała wszystkich.

Lucy Maud Montgomery, Pamiętniki 1898–1910. Uwięziona dusza, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 204.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Odcinek 724: Samuel Pepys, 1664 rok

Z dziennika Samuela Pepysa

24 czerwca 1664 roku
Portret króla Karola II, mal. Thomas
Hawker, 1680 rok.
Pan Pierce, chirurg, pokazał mi dziś sypialnię Królowej i jej przyboczną komnatę, gdzie nie ma nic okrom kilku dobrych pobożnych obrazów i książek do nabożeństwa; a przy łóżku, jak śpi, to ma wodę święconą i zegar z lampą we środku, która jej w ciemności pokazuje czas o każdej godzinie nocy. Potem zaprowadził mnie do komnaty Króla, gdziem widział taką mnogość i rozmaitość malowideł i innych rzeczy bardzo rzadkiej wartości, żem był po prostu stropiony i nie zaznałem żadnej uciechy z ich oglądania; co mi się pierwszy raz przytrafiło, żebym tak był bez uciechy pośród obfitości rzeczy mogących jej dostarczyć.

Samuel Pepys, Dziennik, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 433–434.

niedziela, 23 czerwca 2013

Odcinek 723: Józef Czapski, 1965 rok

Z dziennika Józefa Czapskiego

Środa, 23 VI 1965 roku
Józef Czapski.
Duże płótno, białe lilie, wielki bukiet w ciemnym wazonie na wiśniowo-czarnej pokrywie pluszowej. Cały dzień. Tak jak dziś trzeba by malować co dzień, wtedy można by dojść do prac zrealizowanych, a nie tylko zamierzonych i zarwanych w drodze. (Delacroix pono malował zawsze osiem godzin dziennie). Pod koniec dnia parę położeń za gęstych, nie tak całościowych, i już niebezpieczeństwo, że mogę zepsuć wszystko. Ale i to nie dramat, jeżeli tak trzeba, jeżeli i to będzie porażka, gorzej, jeżeli rezultat dany jest ci droższy niż krok naprzód w świadomości. Trzeba iść dalej z całą bezwzględnością, płótno musi być do końca en peril de mort, zagrożone śmiercią — inaczej to już szlifowanie i zatrzymanie. Ile Cezanne swych płócien rzucał w trawę czy na drogę, wracając z pejzażu, ile jego syn pociął nożyczkami, jak to, które posiadał Vollard z wykrojonymi przez syna okienkami namalowanego domu, ile obrazów zniszczył Soutine (wykupywał je nawet, by niszczyć). My teraz nad tym płaczemy, ale czy bez tej potrzeby bezwzględnej w sobie, posuwania się wciąż dalej poprzez nieustanne ofiary — Cezanne, Soutine zdobyliby tę qualite jedyną ich płócien i ten ładunek, który nas żywi.
Gaxotte w „Figaro" z 22 czerwca o Journal des Goncourt; wspomina o tym, że w 1895 nie ma tam wzmianki o pierwszym kinematografie, Goncourt nie zauważył epokowego wydarzenia tamtego roku. Gaxotte dodaje: „Doszedł do wieku, gdzie nie lubimy, by nam przeszkadzano w naszych myślowych przyzwyczajeniach". Czy tego trzeba się tak wystrzegać, wystrzegać jak wszelkiej rutyny myślowej? Ale to może także chronić, przed gonieniem za nowinkami, nieustannym przesiadaniem się z konia na konia, z uczuciem, że przez to zajedziemy dalej. Ile czasu zabiera to przesiadanie się i poznawanie nowego konia. Nawet późny Manet, porwany przez impresjonizm młodszych od siebie malarzy, nie był lepszy od Maneta hiszpańskiego (Umarły torreador) o mocnych, konsekwentnych (potem rozsypujących się) walorach i aksamitnych (potem porzuconych) czerniach. Ten sam impresjonizm odkrył van Goghowi cały świat barwy, jego świat. [...]
Józef Czapski, Wyrwane strony, Fundacja Zeszytów Literackich 2010, s. 67-69.

sobota, 22 czerwca 2013

Odcinek 722: David Herbert Lawrence, 1922 rok

List Davida Herberta Lawrence’a do Catherine Carswell

Wyewurk, Thirroul, Nowa Walia, Australia, 22 czerwca 1922 roku
Kochana Catherine:

[...] Jeżeli chcesz przekonać się, jak z „zasad” społecznego życia nic nie
Aborygen z dzieckiem, 1922 rok.
zostaje, wybierz się do Australii. To naprawdę niesamowite miejsce. W myśl ogólnie przyjętych pojęć pod względem społecznym w ogóle się nie liczy. Żyj szczęśliwie, nie przejmuj się niczym, jesteśmy w Australii. A równocześnie brak tu niejako życia wewnętrznego, a jest po prostu całkowita obojętność, płynięcie z prądem. Dziwna, urzekająca obojętność, jakaś wręcz fizyczna niewrażliwość na to, co nazywamy duszą lub umysłem. Wywiera to naprawdę niesamowite wrażenie. A przy tym ten kraj ma jakiś swoisty prymitywny czar. Kiedy się do niego trochę przyzwyczaić, wydaje się taki stary, jak gdyby ominął go wielki rozdział semicko-egipsko-indoeuropejskiej historii i trwał w erze karbonu, w epoce wielkich paproci i mchów. Nie uzyskał jeszcze świadomości — żadnej — jest za daleko cofnięty w czasie. Wywiera bardzo dziwny wpływ. Często nienawidzę go jak trucizny, a potem znowu mnie urzeka i udziela mi się nastrój panującej w nim obojętności. Nie potrafię tego wytłumaczyć: jest to tak, jak gdybym cofnął się w czasie nieomal do królestwa roślin, zanim jeszcze powstały dusze, umysły i psychika — jak gdyby wokoło mnie istniał tylko żywy, dynamiczny organizm z niesamowitą, tajemniczą twarzą.
Zabudowania w Victoria River Downs, 1922 rok.

Mieszkamy w bardzo przyjemnym bungalow, w którym jest jeden ogromny pokój i trzy małe sypialnie, oprócz tego kuchnia i pralnia. Przed domem mały trawnik, za nim niska porośnięta krzakami skała, niewiele wyższa od brzegu rzeki, a dalej piasek i morze. Pacyfik jest piękny, ale zazwyczaj przeraźliwie, ogłuszająco hałaśliwy. Dziś pierwszy raz fale pluszcza łagodnie, zamiast przewalać się z hukiem. Kąpiemy się w zupełnej samotności, a potem biegniemy do domu i stajemy pod prysznicem, żeby spłukać z siebie bardzo morską wodę. Dom kosztuje 30 szylingów tygodniowo, a życie mniej więcej to samo co w Anglii, tylko mięso jest tanie.
Chcemy wypłynąć stąd 10 sierpnia przez Wellington i Tahiti do San Francisco, gdzie wylądujemy 4 września. Potem pojedziemy do Taosu. Pisz do mnie na adres: Pani Mabel Dodge Sterne, Taos, Nowy Meksyk, USA. Piszę tu powieść, napisałem już połowę. Dziwna powieść, w której nic się nie dzieje, ale mnóstwo rzeczy mogłoby się zdarzyć: akcja toczy się w Australii. Frieda uwielbia ten kraj. Pozostając jednak w pięknej Australii, zerwałbym na zawsze ze światem. Chcę go — świat — jeszcze raz objechać wokoło i jeśli znów tu dotrę, zostanę na zawsze. Mam nadzieję, że Twój synek dobrze się, chowa, Don kwitnie, a Ty jesteś szczęśliwa, jak tylko to jest możliwe.
D.H. Lawrence, Listy, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 244–245. Zdjęcia ze strony: http://www.nma.gov.au/exhibitions/expedition_photographs_h_basedow_1903_1928/1922_expedition?result_6095_result_page=1#slideshow-gallery


piątek, 21 czerwca 2013

Odcinek 721: Krystyna Kofta, 1983 rok

Z dziennika Krystyny Kofty
poniedziałek, 21 czerwca 1982 roku
Ciągle słyszę gasnący głos mojej siostry. W każdej godzinie o niej myślę, jakby tą ciągłą pamięcią można było utrzymać ją przy życiu.
Z Wawrzynem na Bazarze Różyckiego. Tam można się napatrzeć. Zrobiliśmy wielkie zakupy. Mam teraz obsesyjne lęki, że zabraknie jedzenia i Wawrzyn będzie głodny albo że nie będziemy mieli pieniędzy, żeby kupić mu owoce. Ładuję w niego i w nas także, jakby na zapas. Kupiliśmy koszyk truskawek tak piękny, jakby nie było stanu wojennego. Tak samo zresztą, bez wiedzy o tym rozwija się moja róża posadzona w ogrodzie.

Milicyjna kontrola na Bazarze Różyckiego.
Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1979–1989, W.A.B. 2006, s. 171.

czwartek, 20 czerwca 2013

Odcinek 720: Danuta Suchorowska-Śliwińska, 1983 rok


Z dziennika Danuty Suchorowskiej-Śliwińskiej

20 czerwca 1983 roku
Rano jadę taksówką do Łęgu, uprzedzona. Sama z kolei uprzedzam taksówkarza, co za chwilę
zobaczymy. I rzeczywiście. Wspaniała dekoracja! Z wyższego komina dumnie powiewa wielki sztandar „Solidarności”, niżej na frontonie gmachu, oprócz naszych symboli, duży obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Przez kilka minut zachwycam się, zachwycamy się oboje z taksówkarzem, po czym wracamy z powrotem. W domu siadam do maszyny i piszę, poprawiam. Po południu wychodzę z domu kupić taśmę do maszyny, robi się gorąco. Kiedy wracam, widzę w oknie głowę wyglądającego na ulicę pana K[azimierza Kędzierskiego] – sąsiada. Woła do mnie, że jacyś panowie na mnie czekają. Czuję lekki niepokój, więc patrzę na niego pytająco. On na to, że wszystko w porządku. Wchodzę do bramy, a wtedy słyszę: Troskliwego ma pani sąsiada – to ten najmłodszy z trójki, z grudnia 1981 roku. Pokazują legitymację. Przyszliśmy do pani po kopiarkę. Idziemy na górę. Tłumaczę, że jej nie mam, że komuś odstąpiłam, nawet nie wiem komu, przypadkowemu człowiekowi. Naturalnie, nie wierzą. U kogo jest, kto na niej pracuje? O, pani też tutaj pracuje. Zobaczmy, co to. Widzę, że to nie przelewki. Jak mogłam nie pomyśleć, że mogą mnie odwiedzić i teraz mogę stracić swoją pracę. Ze ściśniętym sercem decyduję się powiedzieć, gdzie jest kopiarka. Liczę na to, że oni („Kingowie” [Krystyna Załuska i Andrzej Zauski]) mają dom czysty. Zabierają maszynę do pisania i maszynopisy, jedziemy tam. Umieram ze strachu i ze wstydu, że oto przyprowadzam ubeków do domu przyjaciół.
Otwiera nam drzwi uśmiechnięty „King”. Za chwilę uśmiech na jego twarzy gaśnie. Pani „Kingowa” spokojnie mówi: O, tutaj jest kopiarka. Nieruszana od tamtego dnia i w tej samej torbie. Chwała Bogu, że jeszcze nie u kogoś. Zabierają mnie, ich dopiero potem (dowiem się później), czuję się okropnie. Znów jestem na znajomym mi dziesiątym piętrze, z okna widok na Łęg. Mój opiekun – o zgrozo! – wie wszystko, co się działo na zebraniu w sobotę w Filharmonii. Pyta o wyjazdy, interesuje się, co ja robię, kiedy orkiestra wyjeżdża beze mnie. Pociesza się wyraźnie, kiedy mówię, że wtedy mniej zarabiam, że tracę finansowo. I szereg pytań: z kim się kontaktuję z PWM, nawiązując do grudnia i wspólnego zebrania. Dużo się na panią nazbierało – mówi. – 10 i 11 listopada to pani organizowała uroczystości w Filharmonii. Potem zastanawia się na temat moich poglądów: Czy pani źle się tu żyje? Jak wy sobie wyobrażacie ustrój, trzeba być realistą. Z kim z zarządu „Solidarności” się pani kontaktuje? Potem przegląda mój maszynopis, robi uwagę, że to przygotowanie do wydania i że za to grozi 3 do 5 lat więzienia. Wreszcie trafia na porównanie napisów nad bramami w Rawiczu i Oświęcimiu, łapie się za głowę i krzyczy: Przecież to oburzające, co pani tutaj wypisuje. Jak pani może porównywać te dwie sprawy! Nic nie odpowiadam, milczę, bo czuję taką ścianę między nami, której nikt by nie potrafił sforsować. Poza tym modlę się w duchu gorąco, żeby mi oddał maszynopis. Tak, odda mi, nie będzie trzymał takich bzdur, ale najpierw muszę podpisać zobowiązanie, że nie będę tego rozpowszechniać. No cóż. Już mam pokusę, żeby nie podpisać, bo a nuż znajdzie się trzeci egzemplarz, ale wiem, że trudno na to liczyć, już dość się nauganiałam zanim znalazł się ten. Podpisuję więc. Wypytuje mnie jeszcze o córkę i zięcia i łaskawie oświadcza, że mnie odwiozą. Maszynę (długo bierze z niej próbki) i maszynopis oddaje. Schodzimy w dół, do wozu razem ze mną ładuje się ich czterech. Dwóch z nich wygląda bardzo sympatycznie, dwaj pozostali mają zakazane gęby. Wkrótce jestem w domu. Po jakimś czasie dzwonek do drzwi. To „Kinga” z synem, oddycham z ulgą. Powiedziano im, że Suchorowska zatrzymana została na jakimś zebraniu, że jest w organizacji szychą (?), więc niech mówią o mnie, co wiedzą. Na to „Kinga” zaczęła wygłaszać hymny pochwalne na moją cześć, jaka to ze mnie wspaniała kobieta i Polka... „Kinga” zmusili do podpisania lojalki (łagodnej), bo inaczej zatrzymany zostanie na 48 godzin i wtedy żegnaj Papieżu w Krakowie. Wstyd mi było okropnie, że ich na to wszystko naraziłam (w domu nie mieli nic trefnego, tak jak przypuszczałam). Oni bardzo serdeczni dla mnie, nie mają mi za złe. Nie ma co już o tym mówić – mówi „King”: Powoli się uspokajam, pijemy herbatę. Odchodzą, a przychodzi Jadzia i Olek [Rogoda]. Jadę z nimi do ich domu, żeby spisać wrażenia Olka. Tyle czasu dzisiaj przecież straciłam!

Danuta Suchorowska-Śliwińska, Dziennik z lat 1981–1985, czyli z zakonspirowanych zapisków solidarnościówki, Warszawa 2011, s. 250–252.

środa, 19 czerwca 2013

Odcinek 719: Andrzej Bobkowski, 1948 rok

List Andrzeja Bobkowskiego do matki

19 czerwca 1948 roku
Andrzej Bobkowski  z żoną.
Kochana moja, jedyna Kiciuniu!
Piszę ten list na trzy godziny przed odjazdem do Cannes, skąd odpływamy 24 bm. Już wszystko popakowane, część rzeczy już nadana na bagaż; już pożegnaliśmy się z wszystkimi. Pokój jest [zarzucony papierami?], puste półki - i szafy - stoją tylko podręczne walizki. Zaczął padać deszcz i dzień jest szary. Usiadłem, aby pożegnać się z Tobą tu, gdzie przez tyle lat krążyłaś, niewidzialna, obok tych wszystkich dobrych ludzi, z którymi tak trudno mi było się żegnać. I Ty tu żyłaś - teraz jedziesz ze mną gdzie indziej. Dopiero, kiedy naprawdę nadeszła godzina odjazdu, zdaję sobie sprawę, jak mimo wszystko ciężko było mi rzucać ten kawał życia, kawał życia najbardziej ważny dla mnie. Bo co tu dużo gadać: ma formation d'homme s'est faite ici - jak to się dobrze określa po francusku. Przyjechałem tu mając 26 lat - wyjeżdżam, mając dobre 34. Z młodzieńca, głupiego i naiwnego, nierozgarniętego, kulturalnie ledwie ociosanego, stałem się tu mężczyzną, człowiekiem. Wrosłem w tę Francję całą duszą, każdym nerwem. Ona oszlifowała i wykończyła we mnie wszystko to, co wyniosłem z domu dzięki Tobie i Tatkusiowi. Ta Europa, którą Wy mnie daliście w wychowaniu, tu znalazła ziemię i rozkwitła. Nie wstydzę się powiedzieć, że pokochałem ten kraj całą duszą. Bezinteresownie i szczodrze dał mi mnóstwo. Czuję to właśnie teraz, kiedy już wyjeżdżam. Nie mów tego innym, bo nie zrozumieją, ale Tobie mogę powiedzieć śmiało, że jest ta Francja dla mnie drugą ojczyzną. Nie pisałem do Ciebie ostatnio, bo po Twojej kartce oczekiwałem listu. Jakoś nie przyszedł. Tymczasem ja miałem już wyjazd w głowie i nowe rzeczy do załatwienia z monstrualnym pakowaniem włącznie. Trochę mi ciężko opuścić ten hotel bez słówka od Ciebie, ale dam Ci mój nowy adres i napisz już tam. Napisz z końcem czerwca lub początkiem lipca, to wtedy zastanę już Twój list na miejscu. Będę go bardzo potrzebował. Jakoś ledwie mogę pisać. Jestem okropnie zmęczony i smutny. Ciągle mam ochotę płakać. Każdy przedmiot, każde głupstwo, to historia tych lat ciężkich, ale w sumie jakże ładnych i szczęśliwych. Mam ochotę płakać, bo mi żal rozstawać się z ludźmi, którzy mnie, (a ja ich), naprawdę pokochali. I to nie Polacy. Żegnając się z naszymi wieloletnimi przyjaciółmi Chopinami, z ich dziećmi, z chrzestną córką Basi, dopiero zobaczyliśmy, jak bardzo jesteśmy związani. Płakaliśmy, tuląc się nawzajem, jak najbliżsi. Jego przyjaciel, bogaty przemysłowiec, którego poznaliśmy dwa lata temu i z którym od pierwszego wejrzenia b. polubiliśmy się, przyjechał dziś sam ciężarówką po nasze graty, pomagał mi znosić walizki. Potem usiadł u nas w pokoju i nagle powiedział: „Jakby wam tam nie poszło, to od razu napiszcie i wracajcie, ja wam pomogę, jakbyście nie mieli pieniędzy. Nic się o to nie troszczcie". To nie było powiedziane na wiatr, par pure politesse. Pomyśl - to Francuzi, obcy ludzie. Zupełnie nie potrafię Ci opisać wzruszenia, jakie mnie ogarnęło. Podszedłem, uściskałem go, a on w płacz. Kochani ludzie. [...] Ona dała nam na drogę po złotym medaliku ze św. Krzysztofem. Bardzo ją i jego kochamy. Tak się plątam w tym liście przez łzy, ale co robić. To wyjazd z domu, trudno i darmo. To nie wyjazd z obcego kraju. Czuję to teraz aż do bólu, czuję w ściśniętym gardle, przez które ledwie może się przepchnąć dym z papierosa. Myślę o Tobie, o tych latach, wśród których co rano, na dole, wyglądałem listów od Ciebie. Partir c 'est mourir un peu - powiedziałbym raczej w moim wypadku: c'est mourir beaucoup. [...] Kiciu - drugą część tego listu wyślę Ci z Cannes. Ściskam Cię jeszcze na Bld. de Reuilly przed oknem w moim starym fotelu. Mocno całuję i okropnie płaczę, płaczę jak mały Dziuś. Trzymaj się i nie daj się, Twój tylko
Jędrek

Andrzej Bobkowski, Listy z Gwatemali do matki, Twój Styl 2008, s. 23-25.

wtorek, 18 czerwca 2013

Odcinek 718: Edmund de Goncourt, 1870 rok

Z dziennika Edmunda de Goncourt

Noc z soboty na niedzielę, 18 czerwca 1870 roku
Jest druga nad ranem. Wstałem i zastępuję Pelagię przy łóżku mego biednego,
Juliusz de Goncourt
ukochanego brata, który nie odzyskał przytomności i mowy
od drugiej po południu w czwartek.
Nasłuchuję jego prędkiego i trudnego oddechu. W cieniu zasłon widzę jego nieruchome spojrzenie. Co chwila dotyka mnie wysunięta z łóżka, ocierająca się ręka; z ust wychodzą i plączą się ze sobą niezrozumiałe słowa. Nad wielkimi czarnymi drzewami księżyc jak z ballady: białe, połyskliwe światło wchodzi przez otwarte okno kładąc się na podłodze. Posępne chwile ciszy, kiedy słychać tylko odgłos repetiera naszego ojca; tym zegarkiem posługuję się od czasu do czasu, by zmierzyć puls jego młodszego syna. Mimo trzykrotnego zażycia bromku potasu w ćwierci szklanki wody nie może spać ani minuty; jego głowa w nieustannym ruchu obraca się z prawa na lewo; coś niepojętego huczy w sparaliżowanym mózgu, z ust wypadają zarysy zdań, urywki słów, nieartykułowane sylaby, zrazu powtarzane gwałtownie i kończące się jak westchnienie. Z daleka słyszę mordercze wycie psa.
Oto godzina kosów i ich gwizdów w bielejącym niebie; na zasłonach wciąż biały odblask jego zamkniętych oczu, nie znających snu, choć śpią na pozór.
Przedwczoraj, w czwartek, czytał mi jeszcze Pamiętniki Chateaubrianda: były jedynym zainteresowaniem i rozrywką tego biedaka. Zauważyłem, że jest zmęczony, że czyta źle. Prosiłem go, by przerwał lekturę; będzie lepiej, jeśli przejdzie się trochę po Lasku Bulońskim. Opierał się chwilę, potem ustąpił; i kiedy wstał, żeby wyjść ze mną z pokoju, zachwiał się i upadł na fotel. Zaniosłem go na łóżko, wypytując co mu dolega, co czuje; pragnąłem jego odpowiedzi i bałem się jej. Niestety, jak podczas pierwszego ataku, mógł wydawać tylko dźwięki, które nie były słowami. [...] Myślałem, że to atak taki jak w maju.
Ale nagle odrzucił głowę do tyłu i krzyknął tak chrapliwie, gardłowo, strasznie, że musiałem zamknąć okno. Natychmiast skurcze wykrzywiły jego ładną twarz, deformując wszystkie jej kształty, zmieniając wszystkie rysy, okropne konwulsje szarpały ciało i ramiona, jakby chcąc je przekręcić, ze zniekształconych ust toczyła się krwawa piana. Siedząc za nim na poduszce, trzymałem jego ręce i przyciskałem jego głowę do serca; jej śmiertelny pot zwilżał moją koszulę i spływał mi po udach.
Po tym ataku nastąpiły inne, mniej gwałtowne, twarz jego stała się na powrót tą, którą znałem. Z kolei nadeszło uspokojenie pełne majaczeń. [...]
Wczoraj wieczorem [neurolog] Beni-Barde powiedział mi, że wszystko skończone, że nastąpił rozkład mózgu u nasady czaszki, z tyłu głowy, że nie ma już żadnej nadziei... Potem — ale już nie słuchałem — mówił o zaatakowanych nerwach płucnych i piorunującej a nieuniknionej gruźlicy... W dniu, kiedy poczułem, że jest ugodzony na zawsze, duma moja, duma za nas obydwu, szeptała mi: „Lepiej byłoby, żeby umarł”. Dziś pragnę go zachować, choćby miał pozostać bezrozumny i kaleki, błagam o to na kolanach.
Pomyśleć, że skończyło się, skończyło na zawsze! Pomyśleć, że ten dwudziestodwuletni, tak bliski i nierozłączny związek, te dnie i noce spędzane zawsze razem od śmierci naszej matki w roku 1848, że ten długi czas, podczas którego rozstaliśmy się tylko dwa razy na dwadzieścia cztery godziny — skończyły się, skończyły na zawsze! Czy to możliwe?
Nie będzie już szedł obok mnie podczas przechadzki. Nie będzie siedział naprzeciw podczas posiłku. We śnie nie będę czuł jego snu w sąsiednim pokoju. Jego oczy nie będą towarzyszyć moim oczom przy oglądaniu krajów, obrazów, życia współczesnego. Nie będzie jego bliźniaczej inteligencji, żeby uprzedzić mnie w powiedzeniu tego, co mam powiedzieć, czy w powtórzeniu tego, co mówię. Za kilka dni, za kilka godzin w moje życie, tak bardzo wypełnione tym uczuciem — mogę powiedzieć: moim jedynym szczęściem — wkroczy straszna samotność starego człowieka na ziemi.
Jakiej to pokuty jesteśmy ofiarami? Zastanawiam się nad tym, kiedy przypominam jego życie, mające przed sobą zaledwie godziny, które zaznało jedynie goryczy; któremu literatura i pracowite poszukiwanie sławy nie przyniosły nic prócz obelg, pogardy i gwizdów; które od pięciu lat walczy z codziennym cierpieniem, a kończy moralną i fizyczną agonią; w którym zawsze i wszędzie odnajduję jakąś prześladującą i morderczą fatalność... Ach, dobroć, dobroć Boża! Słusznie podawaliśmy ją w wątpliwość.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 300–302.


poniedziałek, 17 czerwca 2013

Odcinek 717: Vincent van Gogh, 1876 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo
Welwyn, 17 czerwca 1876 roku
Ubiegłego poniedziałku wybrałem się z Ramsgate do Londynu. Jest to długa droga. Gdy wychodziłem, był straszliwy upał, który trwał nadal, gdy przybyłem do Canterbury. Tego samego wieczora ruszyłem w dalszą drogę, aż znalazłem się wśród wysokich buków i wiązów nad małym jeziorkiem. Tam się zatrzymałem. Rano, już o wpół do czwartej, gdy ptaki zaczęły śpiewać, by powitać świt, ruszyłem w dalszą drogę. Przyjemnie było iść.
W południe przybyłem do Chatham, skąd w oddali, wśród łąk częściowo zalanych wodą i porosłych tu i ówdzie wiązami, widać już było Tamizę i płynące po niej statki. Ten krajobraz musi być chyba zawsze szary.
Napotkany wóz podwiózł mnie milę, ale gdy woźnica wstąpił do przydrożnej karczmy, pomyślałem, że posiedzi tam dłużej, i poszedłem dalej; przed wieczorem dotarłem do znanych nam dobrze przedmieść Londynu. Szedłem do miasta długimi, długimi roads.
W czasie dwudniowego pobytu w Londynie biegałem wielokrotnie z jednego krańca miasta na drugi, odwiedzając różnych ludzi, a wśród nich pewnego pastora, do którego napisałem potem list. [...]
Jeżeli tu coś znajdę, to w najlepszym razie będzie to jakaś posadka ka­znodziei na robotniczym przedmieściu Londynu.

Theo, proszę, żebyś na razie nikomu o tym nie wspominał. Pensja u pana Stokesa będzie pewno bardzo mała, prawdopodobnie tylko mieszkanie, utrzymanie i kilka godzin wolnych, abym mógł udzielać korepetycji. Gdy­bym nie miał zupełnie wolnego czasu, to mógłbym zarobić najwyżej 20 funtów rocznie.
A teraz dalszy ciąg mych londyńskich przygód. Pierwszą noc spędziłem w domu pana Reida, a następną u pana Gladwella, gdzie wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Pan Gladwell pocałował mnie wieczorem na dobranoc, co sprawiło mi wielką przyjemność. Mam nadzieję, że będę miał sposobność odwdzięczyć się kiedyś jego synowi, oddając mu jakieś drobne usługi.
Miałem zamiar wracać do Welwyn tego samego wieczoru, ale zatrzymano mnie dosłownie siłą, ze względu na ulewny deszcz. Rano pogoda się poprawiła, więc o czwartej mogłem już ruszyć w drogę.
Najpierw spacer z jednego krańca miasta na drugi, chyba z 10 mil (milę idzie się 20 minut). Było już około piątej po południu, gdy przyszedłem do naszej siostry. Bardzo ucieszyłem się jej widokiem. Wygląda dobrze i na pewno podobałby ci się, tak jak i mnie, jej pokój, w którym wiszą Wielki Piątek, Chrystus w Ogrójcu, Mater Dolorosa i inne obrazy, oprawne w bluszcz zamiast ram. [...]
Plebania i kościół w Etton, rys. Vincent van Gogh, 1876 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze i Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 36–37.