piątek, 31 maja 2013

Odcinek 708: Eugène Delacroix, 1824 rok

 Z dziennika Eugène Delacroix 

Poniedziałek, 31 maja 1824 roku
Wieczorem byłem w Odeonie na Cyruliku. Bardzo dobry. Siedziałem obok starego pana, który znał Gretry'ego, Voltaire'a, Diderota, Rousseau itd. Słyszał, jak w pewnym salonie Voltaire prawił komplementy paniom, tak jak to miał w zwyczaju: «Widzę w was, powiedział odchodząc, wiek, który się rozpoczyna; moim jest ten, który się kończy: to wiek Voltaire'a». Jak widać, skromny filozof wyręczał potomność zawczasu, nadając nazwę swemu wiekowi. Jeden z przyjaciół zaprowadził mego sąsiada na śniadanie do Jana-Jakuba, mieszkającego przy ulicy Platriere. Wyszli razem. W Tuileriach dzieci bawiły się w piłkę: «Pragnąłbym, powiada Rousseau, żeby tak ćwiczył się Emil» itd. Ale piłka rzucona przez dziecko uderzyła w nogę filozofa, który wpadł w gniew i popędził za nim z uniesioną laską, pozostawiając obu przyjaciół.
Pracowałem dziś trochę nad starą kobietą. Wczoraj kolacja z Leblondem u Ruffiego.
Voltaire i Rousseau.
Eugène Delacroix, Dzienniki: 1822-1863, t. 1, tłum. Joanna Guze i Julia Hartwig, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968, s. 67.

czwartek, 30 maja 2013

Odcinek 707: Tadeusz Bobrowski, 1880 rok

List Tadeusza Bobrowskiego do siostrzeńca, Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego (Josepha Conrada)

18/30 maja 1880, z Kazimierówki
Mój Kochany Chłopcze!
Na próżno się mną niepokoisz – gdybym dał kozła, uwiadomiono by o tym Ciebie.
Józef Korzeniowski, 1874 rok.
Wuj Kazimierz, pp. Tadeusz Zaleski i Włodzimierz Czarnowski – którym poleciłem wykonanie ostatniej woli mojej – zawiadomiliby Cię o tym, co Ciebie dotycze. Zmówiłbyś paciorek, zostałbyś trochę jeszcze samotniejszym na świecie, który by wraz z Tobą poszedł se swoją koleją, chociażby ubyło serca i głowy, które Was (tj. Ciebie i Świat) kochały. Taka kolej rzeczy ludzkich. Ale ja się jeszcze na oborę do księdza proboszcza nie wybieram. Przeciwnie, zdrów jestem – a cierpiąc, a nawet umierając, miałbym jeszcze pociechę odbywać tę operacją wśród swoich, na co Tobie stan Twój marynarza – nie pozwala. Bądź więc o mnie spokojny. Zupełnie zdrów jestem. [...]
Co miałem do powiedzenia o naturalizacji, powiedziałem w ostatnim liście. Być „Vogel frey” [wolnym ptakiem] całe życie niepodobna – jakiś stan cywilny mieć trzeba. Wcześniej czy później będziesz zmuszony o tym pomyśleć – ale zawsze jest pożyteczniej takie sprawy obrabiać z wolną myślą i ruchami, niż pod naciskiem okoliczności i konieczności!
Nie byłbyś Nałęczem, Kochany Chłopcze, gdybyś był stały w przedsięwzięciach i gdyby Ci się głowa do coraz nowych projektów nie paliła. To mówię ex re tego, coś minapisał o propozycji p. Lascalle zostania jego sekretarzem i robienia później afer w drogach żelaznych! Ale ja nie byłbym samym sobą i Wujem Twoim – gdybym Cię od przerzucania się z zawodu w zawód nie odciągał i nie ostrzegał: że takie przerzucanie się wytwarza tylko ludzi „declasse”, którzy nigdzie nie zagrzawszy miejsca, nic stałego nie wybudowawszy dla siebie (o społeczności nie mówię już nawet, chociaż i o niej godzi się każdemu pomyśleć), mają pretensją do całego świata, że się im nie udało! W dobrą lub złą szansę, Panie Bracie, nie wierz. Praca i wytrwałość to są jedyne podstawy, które nie zawodzą. W życiu każdego człowieka wydarzają się chwile pomyślności, których człowiek rozważny i umiarkowany nie nadużyje i zużytkuje – lekkomyślny lub głupi opuści lub nadużyje. Ale mieć pretensją, aby one chwile, zaraz u wstępu życia i na zawołanie, bez żadnej pracy i zasługi pojawiały się, jest dzieciństwem, mrzonką i wynalazkiem epoki, której tylko ,,używanie” jest hasłem. Sam zresztą powiedz, czy przywiązywać całą swoją przyszłość do losu jednego człowieka, jakkolwiek by się nawet wielkim wydawał – a cóż dopiero do jakiegoś amerykańskiego bussinesarza lub politiciana – czy zgadza się z godnością osobistą i rozsądkiem? Daleko godniej i rozważniej poświęcić się i związać swą przyszłość z pewnym zawodem – przechodząc takowy z pracą i wytrwałością. Wybrałeś sobie zawód marynarza – możesz go rozszerzyć jeszcze zajęciami handlowymi – bardzo dobrze – idź w nim, jak możesz najdalej, a dojdziesz. Z przerzucania się w inne kariery przypadkowe możesz tylko zawody i guzy na drodze swej napotkać!! Tak myślę przynajmniej! Zrobisz, jak zechcesz, bo jak w każdej kwestii Twojej kariery dotyczącej, zostawiam Ci zupełną wolność, będąc i z zasady jej zwolennikiem, i czując dobrze, że nie mogę podawać zdania, nawet w mojem mniemaniu stanowczego, nie znając okoliczności, wśród których się znajdujesz. Jako człowiek jasnej, zdefiniowanej pozycji, dla takich mam sympatią. Awanturniczego we mnie nic nie było nigdy i nie ma – a więc za pozycjami regularnymi wzdycham i dla Ciebie. Ty lepiej wiesz: Czego chcesz? Czego szukasz? Co Cię spotkać może? Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, a jakakolwiek Ci pościel wypadnie – jeżeli tylko  w godności i pracy słać ją będziesz – możesz być pewny błogosławieństwa, którego Ci i dziś udziela z serca
Twój Wuj
T. Bobrowski
Tadeusz Bobrowski, Listy do Conrada, oprac. Róża Jabłkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 46–49.

środa, 29 maja 2013

Odcinek 706: Vincent van Gogh, 1888 rok

List Vincenta van Gogha do brata, Theo

29 maja 1888 roku
Propozycja tych panów, żebyś wyjeżdżał w niewielkie zamorskie podróże, jest niemiłosiernie męcząca dla ciebie.
Ja także siebie oskarżam, że cię męczę moją nieustanną potrzebą pieniędzy. Wydaje mi się jednak, że to, czego oni żądają od ciebie, byłoby rozsądne, gdyby zgodzili się przedtem dać ci rok płatnego urlopu, byś mógł wrócić do zdrowia. Rok ten poświęciłbyś na spotkania z impresjonistami i miłośnikami impresjonistów. Byłaby to wciąż praca w interesie firmy Boussod i Ska. Potem wyjechałbyś spokojniejszy i zdrowszy i mógłbyś załatwiać dla nich nowe sprawy.
Ale żebyś miał wyciągać kasztany z ognia dla tych panów w stanie, w jakim jesteś teraz – taki rok wyczerpałby cię zupełnie. 
A to nie przyda się nikomu na nic.
Mój drogi bracie, wydaje mi się, że nie mamy żadnych wskazań z góry na potwierdzenie muzułmańskiej idei, że śmierć przychodzi wtedy, kiedy winna przyjść; rozpatrzmy to jednak.
Przeciwnie, wydaje mi się dowiedzione, że higiena nie tylko może przedłużyć życie, ale przede wszystkim uczynić je bardziej pogodnym, spokojniejszym, gdy niewłaściwa higiena mąci bieg życia, zaś brak higieny może położyć mu kres przed czasem. Czy nie widziałem, jak na moich oczach umierał dzielny człowiek z braku inteligentnego lekarza; był tak spokojny i pogodny, i tylko mówił: „gdybym miał innego lekarza”; umarł wzruszając ramionami, z wyrazem, którego nie zapomnę.
.......................................................................
Co do mnie, to dobrzeję niewątpliwie i z żołądkiem od miesiąca jest znacznie lepiej. Cierpię jeszcze od jakichś nieuzasadnionych wzruszeń, wbrew mojej woli, w pewne dni czuję się otępiały, ale to się uspokaja. [...]
Jeśli więc musisz wyjeżdżać w te podróże i nie mieć nigdy spokoju, to i ja tracę spokój.
Ludzie są więcej warci od przedmiotów i im więcej zadaję sobie trudu dla obrazów, tym zimniejszym mnie one zostawiają. Może dlatego chcę malować, żeby być wśród artystów. Rozumiesz, zmartwiłoby mnie, gdybym cię popychał do zarabiania pieniędzy, zostańmy raczej razem. Tam, gdzie jest wola, jest i droga, i wiem, że wyleczysz się na lata, jeśli wyleczysz się teraz. Ale nie męcz się ani dla mnie, ani dla innych.
Buty, mal. Vincent van Gogh, 1888 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 334–335.


wtorek, 28 maja 2013

Odcinek 705: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1940 rok

Z dziennika Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

28 maja 1940 roku
27 maja ważyłam 48 kilo. Ładne buty. Bezkarnie się martwić nie można. Zauważyłam
już schudnięcie ramion, szyi, małość biustu, brak podbródka, zeschnięcie twarzy – ale myślałam, że to złe lustra. Powietrze jest tu bardzo złe, wilgoć, stęchlizna, kanały, no i amatorska kuchnia, którą prowadzę dla Lotka, a nie dla siebie, zrobiła widać swoje. W każdym razie jedno zmartwienie in plus. Odżywiam się więc od dzisiaj intensywniej. Tylko pod kloszem strachu jakże się dobrze czuć? Jakiż okropny niepokój, co za sytuacja! Leopold [król Belgii] oddał broń. Włosi iść mają na Francję, Szwajcaria może się poddać lada dzień. Lyon jest miejscem bardzo niebezpiecznym. Ja bez Lotka ruszyć się nie mam ochoty, komplikacje, zresztą nie bardzo mam za co jechać, bo pierwszy jeszcze nie zaraz, aż w sobotę. Rozłączenie się teraz z Lotkiem to bardzo ciężka rzecz i błagam św. Antoniego o pomoc. [...]
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939–1945, Agora 2012, s. 37.

poniedziałek, 27 maja 2013

Odcinek 704: Maria de Sévigne, 1680 rok

List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Nantes, poniedziałek wieczór 27 maja 1680 roku
Moja duszko, piszę do Ciebie dziś wieczorem, gdyż, Bogu dzięki, wyruszani jutro z samego rana i nie będę już nawet czekać na Twoje listy, aby Ci zaraz odpisać; zostawiam tu tylko umyślnego na koniu, który mi je dowiezie w porze obiadowej i pozostawiam też ten list, który odejdzie wieczorem; tak więc czynię, co w mojej mocy, iżby zakłóceń żadnych w naszej korespondencji nie było.
Niestety, moja najdroższa, nieobecność Twa dosyć nam jeszcze innych cierpień przysparza! Czy myślisz, na przykład, że zdrowie Twoje, cokolwiek byś mi na ten temat mówiła, nie jest najczulszym punktem? Otóż zapewniam Cię, że jest. Ta Twoja delikatność, chudość, to gorąco w piersiach, bóle nóg, te kolki i gorączka, która zjawiła się w zeszłym roku, kiedyśmy się tego najmniej spodziewali, wszystko to mnie dręczy i takim napawa smutkiem, iż powinnaś zrozumieć dla tej nowej racji, że Twa nieobecność i skrajne nasze oddalenie są dla mnie cięższymi do zniesienia niźli kiedykolwiek. Zaklinam Cię, abyś mi o sobie mówiła najwięcej, jak tylko możesz. [...]
Byłam wczoraj w Buron; wróciłam wieczorem. Myślałam, że się rozpłaczę, patrząc na
Baron Charles de Sévigne,
syn Marii markizy de Sévigne, mal. nieznany.
spustoszenia tych ziem. Były tam prastare lasy; syn mój w czasie ostatniej podróży oddał pod topór, co jeszcze zostało. Postanowił nawet sprzedać mały zagajnik wyjątkowej urody; wszystko to pożałowania jest godne. Dostał za to czterysta pistoli, z których po miesiącu nie miał już ani grosza.
Nie sposób pojąć, jak on to czyni, ani ile kosztować go mogła podróż do Bretanii, gdzie był jak ladaco, gdyż wszystkich lokai i stangreta do Paryża odesłał; sam tylko Larmechin był z nim w tym mieście, gdzie przez dwa miesiące siedział. Doprawdy, znajdzie zawsze sposób, by wydawać nie kupując, przegrywać nie grając i trwonić nie płacąc. Wciąż ta nienasycona potrzeba pieniędzy, tak w czasie wojny, jak i w czas pokoju; to jakaś niepojęta otchłań, fantazji bowiem żadnej nie ma, a pieniądze mu w dłoni topnieją jak w tyglu. Moja duszko, znieść musisz moje utyskiwania. Te wszystkie driady zrozpaczone, które wczoraj widziałam, te stare sylfy, które nie wiedzą już, gdzie się schronić, te kruki leciwe, co od dwóch stuleci mieszkały w czeluściach tych lasów, sowy, których złowieszcze krzyki zapowiadały w mroku nieszczęście dla ludzi, wszystko to skarżyć mi się jęło wczoraj, raniąc mi serce boleśnie. [...]
Zdrowie moje miewa się doskonale. Przeprowadziłam w końcu tego miesiąca ten sam zabieg co zazwyczaj: jedna pigułka i sok z czereśni. Boga proszę, moja najdroższa, aby się Twoje zdrowie wzmocniło, stając się takim, jak mi je przedstawiasz, aby wszystkie przypadłości obecne i grożące Ci jeszcze minęły bez śladu i abym znów ujrzeć mogła moje drogie dziecko urodziwe, miłe, w pełni sił i okrągłej tuszy, jaką Cię zawsze widzieć pragnę. Ach, mój Boże! Czyż powietrze w Grignan uczyni te cuda? Mój drogi hrabio, cóż o tym sądzisz? Ściskam Cię i polecam, jak zawsze, Twej uwadze to zdrowie, tak nam drogie.
Odpiszę z Les Rochers na list, który wkrótce przyjdzie. Całuję panny de Grignan i moje drogie maleństwa.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 290–293.

niedziela, 26 maja 2013

Odcinek 703: Antoni Słonimski, 1929 rok


Kronika tygodniowa Antoniego Słonimskiego

„Wiadomości Literackie”, nr 21, 26 maja 1929 roku
Rozbija się czasem, nad naszymi głowami, wielka bania z głupotą. Nazywa się to niż barometryczny albo depresja nad Bałtykiem. Od rana pada na głowę kapuśniaczek idiotyzmu, kretynizm leje jak z cebra i w końcu obrywa się cała chmura głupstw.
Zaczynam zwykle dzień od śmiesznego nałogu czytania dzienników. Właściwie sam sobie jestem winien, bo i po co czytać? Ale ostatecznie trzeba wiedzieć, czy kto znajomy nie umarł albo nie napisał sztuki do teatru. W takim dniu deszczowym gazety przynoszą zwykle wiadomość o odznaczeniu pobitych w Opolu aktorów złotymi krzyżami zasługi. Zdawałoby się, że ci, co bili, powinni dostać poniżej krzyża, że jeśli odznaczenia mają w ogóle jakiś sens, to chyba wtedy, gdy się daje za tak zwane „zasługi”. Znam wielu ludzi głupich i ambitnych, którzy pozazdroszczą tych odznaczeń i napraszać się będą Niemcom, aby ich lekko uszkodzili. Na granicy zrobi się tłok. Tłumy żądne odznaczeń oczekiwać będą w ogonku na pobicie i świadectwo. Jeśli jest „zasługą”, że kogoś pobiła banda niemieckich łobuzów, to może i krzywdy moralne wynagradzać się będzie orderami? Autor sztuki, którą zjechała i wykpiła prasa francuska i angielska, dostanie może za to komandorię? Grubiński miałby w ten sposób więcej „dekoracji” na piersiach niż na scenie.
Reklama czytelnictwa, lata dwudzieste.
W deszczowy dzień głupoty prasa przynosi zwykle wiadomości o tym, że komisja rozbrojeniowa w Genewie nie uzgodniła swego stanowiska co do potępienia wojny bakteriologicznej. Smutek zaczyna nas przygnębiać. Okazuje się, że głupota leje się z nieba nie tylko u nas. Gdy się w taki dzień wyjdzie na ulicę, spotyka się strzelców z transparentami: „Nie chcesz wojny wstąp do strzelca”. Dobrze pomyślane. Można wymyślić jeszcze parę takich transparentów: „Nie chcesz wojska – wstąp do wojska”, „Nie chcesz wojny wstąp do wojny”, „Szukasz nieszczęścia, wstąp na chwilę” itd. Jedno z pism dnia tego występuje przeciw poecie rosyjskiemu Majakowskiemu. Piszą, że Majakowski szczeknął na pomnik Poniatowskiego, a pomnik „ani drgnął”. Gdyby to pismo napisało, że Poniatowski zsiadł z konia i poszedł z Wieniawą na wódkę, „pilni czytelnicy” przyjęliby tę wiadomość z równym stoicyzmem. W deszczowy dzień głupoty nie należy zaglądać do księgarni. Można tam co najwyżej znaleźć Jana bez ziemi i bez sensu albo książkę Wajnryba o Rosji, a przecież chyba wiedzą wszyscy, że dzieci i wajnryby głosu nie mają. [...]
Dnia tego wystrzegajcie się również radia, bo usłyszycie odczyt o lotnictwie, który zaczynał się, jak to na własne słuchawki słyszałem, od słów następujących: „Cele lotnictwa są trojakie: transportowe, wywiadowcze i niszczycielskie”. Odłożycie słuchawki z uczuciem przerażenia i pomyślicie, że ostatecznie można nie słuchać radia, że można nie czytać gazet, że nie co dzień pada deszcz głupoty, że czasem świeci słońce. Niestety, na trzysta sześćdziesiąt pięć dni wypada u nas trzysta sześćdziesiąt sześć dni deszczowych. „Słońce” podobno „zapalono w Paryżu na odsłonięcie pomnika Mickiewicza”, jak to pisze pewien patetyczny dziennikarz. Więcej tam w Paryżu było nudy niż słońca. Spędzono na tę uroczystość stado belfrów i zaproszono trochę wojska. „Wszystkim się zdawało, że to Wojski gra jeszcze, a to wojsko grało”. O wszystkim tam była mowa, tylko nie o tym, że Mickiewicz był poetą. Otoczono pomnik płotem nudy i martwoty urzędniczych elukubracji. Nie padło ani jedno żywsze słowo. Trudno tam było odnaleźć w tłumie poetów polskich lub francuskich. Nawet władze francuskie podobno ustosunkowały się bardzo wstrzemięźliwie do ceremonii odsłonięcia pomnika. Miał to być pono rewanż za to, że na pogrzebie Focha za mało było naszych „sołdatiszków”. Mógłby kto pomyśleć, że Francja nie czci poetów, a Polska ma za mało wojska. Mógłby tak pomyśleć, ale by się pomylił.
W ostatniej chwili donoszą nam, że na otwarciu wystawy w Poznaniu spadł deszcz ulewny i pada już trzeci dzień. „O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni wiosenny”.
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1927–1931, LTW 2003, s. 113–114.

sobota, 25 maja 2013

Odcinek 702: Kazimierz Rudzki, 1969 rok


List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

Warszawa, 25 maja 1969 roku
Drogi Panie Wittlin!

Co znaczy, jak uregulować? Włożyć pieniądze do koperty i wysłać! A może dojdzie? Już bywały takie wypadki... I wtedy ja mam pieniądz na części samochodowe, które niekiedy są i właśnie tylko za dewizy żywą gotówką na stół już od razu... Otrzymywałem już nawet z Kalifornii w ten sposób dwa razy po jednym zielonym banknocie i – doszło [...] Zresztą nieważne, możesz wysłać, możesz nie wysłać, ja jestem syn kupca z Marszałkowskiej i [...] swój honor mam, nie będę się opierdalał długo o głupie parę groszy w przeliczeniu na centy... Zrozumiano?
Zaczynam egzaminy, czyli orgia nudy... Codziennie przez kilka godzin muszę wysłuchiwać, jak gówniarze (przeważnie źle!) recytują i udają przeróżne postacie z różnych sztuk. Wiem, że to mój umiłowany zawód, ale egzaminy to piekło nudy, udręki plus odpowiedzialność za tzw. ludzkie losy...
Rudzki na zajęciach ze studentami
PWST w Warszawie.
Na prowokacyjne pytanie dotyczące wypadu w kierunku Paryża nie replikuję. Poniżej godności, panie W.! Wszak wiesz Pan, że ani to nie są dla nas terminy, ani kierunki. I niby skąd ja na zjazd? Co ja jestem – zjazdowiec? Killy, psiakrew! Pójdę jechać na zjazd? Literat jestem czy co? Jurandot co innego. On jest i pisarz, i skarbnik, i działacz, oj, niedobrze, panie Bobrze... A ja jestem skromny obywatel, trochę grywam na scenie, rzadko w TV i filmie, częściej w radio, felietonów nie pisuję, bo mi sąsiedzi na kolumnach nie konweniują, rozumiesz Pan? Nie czuję się godzien. Jasne? [...]
Tadek, biegnę już do Szkoły (mam zebranie Rady Wydziału Aktorskiego, któremu przewodniczę!), wszytkiego dobrego, całuję Cię mocno, panią Genę pozdrawiamy przecudnie, odpoczywajcie, bawcie się dobrze, żyjcie pięknie itd.
My chyba wyjedziemy na lato do Kołobrzegu, bo chociaż tam morze zimne, ale powietrze wspaniałe.
Zresztą jeszcze na pewno nie wiemy.. Jakoś żadna zagranica w tym roku nie klei się nam i zresztą wcale tego nie żałujemy.
Ściskam mocno 
Kazik
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 111–112.

piątek, 24 maja 2013

Odcinek 701: Gabriela Zapolska, 1891 rok


List Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

Paryż, 24 maja 1891 roku
Dudku kundlowaty!
Widzisz, bo to tak, nie o to chodzi, ale że Ty podły jesteś. Bo to wytykasz papier, ale nie liczysz, że ja zawsze o dwa listy idę naprzód i zdziobię. A Ty dromadery sadzisz i myślisz, żeś mądry. A przepisz moje zdziobanie, to zobaczysz, czy się na Twoich kulasach nie zmieści. Bo to trzeba być sprawiedliwym i tyła.
Cieszuchnam się, żeś z Papą w dobrej harmonii. To zawsze ojciec i trzeba, żeby tak było. Co ja bym za to dała, żebym mogła być ze swoim uczciwie, inaczej! Nieraz mi tego tak brak bardzo, ale to bardzo. Zawsze w sercu człowieka jest jakiś kącik dla rodziców. I żebyś się nie wiem jak stawiał, to wiem, że swego fatra kochasz, że mi jesteś wdzięczny za to, żem Was na powrót sparzyła.
Bo żeby nie ja, to byłbyś się, podły Rusinie, ciągle sztorcował i puszył, i chciał, żeby Cię ojciec w łapy całował. Ha? Prawda? A żebyś wiedział. [...]
Portret Marie Samary, mal. Bastien Lapage.
Na Champs de Mars nie byłam jeszcze. Pójdę, skoro [Marie] Samary pójdzie. Tak się do niej jakoś przylepiłam i ona mnie bardzo lubi. Muszę z nią zawsze jeść śniadanie i umyślnie dla mnie robią skrobany befsztyk. Dziś zaczęłyśmy rolę na audition [przesłuchanie] jesienną do Odeonu. Zgadnij co! Otóż z Tartuffe’a pokojówkę, Dorynę, tę, którą grywała jej siostra [Jeanne Samary]. Wytłumaczyła mi, dlaczego mi to wybiera. W Odeonie jest kupa tragiczek z kontraktami trzyletnimi na duże pensje. Żadna z zębów nie puści roli, bo powarowały sobie stary repertuar. Natomiast nie ma subretki molierowskiej wcale. Skoro ja się zjawię, wezmą mnie. Będąc raz w Domu (dans la maison) już jestem w dobrej sytuacji, bo mogę. zastępować, dostać nową rolę lub być pożyczoną do Ambigu albo gdzie indziej. [...]
Ja teraz mówię coraz lepiej, bo się wyzbyłam Polaków i czasem minie tydzień, że nie wymienię polskiego wyrazu. [...]
Wynoszę się, we środę już będę spać na Avenue. Cieszę się okropicznie! Ładnie jest. Już dywan przybili i firanki założyli, i biurko przynieśli, i biblioteczkę. Ino mebli jeszcze nie ma, ale będą w poniedziałek. A sypialny pokoina już gotów. Ino mały, ale zawsze jest się gdzie obrócić. [...] 
Skoro się urządzę, ustawię, umebluję, będę sobie rano jechać do Saint-Cloud, tam zjem o 4-tej w tej restauracyjce i pójdę do parku. Nad wieczorem wrócę. W ten sposób mi przejdzie lato. [...]
Cóż mówili w Warszawie na Twoją brodę – co? A kiedy my pójdziemy do paryskiego hotelu na sałatę z kartofli? Mnie się znudziło jeść w domu, a tu nikt do restauracji nie weźmie, ino w domu siedź, jak ta zakonnica, między czterema ścianami. Aż się Samary dziwi i nie chce mi wierzyć. Ano, już niech tam będzie tak do tego października, ale potem za to, jak się zacznę szwendać dniami i nocami, będę chodzić i chodzić... Na złość, a jakże!
A teraz całuję Cię najserdeczniej i najgoręcej po tysiąc i proszę mi nie wymawiać o ten papier, bo jak się i rozzłoszczę, tak nic nie napiszę ze... trzy dni i będzie skandal. 
Daj buzi, Dudku najmilejszy i najpoczciwszy.
Twoja
Paniusia
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 161–165.

czwartek, 23 maja 2013

Odcinek 700: Artur Rimbaud, 1880 rok

List Artura Rimbaud do rodziny

Mont Troodos (Cypr), niedziela, 23 maja 1880 roku
Artur Rimbaud w 1877 roku. Rysunek Izabeli Rimbaud.
Wybaczcie, że nie napisałem wcześniej. Być może, potrzebna Wam była wiadomość, gdzie jestem; ale dotychczas rzeczywiście nie byłem w stanie wysłać Wam wieści o sobie.
Nie znalazłem nic do roboty w Egipcie i przed miesiącem wyjechałem na Cypr. Po przyjeździe stwierdziłem, że moi dawni szefowie zbankrutowali. Po tygodniu znalazłem jednak pracę, którą wykonuję obecnie. Jestem nadzorcą przy budowie pałacu dla gubernatora generalnego, na szczycie Troodos, najwyższej góry na Cyprze (2100 metrów).
Dotąd byłem sam z inżynierem, w jednym z drewnianych baraków, stanowiących obóz. Wczoraj przybyło pięćdziesięciu robotników i rozpocznie się praca. Jestem jedynym nadzorcą i jak dotąd otrzymuję tylko dwieście franków. Zapłacono mi przed dwoma tygodniami, ale mam dużo wydatków: trzeba stale podróżować konno, komunikacja jest niezwykle kosztowna, wioski bardzo odległe, żywność bardzo droga. Poza tym, gdy na równinach jest gorąco, na tej wysokości panuje przykry chłód, który potrwa jeszcze miesiąc; pada deszcz, grad, wiatr zdolny przewrócić człowieka. Musiałem kupić sobie materac, koce, palto, buty itd., itd...
Na szczycie góry znajduje się obóz, do którego ściągną za kilka tygodni, skoro tylko zrobi się zbyt gorąco na równinie i mniej zimno w górach, oddziały angielskie. Wówczas zaopatrzenie będzie zapewnione.
  Cypr, Mount Troodos. Rycina z 1880 roku.
Jestem więc teraz w służbie administracji angielskiej: spodziewam się, że wkrótce otrzymam podwyżkę i będę zatrudniony do końca trwania prac. W ten sposób będę mógł zdobyć dobre zaświadczenie, przyjmą mnie dzięki temu do innych robót, jakie zapewne nastąpią, i odłożę kilkaset franków.
Czuję się źle; mam bardzo przykre bicia serca. Ale lepiej o tym nie myśleć. Zresztą, co robić? Powietrze jednak jest tu bardzo zdrowe. W górach są tylko sosny i paprocie.
Piszę ten list w niedzielę; ale muszę nadać go na .poczcie o dziesięć mil stąd, w porcie Limassol, i nie wiem, kiedy znajdę okazję, żeby tam pojechać albo go tam posłać. Chyba nie przed upływem tygodnia.
A teraz muszę Was prosić o przysługę. Potrzebuję koniecznie do mojej pracy dwu książek. Pierwsza to:
Album tartaków leśnych i rolnych, po angielsku, zawierający 128 rysunków, cena 3 franki.
(W tym celu musicie napisać do p. Arbeya, konstruktora-mechanika, Cours de Vincennes, Paris).
Następnie:
Podręcznik cieśli, zbiór 140 rysunków, autorstwa Merly'ego, cena 6 franków.
(Zapytać u wydawcy Lacroix, ulica Saints-Peres, Paryż).
Przyślijcie mi te dwie książki jak najszybciej, na adres:
Pan Artur Rimbaud 
Poste restante 
Limassol (Cypr)
Cypr, 1880 rok.
Będziecie musieli zapłacić za te podręczniki, bardzo Was o to proszę. Poczta tutejsza nie przyjmuje pieniędzy, nie mogę więc Wam przysłać. Musiałbym kupić jakiś mały przedmiot, który by poczta przyjęła, i ukryć w nim pieniądze. Ale jest to zabronione i wolałbym tego nie robić. Następnym jednak razem, gdy będę czegoś potrzebował, postaram się przesłać pieniądze w ten sposób.
Wiecie, ile czasu trwa droga na Cypr tam i z powrotem; zaś tu, gdzie się znajduję, nie mogę liczyć, przy największym pośpiechu, na otrzymanie tych książek przed upływem sześciu tygodni.
Jak dotąd, mówiłem tylko o sobie. Przepraszam. Ale to dlatego, że myślę, że jesteście zdrowi i wszystko idzie jak najlepiej. U Was jest oczywiście cieplej niż u mnie. Piszcie mi o codziennych sprawach. Jak tam ojciec Michał [stary służący]? A Cotaiche [imię klaczy]?
Postaram się przysłać Wam wkrótce niedużą paczkę ze słynnym winem Commanderie. Polecam się Waszej pamięci.


Wasz
Artur Rimbaud
Poste restante, Limassol (Cypr)
Zapomniałem o sprawie książeczki. Uprzedzę tu konsula Francji i co ma być — będzie.
"Ja to ktoś inny." Korespondencja Artura Rimbaud, wybór, tłumaczenie i opracowanie Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki, Czytelnik 1970, s. 122-125.

środa, 22 maja 2013

Odcinek 699: Aleksander Błok, 1912 rok

Z dziennika Aleksandra Błoka

22 maja [1912 roku] 
Służąca, mal. Anders Zorn, 1919 r.
Przerażenie po mniej więcej pomyślnej pracy: służąca. Nagle dojrzałem jej fizjonomię i usłyszałem głos. Coś nieopisanie okropnego. Z twarzy — dziewucha jak inne i nagle — nosowy głos z bezzębnych ust. Najstraszniejsze jest pomieszanie się ludzkiej rasy z nieznanymi niższymi formami (jest to rozpowszechnione u chłopów, dlatego do Szachmatowa też nie mogę jeździć). Można znieść każdy syfilis w ludzkim kształcie, nie można znieść czegoś takiego, co widziałem teraz, podobnie jak na przykład generała o wyjątkowo tłustym karku (Konoplanników). I to, i tamto jest jednakowym zwyrodnieniem, budzącym strach — przez to, że element ludzki zespolony jest z elementem nieznanym.
Moja żona aktorka nie rozumie tego i nie chce o tym słyszeć. Służąca mamy też ma w sobie coś okropnego.
Trzeba będzie dziś jeść poza domem, co niestety wiąże się u mnie z upiciem się.
Tak oto zupełnie konsekwentnie mści się rodząca się demokracja: albo — nieprzystępne ceny, złodziejstwo, bezczelność, próżniactwo, albo — zahukane istoty nieznanego gatunku. Elementu pośredniego jest coraz mniej, kwestia „służących zaostrza się", to jest służących po prostu nie będzie. Im więcej będziemy mieli potrzeb, tym bardziej będziemy zmuszeni zaspokajać je... sami.
Moje „egoistyczne" obserwacje. Tak, jestem bardzo „zajęty sobą". Trudno, nie ma rady.
Znaleźć wyjście z matni natychmiast. Chyba opuścić mieszkanie, które w ciągu dwóch lat zapełniało się stopniowo stworzeniami, początkowo — pluskwami i karaluchami, następnie — tym oto.
Aleksander Błok.
Aleksander Błok, Dzienniki, tłum. Maria Leśniewska, Wydawnictwo Literackie 1974, s. 111.

wtorek, 21 maja 2013

Odcinek 698: Halina Poświatowska, 1958 rok

List Haliny Poświatowskiej do Ireneusza Morawskiego

[Częstochowa, 21/22 V 1958 roku]
Halina Poświatowska.
I
Czasami całuję listy, ale coraz rzadziej, właściwie zupełnie rzadko. Pocałowałam Twój list, bardzo mocno pocałowałam i położyłam pod poduszką, co jest czynnością zgoła głupią, zważywszy, że się temu przyglądam z boku. Ale przecież mówiłam już, że kocham każdy Twój list, każdy osobno i chyba także osobno od Ciebie. Pewnie dlatego, że Twoje listy są jak wspaniałomyślne lustro, można się w nich przeglądać.

II
W nocy.
Jestem taka strasznie sama z wiatrem i wiem, że na próżno mówię do Ciebie, bo przecież Ciebie nie ma. Chciałabym być skrzypieniem tej tarmoszonej furtki, jakimś umarłym drzewem, które sobie istnieje, gada, które jest dotykane, które przechytrzyło śmierć, które nie musi zasypiać ani budzić się, ani głupieć, ani mądrzeć. Chciałabym uciec od siebie w wiatr albo w Twoje ręce.

III
Edgar Degas, Tancerki w zółtych sukienkach.
Musisz być — nie za daleko, nie tak strasznie daleko, że nigdzie. To już chyba niedługo, myślę, że niedługo, bo nie przyglądałabym się w takim napięciu chwilom, nie pragnęłabym ich tak zachłannie. Jest tylko wiatr i wieczny ruch, i dławiący niepokój. Jest szybkie, bezbolesne więdnięcie kwiatów, umieranie kociąt, które jeszcze przedtem poskarżyły się nieco. Nie lubię jutrzejszego dnia, okropnie go nie lubię. [...]
Na obrazie Degas tancerki uśmiechają się końcami pantofli — czarownica pędzi niebem, wysoko unosi cienkie kolana, a Nikifor bardzo smutny umiera na gruźlicę w szpitalu. Na spłowiałe niebo o świcie wypełzają obłoczki, to tuż nad moją głową.

Całuję Cię.
Halina
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 56-57. 

poniedziałek, 20 maja 2013

Odcinek 697: Adam Michnik, 2008 rok

List Adama Michnika do Agnieszki Osieckiej, opublikowany w Gazecie Wyborczej

20 maja 2008 roku
Adam Michnik i Agnieszka Osiecka.
Agnieszko, czy można napisać list pełen wdzięczności w zaświaty? Nie, nie można. To jest błazeństwo i kabotyństwo; to jest wystawianie się na śmieszność. A jednak piszę do Ciebie ten list, Agnieszko, choć jedyne, czego bałem się w życiu, to właśnie śmieszności
Piszę, gdyż czuję, że jestem Ci jakoś dłużny. Twoje listy pisane do mnie, gdy byłem uwięziony, wzruszyły mnie i poruszyły. Podobne wzruszenie towarzyszyło mi kilka lat temu, gdy czytałem artykuł Stefana Niesiołowskiego w Twojej obronie, kiedy złajała Cię jakaś fanatyczna, niemądra dziennikarka.
Takie też wzruszenie ogarnia mnie dzisiaj, gdy czytam Twoją zapiskę ze spotkania z czytelnikami. Jakaś pani wykrzyczała Ci wtedy: "Niech pani wie! Stan wojenny był konieczny! Mogły stać się dużo gorsze rzeczy". Odpowiedziałaś wtedy, że "Pisarz, który po wojnie domowej przyłączy się do przegranych pozna smak klęski, a ten, który przyłączy się do wygranych - pozna smak hańby".
Zwięźle to sformułowałaś, ale zasadnie. Będę o tym pamiętał i wedle tej miary spróbuję nadal żyć.
A przecież znaliśmy się słabo - sama o tym piszesz. Ofiarowałaś mi wtedy, w trudnym dla mnie czasie, swoją pamięć i swoją solidarność. To nadzwyczajne - utkwić w pamięci takiej osoby: pięknej kobiety, autorki tekstów, które naznaczyły kilka pokoleń, i które wciąż znaczą, gdyż powracają. A także osoby tak bardzo, tak niecodziennie - niebanalnej.
Znajduję w Twoich listach wiele piękna, ale także sporo niesprawiedliwości. Napisałaś: "Miłosz jest dla mnie zupełnie już jałowy i nadęty jak balon. Zresztą nadęty zawsze był. Taki człowiek, co nigdy nie zapomina, że nie jest na przykład Murzynem. Jakiś z innej gliny bycik. To go nadyma, nie powiększa.
Twój ukochany Herbert, który jest autorem wierszy, nad którymi płaczę i po których staję przed lustrem i wstydzę się, i robię rachunki sumienia - Herbert wydaje mi się, źle się starzeje, jako człowiek. Traci radość, euforyczność życia. Widzi czarną stronę naszego świata, jaką jest życie w niewoli, ale nie cieszy się, że krew łazi mile po całym ciele, że oczy widzą, a nogi skaczą".
Szczęście istnienia Agnieszko to oczywiste doświadczenie naszych biografii. Ale szczęście może łudzić, może kłamać, może znieczulać na cudze nieszczęścia...
Myliłaś się Agnieszko, Miłosz nigdy nie był jałowy; nigdy nie był "nadęty jak balon". Miłosz, ten wielki poeta i eseista, jeden z najważniejszych ludzi, jakich spotkałem w życiu, był człowiekiem okrutnie zranionym przez bliźnich, był pokaleczony przez historię spuszczoną z łańcucha, a także przez Polskę kołtuńską spod barwy czerwonej lub czarnej. Miłosz był człowiekiem wśród skorpionów, człowiekiem łatwym do zranienia, który czułość i litość skrywał pod maską swego rodzaju pancerza.
Z kolei Zbigniew Herbert był poetą, którego zrodziła rozpacz. Była to rozpacz pokolenia AK-owskiego, które utraciło wszystko: rodzinny dom, wolność i prawo do dumy z własnej biografii, niepodległą ojczyznę. Był wielkim poetą. Jego wiersze, nasycone bólem i gniewem, tradycją wielkiej kultury europejskiej i wierną miłością do Polski były dla mnie świadectwem piękna, które ocala prawdę i miłość do życia. O utwory Zbyszka gotów byłem zawsze kłócić się z każdym: jego wiersze pomogły mi przetrwać najtrudniejsze chwile w więzieniu. Te wiersze i eseje będą broniły się zawsze i zawsze będą pomagały ludziom. To tyle, Agnieszko, o Zbyszku.
Ja wiem, że każdy pisarz ma prawo do niesprawiedliwości, tym bardziej doceniam, że dla mnie byłaś przesadnie wyrozumiała.
Agnieszka Osiecka.
Twoje listy przypominają mi Twoje fotografie. Uchwyciłaś w kadrze jakiś moment z życia swojego i naszych wspólnych znajomych. Jest w tej fotografii plugastwo tamtego czasu i jest Twoja żywiołowa niezgoda na smutek. Z zadumą czytam dziś Twoje wyznanie: "Jedyne kilkanaście miesięcy życia, gdy całkowicie zapomniałam o strachu, zawdzięczam istnieniu związku Solidarność. Już choćby przez samo to, przez pamięć tych kilkunastu miesięcy nie jestem w stanie przejść do porządku dziennego nad tym, co się dzieje, i podjąć w pół taktu pisania powtarzanych refrenów. Tego się nie tańczy".
Tak pisałaś w lutym 1982 r.
Podobnie wspominam tamten czas i ja, "urodzony w niewoli, okuty w powiciu". Zastanawiam się, czy to, co obserwowaliśmy później, te nasze lęki i nasze nadzieje, te chwile radości i chwile odrazy - czy kiedykolwiek, ktokolwiek to potrafi kiedyś opisać? Nie wiem, Agnieszko...
Mogę tylko powtórzyć Twoją frazę z "Orszaków". Pisałaś:
"Historio, historio,

cóżeś ty za matnia,

pchamy się na scenę

a to jeszcze szatnia.

Orszaki, dworaki, szum pawich piór

(...)

Historio, historio,

tyle w tobie marzeń,

często ciebie piszą,

kłamcy i gówniarze.

Orszaki, dworaki, szum pawich piór..."
To była, Agnieszko, prorocza diagnoza. Namnożyło się nam dzisiaj "kłamców i gówniarzy", oj, jak się namnożyło.
Agnieszko, dobrze, że byłaś. Dziękuję.
Źródło: http://wyborcza.pl/1,93057,5227678,List_do_Agnieszki_Osieckiej.html?as=1&startsz=x

niedziela, 19 maja 2013

Odcinek 696: Katherine Mansfield, 1921 rok


List Katherine Mansfield do Anny Estelli Rice

Baugy, czwartek, 19 maja 1921 roku
Muszę jeszcze raz napisać do Ciebie, kochana moja, póki jesteś w Paryżu. Gdybym już nigdy nie otrzymała od Ciebie słówka, mogłabym żyć Twoim listem. Zadałaś sobie trud – wiem przecież, co znaczy pisać – i przesłałaś mi kawał Paryża – kompletny – ze sobą samą i ruchem ulicznym (chciałabym być w takim miejscu, gdzie taksówki przejeżdżają ludzi), i marmurowymi parapetami, i sklepami, gdzie widać kiełbasy wśród kwiatów, i z petit dejeuner, i z Wyndhamem Lewisem, i... więc przebiegłam przez Twój list, a potem włóczyłam się po nim powoli, zatrzymując się, podziwiając i kochając; wąchałam wszystko i wszystkiego słuchałam. To był wspaniały dar, Anno – un cadeau superbe pour moi. Kocham Cię za to, czujesz? Musisz czuć. Byłam w Paryżu, a nawet w St. Cloud, gdyż na wieść o Twoim projekcie wynajęcia tam domku, zaczęłam marzyć o sąsiedniej willi. Śliczne są nasze dwa domki – dwupiętrowe z krzakami bzu przy bramie. Zrobiłam w płocie dziurę, przez którą mogę rzucić okiem do Ciebie i rano wyśledziłam małego – robił porządki w ogrodzie. Zawołałam: „Dawidzie!” – odparł dość niedbale: „Co?” Spytałam: „Chcesz przyjść dziś do mnie na podwieczorek?” – odwrócił się i krzyknął w stronę domu: „Ona chce, żebym przyszedł na podwieczorek!” Na to pokazała się w oknie Twoja głowa i powiedziałaś: „No i cóż, chcesz iść?” – Dawid odrzekł: „A co mamy w domu do herbaty?” – Był to przemiły sen. Marzę, aby się spełnił, dopiero byśmy się ubawiły! Wieczorem lampa stałaby na stole w ogrodzie. Widzę całe urocze życie, które obecnie bardziej by mi odpowiadało niż życie kawiarniane.
Mimo to Paryż i Londyn mają swój urok. Dobrze czasami porozmawiać, a ja lubię obserwować i słuchać. Góry działają przygnębiająco w roli sąsiadki przy stole. A jednak kiedy leżę, patrzę na nie całymi dniami, i groza mnie przejmuje... Gdybym je mogła umieścić w noweli – les placer.
W sobotę byłam u największego specjalisty w Szwajcarii, Anno, i dlatego Twój list przyszedł niezwykle w porę – dobrze mi zrobił, zbliżył mię do życia. Po wizycie u tego lekarza krajobraz i wszystko – zmieniło się – oddaliło się trochę. Zawsze sobie wyobrażam, że mi doktor powie: „Polepszenie? Oczywiście! Wkrótce pani wyzdrowieje. Za sześć miesięcy będzie pani zdrowa jak ryba”. Ale mimo że ten pan był bardzo miły, nie chciał powiedzieć nic ponad: „Jeszcze jest nadzieja” – to wszystko. Starałam się wtrącić słowo: guerir [wyzdrowieć], ale mi się nie udało. Mogłam jedynie wyciągnąć z doktora następujące zdanie: „Jeśli pani żołądek będzie w dalszym ciągu trawił, jest jeszcze nadzieja”.
Cóż to za piekło tak kochać życie jak ja! Uważam, że moja miłość wzrasta, zamiast się zmniejszać. Życie mi wcale nie powszednieje – wciąż jest dla mnie cudem. Mam nadzieję, że pozostanę na tym świecie dość długo, aby napisać prawdziwie dobre dzieło. Sprzykrzyli mi się ci obiecujący ludzie, co młodo umierają; nie pragnę powiększyć ich grona. Wobec tego będę w dalszym ciągu pochłaniała jeunes d’oeufs i de la cierne... [żółtka i śmietanę].
Już wieczór. Pewnie zapalają światła na ulicach. Widzę kuliste cienie drzew, ciepłą biel bruku, widzę śpieszących ludzi. A tutaj – góry odbite w jeziorze są sinawe, zimne, tylko same Wierzchołki przykrywa śnieg morelowego koloru. Cudne jest życie. „Żyć – to wystarcza”, mogłabym się prawie z tym zgodzić – ale niezupełnie.
Pocztówka z Bougy, 1913 rok.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 344–346.

sobota, 18 maja 2013

Odcinek 695: Bolesław Prus, 1875 rok


Kronika tygodniowa Bolesława Prusa

„Kurier Warszawski” nr 105; 18 maja 1875 roku
Ktoś był u mnie z prośbą o napisanie do „Kuriera” artykułu w rodzaju reklamy; dla kogo?... dla szpitala na Pradze.
Ani o wieku, ani o płci, ani o kondycji, ani o innych znakach szczególnych ktosia popierającego szpital praski nic nie wiem, rysopisu więc jego nie będę mógł przekazać najodleglejszej potomności. Natomiast z pozostawionej mi notatki dowiaduję się, że szpital praski jest przytułkiem dla wszelkiego rodzaju biedaków, że ma bardzo szczupłe fundusze i – że bardzo wiele zależy mu na tym, aby na mającą się odbyć w końcu maja loterią fantową publiczność zgromadziła się licznie.
Katedra św. Floriana na Pradze i zabudowania Szpitala Praskiego (z lewej), I poł. XX w.
Jakąż ja ci reklamę napiszę, uboga, a niekiedy ostatnia na tej ziemi gospodo ubogich i chorych? Powiem chyba na los szczęścia damom, że w czasie loterii deszcz nie zmoczy jedwabnych i gazowych sukien ani uszkodzi tynku, jakim pełnoletnie piękności przed niedyskretnymi spojrzeniami zabezpieczają swoje czarowne wdzięki.
Powiem wybladłym i ledwie na cienkich nożętach trzymającym się warszawskim frantom, że wśród zieleni młodych wierzb będą mogli zobaczyć, ale tylko zobaczyć, zdrowe (uf!) i czerstwe praskie dzierlatki w towarzystwie ojców i wujów bardzo biegle posługujących się dość smagłymi laskami. Powiem w końcu synom ordynarnego pospólstwa, że w czasie już tyle razy cytowanej loterii na szpital będą mogli wygrać niewinną i cienkoruną owieczkę lub dojną krówkę ze złoconymi rogami. Że będą mogli ścigać się w workach, zlatywać z welocypedów, podziwiać ognie sztuczne i przysłuchać się tak mile wpadającym w ucho strzałom armatnim. Powiem im wreszcie, aby czy tak, czy owak nie skąpili grosza na rzecz instytucji, do której każdy z nich dziś lub jutro zawinąć może. [...]
Duszą wszelkich filantropijnych rozrywek jest dobroczynność, której największe dozy matka natura umieściła w sercach dam naszych, do nich więc najenergiczniej odwołać się wypada.
O piękne panie! Wy, które nie wahacie się narażać na fluksją i reumatyzm podczas kwest wielkotygodniowych; wy, które tak chętnie płacicie nawet po 75 rubli srebrem za kapelusik, którego największą i najdroższą ozdobę stanowi zamiar przyjścia z pomocą podupadłej rodzinie dobrego tonu; wy, które sprowadzacie lekarzy dla chorych na niestrawność piesków waszych – raczcie się też zająć między innymi losem szpitala praskiego. Wszakże to w nim przytułek znaleźć może ten z kwiatkiem w dziurce u surduta elegant, który dla okazania gawiedzi swoich rozległych stosunków kłania się waszym powozom. Wszakże to stamtąd wyjedzie kiedyś na wiekuisty spoczynek ten eks-lokaj lub eks-stangret, który rozpróżniaczyl się i zniedołężnial we fraku ozdobionym guzikami uświetnionymi waszą cyfrą i herbem. Wszakże to tam sił do nowej pracy nabierać będzie ta szwaczka, która was stroi, a która niekiedy pół roku dopominać się musi o zwrot kilku rubli u chlebodawczyń swoich, zbyt zajętych czynami filantropijnymi, aby o podobnych drobiazgach pamiętać miały...
Wyczerpałem już wszelkie środki reklamy, lecz widzę ze smutkiem, że nie przydadzą się one do zapełnienia pustej kasy. O biedny szpitalu praski!
Bolesław Prus, Kroniki. Wybór, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 35–37.

piątek, 17 maja 2013

Odcinek 694: Antoni Czechow, 1891 rok

List Antoniego Czechowa do Lidii Mizinowej 

17 maja 1891 roku, Aleksin
Mangusta (Herpestes ichneumon).
Liko złota, perłowa i jedwabna! Mangusta przedwczoraj uciekła i więcej nie powróci. Zdechła. To pierwsza nowina.
Po drugie, opuszczamy nasze letnisko i przenosimy rezydencję na piętro domu Bylima-Kołosowskiego [...]
Ach, piękna Liko! Gdy Pani łkając skrapiała nasze ramię łzami (wywabiłem plamy benzyną), gdy pałaszowała kęs za kęsem nasz chleb i naszą wołowinę, pożeraliśmy chciwym spojrzeniem Pani twarz oraz karczek. Ach, Liko, Liko, piękności szatańska! Jeżeli podczas spaceru z jakimś osobnikiem lub na zebraniu w Towarzystwie przytrafi się Pani to, o czym rozmawialiśmy, proszę nie popadać w rozpacz, tylko przyjechać do nas — rzucimy się z rozpędu w Pani ramiona.
Życzę Pani, żeby spożywając kolację z Trophimem w „Alhambrze" niechcący wykłuła mu widelcem oczy.
Znany Pani przyjaciel
Hunyadi Janos [węgierski bohater narodowy]
Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 35.