niedziela, 31 marca 2013

Odcinek 648: Marta Wańkowicz, 1941 rok


List Marty Wańkowiczówny do siostry, Krystyny

Rosemont College, 31 III 1941 roku
Kochana Krystyno!
Jutro jest to, co się kiedyś nazywało prima aprilis i dyngus, i na samo wspomnienie robi mi się radośnie na duchu, krzycząco, dzikoludowato i rozczochranie. Może to i wiosna tak działa. Bo zaczyna się tu cudowna wiosna, jeszcze niepewna, jeszcze bezlistna, ale już słoneczna, miękka i ciepła i bardzo błękitna, jak mamowe tuptołki bożonarodzeniowe, zeszłoroczne. Zaraz za dzień, za dwa, zaczną strzelać pąki i zacznie być cudownie naokoło college’u i na terenie szkolnego campusu. Za dziewięć dni zaczynają się nasze dziesięciodniowe wielkanocne wakacje. Za dwa miesiące już i koniec roku. Zleciał jak z bicza, aż mi dziwacznie myśleć, że już tu blisko rok siedzę.
Dziś jest poniedziałek, pierwszy dzień tygodnia szkolnego, który zaczęłam w usposobieniu dosyć sennym po nader ekscytującym weekendzie.
Obciąwszy lekcje piątkowe siadłyśmy w auto i w piątkę pojechałyśmy reprezentować Rosemont na zjeździe międzykolegialnym w Leigh University, jakieś sto kilometrów stąd. Każda szkoła reprezentowała inne państwo i omawialiśmy stosy ekonomicznych i politycznych zagadnień, kłócąc się jak przekupki z wielkim zacietrzewieniem o każdy drobiazg. Ja działałam też aktywnie, choć w duchu intensywnie przerażonym własną bezczelnością. I rzeczywiście... Au milieu jednego z moich epokowych przemówień (które nie mogły być z góry przygotowane i musiały być improwizowane) utknęłam fatalnie nie mogąc znaleźć słowa „zniesione” – abolished. Efekt najpiękniejszego zdania był kompletnie zdławiony. [...] Ale jakoś wybrnęłam ku ogólnej radości. To łatwo pisać, ale wyobraź sobie siebie stojącą pośrodku gapiących się na Ciebie kilkudziesięciu par oczu i mówiącą trudne rzeczy w obcym i niebywale dziwacznym w wymowie języku. Chciałabym widzieć Twoje strusie podrygi!...
Ale wszystkie trudy okazały się warte stuprocentowo. Nareszcie znalazłam kogoś, jak się tu mówi: to write home about – o kim warto by napisać do domu. Właściwie nie bardzo jeszcze jestem pewna, ale w każdym razie jest o wiele korzystniejszy niż wszyscy tutejsi młodzi ludzie, których dotąd spotkałam. Jest wysoki i smukły. Raczej brzydki, ale miła, jasna twarz i miły uśmiech. [...] Ma bodajże dwadzieścia lat, tańczy pysznie walca, co tutaj jest więcej niż rzadkie, był w Europie przez dwa lata po parę miesięcy w czasie wakacji, włócząc się na rowerze po Francji, Hiszpanii, Szwajcarii, Włoszech etc. Szykuje się na dziennikarkę, na korespondenta zagranicznego czy coś w tym rodzaju. Jego ojciec pracuje w największym i najlepszym dzienniku amerykańskim „New York Times”. Jak widzisz więc – same plusy. Poza tym jego rodzina musi być dosyć snobistyczna, bo młody człowiek nazywa się G. M. Courts Oulahan, co znaczy, że ma na imię właściwie George czy coś w tym rodzaju, ale nazywają go Courts, co jest albo panieńskim nazwiskiem matki, albo babki, albo prababki (cóż za rzadkość!...). On za to nie ma krzty snobizmu. [...] Przywiozę Ci go do Warszawy na obejrzenie. Miałybyśmy dobrego kompana na wszelkie rajzy. Za cztery tygodnie jest w Rosemont jakaś tea dance. Zwykle nie chodzę na te jazzowe rozkosze, ale tym razem zaproszę Courtsa, pójdę, a potem Ci wyślę biuletyn. [...]
Kaplica w Rosemont College.
Chciałabym z duszy serca przestać pisać Ci te nonsensy o młodych amerykańskich geniuszach, ale skoro już przedsięwzięłam opis ostatniego weekendu, to muszę i przez niedzielę przebrnąć i nawet nie uwierzysz, zapewniam Cię, że jestem w pełni zdrowych zmysłów. W sobotę rano, drugiego dnia obrad, [...] zakończyłam tryumfalnie wszystkie sesje, wytańczyłam noc z soboty na niedzielę, spakowałam w niedzielę manatki, pośpiesznie nawróciłam na pójście do kościoła w niedzielę dwóch młodych ludzi, z których jeden jest protestant i nigdy w życiu nie był w kościele – po czym wsiadłyśmy z Cathie w jej auto [...] i pojechałyśmy. [...] Betty oczekiwała mnie rozpromieniona, podskakująca naokoło auta. Okazało się, że przygotowała mi małą niespodziankę: czekała na mnie z autem i planem jazdy do Indian Town, wielkiego centrum przeszkolenia, gdzie około tuzina naszych przyjaciół tkwi od paru miesięcy. [...] Przyjechałyśmy wreszcie do Rosemont koło jedenastej wieczór w niedzielę, czyli dokładnie dwadzieścia cztery godziny temu, i jak byłam senna wtedy, tak i jestem teraz, więc chyba już zakończę ten najgłupszy z dotąd do Was wysłanych listów. Mam nadzieję (oby „niepłonną”...), że zachowasz go na ściśle domowy użytek i nie będziesz rozczarowywać bliższych i dalszych znajomych co do mojej inteligencji.
Dostałam listy Mamy z 28 lutego i 4 marca. Błagam, nie myślcie o żadnych nonsensach wysyłania mi czegokolwiek. Przecież to brzmi po prostu śmiesznie i wstyd mi samej siebie: przetrząsam sumienie, ale nie zdaje mi się, żebym Warn dała nawet cień idei, że mi czegokolwiek brak. Do inteligentniejszego listu!
Tili
Melchior i Krystyna Wańkowiczowie, Korespondencja, oprac. Aleksandra Ziółkowska, Twój Styl 1993, s. 91–94.

sobota, 30 marca 2013

Odcinek 647: Agnieszka Osiecka, 1965 rok


List Agnieszki Osieckiej do Jeremiego Przybory

Paryż, 30 marca 1965 roku
Motto:
„Od godziny w Luwrze
mówię do bani – mówże!
A bania – co?
A bania – ba!
Paryż, bania – i ja”
(K. Ildefons)
Najmilszy! Mam PIEGI!
A wiesz dlaczego? Bo dopadł mnie dziś w Paryżu NIESPODZIEWANY POCZĄTEK LATA.
Ludzie leżakują w kafejkach na Polach Elizejskich, ciocia włożyła cytrynowy kapelusz, a ja snuję się w białej bluzce w lilijki harcerskie, którą dostałam od Elki Czyżewskiej. Lody roztapiają się i wpadają do dekoltów, w oczach tanieją rzodkiewki i pięknieją damskie kapelusze. Cały dzień myślę o Marcie. Ona to miałaby kupę radości z tego wiosennego Paryża! Wystawy – obłęd!
A tymczasem starszy człowiek, to wiesz – tyle że podziwia pejzaż miejski w szerszym
Rue de Seine w Paryżu, lata 60.
sensie no i, prawda, kulturą wiekową oddycha. Szkoda więc, że Marta, dorosła już przecież panna, nie odbyła swojej wielkiej podróży, choćby takiej jak ja robiłam w jej wieku: żeby pracować w polu u chłopa w Burgundii i za zaoszczędzone parę groszy kopnąć się do Paryża i jeść bułkę z serem, winem popijać i gapić się na Sekwanę w słońcu. Namów Ty ją na coś takiego! Zrzeszenie Studentów musi to jeszcze urządzać!
Wczoraj zrobiłam sobie masochistyczny spacerek na Rue de Seine i zajrzałam nawet do Hotel de Seine...
Hm, cały dzień się mazgaiłam i dopiero pod wieczór ciocia mnie upudrowała i zabrała do jednej swojej kumy, hrabiny Ledóchowskiej, która ma pałac w VII arr. [dzielnicy] i daje herbatę „po rosyjsku” i cały czas pies szczeka, póki pijesz. (Ciocia ma tu pełno kum z czasów, kiedy była malarką 40 lat temu, i innych, powojennych. Są to bardzo ubogie, bardzo bogate panie, dziwaczki, i kobiety, i nade wszystko właścicielki galerii malarskich).
Uff... jak gorąco! Siedzę w błękitnym negliżu na czerwonym łóżku z falbankami i piekę się jak w czasie wakacji.
Czy u nas na Pradze dwa też robi się takie prawdziwe lato? Tego nie mogę sobie wyobrazić.
Chciałabym tu jak najwięcej chodzić Twoimi śladami, ale na przykład wcale nie wiem, po jakich teatrach biegałeś i nie mogę Cię naśladować. [...]
Kochany, kochany Jeremi! Nie masz pojęcia, jak mi się ciepło i smutno i dobrze zrobiło na duszy w Hotel de Seine. Ciepło, bo to Twoje miejsce, smutno, bo Cię nie ma, a dobrze, że Cię w ogóle mam, co w zeszłym roku o tej porze wcale nie było takie pewne (i co teraz zresztą też pewne nie jest, ale to nic, nie o to chodzi).
Patrzysz na mnie ze zdjęcia raz surowo, a raz łaskawie, ale coraz bardziej mi szkoda, że jesteś na nim płaski, a nie trójwymiarowy, bo Twoją wielką zaletą prócz umysłu i serca jest Wielka Puchatość.
Jutro czy pojutrze mamy prima aprilis, wiosna pełną gębą, no w ogóle ten miesiąc, w którym już będę Ciebie całowała.
Dziś zresztą, przez to wielkie słońce, byłam trochę dla Ciebie wstrętna, bo prawie uradowana. Ale wiesz, jak to jest z takimi wielkimi pogodami. Robią się z nas zwierzęta, koty leżące na balkonie [...].
Tu – pauza w liście, bo wieczór i czas jechać na Montmartre i Pigalle.
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory Listy na wyczerpanym papierze, oprac. Magda Umer, Agora 2010, s. 128–130.

piątek, 29 marca 2013

Odcinek 646: Vincent van Gogh, 1889 rok


List Vincenta van Gogha do brata, Theo

29 marca 1889 roku
W ostatnich dniach wszystko w porządku. Przedwczoraj i wczoraj wyszedłem na godzinę do miasta, żeby kupić, co mi potrzebne do pracy. Idąc do domu mogłem stwierdzić, że moi sąsiedzi, ci, których znam, nie należą do tych, co podpisali petycję [domagającą się zamknięcia Vincenta w zakładzie psychiatrycznym]. Tak czy inaczej, widzę, że mam jeszcze przyjaciół.
P. Salles powiada, że w razie potrzeby znajdzie mi w ciągu kilku dni mieszkanie w innej dzielnicy. Sprowadziłem sobie jeszcze kilka książek, żebym miał trochę solidnych myśli w głowie. Przeczytałem znów Chatę Wuja Toma, wiesz, książkę Beecher Stowe o niewolnictwie, Opowieść wigilijną Dickensa i dałem p. Salles Germanie Lacerteux [braci Goncourtów].
W zakładzie [psychiatrycznym] są dla mnie uprzedzająco grzeczni ostatnio; podobnie jak wiele innych rzeczy, przyprawia mnie to o zmieszanie.
Wyobrażam sobie, że wolisz ślub bez wszelkich ceremonii i życzeń, i jestem pewien z góry, że będziesz ich unikał w miarę możności.
...................................................................................................
Jak dziwne wydają mi się te ostatnie trzy miesiące. Lęki moralne, których nie umiem nazwać, potem chwile, kiedy zasłona czasu i fatalnych okoliczności uchyla się na mgnienie oka.
W końcu masz na pewno rację, diablo masz rację – nawet mając nadzieję trzeba zgodzić się na rzeczywistość, prawdopodobnie bardzo zasmucającą. Spodziewam się, że zajmę się bez reszty pracą, która jest tak opóźniona. [...]
Vincent van Gogh, Irysy, maj 1889 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 431–432.

czwartek, 28 marca 2013

Odcinek 645: Józef Bliziński, 1878 rok

List Józefa Blizińskiego do Władysława Bełzy

Bóbrka, dnia 28 marca 1878 roku
Józef Bliziński.
Kochany Panie Władeczku
Na miłość boską, zróbcie mi jedną przysługę — starajcie się w te pędy zobaczyć z doktorem którym znajomym, np. z Dębickim — jeżeli z Dębickim, to uściskajcie Go ode mnie i proście o to, co niżej:
Piszę powiastkę i koniecznie mi są potrzebne niektóre wiadomości z medycyny, mianowicie co do chorób gwałtownych, jak apopleksja, paraliż itp., na które mają wpływ wypadki, interesa etc. Przed kilku laty widziałem w Kujawach u jednego proboszcza jakąś książkę pod tytułem specjalnym na fika czy sica, srakakastyka czy coś, dziełko policyjno-księżo-medyczne, głupstwo wierutne, ale właśnie mnie takie potrzebne. Jest tam opis przebiegu każdej choroby, jej oznak i „przebiegu śmiertelnego", niby żeby ksiądz przybywszy do chorego wiedział, czy ten obowiązany już umierać. Podług tego dzieła każda choroba, bodaj prosty ból zębów, ma przebieg śmiertelny, którego oznaki łatwo dostrzec podług przepisu. Nie mogę sobie w żaden sposób przypomnieć tytułu i na próżno przejrzałem wszystkie katalogi, jakie posiadam. Ale może Dębicki zna to opus. Jeżeli zaś nie zna, to niech mi wskaże jaki wykład, podręcznik czy coś podobnego chorób w rodzaju wyżej wymienionych — byleby nie za duże i niedrogie, bo gdy wskaże, to raczcie zaraz, nie zwlekając, przysłać mi za pobraniem pocztowym — a gdyby się dało tak skąd pożyczyć, to jeszcze lepiej — odesłałbym za parę dni — ale jeżeli nie, to już kupię, bo mi to koniecznie potrzebne. Mój złoty, zróbcie mi to zaraz.
„Strzechy" zeszyty 5 i 6 razem odebrałem w dniu wczorajszym dopiero.
Donieście mi, kiedy ostatni termin i dokąd należy posłać złr 3 na medal dla Kraszewskiego.
Odebraliście mój list onegdajszy?
Ściskam oburącz
Wasz serdeczny
J. Bliziński
PS. Jeżeliby nie było co innego, to może by mi się zdało: Batting Wiliam, Otyłość, sposoby jej powstawania, zapobiegania i leczenia. Poznań 8-ka, str. 30, 1865, albo Wolf Aleks[ander]. Uwagi nad fizjologią żółci. Rozprawa konkursowa etc. 8-ka, str. 28. Warszawa 1868.
W ostateczności może by mi się przydała: Starość, tylko że to, zdaje mi się, drogie, a nie mam ochoty dużo płacić.
Józef Bliziński, Listy, oprac. Aleksander Żyga, Wydawnictwo Literackie 1975, s. 174-175.

środa, 27 marca 2013

Odcinek 644: Antoni Czechow, 1894 rok

List Antoniego Czechowa do Lidii Mizinowej

27 marca 1894 roku, Jałta
Antoni Czechow.
Droga Liko, dziękuję za list. Chociaż straszy mnie Pani, że wkrótce umrze, chociaż droczy się, że dałem Jej kosza, mimo to dziękuję. Doskonałe wiem, że Pani nie umrze i że kosza nikt Pani nie dawał.
Jestem w Jałcie i nudzę się tutaj, nawet bardzo się nudzę. Miejscowa, że tak powiem, socjeta wystawia Fausta, bywam na próbach, patrzę z rozkoszą na cały klomb czarnych, rudych, lnianych i popielatych główek, słucham śpiewu i jem; u przełożonej żeńskiego gimnazjum jem czebureki i baraninę z kaszą; w ziemiańskich domach jem zupę szczawiową; w cukierni też jem, u siebie w hotelu również. Kładę się o dziesiątej wieczór, wstaję o dziesiątej rano, po obiedzie też wypoczywam i mimo to nudzę się, droga Liko. Nie dlatego, że nie ma przy mnie „moich dam", ale dlatego, że północna wiosna jest piękniejsza od krymskiej i jeszcze dlatego, że mnie ani na chwilę nie opuszcza myśl: muszę, koniecznie muszę pisać. Pisać, pisać i pisać. A ja uważam, że bez próżnowania nie ma prawdziwego szczęścia. Mój ideał: próżnować i kochać pulchną dziewczynę. Czuję największą przyjemność, gdy chodzę, siedzę i nic nie robię; moje ulubione zajęcie to zbieranie rzeczy nikomu niepotrzebnych (listeczków, słomy itd.) oraz czynności bezużyteczne. A przecież jestem pisarzem, powinienem więc pisać nawet tu, w Jałcie. Kochana Liko, kiedy zostanie Pani słynną śpiewaczką i otrzyma dobrą pensję, poproszę o jałmużnę: niech Pani mnie ożeni ze sobą i weźmie na swoje utrzymanie, żebym mógł nic nie robić. A jeżeli Pani istotnie umrze, zwrócę się z tym do Wari Eberle, w której się kocham, jak Pani wiadomo. Jestem tak zgnębiony ciągłą myślą o powinności pisania, że już od tygodnia bez przerwy dokucza mi arytmia serca. Obrzydliwe uczucie.
Lidia Mizinowa.
Sprzedałem swoją lisiurę za dwadzieścia rubli. Warta jest sześćdziesiąt, ale właściwie futra już z niej wylazło za czterdzieści rubli, więc dwadzieścia to niezła cena. Agrest jeszcze tu nie dojrzał, ale jest ciepło, pogodnie, drzewa zielenieją, morze wygląda jak w lecie, panny tęsknią za uczuciem, a mimo to wolę rosyjską północ od południa, przynajmniej na wiosnę. U nas przyroda smutniejsza, bardziej liryczna i bardziej lewitanowska, a tu ni pies, ni wydra — zupełnie jak ładny, dźwięczny, lecz zimny wiersz. Ze względu na arytmię już od tygodnia nie piję wina i dlatego wszystko, co mnie otacza, wydaje mi się jeszcze uboższe. A jak tam Pani w Paryżu? Jak Francuzi? Podobają się Pani? No to, hejże!
Mirow dał tu koncert i zarobił na czysto sto pięćdziesiąt rubli. Ryczał jak krowa, ale miał kolosalne powodzenie. Ogromnie żałuję, że nie uczyłem się śpiewu; też mógłbym tak ryczeć, bo mam gardło zasobne w tony chrypiące — mówią, że oktawa co się zowie. Nie brakłoby mi ani zarobków, ani powodzenia u pań.
W czerwcu nie ja przyjadę do Paryża, tylko Pani do Mielichowa; przygna Panią tęsknota za ojczyzną. Nie obejdzie się bez tego, żeby nie przyjechać do Rosji choć na jeden dzień. Niech się Pani umówi z Potapienką, który w lecie wybiera się do Rosji. Wtedy podróż wypadnie taniej. On kupi bilet, a Pani zapomni mu zwrócić pieniądze (to dla Pani nie pierwszyzna). Jeżeli Pani nie przyjedzie, sam wybiorę się do Paryża. Mam jednak pewność, że Pani przyjedzie. Byłoby wprost nie do pomyślenia, żeby się Pani nie postarała zobaczyć z dziadkiem Sablinem.
Liko, życzę pani zdrowia, spokoju, szczęścia i zadowolenia. A także sukcesu. Pani jest mądrą kobietą.
Gdyby Pani zechciała uszczęśliwić mnie listem, to proszę adresować do Mielichowa, gdzie wkrótce będę. Bez zwłoki odpiszę na każdy list. Obie ręce Pani całuję.
Oddany A. Czechow
Wari Eberle kłaniam się pięknie.
Czechow z Lidią i siostrą, Marią w Mielichowie, 1892 rok
Antoni Czechow, Listy, t. 1, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 115-116.

Miło nam poinformować, że "Płaszcz zabójcy" znalazł się wśród blogów polecanych przez Instytut Książki. Dziękujemy za wyróżnienie.

wtorek, 26 marca 2013

Odcinek 643: Irena Solska, 1929 rok


List Ireny Solskiej do Edwarda Osmolskiego

Miechów-Charsznica, dn. 26 marca 1929 r.
Panie Edku, niedźwiedzisko najmilsze, Dżencie, „postarzały” awanturniku, Przyjacielu.
Do jutra mam czyste, spokojne sumienie, bo wiem, że P. Halka [Skoczylasowa] jest w Kuliczkowie. Od jutra zaczynam się niepokoić, ale liczę na przygotowania świąteczne. Boże, jakże mi ślinka idzie na te smakołyki. Otóż najwcześniej przyjadę w tę sobotę, najpóźniej w drugi dzień Świąt — zawsze tylko w południe i do Bełza.
Połączenia stąd są tak diabelskie, że do Krakowa będę jechała 5 godzin, a z Krakowa do Jarosławia, z Jarosławia trzecie przesiadanie — Rawa Ruska, Bełz; to jest ten sam pociąg, który jedzie i łączy się z warszawskim. Godzinę i dzień podam Panu telegraficznie.
Chciałam jechać aeroplanem do Lwowa z Katowic, już miejsc nie ma. Może nie utonę na drogach Waszych, mimo że z Bełza.
Hanka ma tu szalone przykrości ze służbą — tak, że musiałam Jej przywieźć moją z Warszawy. W ogóle straszny tu kąt. Ale fabryka wielka. Janek [Malatyński] ma pracę bardzo odpowiedzialną.
Jasiek mały oświadczył mi dziś, że o ile odjadę, to na aeroplan, którym będę jechać, wyśle całą gromadę orłów, żeby go rozszarpały, bo mam z nim być, nie jeździć światami. Tak mi powiedział. Cóż Pan na to? Jest śliczny, śliczny.
Panie Edku, za tydzień najdalej będziemy razem. Bardzo, bardzo się cieszę. Uważam, że Wielkanoc to Święto bardzo rodzinne i to mnie krępuje i dlatego chcę przyjechać dopiero w drugi dzień Świąt. We czwartek wyślę depeszę. [...]
Jeżeli się Pan będzie wściekał, to proszę zbić spodek żółty albo żółtą filiżankę. Czy Pan dostał list imieninowy? Nic mi Pan nie odpisał. [...]
Panu do widzenia, do widzenia. Do widzenia.
Ir.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 205–206.

poniedziałek, 25 marca 2013

Odcinek 642: Jan Cybis, 1965 rok

Z dziennika Jana Cybisa

25 marca 1965 roku 
Szpak. Autor zdjęcia: Cezary Pióro.
Balkon i drzwi otwarte na noc - szpaki drą się na całe gardło od samego świtu. Co rok postanawiam słuchać ich uważnie, a słyszę je zawsze tylko mimochodem. Jakież to ważniejsze sprawy przeszkadzają nam, które zapominamy, podczas gdy nie zapominamy tego śpiewu ptaków?
Gdyż wszystko jest refleksem.
Malowałem. Po czym do Jasia Wodyńskiego odpocząć.
O pierwszej do radia Hamburg - po niemiecku - przy dużym wewnętrznym oporze. Merde!
Szaro i sennie, deszczowo.
Jan Cybis, Notatki malarskie: Dzienniki 1954-1966, wybór i wstęp Dominik Horodyński, Państwowy Intytut Wydawniczy 1980, s. 385.

niedziela, 24 marca 2013

Odcinek 641: Maria de Sévigne, 1671 rok


List Marii markizy de Sévigne do córki, Franciszki Małgorzaty de Grignan

Livry, [Wielki Wtorek] 24 marca [1671 roku]
Znów Cię zagadam na śmierć, moje Ty biedactwo. Jestem tu, mój skarbie, od trzech godzin. Wyjechałam z Paryża z księżulem, Heleną, Hebertem i Marfizką, aby do Wielkiego Czwartku pobyć tu z dala od ludzi i zgiełku. Chcę być całkiem sama, urządzić tu sobie małą pustelnię, modlić się i dumać nad różnymi sprawami. Chcę się wypościć, a to z różnych powodów, nachodzić się za wszystkie czasy przesiedziane w pokoju, a przede wszystkim wynudzić się Bogu na chwałę. Nade wszystko jednak, moja nieboraczko, będę tu za wszystkie czasy myśleć o Tobie. Czynię to od chwili, kiedym tu przyjechała, a teraz, nie mogąc się już powstrzymać, zabrałam się do pisania, przysiadłszy na mchu, na którym Tyś się czasem wyciągała, w tej cienistej alejce, którą tak lubisz. Ale bo też, mój Boże, czyż nie widzę Cię wszędzie, gdziekolwiek rzucę okiem? i jak boleśnie myśli takie przeszywają mi serce? Nie ma tu ani jednego zakątka, czy to w domu, czy w kościele, czy w okolicy, czy w ogrodzie, gdzie bym Ciebie nie widywała; wszystko — tak czy owak — wiąże się z jakimś wspomnieniem; a jakiekolwiek ono jest, jakże mnie boli! Widzę Cię, jesteś tu dla mnie obecna, wciąż od nowa wracam myślą do tych wspomnień; zadręczam się na próżno: dziecko moje najukochańsze jest hen daleko, o dwieście mil ode mnie; nie ma jej przy mnie. Wobec tej prawdy nie mogę powstrzymać się od łez; kochanie moje, nie mogę już tego wytrzymać; wiem, że to słabość, ale nie mam sił, by przemóc te uczucia tak naturalne i tak uzasadnione. Nie wiem, w jakich warunkach będziesz czytać ten list. Trafem może nadejść w bardzo niestosownej chwili i będziesz go czytała z całkiem innymi uczuciami niż te, z jakimi ja go piszę. Ale nie ma na to żadnej rady; ten mój list ma w tej chwili przynieść mi pewną ulgę; to wszystko, czego po nim oczekuję. Trudno wprost uwierzyć, do jakiego stanu doprowadziło mnie to miejsce. Proszę Cię, nie mów mi o mojej słabości; powinnaś raczej kochać i szanować te łzy, płynące z tak bardzo oddanego Ci serca.
Livry-Gargan, rezydencja pani de Sevigne.
Listy pani de Sévigne, tłum. Michał Mroziński i Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 88–89.

sobota, 23 marca 2013

Odcinek 640: Adam Mickiewicz, 1841 rok

List Adama Mickiewicza do brata, Franciszka

23 marca 1841 roku 
Paryż, Rue d'Amsterdam N. 1. 
Adam Mickiewicz w Paryżu.
Kochany Bracie.
Od czasu jakem tu osiadł znowu w Paryżu, różnie mi się dzieje: często bieda, zawsze praca i kłopot. Żona mi była znowu zapadła i dzieci często chorowały. Gdzie troje dziatwy, zawsze które z nich bywa niezupełnie zdrowe. Teraz wszystko, chwała Bogu, już się polepszyło i w domu wszyscyśmy zdrowi. Marynia już czyta doskonale po polsku i po francusku i uczy się różnych rzeczy. Władzio podrasta i wkrótce skończy trzy lata. Drobny jest i bladawy, ale żywy i roztropny, i dobry. Najmłodsza Helenka w kolebce, faworyta rodziców, chociaż mniej pieszczona, niż były starsze. Mieszkamy dość wygodnie, ale nie tak wspaniale jak w Lausannie, gdzieśmy pański mieli pałac. I widoków pięknych, i przechadzek, i powietrza nam brak w tym hucznym i błotnym Paryżu. Na wiosnę zapewne wyjedziemy na wieś w okolice miasta. Będę miał pięć miesięcy wakacji. Bardzo do niej wzdycham.
Kurs mój dość pracowity. Trzeba gadać Francuzom o literaturach naszych, o których oni nic nie wiedzą, i starać się, żeby się nie nudzili, bo oni tylko przez ciekawość przychodzą. College de France, w którym daję lekcje, jest to wysoka szkoła tylko dla publiczności amatorskiej. Uczniów właściwie nie ma. Profesorowie muszą wymową nadrabiać, co Francuzom łatwiejsza niż mnie. Miejsce to jest pewne i nie zależy od ministerium, tylko sądownie profesora można oddalić. Ja wprawdzie nie mam tytułu profesora, bo dotąd nie podałem się do naturalizacji na Francuza, wszakże nikt mnie nie wyruguje stąd, chyba sam zechcę wyjechać, co także może się zdarzyć.
Główna nieprzyjemność mojego położenia jest w tym, że siedzę wśród emigracji. Nie możesz wystawić, co to za bieda z ludźmi zamkniętymi w tak smutnym położeniu. Każdy, dzień i noc, kuje projekta polityczne i wścieka się, kiedy drugich nie może na swoją stronę przemówić. Chodzą nasi na mój kurs, ale dlatego, żeby się wywiedzieć, jakiej ja partii? czy arystokrata? czy demokrata? i gniewają się, że ja im o polityce nie gadam. Teraz, zdaje się, że się nieco uspokoili. Na przyszły rok, jeśli tu zostanę, będzie lżej i z kursem, i z emigracją, która zapewne da mi pokój. Może też wyrobię się na profesora bez naturalizacji, bo mi jakoś żal przestać być Litwinem urzędownie i przedzierzgać się w Francuza niemiło.
Z kraju wiadomości od dawna nie mam. [...]
Donieśże mnie nawzajem o wszystkim, co ciebie otacza, i o swoim położeniu. Słychać tu, że wasz teraźniejszy król łaskawszy na Poznańczyków. Może też pozwolą ci więcej swobody. [...]

Bądź zdrów. Twój
A. Mickiewicz
Adam Mickiewicz, Listy, [w:] Dzieła, red. Julian Krzyżanowski, t. XV, Czytelnik 1955, s. 390-391.

piątek, 22 marca 2013

Odcinek 639: Leopold Staff, 1946 rok

List Leopolda Staffa do Juliana Tuwima

Pławowice, 22 marca 1946 roku 
Leopold Staff.
Drogi Julku
Otrzymałem Twój tęczowy list lotniczy i bardzo Ci dziękuję za przyobiecane paczki dla mnie i dla żony mojej. Żadna jednak dotąd jeszcze nie nadeszła, więc trwam w pełnym napięcia oczekiwaniu. Dochodzą mnie drukowane i ustne wiadomości, że lada dzień zjawisz się już w kraju. Jeżeli ten list zastanie Cię jeszcze na tamtej półkuli, więc zechciej tę czy te paczki skierować pod adres Pani Janiny Mortkowiczowej, z którą się komunikujesz, gdyż pobyt mój w Pławowicach się kończy i przenoszę swe lary i penaty do Krakowa, gdzie jednak mieszkania jeszcze nie mam i będę na razie mieszkał sur la branche
Julian Tuwim.
Czternastomiesięczny pobyt mój w pustelni pławowickiej, bardzo przypominający dziś Dom Usher Poego, był pełen prywacji, abnegacji i prostracji, więc wyruszam na nowo w nieznane, mniej więcej w tym samym stanie, co po powstaniu z Warszawy, bez mebla, garnka i edredona na poduszkę, ale podobno śpi się dobrze i na puchu łabędzim, którego wnet stanę się namiętnym poszukiwaczem.
Mam nadzieję, że resztę dośpiewam Ci niedługo, gdy się zobaczymy. Ściskam więc poprzez Atlantyk Twą dłoń i całego Ciebie. Pani Stefci ręce całuję.
Od żony mojej dla Państwa Obojga pozdrowienia i serdeczności.
Twój
Leopold Staff
Leopold Staff, Julian Tuwim, Z tysiącem serdeczności...: korespondencja z lat 1911-1953, oprac.  Tadeusz Januszewski, Irena Maciejewska i Janusz Stradecki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1974, s. 98-99.

czwartek, 21 marca 2013

Odcinek 638: Lidia Czukowska, 1941 rok

Z pamiętnika Lidii Czukowskiej

21 marca 1941 roku
Natan Altman, Portret Anny  Achmatowej.
Zgarnąwszy swoje zeszyty wybrałam się do Biblioteki, ale po drodze skręciłam do Anny Andriejewny [Achmatowej]. Piła herbatę w wysprzątanym, porządnie zamiecionym pokoju.
Zaproponowałam, żebyśmy pospacerowały po słoneczku. „Wiedziałam, że pani przyjdzie" - powiedziała i przyjęła propozycję. „Poczekamy tylko, aż się w piecu napali". Usiadła przed piecem w fotelu, a ja koło niej na kuferku. Jej twarz, która raz po raz rozjarzała się od nagłego blasku ognia płonącego w piecu, wydała się dzisiaj wyschnięta i mroczna, jak na monecie albo ikonie.
Zapytałam,  kto jej wymyślił pseudonim.
-   Nikt oczywiście. Nikt się mną wtedy nie zajmował. Byłam jak owca bez pastucha. Tylko siedemnastoletnia, zwariowana dziewczyna mogła wybrać dla rosyjskiej poetki tatarskie  nazwisko. Jest to nazwisko ostatnich tatarskich  książąt z Ordy. Na pomysł pseudonimu  wpadłam dlatego, że  papa  dowiedziawszy   się  o   moich wierszach powiedział: „Nie ściągaj wstydu na moje nazwisko". - Nie potrzebuję wcale twojego nazwiska! - odpowiedziałam.
Podała mi korektę z „Leningradu". Przeczytałam i zaproponowałam zmiany w interpunkcji, żeby uwydatnić kształt rytmiczny. Zgodziła się na wszystko.
-   Że też Pan Bóg może obdarzać człowieka takim talentem! - powiedziała Anna Andriejewna patrząc mi przez ramie, kiedy robiłam poprawki.  - Nie nauczyłabym się tego do końca życia.
Było to bardzo śmieszne. 
Weszła Tania.
-  Anno Andriejewna, proszę przyjść przymierzyć suknię!
Anna Andriejewna zawahała się, ale wytłumaczyłam, że i tak muszę wybiec na jakieś piętnaście minut, żeby coś załatwić.
Kiedy wróciłam, Anna Andriejewna była już u siebie i czekała na mnie w płaszczu. Słońce na ulicy już jednak przygasło. Poszłyśmy do ogrodu przy Zamku Inżynieryjnym.
-  Widzę,  że lubi pani ten ogród? - powiedziałam.
- Tak,  to moja stała rezydencja... A suknia jest koszmarna... Wie pani kto ją szyje? Hydraulikowa. Żona hydraulika.
Andriej Gorienko, starszy brat Anny.
Usiadłyśmy na ławeczce zalanej słońcem.  Miałyśmy przed sobą dwie brzozy, a ich białe pnie oświetlone były tak ostro, że aż oczy bolały. [...]
Poszłyśmy przez Fontankę w stronę Ogrodu Letniego. Na dziedzińcu Domu Inżynieryjnego musztrowano żołnierzy. Od Pola Marsowego dolatywała muzyka. Z Pantelejmowskiej dostrzegłyśmy, że powiewały tam sztandary. Anna Andriejewna usiłowała wypatrzyć co się dzieje, ale na Pantelejmowskiej było gęsto od ludzi i od samochodów. Nic nie było widać. W lakierowanych karoseriach i szybach samochodów odbijało się stonce i oślepiało nas. Zawróciłyśmy do domu.
Długo nie mogłyśmy przejść przez Fontankę - bała się.
- Jakże ja zazdroszczę tym, którzy się nie boją!
Opowiedziała mi o  swoim bracie, który otruł się, kiedy dziecko umarło mu na malarię.
- Pozostawił nam wspaniały list. Nie było tam ani słowa o śmierci, kończył się tak: „Całuję ręce mamy, które pamiętam kiedy były takie piękne i delikatne, a które teraz są  takie pomarszczone". Żona jego też zażyła truciznę, ale kiedy wyważono drzwi i ludzie weszli do pokoju, jeszcze oddychała. Uratowano ją. Była wtedy w ciąży i urodziła zupełnie zdrowe dziecko.
Lidia Czukowska, Zapiski o Annie Achmatowej, tłum. Eugenia Siemaszkiewicz, Przedświt 1989, s. 56-57.

środa, 20 marca 2013

Odcinek 637: Jerzy Zawieyski, 1955 rok

Z dziennika Jerzego Zawieyskiego

20 marca 1955 roku

Zofia Nałkowska
[...] Szukałem czegoś w paczce z listami - i oto nasunęła się kartka, pisana przez Zofię Nałkowską w 1953 roku. Jest to kawałek świetnej prozy, którą tu notuję: Jestem tutaj - zdziwiona i niedowierzająca, że to jeszcze ja. Kraj piękny, słoneczny, zielony i raczej zimny. Wpadłam w mnóstwo ludzkich najdziwniejszych biografii. A charaktery! I nieprzejrzana nowość zetknięcia się najdalszych przeciwieństw. Myślę, gdzie jesteś. Ja tutaj. Sanatorium 1, pokój 71. Coś napisz. Z.N. Takie były zawsze jej kartki i listy. Gotowe do druku, nieosobiste. Straszny żal, że Zofii nie ma. [...]
Jerzy Zawieyski, Dzienniki, t. 1, Ośrodek KARTA 2011, s. 81.

wtorek, 19 marca 2013

Odcinek 636: Andrzej Bobkowski, 1958 rok

List Andrzeja Bobkowskiego do matki

8a. Avenida „A" 7-98
Zona 2
Guatemala - Guatemala, C.A.
19 marca 1958 roku

Andrzej Bobkowski w Gwatemali.
Kochana moja, najdroższa Kiciuniu!
Dostałem wczoraj Twój list i ucieszyłem się, że przynajmniej Ty nie byłaś chora. Bo już się bardzo niepokoiłem. No ale chwała Bogu. [...]
Jeżeli chodzi o najważniejsze, to wysłałem Ci znowu trochę pieniędzy. Nie zdążyłem wcześniej i już chyba przed świętami nie dostaniesz, ale pewnie zaraz po świętach. Oni teraz już nie podejmują się wypłat złotowych i wypłacają w banknotach dolarowych. Powinnaś dostać 20 dol. Jak to wymienisz, to już ty lepiej wiesz niż ja. Jestem ciekawy, czy potem nie nasolą Ci jakiego podatku od tego, bo czytałem, że osobom otrzymującym paczki z zagranicy walą podatek od tego, czy też zwiększają im wymiar podatku. Cudna ta gospodarka ludowa i postępowa. Wysyłasz paczkę przez PKO bez cła, jak się reklamują, płacisz za taką paczkę poczwórnie albo poszóstnie drożej, niż gdyby to kupić w sklepie, zapakować i wysłać. A potem jeszcze odbiorcy walą od tego podatek. Naprawdę - takiego wyzysku, bezczelnego i bezwstydnego, nie potrafił wytworzyć nawet najprymitywniejszy kapitalizm. Ale nie rozwodzę się na ten temat, bo to można oszaleć. Cały marksizm nie ma nic wspólnego z koncepcją rozumową, ideologiczną itp. To po prostu ślepa wiara, mistyka, uparta abstrakcja, wobec której nawet ordynarna dewotka wydaje się okazem inteligentniejszym od takiego „naukowca".
Co do książki, to oczywiście teraz już będę reklamował. Ale to chyba tylko po to, aby po kilku miesiącach dowiedzieć się, że na mocy jakiegoś tam okólnika z czasów tzw. stalinowskich przesyłka książek i druków jest zabroniona itp., czyli XX wiek, postęp, wolność, równość i braterstwo, czyli smród, nędza i ubóstwo. [...] Jaka to była sielanka carskie czasy i carski zabór... Przerzucałem niedawno „Listy" Słowackiego i myślałem... [...]
Ten młody pisarz od nas, autor „Pierwszego kroku w chmurach", Marek Hłasko, wywiał do Paryża i jest w Paryżu. Kto wie, czy nie przyjedzie tu do mnie na „rekolekcje". Ma rację chłopak, bo u nas już go zaczęli chrupać z kościami i szybko by go zjedli. Tylko za prawdę. To wielki talent. A że on dobry mechanik samochodowy, to się o niego nie boję, bo sobie da radę byle gdzie. Żeby go dokumentnie „skończyć", powołali go do służby wojskowej - do łodzi podwodnych, gdzie służba trwa 3 i pół roku. Masz pojęcie? Więc nawiał. G. [Giedroyć] chce mi go posłać tutaj na miesiąc, żebym go wprowadził w nowy świat, bo ew. chce się osiedlić w USA. Skonfiskowaną u nas książkę wyda teraz w Paryżu. Filmy, które robił, poobcinali mu tak, że pozrywał umowy. Po czym nazywa się to kultura socjalistyczna. O rany Julek... A ci od „polskiej drogi do socjalizmu" zamienili się całkiem w Towiańczyków. Jak Kisiel przyjechał, to powiadam Ci, nie przemawiał - on wieszczył, jak sama matka Makaryna Mieczysławska. [...]
Z Kazimierzem [Brandysem] miałem hecę, bo koniecznie chciał mnie ściągać do N. Yorku i nawet gwarantował pracę za 600 dol miesięcznie. A wszystko przez to, że „po śmierci Lechonia nie ma tu właściwie z kim gadać". Musiałem mu długo klarować, że tak ciężko wywalczonej wolności i niezależności (jemenw-dupizm absolu, jak to nazywam) nie rzuca się lekko, że kocham tropik, że dopiero tu odżyłem i może coś więcej zdołam napisać itd. Mało ludzi może to zrozumieć. Kilka miesięcy temu koniecznie mnie chcieli w Monachium, płacąc podróż, dając darmowe mieszkanie i dobrą pensję. Odesłałem do wszystkich diabłów. Z rosnącym strachem konstatuję, że ludzie zaczynają nie rozumieć, co to znaczy, „chce się być wolnym". To ja dziesięć lat męczę się jak zwierzę, jak bydlę pociągowe i wreszcie dochodzę do momentu, w którym jestem jednym z bardzo nielicznych, którzy peuvent avoir dans la dupe tout ce qui leur plait - to nie, ciągną na posadki, żeby faceta uzależnić, bo jakże to, intelektualista, pisarz i musi zarabiać pracą rąk na chleb, sklepikarz. A między nami ja jestem bardziej dumny z tych dziesięciu lat „niedania się" i z tej sklepiczyny niż z wszystkich wypocin, które napisałem. [...]
Stanisława Bobkowska, matka Andrzeja.
Egoistą nie jestem, gdybym miał na to, pomagałbym wszystkim i nie tylko starał się pomagać Tobie. (Bo wcale nie ukrywam przed sobą, że jak dotąd tylko staram się pomagać Ci, a nie pomagam w pełnym tego słowa znaczeniu). Ale jak wytłumaczyć, że choć my tutaj nie żyjemy w zwierzęcych warunkach socjalistycznych, to jednak też nie jest łatwo i różowo. Mama Basi pisze, że może Jasiek mógłby przysłać Marynie, żeby do nich pojechała. No z czego? Mają samochód, bo go muszą mieć - i wcale nie dla przyjemności, mają to i mają sio, ale to wszystko ciągnięte za włosy, a nie „dostatki" i „luksus". Gdybym miał na to, to też kupiłbym samochód, bo go potrzebuję, w sumie tak samo jak patelni czy noża i widelca. A u nas - dziś bardziej niż przed wojną myśli się od razu, że jak ktoś ma samochód, to znaczy się milioner. Nie wiem, skąd ten jakiś chłopak w Krakowie miał mój adres i kilka dni temu dostałem list z prośbą: ma 18 lat, rodzice nie mają środków na kształcenie go, więc może ja mógłbym mu pomóc w dalszym kształceniu się. Tak - po prostu - wysyłaj paniczowi co miesiąc, bo on ma ochotę kształcić się. Napisałem mu bardzo brutalnie, że ma 18 lat, dwie ręce i głowę na karku i jeżeli chce się kształcić, to niech próbuje to najpierw zrealizować na własny rachunek. Ja miałem 35 lat, a nie 18, i też miałem tylko dwie ręce i nic więcej i na całe lata musiałem zapomnieć o moim wykształceniu, o wszystkim. Dziury w niebie nie będzie, jeżeli pozostanie robotnikiem i spróbuje się sam kształcić. Jak zechce, to się i tak wykształci. Kochana Kiciuniu, kończę już. Może ten list dojdzie jeszcze przed świętami. Ściskam Cię mocno i życzę dobrych świąt, mocno Cię do serca tulę, pozdrów wszystkich i napisz znowu choć parę słów od razu, jak dostaniesz te pieniądze, bo chcę być pewny. Całuję, Twój
Jędrek
Andrzej Bobkowski, Listy z Gwatemali do matki, Twój Styl 2008, s. 212-216.