czwartek, 28 lutego 2013

Odcinek 617: Stendhal, 1805 rok


Z dziennika Stendhala

9 ventose’a roku XIII [28 lutego 1805 roku]
Gilbert Stuart, Portret młodej damy,
ok. 1803 roku.
Widziałem wczoraj i dzisiaj miłą Melanię. Moja miłość zadziwiająco wzrosła. Wieczorem była całym moim życiem. Musiałbym zadać sobie za wiele trudu, aby to właściwie wyrazić, rezygnuję z opisywania tego. Sądzę, że pan Le Blanc wcale jej nie utrzymuje i jest po prostu literatem, który analizuje jej rolę, ale wymaga dyskrecji. A w takim razie to prawdziwie anielska dusza! Jakże daleka była od przypuszczenia, że mogę ją podejrzewać, i jak daleki od rzeczywistości jest ten niezręczny opis jej subtelności! Ona mnie kocha, ale nie chce mi tego powiedzieć; muszę jutro pokazać jej, że jestem smutny. [...]
Stendhal, Dziennik. Wybór, tłum. Felicja Śniatecka-Wowerowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1973, s. 103–104.

środa, 27 lutego 2013

Odcinek 616: George Byron, 1814 rok

Z dziennika George'a Byrona

Niedziela 27 lutego 1814 roku
George Byron.
Oto siedzę sam w domu zamiast być na obiedzie u lorda H., dokąd mnie zaproszono. Nie miałem jednak ochoty pójść gdziekolwiek. Hobhouse twierdzi, że staję się loup garou — samotnym złym duchem. To prawda — „jestem samotny”. Ostatni tydzień spędziłem na czytaniu, chodzeniu do teatru, przyjmowaniu wizyt — trochę na ziewaniu, a trochę na wzdychaniu — tylko nie na pisaniu — z wyjątkiem listów. Gdybym tak mógł zawsze czytać, nie odczuwałbym w ogóle potrzeby towarzystwa. Czy żałuję tego? Hm! „Ludzie mnie nie cieszą — tylko jedna kobieta — od czasu do czasu.
Obecność kobiety bardzo mnie uspokaja — mają jakiś dziwny wpływ, nawet gdy się w nich nie kocham — czego w żaden sposób nie umiem sobie wytłumaczyć, jako że nie jestem o tej płci zbyt wysokiego mniemania. A przecież zawsze jestem przychylniejszy sobie i wszystkiemu, gdy w zasięgu mego oka znajduje się kobieta. Nawet Mrs. Mule, moja kucharka, najbardziej staroświecka i zasuszona osoba swej płci — a poza tym nie najłagodniejsza (dla wszystkich poza mną) — zawsze zmusi mnie do śmiechu, co zresztą nie jest trudne „gdy jestem w nastroju
.
Hej ho! Żebym to był na mojej wyspie! Źle się czuję, a mimo to wyglądam zdrów. Obawiam się chwilami, że „nie jestem przy zdrowych zmysłach
— a przecież i moje serce, i głowa przetrzymały wiele ciosów, cóż by więc brakowało im teraz? Serce moje i głowa same się zżerają, a ja jestem chory, chory...
Pies, koń, mysz może żyć, a ty i tchnienia
Wydać nie możesz!
Dwadzieścia sześć lat, jak to mówią, mógłbym już i powinienem przecież być co najmniej paszą. „Zbrzydło mi słońce."
Buonaparte jeszcze nie pobity. Odparł Bluchera i powstrzymał uderzenie Schwartzenberga. Oto, co znaczy mieć głowę na karku. Jeśli raz jeszcze zwycięży, vae victis.
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 469-470.

wtorek, 26 lutego 2013

Odcinek 615: George Sand, 1839 rok

List George Sand do Charlotty Marliani

Marsylia, 26 lutego [1839 roku]
George Sand.
Nareszcie, Moja Droga! Nareszcie we Francji! [...] Spędziliśmy tydzień w Barcelonie, gdzie leczyła Chopina medycyna francuska z wydatną pomocą gościnności i uprzejmości francuskiej, choć głupota, lichwiarstwo i najordynarniejsza zła wola Hiszpanów nie ustały w prześladowaniach. Do tego stopnia, że właściciel hotelu „Pod Czterema Narodami" (najlepszy hotel w Barcelonie i w całej Hiszpanii) zażądał od niego zapłacenia za łóżko, w którym sypiał, pod pretekstem, że musi spalić je jako zainfekowane przez chorobę zaraźliwą. Rys ten maluje Pani całą Hiszpanię. [...] Ach, jakże jej nienawidzę! [...] Jeszcze miesiąc, a umarlibyśmy w Hiszpanii, i Chopin, i ja, on z melancholii i wstrętu, ja z gniewu i oburzenia. Zranili mnie w najczulsze miejsce, pokłuli ostrzami szpilek istotę cierpiącą na moich oczach, nigdy im tego nie wybaczę, i jeśli będę o nich pisać, to żółcią.
Barcelona w 1839 roku.
Ale niech Ci przekażę wiadomości o moim chorym, bo wiem, Dobra Siostro, że obchodzi Cię to tak samo jak mnie. Ma się o wiele, wiele lepiej, zniósł bardzo dobrze 36 godzin kołysania i żeglugę przez Zatokę Lyońską, podróż była zresztą, nie licząc kilku podmuchów wiatru, bardzo nieuciążliwa. Nie pluje już krwią, sypia dobrze, kaszle mało, nade wszystko zaś jest we Francji! Może spać w łóżku, którego nie spalą dlatego, że w nim spał. Nie spotyka nikogo, kto by się przed nim usuwał, kiedy wyciąga rękę. Będzie miał pomoc i wszelką możliwą opiekę lekarską. Pani zacny doktor Cauviere przyjął go jak własne dziecko i z pewnością go wyleczy. Nie mówiłam z nim jeszcze na osobności, ale sądząc z jego zachowania, nie odczuwa niepokoju ani nie wątpi w pomyślność swych zabiegów. [...]
Rozpatrywaliśmy z Doktorem wiele projektów i zważywszy wszelkie niedogodności i korzyści, postanowiliśmy spędzić marzec w Marsylii, ponieważ to miesiąc zmienny i najbardziej kapryśny wszędzie, a odpoczynek jest teraz rzeczą najbardziej dla chorego pożądaną. Mam nadzieję, że w kwietniu będzie już zdrowszy i będzie mógł pojechać tam, gdzie zechce; dowiem się wówczas, na co ma ochotę, i odwiozę go do Paryża, jeśli tego zapragnie. Zdaje się, że w gruncie rzeczy jest to miejsce, gdzie najchętniej przebywa. Ale nie pozwolę mu udać się tam przed całkowitym powrotem do zdrowia. U Was jest zapewne jeszcze zimno, tu, poza dniami, kiedy wieje mistral, jest ciepło. Zresztą zna Pani ten piękny klimat. [...]
Tysiąc czułych wyrazów hołdu od naszego chorego. [...]

Fryderyk Chopin.
Korespondencja Fryderyka Chopina z George Sand i z jej dziećmi, red. Zbigniew Skowron, tłum. Julia Hartwig i Zofia Jędrzejewska-Waszczuk, Narodowy Instytut Fryderyka Chopina i Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 276.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Odcinek 614: Marianna Pikuzińska, 1846 rok

Z pamiętnika Marianny Pikuzińskiej 

25 lutego 1846 roku

Skończyło się – pamiętam słowa Pana naszego – i my je możemy powtórzyć, bo jeśli godzi się porównać – powtarzamy Jego męki. Wściekłe hordy z cepami, widłami, napadają bezbronnych, biją mordują, odwożą do cyrkułów, a tam im płacą. O! przeklęci, na wieki przeklęci, w których głowach rozwinął się ten pomysł. Ale nie – to nie podobna, aby człowiek, chrześcijanin, mógł coś podobnego wymyślić, samo piekło musiało im [to] poddać. Tak obłąkać ciemne umysły tylu ludzi, porobić ich zbójami, mordercami swoich braci, swojej Ojczyzny – to okropne. Jak oni są ciemni, jak poprzewracane mają w głowach, że to ich panowie mieli zabijać. O Boże, za co nas tak karzesz? 
Na nas, przed paru dniami, napadła zaborowska gromada. Anusia już była u nas, przeniosła się z dziećmi, żeby nam śmielej było. Koło północy pierwsza usłyszała brzęk szyb w swoim domu i zaraz okropny hałas na dziedzińcu. Wyskoczyłyśmy wszystkie z łóżek, ledwie narzuci[wszy] cokolwiek na siebie, już nasze okna się trzęsą i rozlegają głosy: „Otwieraj, otwieraj!” Ledwie mama zaświeciła świecę, już drzwi siłą wyparte otworzyły się i jak wzburzona fala, gdy zrobi przerwę, cała masa ludu wpada do pokoju i wywijając pałkami, cepami, kosami, woła: „Gdzie broń?, gdzie Polacy? Będziemy rewidować”. Jak szaleni latają po pokojach, jeden drugiego popycha, bo ledwie pomieścić się mogą. Każdy woła o świecę. Otwierają szafy, komody, wyrywają widłami posadzkę i zabierają wszystko, co który może. A my struchlałe tulimy się do siebie; dzieci pobudzone płaczą. Rano przyprowadzili tutejszego stolarza, lokaja i kucharza, naszych wsiowych – tylko poprzebieranych w surduty, powiązanych, i furmana Teofila – Purchlę, który jeździł z nim zawsze, i zaczęli ich bić. Wysunęłam się naprzód prosząc i całować po rękach chciałam, żeby nie bili – a jeden zamierzył się na mnie kosą, mówiąc: „Pójdziesz rebeliantko, bo ci głowę utnę”. Byłby to pewnie zrobił – i byłabym już nie cierpiała, ale biedna moja mama schwyciła mnie za rękę i nie puściła z pokoju. Ledwie serce mi nie pękło, słyszącą rozhukaną tłuszczę jak dawała rozkazy naszej gromadzie, która zebrała się także na dziedzińcu, żeby tak dalej szli rabować, bić i odwozić Polaków do cyrkułu, bo im tam zapłacą za głowę. W sobotę, niedzielę i poniedziałek, byłyśmy zupełnie na śmierć przygotowane. Co chwila przychodził któryś z naszych ludzi ostrzegać. Przecie oni lepsi jak inni. Kilku tylko poszło na rabunek do Strzelec. Ostrzegali nas, że zaborowianie będąc w Tarnowie, widzieli pozabijane kobiety – dowiedzieli się, że wolno zabrać wszystko. A nam zostawili krowy, konie i co było w spichrzu i zbierają się jeszcze raz przyjść, zabrać resztę, a nas zabić. Uciekać nie podobna, bo na drogach zabijają. Zresztą nie ma z czem, bo wszystkie pieniądze i rzeczy zabrali. Dzieci małe, tu chociaż mleko mają. Piastunki pouciekały, bojąc się, że je zabiją. Ledwie uprosiłyśmy mamkę malutkiej Mani, że na noc została. Budząc się rano rozglądałam się naprzód, czy na tym świecie jeszcze jestem. Śpię tak mocno, że mogliby mnie śpiącą zabić.
Rzeź galicyjska, obraz pędzla Jana Lewickiego przedstawia wypłacanie przez Austriaków nagród chłopom  za zamordowanych szlachciców.
http://www.tarnow.pl/Miasto/Urzad-Miasta-Tarnowa/Historia-miasta/Taka-jest-historia/160.-rocznica-rabacji-niezwykly-pamietnik

Za przesłanie fragmentu bardzo dziękujemy Filipowi:


niedziela, 24 lutego 2013

Odcinek 613: Maria Konopnicka, 1894 rok


List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Gorycja, 24 lutego [1894 roku]
Mój Najdroższy Stryju!
A ja tu ciągle bieduję z moim gardłem. Niby już lepiej trochę, ale kuracja trwa, inhalacje, płukania, kompresy, pędzlowanie – wszystko swoim porządkiem. [...] Istotnie, czuję ulgę; ale i to czuję, że także zapalenia chroniczne są niezmiernie przewlekłe, i że ich wyleczenie prawie nigdy nie jest trwałym, bo zima i wicher usposabiają do odnowień poprzedniego stanu. A tak bieduję tu jak mogę. [...]
Ale, mój najdroższy Stryju, to ważniejsze jak Ty się miewasz? Jakie tam powietrze? Jaka zima? I co tam znów za kłopoty mogły spaść na Twoją drogą głowę? Mówię o osobistych, bo trosk ogólnych – tych nigdy nie braknie myślącym i czującym istotom. Chciałabym ogromnie wiedzieć, mój najdroższy Przyjacielu, jaki Cię teraz przedmiot lub choćby tylko kierunek myśli najbardziej zajmuje? Wiem, że umysł Twój jest jednym z najżywotniejszych, że nigdy nie przyjmuje on biernie tego, co mu ze świata książek i ksiąg przychodzi, ale czyni sobie z owych luźnych zdobyczy jakiś materiał właściwy swoim dociekaniom i swojej drodze własnej. Więc tak bym chciała też trochę udziału w tym, trochę tego myślowego zespolenia, w którym idee tężeją niejako i nabierają konsystencji przekonań i wiedzy.
Katedra w Gorycji.
Ja tu mało czytam. Nic prawie, prócz czasopism naszych warszawskich, których część większa pochyliła się nagle w kierunku pewnego poddania się pod wszelki dogmat – a w szczególności pod dogmat władzy papieskiej. Strasznie znać wpływy księże – co i nie dziwi, zważywszy, że ta robota jest teraz na warsztacie wszędzie, i że warsztaty porusza silnie para z Watykanu. Dla mnie to dążenie papiestwa do świeckiej władzy i do rozbicia Włoch jest tak widoczne, że aż przezroczyste, a tak przykre, że aż wstrętne. [...]
Byłam przez ciekawość w Genui na kongresie anarchistów. Zleciało ich się tam pełno z Włoch południowych zwłaszcza. Co za głowy! Co za typy! A jakie szalone zrezygnowanie z życia. Niezapomniane zrobili na mnie wrażenie. Ale znałam i innych. Nie rozumiem po co Szwajcaria wypędzała swoich. Tam mianowicie widziałam taki typ: „Czemuście się wpisali do anarchistów? Przecież to wcale z waszymi zasadami niezgodne? – Ach, co? Socjaliści i demokraci mają tak strasznie małe sale, że od dymu udusić się można. Przy tym wrzeszczą! Anarchistów mało, pokój duży, przynajmniej powietrze lepsze, no, a przecież czymś trzeba być...”. Ci chyba nie zburzą świata!
Spotkała mnie tu miła niespodzianka. Młodzież lubelska, której nie poznałam osobiście, nie chcąc zwracać uwagi przysłała mi tu album piękne widoków miasta, pomiędzy którymi i ten dom, w którym mieszkałam, to okienko na facjatce... Bardzo mnie to wzruszyło.
Ręce Twoje drogie całuję serdecznie, mój najdroższy Stryju!
M.K. 
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 442–443.

sobota, 23 lutego 2013

Odcinek 612: Marian Dąbrowski, 1910 rok


List Mariana Dąbrowskiego do narzeczonej, Marii Szumskiej

Bruksela, 23 lutego 1910 roku
Maria Szumska, 1906 rok.
[...] Jakże cię kocham szalenie – jakże ty mnie palisz, jakże męczysz. Jakaś ty silna, piękna i jedyna. Oszaleję bez ciebie. Dlaczego żeś mnie tak opanowała, dlaczego ja cię tak kocham okrutnie. Bunt się we mnie głuchy jątrzy od dawna. Przechodzą dni, miesiące, mija zdrowie, młodość, siła i moc. Jeno tęsknota stale żre ciebie i mnie, jeno ona jedna... [...]
Zdaje mi się czasem, że właśnie życie nasze jest najpiękniejsze i najbardziej wartościowe. Zdaje mi się, że szczęście nasze dziś tak bezmierne, takie szalone, takie dzikie, takie męczące i takie rozkoszne i takie wypadkowe – zniszczymy, żyjąc razem ciągle i stale.
A jednak coś mi mówi, że ulegnę właśnie tobie w najgłupszych twych i bezwolnych chceniach – ślubach kościelnych „dla rodziców”, „pracy dla chleba”, „pozycji”.
Jedno wiem – nie możemy mieć dzieci – a dłużej tobie męki tak strasznej zadawać nie mogę. Ulgę mi szaloną sprawiło twe dawne przyznanie się do grzechu w dzieciństwie. I ulgę mi sprawia to niezbite przekonanie, że ty mnie tak nie chcesz fizycznie jak ja ciebie – więc musi być w świecie drugi człowiek, który by tobie uległ, tak jak ty mnie. Zresztą dziś Panią-niewolnicą moją jesteś, gdy się role zmienią, uczujesz przesyt i wstręt. Dlatego, meweńko moja, szybuj najdłużej nade mną, kołuj i skrzydłami całuj wzburzoną morską toń. Och, jakże cię chcę dziś. W niebo rozpięte włosów twych swe usta płomienne wtulić i oczu gwiazdy smutne wbić, skronie tętniące u piersi twych mieć. [...]
Trzy razy ten list zaklejałem. Może cię źle odczułem. Ale tak kocham, tak bardzo kocham, tak chcę, niedobra ty, zła, okrutna, czemu ty mnie nie chcesz, czemu ty mnie tak nie chcesz – czemuś odjechała, czemu – [...]
Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909-1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 61–64.

piątek, 22 lutego 2013

Odcinek 611: Elżbieta Moniuszko, 1865 rok

List Elżbiety Moniuszko do matki

Lwów, 22 lutego 1865 roku
Stanisław Moniuszko.
Kochana Mateczko!
Zdaje mi się, że najlepiej Ci powinszuję, kiedy doniosę co najrychlej o powodzeniu Tatki koncertowym, toteż zaledwo powróciłam, natychmiast porywam za pióro, żeby Warn oznajmić, że koncert odbył się jak najpomyślniej, grzmoty oklasków towarzyszyły każdemu numerowi, sala była przepełniona, a damy po raz pierwszy pokazały się w białych sukniach i kwiatach [po zdjęciu żałoby, którą noszono od czasu manifestacji przedpowstaniowych]. Dziady ogromne zrobiły wrażenie na Lwowie, a zdaje mi się, że jak drugi raz posłyszą, to ich jeszcze lepiej rozbierze, choć i dziś omal sali nie rozwalili z krzyku.
W sobotę będzie drugi, a w niedzielę trzeci na ubogich, bo inaczej nie można spłacić długu, jaki się zaciąga względem amatorów i miasta; nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, tak i z teatrem, wprawdzie może by było trochę groszy więcej, ale ten niesmak, jaki panuje w tej ciemnej i zimnej szopie, pewnie by zaszkodził i zmroził wiele; tymczasem salka, choć mała, ale śliczna, wesoła, kobiety mogły się ubrać pięknie, to wiele humoru dodało. Biletów nie mogliśmy sprzedawać w domu, bo nim była mowa o tym, co się ma dać, już ani jednego nie było, pomimo to jednak czystego dochodu będzie według naszego obliczenia z dwóch koncertów 500 rubli srebrem. Jak się ułożemy w dalszą drogę, jeszcze dziś nie wiem; kto wie, może prosto stąd pojedziemy do Warszawy, bo mamy tak mało czasu, że szkoda pieniędzy wydawać tyle i nic nie widzieć. Wolałabym porobić sprawunki, bo wiem, ile tam dziur czeka na nie.
Kończę moją bazgraninę, życząc raz jeszcze kochanej Mateczce zdrowia i wszystkiego, co sobie tylko od Boga życzy, a sądzę, że i my na tym nieźle wyjdziemy. Przykro nam bardzo, że w dniu tym nie możemy być razem, pierwszy to raz podobno tak nieszczęśliwie się trafia. Posyłamy chociaż fotografie naszych person, ażeby przekonać Mamę, jak nam pilno lecieć do Mamy, kiedy już nie rozbieramy się nawet z naszych kożuchów i szali. [...] Tą razą kończę list naprawdę. Całuję rączki Mamy i Babuńki, której dziękujemy oboje za jej kilka życzliwych literek, i zostając najprzywiązańszą córką.
Elżbieta
Nie piszcie już do Drezna i Berlina, bo zdaje się, że tam nie będziemy.
Stanisław Moniuszko, Listy zebrane, oprac. Witold Brudziński, Państwowe Wydawnictwo Muzyczne 1967, s. 477.

czwartek, 21 lutego 2013

Odcinek 610: Jarosław Iwaszkiewicz, 1951 rok

List Jaroslawa Iwaszkiewicza do córki, Marii

Berlin, 21 lutego 1951 roku
Berlin, 1951 rok.
Moi Kochani! 
Siedzę więc w Berlinie, w pięknym hotelu Inturista, tuż obok Nordbahnhofu (dawniej Stettines Bahnhof), który przypomina mi dawne wyjazdy do Kopenhagi — i czekam na rozpoczęcie obrad Rady Pokoju — niestety, już wiem, że Rada przedłuży się o dwa dni, ja więc przyjadę zapewne dopiero we wtorek, tak że cały tydzień tutaj będę. Na razie jest nudnawo, do znudzenia te same gęby przyjeżdżają, ks. Boulier itd., itd. Nie wiem nawet, kiedy nam film Marysi [film, przy którym Maria Iwaszkiewicz pracowała jako montażystka] pokażą — kończę już list nazajutrz, zresztą nic nieinteresującego nie zaszło, byłem wczoraj na Makbecie — operze Verdiego, myślałem, że się uśmieję, tymczasem okazało się bardzo ładnie, wspaniale śpiewane i znakomita orkiestra, inscenizacja niebywała. Miałem więcej rozrywki niż przedwczoraj z Matki Gorkiego.

Dzieci bawiące się na barierce
oddzielającej Berlin Wschodni
od Zachodniego, 1951 rok.
Nasi byli w Cyrku Szwedzkim, dokąd i ja się wybieram, są słonie, tygrysy (podobno wspaniałe) i przepiękne konie — i nie ma dowcipów pewnego rodzaju! Niestety, obrady mają się przedłużyć do wtorku, a może nawet ambasada mnie zatrzyma do 18-go, na otwarcie miesiąca przyjaźni polsko-niemieckiej (Boże, Boże!) — może się zdecyduję ze względu na możliwość pewnego zarobku, tutaj teraz nie tylko w zachodnim sektorze, ale i we wschodnim są bardzo ładne rzeczy, we wschodnim wspaniałe owoce (ananasy), a sprzedająca, u której brałem pomarańcze, powiedziała mi pod sekretem, że ma nawet i masło!! Nonsens podziału świata widać tu jeszcze bardziej z powodu podziału tak naocznego Berlina. Dzisiaj myślę cały dzień o Marysi i przypominam, jak prychała taka malutka 27 lat temu, o Teresie [druga córka] także myślę i strasznie czekam depeszy, to się jednak ciągnie, a ciągle mi najgorsze rzeczy do głowy przychodzą. Dzisiaj miałem „niedobry" sen, ale nie o Teresie. Głowa mnie pobolewa, muszę zaraz po przyjeździe pójść do lekarza. Maryśku, ściskam Cię mocno i życzę, żeby następnych 27 lat były lepsze wewnętrznie, a takie same zewnętrznie dla Ciebie. Zjawieniem się na dworcu wywołałaś wielki efekt. Całuję Was
Jarosław
Na Radzie „nudy-nudy".
[Dopisek na marginesie:] Depesze chodzą świetnie do Berlina, 1,5—2 godziny, adresujcie: Berlin N4, Hotel Newa, Invalidenstrasse 115.
Jarosław Iwaszkiewicz, Listy do córek, oprac. Anna i Radosław Romaniukowie, Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 101.

środa, 20 lutego 2013

Odcinek 609: Władysław Bartoszewski, 1982 rok


Z dziennika Władysława Bartoszewskiego

Ośrodek internowania w Jaworzu, 20 lutego 1982 roku, sobota
Władysław Bartoszewski w Jaworzu.
O 13.00 spotkanie historyków, omówiliśmy plan referatów na każdą niedzielę o 16.30. Moje projekty: druga wojna światowa a katolicyzm w Polsce, stosunki polsko-żydowskie, rola czasopiśmiennictwa w okresie okupacji, życie kulturalne społeczeństwa. O godzinie 13.00 msza święta (ksiądz Gola). Jego zwrócenie się do mnie (msza w intencji jubilata). Prezenty: krzyżyk, „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis.
Witek Woroszylski odjechał przed mszą świętą, przed południem.
Wieczór jubileuszowy w PEN Clubie. Tłum. Dekoracja Marzeny w kształcie podkowy, z napisem: „Dostojny Jubilat – 100 lat”. Zagajenie Szczypiorskiego i piękna jego wypowiedź. Nastrój powagi, a nawet wzruszenia. Miałem łzy w oczach, nawet mi spływały na policzki. Andrzej też był wzruszony. Uściskaliśmy się przy wielkiej owacji. Potem krótko podziękowałem, głos miałem ściśnięty. Mówiłem, że piękniejszego jubileuszu mieć nie mogłem, że obchodzę go pars pro toto za wielu i jestem uprzywilejowany z racji środowiska, w którym to się odbywa. Równie dobrego nie można by zebrać bez konsekwencji. Potem Jan Walc poprowadził ze mną rozmowę na temat, kiedy zacząłem zdawać sobie sprawę, że tworzę historię, a zarazem badam historię. Po rozmowie występy chóru: pierwszy, rosyjski, pod dyrekcją Andrzeja Drawicza (Wierusz, Ferens, Diem), drugi chór, francuski, pod batutą Rayzachera, pod nieobecność Geremka wywołanego do lekarza. Na „co nieco” byli Drawicz, Wierusz, Walc, Kallas, Mazowiecki, Kloc.
A Witek nie był świadkiem tych wydarzeń, bo odjechał przed południem na urlop. Potem jeszcze przeglądanie księgi pamiątkowej ze wspaniałymi wpisami wielu ludzi – prozą i wierszem.
Władysław Bartoszewski, Dzienniki z internowania: Jaworze, 15.12.1981 – 19.04.1982, Świat Książki, 2006, s. 49–50.

wtorek, 19 lutego 2013

Odcinek 608: Maksymilian Gierymski, 1874 rok


List Maksymiliana Gierymskiego do Kazimierza Epplera

Rzym, 19 lutego 1874 roku
Mój Kochany Kaziu!
Czy gniewasz się o co, czy może, że ja dawno nie pisałem, czy Twoje lenistwo nie pozwala Ci paru słów skleić, aby do swego starego przyjaciela list choć raz w miesiącu napisać. Nie pojmuję, co może być powodem, dlaczego od tak dawna od Ciebie ani słówka nie mam – a przecież wiesz, że chory jestem, nie wychodzę, spacerów nie używam, niewiele też pracować mogę, każda więc wieść od Was, każdych słów parę przez przyjazną mi rękę pisanych to dla mnie przyjemność, największa może rozrywka. Nudno mi nieraz, czym się rozerwę? Ruchy utrudnione, chodzić nie mogę – siedzieć, ba, nawet długo, męczącą jest dla mnie rzeczą. Nie gram na fortepianie – nie nająłem nawet wcale, niepodobna bo by mi było wysiedzieć spokojnie i machać rękami; czułem, że po pięciu minutach musiałbym wszystko porzucić i nie dotykać więcej klawiszy. I jak też dawno nie słyszałem muzyki, za to jak często pod oknem dokuczają mi tu katarynki – to plaga; trzebaż, że ta ulica przez nie jest szczególnie do popisów wybrana, na której ja mieszkam.
Występ kataryniarza.
Naprzód więc od rogu ulicy zaczyna się ta profanacja świętej sztuki, potem przed następnym lub trzecim z kolei domem, potem przed moim; okna wychodzą na ulicę, niepodobna się uchronić. Wyobraź sobie pięć lub sześć razy z kolei powtórzony cały repertoar [sic!], z jakiego się składa ta skrzynka małpująca muzykę. A ja siedzę w domu – gdzież pójdę?
Od kilku tygodni spróbowałem malować; taka nieprzeparta chęć mną owładnęła, że nic nie pomogły opór i perswazje Olesia, musiał mi płótno kupić i z początku po trochu, potem coraz dłużej przy stalugach czas przepędzam. Jest mi też znacznie lepiej teraz – chodzić ani stać nie mogę długo, ale siedząc w wygodnym fotelu i jak najrzadziej się podnosząc, mogę kilka godzin popracować. Rok temu, jak znużony i przesycony ciągłą, choć niby przyjemną zawsze pracą mówiłem – i zdawało mi się to szczere – że gdyby pewnych kilka tysięcy renty mieć do roku, rzuciłbym pędzle do diabła – nieprawda. Nie pijesz długi czas trunku, któryś lubił bardzo, nie palisz cygar, znosisz ich brak, ale kiedy cię zapaszek albo dym przyjemny doleci, cóżbyś nie dał, aby choć skosztować. Malarstwo i zapewne każda sztuka, gdy się w niej  upodoba, zamienia się w nałóg – szlachetny, ale nałóg.
Minął karnawał – ów sławny karnawał rzymski nie jest niczym szczególnym w rzeczy samej. Powiadają, że w tym roku zupełnie się nie udał. Trzeba Ci wiedzieć – i wiesz o tym może – że karnawał liczy się tylko dziesięć dni przed Popielcem, z tego pięć dni tylko były dozwolone do zabawy, ponieważ piątki, niedziele i – zdaje mi się – środy są wyłączone. We Włoszech zabawa cała odbywa się na ulicy i wszyscy bez różnicy stanu i płci biorą w niej udział. Na Corso, tj. głównej ulicy, tłumy kostiumowane, zamaskowane, pchają się, roztrącają, obrzucają gipsem i mąką; na balkonach i w oknach damy w towarzystwie znajomych mężczyzn rozr[z]ucają przechodzącym bukiety i od nich w zamian odbierają; zdarza się, [że] rzucony bukiet dobrze w twarz wyrżnie ładną twarzyczkę, ponieważ go złapać nie umiała. Ale nade wszystko confetti – są to z gipsu porobione gałki wielkości grochu, którymi się zasypują bez miary i litości. Z okien sypią szuflami, z dołu garściami; cała ulica wieczorem, gdy się tłum rozejdzie, wygląda jak śniegiem na cal może zasypana. Wyszedłem jednego z ostatnich dni karnawałowych i widziałem to wszystko, zasłonięty, jak to większość robi, od uderzeń gałek gipsowych drucianą maską, podobną jak się do fechtunku używa. Oleś, bo co dzień tam chodził, zachwycony zawsze; rzucał bukiety i zdobywał inne, potem je znów w inny balkon posłał i zdobył cukierki, bawił się dobrze. Koniec papieru i trochę ból w boku każe mi zamknąć pisanie serdecznym posłaniem Ci uścisku ode mnie i Olesia.
Twój przyjaciel Max
Jose Benlliure y Gil, Karnawał w Rzymie.
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 148–149.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Odcinek 607: Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, 1825 rok


Z dziennika Klementyny z Tańskich Hoffmanowej

18 lutego 1825 roku
Klementyna z Tańskich Hoffmanowa.
Matka znosi głód [ostra dieta] bardzo cierpliwie, humor jej nawet trochę lepszy, nie cieszy mnie tylko zupełne jej opuszczenie się. Niczym się nie zajmuje, cały dzień na jednym siedzi miejscu, dla mnie taka nieczynność byłaby śmiercią. Szczęście przynajmniej, że w karty grać lubi, co dzień od siódmej do dziesiątej to jest jej zatrudnieniem i zabawą. Nieoszacowany Wyszkowski co dzień przychodzi. Wujostwo poczciwi nieodstępni towarzysze; szwagier, siostra co dzień przychodzą. Taki od poniedziałku porządek w godzinach moich: Wstaję skoro świt, pacierz zmówiwszy piszę lub czytam, matka moja przed dziesiątą się budzi, idę do niej i do dziesiątej schodzi mi na rozmowie z nią, śniadaniu, myciu, ubiorze, gospodarstwie... Od dziesiątej do pierwszej pracuję, zaglądając niekiedy do matki; o pierwszej idę do niej z robotą, ubieram się na cały dzień i już siedzę do siódmej, wybiegam tylko na obiad do wujostwa, którzy mnie zaprosili do siebie na cały ten czas głodu matki. O siódmej gdy już wszystko przyrządzę dla gości, biegnę do drugiej siostry, bawię do dziesiątej; wróciwszy siedzę godzinę z gośćmi moimi, potem rachunek z kucharką, pacierz, spać. Dziś porządki w papierach moich robiłam i listy pisałam; zostałam urzędniczką. Po wielu namowach i prośbach Kossakowskiego, członka komisji edukacyjnej, przyjęłam urząd eforki [inspektorki pensji], bardzo pochlebny, czy go dopełnić potrafię, ale chcieli. Matka sobie tego życzyła, przyjęłam; dwie pensje i dwie szkoły będę miała pod swoim dozorem – prosiłam o najbliższe mego pomieszkania, ażebym snadniej do nich dochodzić mogła. Ciekawam moich tam odwiedzin, mnie się zdaje, że to istna komedia.
Dziennik Klementyny z Tańskich Hoffmanowej w: Kufer Kasyldy, oprac. Danuta Stępniewska, Barbara Walczyna, Nasza Księgarnia 1983, s. 211.

niedziela, 17 lutego 2013

Odcinek 606: Tomas Venclova, 2003 rok



Z dziennika Tomasa Venclovy

17 lutego 2003 roku
Kalkuta wieczorem.
Kalkuta. Bez cienia wątpliwości to najokropniejsze miasto na świecie. Rynsztok, szczury, piekło albo co najmniej czyściec. Tutaj można zrozumieć Buddę, który pragnął wycofać się z ta­kiego istnienia w nirwanę. Z drugiej strony, można niemal zrozumieć Pol Pota, który usiłował w ogóle zniszczyć podobne mia­sta, a ich mieszkańców wygonić. W powietrzu smog, którego nie doświadczyła żadna miejscowość w Ameryce, pod nogami śmieci i skamieniały kurz, na ulicach korki samochodowe (dziwne, ale nie ma żadnych ofiar ruchu drogowego ani wypad­ków), domy jak zgniłe zęby: a wszystko to ciągnie się przez dłu­gie mile. Społeczny Park Jurajski. Nieprzypadkowo jest tutaj ty­le komunistycznych symboli: przy kilkunastu „rajkomach" widzę czerwone sztandary, często portrety trzech klasyków (Marksa, Engelsa i Lenina). Stalina nie ma — dzięki i za to. Są zresztą wielkie ulice Lenina i Ho Chi Minha.
Matka Teresa.
Wycieczka z kierowcą, który jak zwykle nie zna angiel­skiego i nie ma zielonego pojęcia o zabytkach: pojmuje wyłącz­nie ogólny kierunek drogi i setki razy wypytuje przechodniów, innych kierowców i policjantów. Ale bez niego całkiem bym zgi­nął. Za wycieczkę hotel wziął ode mnie trzydzieści dolarów; ale trwała ona siedem godzin, pokonaliśmy siedemdziesiąt kilome­trów i po niej mam jako takie pojęcie o mieście.
Zupełnie niedaleko mojego hotelu, choć nie od razu, trafi­łem do domu misyjnego Matki Teresy. Tam też znajduje się jej ascetyczny i monumentalny grób, a na piętrze kapliczka, gdzie modli się kilkanaście zakonnic w białych habitach oraz jeden czy drugi turysta. Święta w rzeczywistości zdołała pomóc może zaledwie jednej tysięcznej części ludzi, którzy w tym mieście potrzebują pomocy, ale i tak to znacznie lepsze niż nic. [...]
Na ulicach wiele świętych krów, można też napotkać riksze — rowerowe i piesze. Rikszarze to najczęściej ludzie starsi, a na­wet siwobrodzi. Wynajmują ich niemal tylko Hindusi — czasy białych sahibów dawno minęły. [...] Tylko zmarli znają Brooklyn — mówił Thomas Wolfe. Tyl­ko zmarli znają Kalkutę. Najbardziej piekielnymi ulicami posuwamy się w kierunku mostu Howrah i jeszcze dalej. Błyska bia­ło gipsowe popiersie Indiry Gandhi — niczym jakiejś trzykrotnej bohaterki ZSRR. Naraz jawi się nowy most przez Hooghly, dla kontrastu supernowoczesny, w równej mierze symbolizujący XXI wiek jak most Howrah — XX. Jest on jed­nakże dziwnie pusty. [...] 
Nieco odetchnąłem w Millennium Park — na skwerze nad Hooghly, który równie dobrze mógłby znajdować się gdzieś nad Wołgą. Na powierzchni rzeki pływają góry śmieci, resztki girland z kwiatów i... zaraz, czy nie zwłoki? Nie, może jednak to nie trupy, najpewniej gałęzie czy kije. Chociaż nie jestem pewien. [...]
Pod wieczór na chodniku koło hotelu do snu układają się dziesiątki bezdomnych, także dzieci. Ale nie wygląda to szcze­gólnie tragicznie, raczej przypomina cygański tabor. Okazuje się, że sam hotel jest muzułmański, dlatego nie ma w nim alko­holu. Jednak gospodarzą tu dwie kobiety, o wiele aktywniejsze i zmyślniejsze od mężczyzn.
Rzeka Hooghly.

Tomas Venclova, Z dzienników podróży, tłum. Alina Kuzborska, Fundacja Zeszytów Literackich 2010,  s. 184-187.

sobota, 16 lutego 2013

Odcinek 605: Samuel Pepys, 1667 rok


Z dziennika Samuela Pepysa

16 lutego 1667 roku
[...] Po południu do lorda Brounckera, gdzie przybyli włoscy muzykowie, czyli: signor Vincentio, mistrz-kompozytor, i sześciu z chóru, w tym dwu eunuchów tak wysokiego wzrostu, że sir T. Harvey dobrze powiedział, iż rosną snadź po wykastrowaniu, właśnie jak nasze wielkie woły; była i jedna kobieta, dobrze ubrana i dość urodziwa, o której Toni Killigrew szepnął nam, iż nie życzy sobie, aby ją kto całował. Tedy po nastrojeniu dwu szpinetów zaczęli, i przyznaję, że muzyka była bardzo dobra, to znaczy kompozycja bardzo dobra; lecz ani troszkę nie podobało mi się tak, jak to, com był słyszał po angielsku, śpiewane przez panią Knipp, kapitana Cooke’a i innych. Za eunuchami też nie przepadam; biorą wysokie nuty i głos ich miękko dźwięczy, lecz wolę delektować się tak samo przyjemnymi głosami kobiet albo też mężczyzn. Kobieta dobrze śpiewała, lecz rzeczą, która stanowi tu o wszystkim, jest, że w śpiewie słowa są ważne i to, jak przystają, do nut; i trzeba znać akcenty właściwe mowie, w której pieśń jest ułożona, inaczej nie możesz być dobrym sędzią wokalnej muzyki obcego kraju. Tak że nie byłem wcale oczarowany, choć jak mówię, kompozycja była nadzwyczaj dobra, a co do nieomylnej trafności w taktowaniu i zachowaniu rytmu stoją daleko wyżej od nas. Stamtąd do pani Pierce po żonę, a tam bawili się w wybieranie „Walentych” i mała córeczka pani Pierce mnie wyciągnęła, bo wyciągali kartki, a na każdej okrom imienia wypisane było motto. Jakie motto było dla mnie, to zapomniałem, ale motto żony było: „Najcnotliwsza i najpiękniejsza”. Stamtąd do urzędu, zły, że to światowe życie przeszkadza mi pracować. Zauważyłem jako dziw nad dziwy, że u sir W. Penna nie było dzisiaj rano muzyki budzącej państwa młodych, jak zwyczaj każe; co zdało mi się bardzo lada jako i tak właśnie, jakby pies żenił się z suką.
Muzycy, malarz nieznany, XVII wiek.

Samuel Pepys, Dziennik, t. 2, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 149–150.

piątek, 15 lutego 2013

Odcinek 604: Anna Kowalska, 1934 rok

Z dziennika Anny Kowalskiej

15 lutego 1934 roku
Anna Kowalska.
O Jerzym myślę z troską, by on był szczęśliwy, zadowolony, by mu się wiodło, myślę o nim z szacunkiem, ale fizycznie chcę nowego mężczyzny, inny świat, nareszcie kogoś silnego i nie męża, nie kłopoty brudnej bielizny i węgla, bez kompleksu macierzyństwa, silny seksualny stosunek bez upokorzeń, zatajeń.
Do Jerzego odczuwam macierzyńskie roztkliwienie i smutek matki, której syn dorósł i oddalił się. [...]
Popłoch, gdy nadchodzi wieczór, gdy coś się nie udaje. Brak mężczyzny. Lwów dotąd wydaje mi się miejscem niedoli, jakimś wiewiórczym gonieniem po klatce. Jerzego mi żal, ale nie czuję żadnej tęsknoty. Prawie wolę go nie widzieć, bo zdaje mi się, że coś tak zasadniczo niewłaściwego było w ostatnich czasach, takie wzajemne niedostrzeganie się czy też po prostu osłabienie popędu. Pamiętam Lozannę, tę torturę tęsknoty, prawdziwe męczarnie, podchodzące łzy na widok koperty - pamiętam, były niebieskie. Czytanie listu każdym włókienkiem, prawie jakby się dotykało żywego człowieka. Dziś bolesne wspomnienie dawnej tęsknoty jest wyrzutem, że oto dziś wszystko jest jak z drewna. [..]
Anna Kowalska, Dzienniki 1927-1969, Iskry 2008, s. 30-31.

czwartek, 14 lutego 2013

Odcinek 603: Zofia Nałkowska, 1925 rok


Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Leysin-Feydey, 14 lutego 1925 roku
Choucas - kawka
szwajcarska.
Wczoraj miałam migrenę i leżąc w łóżku widziałam przez okno wędrówki chmur i mgieł, które jak morze wypełniły dolinę, a później podniosły się w górę, zasłoniły szczyty i zawisły tuż za oknem ciężką zasłoną. Wyglądały jak sypki, biały pył mączny, zawieszony w powietrzu. Przemiłe czarne ptaki, z dala podobne do wron, z bliska zgrabne jak gołębie, gładkie i lśniące, o żółtych dziobach i koralowych nóżkach, zlatywały ostrożnie, ale chętnie na poręcz ganku, gdzie im Jan sypał chleb, moczony w mleku. Wielka to jest uciecha, gdy zjawią się z tych białych chmur ze swoim miłym, nic nie podobnym do krakania, ćwierkaniem. Dziś spadły duże śniegi i zmieniły wiosenny prawie krajobraz na srogą zimę, choć bez mrozu. Poszliśmy na spacer uroczy drogą górską, brnąc po śniegu, sypkim jak mąka. Jodły zbocza upchane, obarczone śniegiem, jak niegdyś sosny na Górkach, ukazywały w trójkątach pomiędzy sobą zaśnieżoną dolinę i góry przeciwległe, czarno-białe od lasów i śniegów, obarczone jeszcze, oblepione ciężkimi śniegowymi chmurami. W pewnej chwili ukazały się spoza nich dalekie, białe Dents du Midi. Z miejsca, gdzieśmy zaszli, pod Chamois, nie widać z góry ani jednego domu, ani śladu życia ludzkiego. Byliśmy zupełnie wobec dzikiej, nie znanej natury sami – chociaż towarzyszyła nam urocza Francuzka, mająca męża w Maroko i twarz księżniczki z Tysiąca i jednej nocy. [...] Z ganku od nas widać w śniegach światła Leysin, a dalej w dole, głębiej na prawo – liczniejsze światła, które z tej odległości migocą wyraźnie, jak gwiazdy.
Pocztówka z Leysin-Feydey.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1918–1929, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1980, s. 156–157.


środa, 13 lutego 2013

Odcinek 602: Franz Kafka, 1914 rok

Z dziennika Franza Kafki 

13 lutego 1914 roku  
Franz Kafka.
Wczoraj u pani X. Energiczny i spokojny, bezbłędnie stawiająca na swoim energia, wświdrowująca się spojrzeniami, wpychająca się rękami i nogami. Otwartość, otwarte spojrzenie. Zawsze widzę we wspomnieniu jej wstrętne, olbrzymie odświętne kapelusze renesansowe ze strusimi piórami z zamierzchłej epoki, była dla mnie zawsze odrażająca, dopóki nie poznałem jej osobiście. Jak śpiesząc ku poincie opowiadania przyciska zarękawek do brzucha i mimo to mufka drga. Jej dzieci A. i B.
Przypomina mi bardzo W. spojrzeniem, beznamiętnym zatapianiem się w opowiadaniu, wsłuchiwaniem się bez reszty, drobną, pełną życia postacią, nawet twardym przytłumionym głosem, paplaniną o pięknych sukniach i kapeluszach, podczas gdy na niej samej nie widać nic podobnego.[...]
Sny:
Mieszkam w Berlinie w jakimś pensjonacie, gdzie, jak się zdaje, przebywają sami młodzi polscy Żydzi; malutkie pokoje. Wylewam karafkę wody. Ktoś stuka bez przerwy na małej maszynie do pisania, prawie nie odwraca głowy, gdy się o coś poprosi. Nie sposób zdobyć mapę Berlina. Widzę często w czyimś ręku książkę podobną do planu. Za każdym razem okazuje się, że książka ta zawiera coś całkiem innego, wykaz berlińskich szkół, statystykę podatków lub coś w tym guście. Nie chcę uwierzyć w to, otrzymuję jednak w odpowiedzi danej z uśmiechem dowód całkiem niewzruszony.
Franz Kafka, Dzienniki: 1910-1923, tłum. Jan Werter, Wydawnictwo Literackie 1961, s. 274-275.