wtorek, 30 kwietnia 2013

Odcinek 678: Jan Lechoń, 1951 rok


Z dziennika Jana Lechonia

30 kwietnia 1951 roku


1. Trzeba było wyjść rano. – Ale mogłem wrócić wcześniej. Mogłem coś napisać. Ale poddawałem się nerwom, wiosennemu lenistwu, otępieniu bez przyczyn i z wielu przyczyn.
2. Śmierci nie możemy sobie tak samo wyobrazić jak życia bez osób, które kochamy. I naraz nie wiadomo dlaczego przestajemy je kochać, podlegamy śmierci nie tak zupełnej jak nasza fizyczna zagłada, ale w istocie swej do niej podobnej.

Jan Lechoń,
rys. Zdzisław Czermański,
ok. 1954 roku.
3. Od przedwczoraj daremnie próbuję pogodzić się z rozczarowaniem w przyjaźni. Zgoda na to rozczarowanie oznaczałaby, że nie spodziewam się po tej przyjaźni tego, co było jej urokiem – niezwykłości uczuć delikatniejszych niż normalne ludzkie stosunki i niekosztownego poświęcenia w jej imię. Tłumaczę sobie, że to, co mnie spotkało – jest to przecież ludzkie, arcyludzkie – ale to właśnie odejmuje całej sprawie jej poezję, a mnie owo uczucie bezpieczeństwa wśród zawistnego albo obojętnego świata, którem tej przyjaźni zawdzięczał. Jak sobie tłumaczyć, że nie mam racji, kiedy jestem cały obolały od tego rozczarowania. Jeżeli nawet mój stosunek do tej sprawy jest tylko subiektywny – to tym niemniej nie powinno mnie było spotkać to, co spotkało. „Przyjaciel jest to ten, który jest przy tobie, gdy nie masz racji”, powiedział kiedyś Muhlstein, gdy jeszcze był zdolny do przyjaźni.
4. Wiem, że od paru tygodni – ten dziennik to grafomania, ciągnięcie siłą myśli z pustej głowy. Piszę jednak – bo teraz właśnie muszę się trzymać, a zresztą może te kartki będą jakimś hieroglifem duszy, z którego kiedyś ktoś odczyta sekret takich jak ja typów.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 114–115.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Odcinek 677: Irena Solska, 1927 rok


List Ireny Solskiej do Edwarda Osmolskiego

Warszawa, 29 kwietnia 1927 roku
Panie Edwardzie
Posyłam Panu fotografię jednej z „kandydatek” [własne zdjęcie Solskiej w roli Żony w „Nie-Boskiej komedii”]. Jest ruda, zła jak osa, jedyna jej zaleta: umie pielęgnować chorych. Nie lubi dużych mieszkań. Lubi bielone ściany. Kury hodowała, indyki przed nią klękają. W czasie wojny tuczyła świnie. Ojej, lat, nie pamięta, wiele ma. Nigdy ich nie liczy, boby to wyglądało na wyrachowanie. Prosi, żeby Pan przyjechał do Warszawy, bo bardzo chce Pana widzieć. A jeżeli Pan się nie lubi pakować, to proszę wziąć koszulę nocną, grzebień, szczotkę – mydło się znajdzie – i przyjechać, ale spokojnie, nie męczyć się. Bo jakkolwiek lód w Warszawie jest, uważam, że ciepłe okłady będą skuteczniejsze.
Solska jako Żona
w „Nie-Boskiej komedii”, 1920 rok.
 Zdjęcie dołączone do listu.
Panie Edku, niech Pan nie dziczy. Już wiem, jaki Pan jest. Bierze się za rękę i mówi: Chodźże!
Wszystko mi się ciągle kręci w życiu. Występy w Warszawie na razie odłożone, bo aktor grający Rasputina rozchorował się śmiertelnie. Wobec tego 10-go pojadę do Poznania na jakieś trzy sztuki. Przecież Pan mnie woli widzieć u mnie w domu jak w hotelu poznańskim. A tam musiałby Pan przyjechać – i to dalej jak do Warszawy. List Pan dostanie jutro. Czekam Pana w niedzielę rano. Po tylu latach mam Panu tyle do opowiadania, a Pan mnie. Ale Pan jest niegościnny. To nie szkodzi. Jak się zmęczę występami, i tak przyjadę. Zrealizują się różne Pana opowiadania sprzed lat. Wysyłam równocześnie depeszę. Chociaż na krótko niech Pan przyjedzie. A może Pan jaką księżą gospodynię i czworo dzieci chowa?
Do widzenia. Fotografia jest wściekle groźna, aż zabawnie. 
Bałabym się takiej „kandydatki”. W razie Pana zgody, oddam jej Pana pierścionek, który od lat noszę. Do widzenia, Panie Edku.
Ir.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 110–111,

niedziela, 28 kwietnia 2013

Odcinek 676: Anne Sexton, 1966 rok

List Anne Sexton do Philipa Legler

[14 Black Oak Road] 28 kwietnia, 1966 roku
Anne Sexton.
Drogi Phil Maleństwo -
Tak się cieszę, że przysłałeś więcej wierszy. Chcę ci od razu powiedzieć, że The Sweat Box jest bardzo dobrym wierszem i dobrze byś zrobił wysyłając go do New Yorkera [...] Phil Maleństwo, jak to się dzieje, że będąc u czubków trzymasz fason i piszesz wiersze? I jeszcze wypożyczasz maszynę do pisania? Na miłość boską nie bądź tak straszliwie przygnębiony. Powiedz tej kobiecie w ciąży, że nic jeszcze nie wie o życiu. Powiedz swojemu doktorowi, że nie miał prawa wyjeżdżać z miasta, gdy ty byłeś w kłopocie. Powiedz swojemu doktorowi, że nic dziwnego, iż jesteś pomylony, skoro on wyjeżdża z miasta i zostawia cię z kupą czubków. Powiedz mu, że to jest zaraźliwe i że to wszystko jego wina.
Phil, kiedy poszłam do czubków nie byłam „poza tym", chociaż pisałam w ten sposób. Jasne. Byłam diabelnie pomylona, ale wiedziałam o tym. A jeśli się wie o tym, to ten stan trzeźwości pogarsza tylko chorobę. Obserwowałam jak to się dzieje i słyszałam ten sam głos krzyczący z oddziału zamkniętego. Słyszałam go zbyt dobrze. To było straszne. Zostawili mnie tam i być może nigdy nie wróciłam do zdrowia po usłyszeniu brzmienia tego głośnego krzyku i może to dobrze... Niech wrzeszczy. Życie wrzeszczy w głowie każdego artysty z maszyna do pisania czy piórem, a więc niech wrzeszczy. Podpisz się pod tym wszystkim. Zapisz wszystko. Kiedy wyzdrowiejesz (jeśli to, czym jestem można nazwać zdrowiem??) możesz uporządkować to co piszesz i sprawdzić się w tym co piszesz. Cokolwiek teraz napiszesz, później będzie złotem, więc wydobądź to i nie rób tych cholernych koszyków. Wysyłaj mi każdy wiersz, jaki napiszesz, a ja przeczytam wszystko i będę wiedziała, że wysłałeś je do mnie i przebaczę ci i będę cię uwielbiać i zrozumiem cię. Wiem, że jesteś przybity jak diabli i nie winię cię. Co do Twojej książki i drugiej książki i tego wszystkiego. Jasne, że Twoje wiersze obchodzą. [...] Nie każdy poeta osiąga natychmiastową sławę i nie można się jej spodziewać, nawet gdy się jej bardzo pragnie i potrzebuje. Nie przestawaj pisać, do cholery. [...] Mogę sobie z Tobą poradzić. Lecz większy problem w tym, jak poradzić sobie bez ciebie, gdyż tacy jak Ty prawie nigdy się nie zdarzają. Na miłość Boską, pisz do mnie nawet jeżeli nie mogę za każdym razem odpisać. Potrzebuję Twoich listów jak pożywienia. Nie pokazuj tego listu swojej żonie. Jest to w pewnym sensie list miłosny, jakiego nie powinnam pisać. Chociaż dlaczego nie? Oboje jesteśmy szaleni szaleni szaleni i wiedziałam wszystko co się wydarzyło i Ty też. I to straszne, ale pamiętaj, że jesteś ostrzejszy i w pewnym sensie [zdanie nie dokończone] Trzymaj maszynę w działaniu

Uściski od Annie Maleństwa

Anne Sexton, Listy, tłum. Anna Sudrawska, Literatura na Świecie 1988, nr 4 (201), s. 177-178.

sobota, 27 kwietnia 2013

Odcinek 675: Lucy Maud Montgomery, 1891 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Poniedziałek, 27 kwietnia 1891 roku
Lucy Maud Montgomery.
Zaprosiłam Laurę, ponieważ spodziewałam się wizyty pana Musztardy. Niewątpliwie dostał za swoje. Ojca i pani M. nie było w domu, więc mogłyśmy dokuczać mu do woli. Ponadto udało mi się przestawić zegar o pół godziny naprzód, więc gdy pan M. wyszedł, była dopiero 10.00, a nie  jak mu się wydawało  10.30.
Latem mam zamiar wrócić do domu. Przez pewien czas uważałam tę sprawę za beznadziejną, lecz teraz to już postanowione. Przykro mi będzie opuścić ojca, Laurę, Willa i paru innych przyjaciół, ale tylko ich żałuję. Cudownie będzie wyrwać się z tej atmosfery podejrzliwości, drobnych złośliwostek i szykan, jaką stwarza pani Montgomery. Po prostu czuję, że się duszę. Urabiam sobie ręce do łokci dla niej i jej dzieci, ona nie sili się nawet na uprzejmość wobec mnie. Robię w tym domu wszystko, z wyjątkiem prania, do którego ona zgodziła pewną Indiankę. Jest zadowolona jedynie wówczas, gdy może wyrwać się z domu. To ostatnie wcale mnie nie zasmuca, ponieważ żyję w tym domu tylko wtedy, kiedy jej nie ma. Bardzo lubię wspólne posiłki sam na sam z ojcem. Możemy cieszyć się naszym koleżeństwem i nikt nie zerka na nas ponuro ani nas nie wyszydza.
O zachodzie słońca przyszli państwo McTaggart i zabrali Katie i mnie na przejażdżkę faetonem. Było cudownie. Gdy jechaliśmy do Goschen, zapadał miękki, wonny zmierzch, a na zachodzie widać było jeszcze blade smugi, odbijające się w szerokiej rzece.
Lucy Maud Montgomery, Krajobraz dzieciństwa. Pamiętniki 1889–1897, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 7172.

piątek, 26 kwietnia 2013

Odcinek 674: Zofia Nałkowska, 1915 rok


Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 26 kwietnia 1915 roku
Warszawa, pl. Św. Aleksandra (obecnie pl. Trzech Krzyży).
Słońce i upały. Liście na drzewach tutejszych wystrzępione już u pąków. Tak mało wiem o tym. Jedyny ładny widok jest u nas z okna w łazience. Tam widać ponad dachami kopułę kościoła Świętego Aleksandra, a na horyzoncie pasmo drzew prawego brzegu Wisły. Poza tym z pokoju widne jeno bliskie mury. – Na zebraniu w Towarzystwie Literatów miałam niejaki odwet moralny na Abramowiczu. Jeden wieczór z Birnbaumem, jeden z Muszkowskim i Słońskim. To ostatnie jedynie miało odcień bladego zaciekawienia na tle dosyć przewrotnym. Ale, ach, nie warto nawet mówić o tym. Powinnam coś napisać na dwa tutaj zamówienia i to są po prostu tortury. Pomimo wzmożonej inicjatywy Szpera zupełnie na próżno usiłuję odnaleźć w sobie jakąś najsłabszą reminiscencję uczucia. Plus defeu qui couve, tous deux ćest en vain ątfon essay de reprendre le reve joli, fini desormais... [Już nie tli się ogień, oboje daremnie próbujemy przywrócić piękny sen, od tej chwili skończony...] A przecież mogłam go była kochać; długo, długo, zawsze. Mogłam była odmienić swoje życie przez niego. – Raz zgodziłam się na spacer wspólny, zresztą cudzą pewną sprawę mając na uwadze. Mówiłam: „pan jest wyjątkowo szczęśliwy, bo ja zwykle z dawnymi mymi flirtami zupełnie się nie zadaję”. Ile fałszu. Traktuję go tedy, nie w myśl jego zamierzeń, jako właśnie przyjaciela. Ach, inna była ta zeszła wiosna. – Wczoraj przez parę godzin byłam na Górkach, niejako obchodząc rocznicę. Nazbierałam sasanek i trochę kwitnącej brzozy. Widziałam kaczyńce i zupełnie już różowe pączki brzoskwiń. Anim tam cała, ani tu, nigdzie teraz. – Smutny wieczór. Okno otwarte i ktoś tu w łonie podwórza dziwnie smętnie i nieudolnie klapie po klawiszach. Powinnam, powinnam pisać. Ale tak mi się zdezorientowało natchnienie i nawet smak. – A teraz znowu ktoś gwiżdże.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1909–1917, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1976, s. 378–379.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Odcinek 673: Maria Konopnicka, 1889 rok


List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 25 kwietnia 1889 roku
Drogi Stryju!
Jakże tam Stryjeczek przepędził Święta? Czy w dobrym zdrowiu? Czy wyjeżdżał
Maria Konopnicka.
Stryjek do Zalesia, czy był w Radomiu? Prosiłam w ostatnim liście, czy by Stryjek nie rozmyślił się i do Warszawy nie wpadł na tych dni kilka, ale musiało się to okazać niedogodnym, albo niemożebnym.
A ja tu miałam Tadeusza, Zosię, Lorkę i Janka. Tadeusz strasznie mizerny, wstał dopiero co po ciężkiej gastrycznej gorączce i bardzo źle wygląda. Przeleżał miesiąc, z tego połowę w Warszawie, u Janka, i niech sobie Stryjeczek wyobrazi, że nic o tym nie wiedziałam. Taki sekret zachowały chłopaki, żeby mnie nie zmartwić. Poczciwe dzieci. Ale i ja się udręczyłam tym, choć na inny sposób. Służąca bowiem, poszedłszy po brudną bieliznę do Janka widziała, że ktoś tam leży i powiedziała mi o tym. Byłam pewna, że Janek ukrywa u siebie jakiegoś socjalistę, jak to łatwo być mogło, przy jego dziecinnym jeszcze widzeniu rzeczy.
Byłam tedy całe te dwa tygodnie jak na mękach, nie chcąc zaczepiać Janka i domyślając się najgorszych rzeczy, skutkiem właśnie jego przesadzonej wesołości, którą tu, przychodząc na obiady, jak maskę przywdziewał. Słowem, zmęczyliśmy się tymi rolami wszyscy bardzo. Teraz, dzięki Bogu, Tadzio zdrów niby, ale srodze zmarniał. Koniecznie muszę go dobyć z tej cukrowni i umieścić gdzie na wsi. Zmianowym mógłby tylko za cenę zupełnej ruiny zdrowia pozostać.
Dziewczęta za to zupełnie zdrowe. Wszyscy całują ręce Stryjeczka. [...]
Gdybyś, drogi Stryju, wiedział lub zasłyszał o jakim miejscu na wsi dla mego Tadeusza, poleć go, serdecznie o to proszę.
Całuję Twe drogie ręce i Bogu oddaję
M. Konopnicka
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 247–248.

środa, 24 kwietnia 2013

Odcinek 672: Leopold Staff, 1900 rok

List Leopolda Staffa do Ostapa Ortwina

[24 kwietnia 1900 roku]
Lwów,  d.   dwudziestego  któregoś. 
Leopold Staff ok. 1898 roku.
Kochany chłopcze!
Pozwól   sobie   powiedzieć,   że   krew   bezczynu   płynie w Twoich żyłach, czyli przetłomaczywszy na język prozy, jesteś leń. Że też nie możesz się zabrać do napisania kilku słów. Już to ja jestem daleko skorszy w odpowiadaniu na twoje listy... Nie piszę tego gwoli wywyższenia mojej nicości, lecz iżby cnota chrześci[j]ańska tryumfowała jawnie i sprawiedliwie. A bacz, iżbyś nie nadużył cierpliwości mojej  i gniewu mego nie zbudził, jako iż mógłbym czarami dziwnej mocy, którą mędrek niektóry „telepatyją" zowie, zesłać na duszę twoją męki wyrzutów sumienia, jako milczeniem swoim w nirwanę podłą wtrącasz człeka niektórego, co umiera w nudach i melankolii, i ledwo patrzeć, jak w „smantny" i „tanskny" cyprys się przemieni... A czarne myśli przychodzą mi do głowy, które jeno w przeklętej cieplarni onego nieczystego dekadenta Materlenka róść winne. Nuda  spróchniałych  zębów  głodnego  żebraka.  —  Zapach kamfory w pokoju chorej  na  fluksję  dewotki. — Zgrzyt pilnika dentysty w zębach hipopotama. — Usta murzynów ociekające krwią zjedzonych misjonarzy, itp. niecne zmory. A wiedz, iż napisałem dramat w 3 aktach pt. Powieść o włosach,  w  którym  cudów  dokazuje  Krasnoroda,  kapłanka boru świętego, i który, jak tuszę, taki aplauz obudzi,  że  wdzięczny  naród  wieszczowi  swemu   w   podziękę wystawić każe posąg... woskowy w panoptikum.  Nie ma tylko nikogo, komu bym go czytał i kto by po każdym odczytanym akcie głową kiwał... (mniejsza o to, czy z zachwytu, czy ze śpiączki), a jeszcze w ruch nie puszczono tz. Gedichtzuhorerautomat [automat do słuchania wierszy].

Twoja wdowa.

Leopold Staff, W kręgu literackich przyjaźni. Listy, oprac. Jadwiga Czachowska, Irena Maciejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1966, s. 39-40.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Odcinek 671: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1860 rok

Z dzienników Edmunda i Juliusza de Goncourt

23 kwietnia 1860 roku
Nuda nieokreślona, która nie ma przedmiotu i dotyczy wszystkiego. Życie jest banalne. Nic mi się nie przytrafia prócz katalogów autografów, wciąż te same przeciwności, te same bóle, migreny. Ot i wszystko. Nie dziedziczę po jakimś panu, którego nie znałem... Nawet nie dostaję nominacji na ministra. Ten ładny dom do wynajęcia, który widziałem przechodząc ulicą La Rochefoucauld, nie zostanie mi podany wieczorem na srebrnej tacy.
A kiedy wspominam całe moje życie, widzę, że zawsze tak było – nic, co wykracza poza rozsądną codzienność. Miałem tylko jedną przygodę: kiedy na spacerze z moją nianią przyglądałem się jakiejś zabawce, kupił mi ją przechodzący pan!
Na tej ziemi nie ma za grosz niespodzianek. O wszystko trzeba zabiegać. Trzeba wydrzeć order ministrowi, żeby trafił do naszej butonierki. Trzeba prosić, żeby zostać oficerem Gwardii Narodowej. Wiecznie te same śpiewki, przypadki zużyte jak komediowe intrygi.
Olympe AguadoLa lecture, ok. 1863 roku.
Nigdy, przenigdy portier nie wręczy mi listu, który wyznacza mi schadzkę w powozie zaprzężonym w cztery konie, o północy, przy rondzie Pól Elizejskich: zawiążą mi oczy, potem ujrzę księżnę... Nie, nigdy! Wszystko to wymyślili powieściopisarze! Ale ja, który czytałem powieści, mam prawo nazwać Opatrzność macochą, jeśli mi tego wszystkiego odmawia.
Głupcy ani o tym myślą. Jako rozrywka wystarczy im rewolucja co każde osiemnaście lat. Nie są znudzeni. Może nie znają nudy... Nuda jest może przywilejem, to kara za myślenie. Zdarzają się ludzie, którzy egzystencję uważają za przykrą dopiero wtedy, kiedy dostaną kolek: ich kłopoty idą z żołądka.
Starajmy się pracować. Może najmniej nudną z przyjemności jest praca.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 115–116.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Odcinek 670: Maria Dąbrowska, 1937 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

22 kwietnia 1937 roku, czwartek
Wcześnie rano spacer po cudnym Zamościu. Wstępuję oczywiście do katedry do grobu Jana Zamoyskiego. Przy kracie zamykającej kaplicę spotykam moich towarzyszy podróży. Idziemy razem na śniadanie. Na murze, gdzie była cela Łukasińskiego, tablica z jego płaskorzeźbą. Po śniadaniu – bardzo złymi szosami – jedziemy do Łaszczowa, państwa tego sławnego Łaszcza, który sobie delię podbijał wyrokami sądowymi. Resztki starych bram pałacowych, park, naokoło siedziby wielkopańskiej cztery wysokie kolumny z posągami na szczycie. Wśród tego otoczenia roi się małe brudne miasteczko żydowskie, a raczej osada. Tak żydowska, a w słońcu tak egzotyczna, że mam wrażenie, jakbym była w Małej Azji. W Łaszczowie przesiadamy się na furmankę i jedziemy do kolonii Steniatyn. Zwiedzamy cudne gospodarstwa wzorowe, a także jedno w sąsiedniej ukraińskiej wsi Steniatyn, Ukraińca Gawryły. Rażący kontrast – nędza, brud, rachityczne dzieci. Ale przyjmuje nas ten Gawryła doskonale. W powrotnej drodze opowiadania o pacyfikacji, która tu miała miejsce ubiegłej jesieni [po strajku chłopskim]. Opowiadania krew mrożące w żyłach. Takie to różne są elementy polskiej rzeczywistości. Kolonie objęte stworzoną przez Konopackiego organizacją gospodarstw wzorowych są przeważnie czysto polskie z bardzo małym procentem kolonistów Ukraińców, Niemców, a nawet Żydów rolników. Na wsie nie skomasowane akcja ta jeszcze nie wchodzi, gdyż tam przy fenomenalnym rozdrobnieniu gruntów żadna reforma gospodarcza nie daje się przeprowadzić. Ale te nieskomasowane wsie to właśnie wsie ukraińskie; komasuje się przede wszystkim wsie polskie. Oto niesprawiedliwość, która się mści.
Szkoła w Łaszczowie, okres międzywojenny.

Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 2, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 212–213. Zdjęcie z: http://bplaszczow.jalbum.net/Galeria%20Zdj%C4%99%C4%87/%C5%81aszcz%C3%B3w%20w%20starej%20fotografii/index.html

niedziela, 21 kwietnia 2013

Odcinek 669: Samuel Pepys, 1667 rok


Z dziennika Samuela Pepysa

21 kwietnia 1667 roku (niedziela)
Jan, stangret kolaski, którą zazwyczaj najmuję, przyszedł zapytać, czy będę go dziś
Stajnia i wozownia z XVII w. przerobione na dom mieszkalny.
potrzebował. Tedy wziąłem go ze sobą, żeby obejrzał grunt przylegający do mego ogrodu, a którego kawałek mam chęć kupić, abym na nim zbudował stajnię i wozownię, bo nachodzi mnie ostatnimi czasy myśl, że teraz to już nie za wiele ani na moje stanowisko, ani na moją kieszeń, żeby mieć własny powóz, i że, owszem, wstydzić się muszę bez mała, że ustawicznie widzą mnie w najmowanych pojazdach. Miejsce jest dobre, przylega do mego domu, chcę je więc sobie zabezpieczyć przynajmniej do czasu, póki pokój nie stanie, abym miał zachętę do kupienia powozu, co jeśli się nie da, plac będę mógł zawsze odprzedać.
Siedemnastowieczny powóz, rys. Gerard ter Borch.
Samuel Pepys, Dziennik, t. 2, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 176.

sobota, 20 kwietnia 2013

Odcinek 668: Stanisława Przybyszewska, 1928 rok

List Stanisławy Przybyszewskiej do Iwi Bennet

20 kwietnia 1928 roku

Thea von Harbou.
[...] Przytrafiło mi się właśnie coś okropnego, o czym muszę przynajmniej opowiedzieć. Wszystko stało się przez to, że byłam bogata. Zgadza się przecież, że bogactwo oznacza niebezpieczeństwo i nie jest zgoła wielkim szczęściem, jak chciałoby się mniemać. A więc byłam dziś tak bogata, że mogłam nawet pójść do kina. Le cinema, j'en raffole [kino, szaleję za nim], prawdopodobnie właśnie z masochistycznych pobudek, że z każdego filmu tę odrobinę piękna należy najpierw mozolnie wygrzebać z gór odpadków, a nawet wtedy uzupełnić. Bo tutaj grają prawie wyłącznie filmy niemieckie i amerykańskie, w których happy endings jest obowiązkowe, jakkolwiek erotyczna słodycz stanowi sprawę główną i nawet reżyseria nie jest bezbłędna. Oczywiście filmy niemieckie nie są tak podłe jak amerykańskie; za to libretta do najlepszych filmów niemieckich, tych Langa, sporządza jego żona, osławiona Thea von Harbou. Kobieta ta nie napisała w życiu jednego wiersza; jej zawód to kraść dzieła innych i zabijać je; z martwych zwłok robi potem bezkształtne purée, które jako powieść i scenariusz filmowy wywołują następnie u publiczności zgorszenie. Czy oglądałaś — zresztą zarówno zadziwiającą, jak i żałosną Metropolis? Czy wiesz, że tępota, tworząca niestety literacką treść dzieła, to zamienione w purée i sacharyną osłodzone zwłoki... Wellsa(!)?
Bernhard Goetzke podczas charakteryzacji.
Tak, ale nie to było przyczyną mego nieszczęścia. Od dwóch tygodni chciałam zobaczyć rzecz z Schorrsieglem, ponieważ właśnie czytałam powieść (ale prawdziwą, nie libretto). Dziś pozwoliłam sobie na to. W obrazie z Schorrsieglem głównymi osobami są dwaj mordercy: jeden jest młodym rzeźbiarzem, który z zazdrości zastrzelił swego przyjaciela — drugi starszym (ok. 56) lekarzem, u którego szuka schronienia w obcym mieście zbiegły rzeźbiarz, dręczony zaburzeniami nerwowymi; ten z kolei zabił przed wielu laty szantażystę. Lekarz — de Geer — jest bardzo szczęśliwy, znalazłszy towarzysza niedoli, tak że do pewnego stopnia trzyma go uwięzionego w swoim domu; ale on sam jest stary, a ten drugi młody — cierpi więc okropnie pod brzemieniem, którego tamten drugi zdaje się w ogóle nie wyczuwać. W powieści sprawę omawia się bardzo delikatnie, przez połowiczne aluzje, które samemu należy rozbudować. [...]
Scenariusz naturalnie pogrubia i zniekształca problem, ale pozostaje gra poszczególnych osób. I zakochałam się w Goetzkem w roli de Geera.
I cóż na to poradzić? Spotkało mnie to nagle, całkowicie nieprzygotowaną. Teraz siedzę i nie potrafię o niczym innym myśleć jak o tym cudownym białowłosym olbrzymie. Coś takiego nie przytrafiło mi się od lat dwunastu. To wręcz boli. On przecież nawet nie grał wybitnie; tylko że wtedy może nie musiałabym się zakochać. Ale był cudowny, wspaniały. Męskie piękno wzrusza mnie dość często, nawet zachwyca — jest to jednak estetyczna, intelektualna radość, najwyżej z lekkim erotycznym odcieniem. Może się wprawdzie zdarzyć, że mnie chwyci — jak powiedziałam, tak rzadko, iż od dawna uważałam się za uodpornioną. Dziwnym sposobem postacie tak na mnie oddziaływające są prawie zawsze fikcyjne. Kilka lat temu szalałam za Budowniczym Sollnessem (nie znam właściwej ortografii nazwiska), nb. nie oglądałam go na scenie! Była to jednak zaledwie namiastka; całkiem okropnie zakochana byłam natomiast jako 12-letnia dziewczyna w... Wallensteinie, także jedynie z lektury.
Jest we mnie o wiele więcej niż naturalna odraza do starości, uczucia odczuwanego przez każdego człowieka; nienawidzę wszelkiej zgrzybiałości, wywołuje ona we mnie
Bernhard Goetzke, 1927-1928 rok.
kurczowy wstręt, wykraczający poza normalność. Prawdopodobnie ta przykra odraza jest jedynie zjawiskiem pobocznym niewiarygodnej seksualnej siły przyciągania, z jaką oddziaływuje na mnie „czysta" starość. Nigdy młody mężczyzna nie potrafi podniecić mnie erotycznie; za to 50-letni może stać się dla mnie zgubą w przypadku, gdy opór zdrowego ciała nie jest przełamany w jednym punkcie. I jak Wells przenikliwie zauważył — tacy mężczyźni istnieją dzisiaj, podczas gdy przed 30 laty prawie wcale ich nie było. Nierealny, tragiczny de Geer przeniknął mnie aż do krwi. Jakby potrzebne mi było jeszcze i to rozproszenie, kiedy przecież za wszelką cenę muszę powrócić na normalny tor pracy! Tak, raz jeszcze bądź zdrowa.
Obraz ten jest niestety niekorzystnym zdjęciem (pomijając niesmaczną przesadę mimiczną), ale daje wyobrażenie o tym, jak mylący jest jedyny typ mężczyzny, który mnie wzrusza. Powiedz — ale bez ogródek — jak Tobie się on podoba? Przyciągający, obojętny, czy odpychający? Podaj, o ile to możliwe, uzasadnienie swego poglądu. Mój pęd jest zbyt silny, abym mogła go zanalizować. Nie mam pojęcia, dlaczego już sama twarz, bez postaci i sposobu życia — podnieca.
Adieu.  St.
Obecny adres: Am Weissen Turm l, I, klatka schodowa, drzwi na prawo. (Dokładne podanie miejsca jest niezbędne, gdyż w przeciwnym razie listonosz odda list u woźnego, a ten we śnie nie pomyśli o tym, aby mi go doręczyć).

Stanisława Przybyszewska, Listy, t. 3, oprac. Tomasz Lewandowski, Wydawnictwo Morskie 1985, s. 84-86.

piątek, 19 kwietnia 2013

Odcinek 667: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

19 kwietnia 2004 roku
Tomasz Beksiński.
[...] Tomek sobie zażyczył kremację i wtedy zobaczyłem, jak to (styczeń 2000 roku) wyglądało na Wólce Węglowej. To było coś w stylu zakładu utylizacji odpadów. Jakieś pijane towarzystwo płci obojga w kufajkach. Spory o to, że urna jest za mała, zakończone łapówką wręczoną przez łapiducha z firmy pogrzebowej (do mnie: „niech pan na chwilę wyjdzie”) któremuś w pokrytych trzydniowym zarostem i dwutygodniowym brudem palaczy. Zostawienie trumny z naklejonym taśmą paragonem na przechowalni, bo spalanie ma być jutro. Zostawienie syna w tym magazynie było dla mnie szokiem, ale co miałem robić. Tomek widział spalanie na gangsterskich filmach: trumna w obecności rodziny i znajomych i przy dźwiękach muzyki organowej wjeżdża za zasłonę. Pewnie po drugiej stronie zasłony jest tak samo jak w Polsce, bo w Polsce było, tak jak było. Nie wolno było używać określenia krematorium, bo „w Polsce to się źle kojarzy”. Dobrze, że nikt nie widział spalarni na Wólce Anno Domini 2000, bo krematorium kojarzyłoby mu się o wiele lepiej. Nie wiadomo nawet, kiedy dokonano kremacji. Tekst z Monty Pythona: „Postawi pan sobie urnę na kominku i będzie udawał, że to prochy pana matki” (cytuję z pamięci). Jak widać, w Anglii w tym czasie gdy kręcono Monty Pythona, nie było inaczej. W sumie jest mi to obojętne, bo z prochu powstałeś i w proch się obrócisz i jedyną moją potrzebą jest niezawracanie głowy i załatwienie tego w sposób najbardziej standardowy na danym obszarze kulturowym. Gdyby u nas zjadano zwłoki, mogliby mnie także zjeść. Jeśli idzie o Tomka, to urna leży w sanockim grobowcu, bo na drugi dzień po świeckiej uroczystości w Warszawie, ze względu na sanoczan, odbył się w Sanoku świecki pogrzeb. Też jak z Monty Pythona. Facet ubrany jak pajac w pelerynę z czerwonym i wyłogami, łańcuch i czerwony biret, plotący jakieś podniosłe banialuki. Powołał się w swej mowie na wszystkie najwybitniejsze autorytety intelektualne historii powszechnej od Seneki młodszego po Marylę Rodowicz. Cytował po łacinie i tłumaczył maluczkim na polski. Grzmiał głosem, który płoszył zmarznięte wrony na okolicznych drzewach. Organizacyjnie był dobry i dyrygował sporym tłumem, a opinia sanocka orzekła, że nasi księża mogliby się od niego uczyć. Potem – jak się okazało już po roku czy dwóch – był to były adept seminarium w Krakowie, który miał nadzieję na stypendium w Rzymie, ale zamiast tego dano mu jakiś krajowy wikariat i on się wściekł, poleciał do Macharskiego i rzucił tam jakimś pierścieniem (chyba) z okrzykiem: „ja was p..., k... papieżniki” i tak dalej, na co Macharski: „Staszek, uspokój się, mnie tu nie było, ja tego nie słyszałem” i tak dalej, ale on się zawziął, rzucił Kościół i wstąpił do Partii, a w Partii zrobili z niego łapiducha. Po czym po paru latach, gdy już wyprowadzono sztandar, facio wziął za radą Wałęsy sprawy w swoje ręce i założył przedsiębiorstwo świeckich pogrzebów i podobno nieźle mu się wiedzie. Jest podobno najlepszy w Polsce. [...]
Pięknie pozdrawiam Beksiński
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 103–104.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Odcinek 666: Maria Baszkircew, 1876 rok

Z dziennika Marii Baszkircew


Wtorek, 18 kwietnia 1876 roku
Autoportret z paletą, Maria Baszkircew, 1880 rok.
W południe wyruszamy do Pompei. Jedziemy powozem, bo droga jest piękna i można podziwiać Wezuwiusz, miasto Castellamare i Sorrento.
Obsługa wykopalisk jest doskonała. Jakie to ciekawe przebiegać ulice tego martwego miasta!
Wzięłyśmy lektykę i odpoczywałyśmy w niej kolejno, mama i ja.
Szkielety są straszne. Nieszczęśliwcy zachowani w pozach rozdzierających.
Patrzyłam na szczątki domów, fresków i usiłowałam przywrócić to wszystko w wyobraźni do dawnego stanu, zaludnić na nowo domy i ulice.
Jakaż to przeraźliwa potęga, zdolna pochłonąć całe miasto!
Słyszałam, jak mama mówiła o małżeństwie:
— Kobieta jest stworzona do cierpienia — powiedziała — nawet z najlepszym mężem.
— Kobieta przed ślubem — wtrąciłam — to Pompeja przed wybuchem, a kobieta po ślubie — to Pompeja po wybuchu.
Może mam rację.
Jestem bardzo zmęczona, niespokojna, smutna. Wracamy dopiero o ósmej.
Wykopaliska w Pompejach, 1876 rok.
 Maria Baszkircew, Dziennik, tłum. Helena Duninówna, Czytelnik 1967, s. 113-114.

środa, 17 kwietnia 2013

Odcinek 665: Stefan Żeromski, 1888 rok


Z dziennika Stefana Żeromskiego

17 kwietnia 1888 roku (wtorek)
W łóżku, mal. Henri de Toulouse-Lautrec, 1893 rok.
W niedzielę przez całą noc była u mnie Zosia. Spać z facetką w jednym łóżku – gorzej jest niż być konduktorem tramwaju... Jaki łotr siedzi we mnie, jaki łajdak! Na drugi dzień spotkałem się z Manią. Ta płacze, że wyjeżdżam. Chodziliśmy aż nad Wisłę, przysięgła pisywać często, dała fotografią... Zaczyna mi się nudzić, bo ona garnie się do mnie. Zresztą – palnąłbym sobie w łeb z ochotą za łotrostwa niedzielne.
Zosia została na naszym piętrze na dłużej. Obecnie kocha się w niej Łukasz. Kochał ją już doktor, Otoś, Jaś... Co za nędzna kreatura! Puściła się od roku – a dziś myśli porzucić rzemiosło szwaczki i pójść na utrzymanie. Nudna straszliwie i trudno się od niej odczepić.
Gdy była u Łukasza – ten zamykał drzwi na klucz i szedł na miasto, a ona spała w mieszkaniu, jadła ciastka, gwizdała i mówiła, że jej wesoło. Jak szybko dziewczyna się podli, stacza do zwierzęcości – daleko szybciej niż mężczyzna. 
Nigdy parszywiej smutne myśli nie ogarniają mię, jak na balecie lub w cyrku. W cyrku byłem dziś z panem Ż. Przyjechał z Kielc tydzień temu, a dziś dopiero odnalazł mnie. Myśli parszywe, uczucia zarażone jakimś głupim, nienaturalnym cynizmem, smutek – oto rezultaty uciech podłych. Ach, one nie opuszczają mię nigdy: leżąc na łóżku z dziewczyną, słuchając jej paplania, poddając się jej pieszczotom – czuję ten smak idealizmu, gorzkiego jak piołun, jaki opuszczał mię dawno temu... Wiem, że wytwarzać sobie miłość, poddawać się tym kwiateczkom cywilizacji – znaczy oszukiwać się; wiem, niech mi nie powtarzają, że miłość to dobór płci, a przecież – ileż bym dał za uśmiech tych uczuć – i czemu bez nich taka nieskończona, pusta, plugawa nędzota ogarnia całe jestestwo? Skądże się bierze nieświadome pragnienie pocałunku tylko z istotą kochaną, nawet wtedy, gdy taka Zosia rozkracza nogi?

Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 55–56.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Odcinek 664: Antoni Czechow, 1893 rok

List Antoniego Czechowa do Mikolaja Lejkina

16 kwietnia 1893 roku, Mielichowo 
Antoni Czechow z jamnikiem.
Najzacniejszy Panie Mikołaju, wczoraj dotarły do nas nareszcie jamniki. W drodze ze stacji bardzo się zmęczyły, zmarzły, zgłodniały i dlatego ich radości po przybyciu nie da się z niczym porównać. Uganiały po wszystkich pokojach, łasiły się, szczekały na służbę. Potem dostały jeść i poczuły się całkiem jak u siebie w domu. W nocy wygrzebały ze skrzynek na kwiaty ziemię z nasionami i wywlokły z przedpokoju wszystkie kalosze, które porozrzucały po całym domu, a rano, kiedy wyprowadziłem je do ogrodu, przyprawiły o zgrozę nasze psy podwórzowe, które nigdy w życiu nie widziały takich pokrak. Suczka jest sympatyczniejsza niż pies: u psa nie tylko tylne łapy, ale i pysk, i zad niewydarzone. Ale oczy mają pełne dobroci i wdzięczności. Czym je Pan karmił i jak często? Jak je nauczyć, żeby nie załatwiały swych potrzeb w pokojach? — itd. Jamniki wzbudziły ogólną sympatię i są ośrodkiem zainteresowania. Ogromnie Panu dziękuję. [...]
Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 97.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Odcinek 663: Władysław St. Reymont, 1896 rok

List Władysława St. Reymonta do brata, Franciszka

[Łódź] 15 kwietnia [18]96 roku

Brat pisarza, Franciszek, ok.1882 r.
Drogi Franku.
Daruj, że znowu nie przyjechałem, ale... zresztą na co się przyda przytaczać powody najrozmaitsze i najlepiej usprawiedliwiające, kiedy te faktu nie zmienią. Piszę znowu z Łodzi, a raczej jeszcze z Łodzi, będę tutaj do l czerwca, całe półtora miesiąca jeszcze. Roboty mam powyżej uszów, że mi się to już zaczyna nudzić, a przy tym błoto tutejsze, wiosna tutejsza, ludzie tutejsi — to niech pioruny spalą.
W tej chwili dopiero z nekrologów Kuriera dowiedziałem się, że Locia umarła! Dobrze się dla niej stało, bo już się przynajmniej nie męczy, ale pomimo to jest mi ogromnie żal: w 26 roku życia umierać — to okropne!
Zdaje się, że już dobiegam połowy życia, więc zbyt często nachodzą mnie refleksje o śmierci, a boję się jej i chciałbym, żeby przyszła bardzo późno, bo mam tyle do zrobienia jeszcze. Zacząłem dopiero żyć naprawdę. Wiesz, zdaje mi się, że się nie żenię z panną H., a jeśli nie, to Ci teraz to mówię. Chciałbyś wiedzieć dlaczego? Jest tylko jedna przyczyna — nie chcę. Za wcześnie dla mnie małżeństwo. Mam 29 lat i stoję na progu sławy i powodzenia, i potrzeba wytężyć wszystkie siły, aby stanąć niewzruszenie w literaturze, aby zająć w niej miejsce takie, jakie chcę zająć, tj. pierwszorzędne. Otóż żona nieco przeszkodziłaby, krępowałaby mnie w lotach i w rozmachu samym, byłaby kulą, a kule zwalniają chód; zresztą ja poznałem w ostatnich czasach, że życie porządne, życie w jednym miejscu, życie pokratkowane na codzienne kłopoty i przyjemności, życie regularne — nie dla mnie; mało, ale mi takiego życia prowadzić nie wolno, literatura mi tego nie podwala. W sztuce nie ma kompromisów, albo się jej oddasz i będzie twoją, albo połowicznie się nią zajmując zostaje się jej niewolnikiem — otóż ja chcę i zostanę jej panem, na niewolnika nie urodziłem się.

Pisarz z żoną, Aurelią z Szabłowskich.
Ślub odbył się w Krakowie 15 lipca 1902 roku.
Dzisiaj, kiedy w literaturze mam cel uświadomiony, do którego dojść muszę, wszelkie pęta, nawet miłości i majątku, są mi wstrętne i złe, bo powstrzymują. Pomyślę może kiedyś o żonie, ale wtedy, kiedy mi to uczynić będzie wolno. Tymczasem muszę zdobywać świat — a to przyjemniejsze. Zresztą, mój Drogi Franku, życie moje teraźniejsze jest krwawą walką, bo muszę zdobywać i jednocześnie sam i w ciszy muszę kuć narzędzia do tej walki, gdy tymczasem moi wszyscy współzapaśnicy w literaturze przyszli już opatrzeni w broń. Ot, co!
Powiem Ci plan mój najbliższej przyszłości. Przez czerwiec siedzę w Warszawie i odpoczywam. Lipiec, sierpień, wrzesień zaryję się w jakiej norze na wsi, może nawet u Ojca, i piszę ową sławną łódzką powieść.
Kończę ją i w połowie października najdalej jadę za granicę. Środki będę miał. Muszę, słyszysz, muszę być trzy lata w świecie; rok w Paryżu, aby owładnąć dobrze francuskim i pochodzić nieco do Sorbony na filozofię; rok następny w Londynie dla tego samego prawie — i języka, i nauk społecznych; i ostatni rok albo w Szwajcarii, albo w Niemczech, albo zresztą na Wschodzie. Przez te trzy lata mam zamiar nic nie pisać, odpoczywać tylko i nabierać sił do dalszej walki ostatecznej. Ot, mój plan.
Ściskam Cię, przepraszam i mówię do rychłego widzenia, O ile dziewczyny będą w Piotrkowie na weselu, to i ja będę.
Całuję Cię —  napisz.
Twój 
Wł. St. Reymont
Adres łódzki: Agentura Kuriera Codziennego, Piotrkowska nr 46, Wł. St. Reymontowi.
Władysław St. Reymont, Listy do rodziny, oprac. Tomasz Jodełka-Burzecki i Barbara Kocówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975, s. 80-81.