czwartek, 31 stycznia 2013

Odcinek 589: Heinrich von Kleist, 1801 rok


List Heinricha von Kleista do narzeczonej, Wilhelminy von Zenge

Berlin, 31 stycznia 1801 roku
Wilhelmina von Zenge.
Kochana Wilhelmino, nie dlatego tym razem odpisuję Ci trochę później, niż zwykle, by Twój list miał mi być mniej miły niż inne, nie to, powiadam, było powodem zwłoki. Gdyż ustanowiłem sobie niemal prawo, odpowiadać od razu i bez ociągania na każdy Twój list, który przede mną otwiera jakąś piękniejszą stronę Twej duszy i tym czulej mi porusza serce. Ale tym razem było to jednak zgoła niemożliwe. Jest tu Leopold, Huth wciągnął mnie w swoje sprawy, wyrwał mnie trochę z mej samotności i wprowadził w uczony świat Berlina – który, nawiasem mówiąc, tak mało mi się podoba jak ten nieuczony. Sama możesz z tego wywnioskować, jak muszę skąpić czasu, by nie opóźnić swych pilnych prac. 

Chętnie kupiłbym sobie kilka godzin za pieniądze, gdyby to było możliwe, i wyświadczyłbym tym przysługę niejednemu, który nie wie, co począć z nadmiarem czasu. Tych niewiele godzin, które mi po tylu trwonionych chwilach pozostało, musiałem całkowicie oddać memu głównemu celowi... dziś wreszcie niebo obdarzyło mnie wolnym wieczorem i pragnę go Tobie poświęcić... Ale nie przekreślam tego  prawa i w przyszłości natychmiast Ci odpiszę na każdy Twój list, jeśli tylko będzie taki jak ostatni... Tylko czasami musisz się zadowolić niezbyt długim. Niewymowną mnie napełniłaś radością, że zezwoliłaś mi zajrzeć w Twą duszę pełną miłości, chociaż właściwie niepotrzebnie starałaś się wzbudzić we mnie zaufanie w prawdziwość Twojej skłonności do mnie. Gdybyś mnie nie kochała, musiałabyś być godna pogardy, tak samo ja, gdybym nie wierzył w Twą miłość. Już Ci kiedyś powiedziałem, dlaczego... To raz na zawsze ustanowione. Kochamy się, mam nadzieję, tyle serdecznie i głęboko, że nie trzeba o tym więcej mówić, historia naszej miłości nie wymaga ciągłych słów zapewnienia. [...]

Adieu
Twój ukochany H.K.
Heinrich von Kleist, Listy, tłum. Wanda Markowska, Czytelnik 1983, s. 188–198.

środa, 30 stycznia 2013

Odcinek 588 Jan Parandowski, 1949 rok

Z dziennika Jana Parandowskiego

30 stycznia 1949 roku. Niedziela
Julian Tuwim i Leopold Staff
podczas jubileuszu.
Dziś odbył się w Teatrze Polskim jubileusz Staffa. O pół do jedenastej przyjechał po nas Szyfman. Była wilgotna, jakby jesienna pogoda. Teatr pełny, już we czwartek sprzedano wszystkie bilety. To piękny hołd — żywa odpowiedź Warszawy na afisz z nazwiskiem poety. On sam jest tu po raz pierwszy od końca wojny. Chociaż tak się już odbudowała, wstrząsnęła go widokiem swych ruin, których wszędzie jeszcze pełno. Mówił mi to przez telefon wczoraj. Jubileusz jest zasługą Tuwima, on go właściwie zorganizował. I dziś czuwał nad wszystkim, wzruszająco troskliwy. Na scenie ustawiono parę rzędów krzeseł dla literatów i artystów. Przywitałem się ze Staffem, kiedy stał na brzegu sceny i kulis — kurtyna była jeszcze spuszczona. Bał się samotności. „Gdybym tak usiadł przy tobie! Coś byś mi szepnął od czasu do czasu, dodał otuchy. Najbardziej denerwują mnie ręce; drżą, psiakrew, nieustannie”. Ale dano mu z boku fotelik rokokowy, jasny, jakby z buduarku pięknej damy, i tak siedział przez cały czas. Rzeczywiście, ręce mu drżały.
Miałem miejsce przy stole prezydialnym, koło mnie siedziała Żeromska. Gdy się podniosła kurtyna, wprowadzili Staffa: Ćwiklińska, Solski, Tuwim. Teatr wstał, oklaski trwały długo. Tuwim otworzył akademię i oddał głos wiceministrowi Sokorskiemu. Drugim mówcą był Iwaszkiewicz, mówił świetnie, zakończył słowem „cześć”. Wręczono Staffowi dwie koperty, każda ze „skromnym darem”, jak to określano (sto tysięcy złotych), od Zaiksu i od Związku Wydawców.
Jubileuszowy afisz.
Patrzyłem na Staffa. Siedział skromnie, miał na sobie brązowe ubranie (innego, zdaje się nie ma), w klapie odznakę komandorii z gwiazdą, którą dostał wczoraj. Starannie uczesany, siwe włosy, przystrzyżona bródka, ta staroświecka, wzruszająca bródka, spokojny, ujmujący profil, bardzo cywilny, starszy pan, całkiem niepoetycki w potocznym wyobrażeniu. Żadnej pozy, żadnego gestu. Tak samo, gdy wypowiadał krótko i prosto swoje podziękowanie. Teatr znów wstał, znów zerwały się oklaski, wreszcie odprowadzono go do loży, gdzie już siedział do końca.
Po przerwie na scenie zasiedli przy stole artystki i artyści, którzy mieli odczytać wybrane wiersze Staffa. Na mównicę wszedł Solski, odczytał własną rzecz, miłe uczczenie jubilata, pełne doskonałych akcentów, przy których podnosił głos, niewątpliwie słaby, ale zawsze dobitny, i zakończył jak list lub dedykację: „niezłomny strażnik twojego Skarbu — Ludwik Solski”. Staff był wzruszony tym hołdem człowieka, który mógłby być jego ojcem. To w istocie niepojęte, jakiej mocy jest ten blisko już stuletni starzec.
Wiązanka wierszy, którą odczytano, nie była niczym szczególnym, w taki sposób można ułożyć poranek autorski byle jakiego poety — nie dano wrażenia całej skali poezji Staffa. Zadziwiła nas Ćwiklińska, która sobie znalazła wiersz Pocałunek, bardzo dla siebie stosowny, a trochę niespodziewany u Staffa.
Dzwoniłem do niego o ósmej wieczór. Mówi, że jest bardzo zmęczony, roztrzęsiony, upokorzony tremą, której nie mógł w sobie stłumić. Trzymał — powiada — na kolanach Kwiaty polskie Tuwima, jak talizman przeciw drżeniu rąk, ale nie pomagało.
Jan Parandowski, Luźne kartki, Ossolineum 1967, s. 54-56.

wtorek, 29 stycznia 2013

Odcinek 587: Eugène Delacroix, 1849 rok

Z dziennika Eugène Delacroix 

29  stycznia 1849 roku
George Sand.
[...] Wieczorem byłem  u  Chopina;  zostałem z nim do dziesiątej.  Drogi człowiek! Mówiliśmy o pani Sand, o tym dziwnym losie, o tym pomieszaniu zalet i wad. Było to w związku z jej Pamiętnikami. Chopin sądzi, że pani Sand nie będzie mogła ich napisać. Zapomniała wszystko: ma porywy uczuciowości i szybko obojętnieje. Opłakała gorzko swego starego przyjaciela Pierreta i przestała o nim myśleć. Powiedziałem Chopinowi, że obawiam się dla niej nieszczęśliwej starości. Jest innego zdania. Sumienie nie wyrzuca jej nic z tego, co mają jej za złe przyjaciele. Cieszy się dobrym zdrowiem, które zapewne długo zachowa. Jedyne, co mogłoby nią wstrząsnąć naprawdę, to strata lub wykolejenie się Maurycego [syn George Sand].
Co do Chopina, to cierpienie zabiło w nim ciekawość do czegokolwiek, zwłaszcza do pracy. Powiedziałem mu, że wiek i codzienne kłopoty wkrótce ostudzą również mój zapał. Odrzekł, że sądzi, iż ja się temu oprę. «Pan cieszy się swym talentem w pogodzie ducha, która jest rzadkim przywilejem i więcej jest warta niż gorączkowa pogoń za sławą».
Wieczorem rozczarowanie: byłem na obiedzie u pani de F[orget] i miałem zamiar pójść jeszcze do Riveta. Przysyłają nam dwa miejsca do Opery Włoskiej na Włoszkę [w Algierze]. Przychodzimy, grają Napój [miłosny]. Chłód okropny i niewiele pociechy z muzyki.
Eugène Delacroix, Dzienniki: 1822-1863, t. 2, tłum. Joanna Guze i Julia Hartwig, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1968, s. 158.
 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Odcinek 586: David Herbert Lawrence, 1910 rok

List Davida Herberta Lawrence'a do Blanche Jennings

28 stycznia 1910 roku
Croydon, Colworth Road 12
David Herbert Lawrence.
Kochana B.: pisałem ostatnio jak szatan — mam nadzieję, że jest to li­teracko utalentowany dżentelmen — nie miałem siły zabrać się do listów. Dziś wieczorem odpoczywam po wykonaniu najpilniejszych obowiązków i za­spokojeniu codziennych potrzeb.[...]
Jak się czujesz? O czym mam Ci napisać, czy o mojej ostatniej miłości? [Agnes Holt] No więc.... skończyłem z nią... już jej nie lubię. Niewątpliwie jest atrakcyjna ze swymi bujnymi kasztanowatymi włosami. Z początku wydaje się nieprze­ciętna, bo jest żywa, śmiała, dowcipna i swobodna. Cieszy się dużym powo­dzeniem u mężczyzn i dużo bywa. Niedługo skończy dwadzieścia siedem lat. Dość długo z nią chodziłem. Już mi się jednak znudziła. Dlaczego? Jest skoń­czona ignorantka i bardzo staroświecka, chociaż skończyła seminarium na­uczycielskie i przez kilka lat wykładała w Londynie. Mężczyzna jest... czy był w jej pojęciu bardziej lub mniej interesującym przedstawicielem płci męskiej, z którym można zabawić się dowcipkując i plotąc głupstwa... i nic więcej... nie jest samcem... o, mon Dieu, nie!... uświadomiłem ją i teraz nie starcza jej odwagi. Kieruje się zasadami z połowy epoki wiktoriańskiej i stroi się w zwiewną szatę romantyzmu, z której z czasem zostaną zaledwie strzępy. Nie chce przyjąć do wiadomości, że mężczyzna jest samcem, że pocałunki są tylko wstępem i przygotowaniem, a miłość w dużej mierze polega na wza­jemnym fizycznym p o ż ą d a n i u, które szybko się zaspokaja. Jest przeko­nana, że mężczyźni ubóstwiają swoje kochanki. Jest sztuczna i powierzchow­na, a ja jej nie mogę zmienić. Boi się. Mam jej dość. Udaje bardzo we mnie zakochaną, ale nie jest, a nawet gdyby była, co mnie to obchodzi!... Gdyby tak naprawdę było, nie udawałaby wstydliwej świętoszki, nie deklamowała­by, że wszystko jest straszne i obrzydliwe, że nie warto żyć, że życie jest po­niżeniem itd., itd... Życie by ją interesowało. A ona wpada w ckliwy sentymentalizm, gdy chodzi o nagą treść życia.
Jessie Chambers.
Od pewnego czasu zacząłem mieć jej dość.
W czasie Bożego Narodzenia wygasły ogień rozżarzył się na nowo, niby spirytus tlący się słabym, niewi­dzialnym płomieniem, ale zdolny zapalić beczkę smoły. To ta dawna sympatia, z którą kiedyś byłem długo związany [Jessie Chambers]. Jakie to dziwne, ona mnie zna na wylot, ja ją też... i jest w tym coś niesamowitego, bo jednocześnie jest ponad sto mil ode mnie. Od czasu do czasu zdarzają się nam chwile szaleństwa... trudno uwierzyć, że znamy się dziesięć lat, a ja przez cały ten czas tylko kilka razy ją pocałowałem. Ma czarne włosy i cudowne oczy, duże, bardzo ciemne, o rozbrajającym wyrazie. Podnosi twarz ku mojej i tuli się do mnie. Czas mknie jak spadająca gwiazda, która ginie w ułamku sekundy. To cudowne, że czas... długie sekwencje minut, godzin pierzchają w mgnieniu oka i chwila rozstania nadchodzi, gdy wydaje się, że pierwszy pocałunek zaledwie się zaczął. Niedługo przyjedzie do mnie na weekend. Nie spędzimy go tutaj, w Croydon, tylko w Londynie. Świat jest nasz, a my należymy do siebie... nawet jeśli to ma trwać tylko przez jedną wiosnę... jakież to ma znaczenie! Co na to powiedzieliby moi i jej rodzice?... wszystko mi jedno, to nieważne... nie będą o tym wiedzieli.
Jestem panem mego losu
Kapitanem mojej duszy.
Zastanawiam się, dlaczego piszę Ci o tych wszystkich sprawach, o któ­rych za nic na świecie nie wspomniałbym nikomu innemu. Może dlatego, że mnie o to pytasz. Ale spal mój list, bardzo Cię proszę. I napisz, czy Ty uważasz, że źle postępuję?[...]
Czemu jesteś smutna? — Napisz. Co jest przyczyną tego dysonansu w Twoich listach? — Napisz. Czego chcesz? Bo przecież wszyscy pragniemy aż do obłędu kontaktu z
drugim człowiekiem. Coraz bardziej się przekonuję, że nie o wymianę myśli chodzi... ale o wzajemne przekazywanie uczuć... o ży­wy serdeczny kontakt.
Napiszę Ci o mojej nowej znajomej, która mnie interesuje... nic poza tym. Ale to już następnym razem... mieszka tutaj... nazwijmy ją Helene [Helen Corke]... jest bardzo interesująca.
Do widzenia... Kontakt z ludźmi... pamiętaj. Tego szukam... Do widzenia.
D.H.L.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 24-25.

niedziela, 27 stycznia 2013

Odcinek 585: Bruce Chatwin, 1986 rok

List Bruce’a Chatwina do Johna Kasmina

c/o Maiwendra Singh / Fort / Rohet / Dżodhpur / Indie 27 stycznia 1986 roku
Drogi Kassl,
muszę stwierdzić, że komunikowanie się w tym kraju to istna loteria. Mieliśmy [awizowane] telefony od Ciebie, potem unieważniane, a gdy udało nam się w końcu dotrzeć do recepcjonistki w [hotelu] Oberoi [w Delhi], ta poinformowała nas, żeś właśnie wyjechał. Pierwszy nóż wbity w tę mityczną bestię „miejsce do pisania” był atrapą. Babdżi Dżodhpuru mówił, że ma chatę w basenem w mangowym sadzie, w pół drogi do Udajpuru, w miejscowości Ranakpur, gdzie znajduje się niesamowita świątynia dżinistów. Brzmiało to wszystko fantastycznie, ale takie nie było; w zapchanym turystami autobusie udało nam się doturlać na miejsce w porze lunchu, ale dom okazał się trochę ciasny i nie było w nim miejsca, żeby się rozłożyć. Ale za to na urodzinach H.H. poznaliśmy niesamowicie pukkah [szanowanego] dżentelmena, typ ekszamindara [właściciela ziemskiego], który nam powiedział, że posiada fort na wsi. Na kompletnym odludziu, nad jeziorem, z leciwą matką w zenanie [część domu dla kobiet], z kuchnią pełną kucharzy podtrzymujących tradycje sięgające XVII wieku – i, dodam, z bajecznymi miniaturami [...]. Na jeziorze warzęchy, kormorany, głowienki, bociany, trzy gatunki zimorodków. Mały rejwach czyniony przez pawie wcześnie z rana. Anglo-indyjskie meble z połowy XIX wieku. Chłodnoniebieski gabinet z widokiem na ogród. Salon z portretami przodków. Sypialnia z wyjściem na taras. Niewiarygodnie piękne dziewczęta, które przynoszą gorącą wodę, prawdziwą kawę, papaje, mleczny koktajl z mango. Krótko mówiąc, czuję się naprawdę dosyć zadowolony. Przeziębienia i kaszlu trudno się było pozbyć. Z suchym kaszlem zawsze tak jest. Ale dzięki driakwi na kaszel [sporządzonej według reguł] ajurwedy chyba naprawdę przechodzi. [...] Przez ostatni tydzień wyorałem przynajmniej nowe miedze w swojej książce i już raczej nie mam tego dołującego poczucia, że cała reszta to jeden wielki chaos. [...]
Mnóstwo całusów dla B[eatrice] i G[regora von Rezzorich] – i mam nadzieję, że przyjęcie się uda. No i Tobie. Jak zawsze, B [...]
Świątynia w Ranakpur.
Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012, s. 457–458.

sobota, 26 stycznia 2013

Odcinek 584: Halina Poświatowska, 1958 rok

List Haliny Poświatowskiej do Anny Orłowskiej

[Częstochowa, 26 I 1958] niedziela 
Halina Poświatowska.
Anni Kochanie!
Czasem żałuję, że moja Mamcia nie ma odrobiny Twojego opanowania. Wprawdzie, gdyby posiadała owo (zważ, że piszę piękną poprawną polszczyzną), zrodziłaby córkę o równie stalowych nerwach i wtedy to już nie byłoby takie ważne. Bardzo tu ślicznie — bardzo opiekuńczo — a jednak grymaszę. Grymaszę dosłownie i jeszcze w duchu. Cóż zrobić, kiedy mi wszystko wolno. [...] Najpierw sobie przeczytałam Przybosia i Różewicza. Potem się bardzo złośliwie cieszyłam. Bo i cóż ten Przyboś — poeta tęgi — metafora błyszczy — metafora jak błyskawica — ale jedna siedzi na drugiej i z wierszyka robi się szarada. Nawet konstrukcja ścisła jak w szaradzie. Zimne to jakieś — jednym słowem, smutno być Przybosiem. Z Różewiczem inna historia — Różewicz jest bardziej ludzki — bliższy — pozwala zajrzeć w to i owo — częściej po prostu wzrusza, nie zostawia Cię z otwartą gębą — ale obses(yjny?)(jonalny?) jak Gajcy czy Baczyński — nie może zapomnieć okupacji — ma to sobie za chlubę, że nie może zapomnieć.I to męczy — przynajmniej mnie. Popatrz, jaki śliczny jest Gałczyński, że w obozie pisał tylko liryki do żony i do Johna Burtona [lekarz, Irlandczyk, z którym Gałczyński zaprzyjaźnił się w stalagu Altengrabow], i nic — chociaż starszy i pewnie więcej widział. [...] Tak to sobie w cichości ducha rozprawiam się z tymi, którzy mnie mają sądzić. Żebyśmy w razie czego nie byli sobie dłużni. [...]
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 45.

piątek, 25 stycznia 2013

Odcinek 583: Francis Scott Fitzgerald, 1940 rok


List Francisa Scotta Fitzgeralda do córki, Scottie

5521 Amestoy Avenue 
Encino, Kalifornia 
25 stycznia 1940 roku
Kochana Scottie,
Zerwanie przez Ciebie wszelkich ze mną kontaktów pozwala mi się domyślać, że jesteś zakochana. Pamiętaj – istnieje pewna straszna choroba, grożąca ładnym pannom między dziewiętnastym i dwudziestym rokiem życia, a nazywa się ona uczuciowym wyczerpaniem. Mam nadzieję, że coś podobnego Ci nie grozi. Otrzymałem też rachunek za wizytę u doktora i zdjęcie rentgenowskie. Czy kaszlałaś? Proszę o jakieś wyjaśnienie, choćby najkrótsze.
Zarobiłaś dla mnie trochę pieniędzy w tym tygodniu, ponieważ prawa na „Odwiedziny w Babilonie” – jesteś tym opowiadaniu główną postacią – sprzedałem wytwórni filmowej (nie odpowiada wartości tej wspaniałej historii o Tobie i o mnie zaofiarowana mi suma, ale ją przyjąłem).
Zawsze czule Cię kochający
Papa
Francis Scott Fitzgerald, Listy do córki, tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, Czytelnik 1982, s. 105.

czwartek, 24 stycznia 2013

Odcinek 582: Jerzy Wittlin,1983 rok

Z dziennika Jerzego Wittlina

24 stycznia 1983 roku
Księga rekordów Guinnessa, wyd. 1983 r.
[…] Kiedy Natalia Rolleczek napisała, a ja wydałem Drewniany różaniec, książka od razu zdobyła rynek i nakład szedł za nakładem. Zachwycony w pierwszej chwili tak wielkim powodzeniem książki, po jakimś czasie zacząłem wątpić, czy rzeczywiście sukces ten jest autentyczny. Zaczęliśmy dochodzić sprawy i nie wiem do dziś, czy doszliśmy wszystkiego. Fakt jednak pozostaje faktem: książka ta wykupywana była, jak informowała nas sieć księgarska, przez żeńskie klasztory. Ale czy jako lektura uzupełniająca czy też — być może — w jakichś bardziej przyziemnych celach, tego już trudno dociec. Faktem jest, opinia o nas jako o kraju z nieograniczonym zbytem literatury religijnej była za granicą powszechna, i to jeszcze na długo przed wyniesieniem Polaka na stolicę Piotrową. […] Iden­tyfikowanie Polski z religią było dowodem inteligencji wydawców. Gorzej jednak kiedy identyfikowano nas z wódką i kawiorem. Tak jest! Pewien autor angielski zamiast honora­riów prosił o przysłanie wódki i kawioru. Kiedy napisałem mu, że Polska leży nad Wisłą, a nie nad Jenisejem, szalenie zdziwił. Ale to nie koniec angielskich pomysłów. Słyn­ny browar Guinnessa, właściciel praw autorskich na Guinness Book of Records, encyklopedię rekordów — wiszącą w każdym pubie niczym książka telefoniczna i rozstrzyga­jącą w sposób ostateczny, kto z zakładających się piwoszów wygrał zakład, zażądał za udzielenie „Iskrom” praw autorskich na przekład tej encyklopedii na język polski importu przez Polskę 50 000 litrów piwa ,,Guinness”. Jeszcze inny angielski autor zażyczył sobie jako honorarium za przekład jego książki kupienia mu w Polsce i odesłania do Anglii konia wyścigowego. [...]
 Jerzy Wittlin, Pójdź ze mną!, Wydawnictwo Literackie 1987, s. 125-126.



środa, 23 stycznia 2013

Odcinek 581: Antoni Słonimski, 1927 rok

Antoni Słonimski, Recenzja sztuki „Ten pierwszy...” Yvesa Mirande'a i Mouezy Eona

23 stycznia 1927 roku
Teatr Ćwiklińskiej i Fertnera: „Ten pierwszy...”, komedia w 3 aktach Yvesa Mirande'a i Mouezy Eona; reżyseria Jan Janusz

Maria Gella i Władysław Grabowski

w scenie spektaklu „Ten pierwszy...”, styczeń 1927 rok.
W farsie wystawionej w Teatrze Ćwiklińskiej i Fertnera nie gra ani Ćwiklińska, ani Fertner. Nazwy często przeczą u nas istocie rzeczy. Np: felieton nazywa się „Gadu-gadu”, a w środku jest „hau-hau”. Mamy Teatr Wielki, w którym nie ma nic wielkiego poza deficytem. Mamy Teatr Letni, który, niestety, grywa przeważnie zimą. „Ten pierwszy...”, jak nam wmawia bezczelny afisz, jest farsą. Nic podobnego. Jest to bardzo smutna piece, a raczej po prostu pies, który robi nieporządek na scenie. Sztuka ta może przygnębić i odebrać humor człowiekowi, który wygrał dolarówkę. Poza tym nikogo nie chcę zniechęcać — niech idzie i zobaczy. Są przecież ludzie, którzy nie boją się nawet „Trędowatej”.
W ostatnich rzędach teatru siedziało kilkudziesięciu wynajętych gentlemanów, którzy bili brawo na akord. Jest to innowacja. Dotąd klakierzy wynajmowani byli na dniówkę.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, t. I, Czytelnik 1959, s. 243.

wtorek, 22 stycznia 2013

Odcinek 580: Maksymilian Gierymski, 1868 rok


List Maksymiliana Gierymskiego do Kazimierza Epplera

Monachium, 22 stycznia 1868 roku. Poniedziałek
Już też i czas, bym do Was coś napisał, kochany Panie Kazimierzu; z pisaniem listu zbieram się zawsze jak za morze – nieznośna dla mnie to ta funkcja pisania. [...]
Zima tutaj nadspodziewanie sroga, mrozy dochodziły do 16 i więcej stopni. Nasi rodacy dawniej tu zamieszkali i stali mieszkańcy Mnichowa [Monachium] od kilku, a nawet kilkunastu lat nie pamiętają w połowie nawet tak silnej zimy. Sanna jest tu rzeczą rzadką i jeżeli jest, to krótko bardzo trwała; w tym roku zupełnie przeciwnie. Mieszkańcy, a mianowicie właściciele dorożek, nie zaopatrzeni w przyzwoite sanki, już to chcąc korzystać z amatorów szlichtady, już to by ulżyć koniom, jeżdżąc kołami po głębokim śniegu pospuszczali swoje ciężkie karety na niezgrabne sanice łub powyciągali stare przeszłowieczne (z Zopfzeitu [XVIII wieku], jak Niemcy nazywają) sanki na stojących resorach, których kształt w zupełnej jest zgodzie z białymi perukami i trójgraniastymi kapeluszami ich zacnych dziadków i babek. Z oburzeniem, a przynajmniej z pogardliwym ust skrzywieniem patrzałem na te koczkodany, przypominając sobie nasze zgrabne, lekkie, a stąd estetyczne sanki. W całej Europie podobno takich, jak u nas, nie mają. Od wczoraj z puszczaniem śniegów i lodów zaczęła się prawdziwa monachijska zima: błoto po kolana, bez parasola z domu nie wyruszaj, z rana ślizgawica, po południu deszcz ulewny, słowem wszystko, co cechuje brzydki marzec, tu się już rozpoczęło.

Za to Niemeczki ładne – wszystko, co tam dotąd o nich mówiono, jest kłamstwem zupełnym. Radbym tylko tak często ładne prawdziwie twarzyczki na ulicach Warszawy spotykać, jak tu mam nieraz sposobność. Na korzyść (?) ich jeszcze powiedzieć muszę, że są o wiele przystępniejsze od naszych, przynajmniej pod pewnym względem mniej są interesowne. W tym może się mylę, ale mówię z doświadczenia. Mówiąc na ucho, wspomnę Warn, że miewamy tu periodycznie zebrania, inaczej mówiąc pikniki z twarzyczkami; dawnom się tak nie bawił, jak na ostatnim w dzień przed Nowym Rokiem. Przy ponczu i tańcach znajomości zawiera się łatwo i tak ścisłe, jak w innym razie przez miesięcy parę zrobić by niepodobna. Towarzystwo jest bardzo ordentlich, twarzyczki po części z baletu, po części modniarki – stąd prócz poufałości i tańców a la kankan piknik nie razi niczym nieprzyzwoitym, Mężczyźni, koledzy malarze, Polacy i Węgrzy, złożeni li tylko z tych, z którymi bliżej się żyje. Kółko nasze nie przechodzi 10-ciu par, bo w takiej tylko liczbie prawdziwie zabawić się można. Dziewczyny nieźle już tańczą mazura, a niektóre czardasa [sic!], których z łatwością jako baletniczki się nauczyły (co po pikniku, to pisać nie potrzebuję). [...]
Max
Maksymilian Gierymski, Wieczorna sanna, 1885 rok.
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 22–25.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Odcinek 579: Szymon Konarski, 1834 rok

Z dziennika Szymona Konarskiego

21 stycznia 1834 roku
Powitanie, mal. Wojciech Kossak.
Napisałem listy do Webera i Gotschalka. Po południu dostaję uwiadomienie o wymarszu, odbieram pieniądze, marszrutę, uwiadamiam moich, że idę. Żegnam Lubańskich, oddaję im papiery, przyobiecuję cieszyć Madame, opuszczoną przez Wojnickiego na jej własne żądanie, przyobiecuję ocierać jej łzy przez cały wieczór, wiedząc, że o siódmej wyjdę. Gdzie Polacy stali, dosyć jest Polakiem się nazywać, aby po ich wyjściu wszystkie kochanki odziedziczyć tu. Dopiero kilku wyszło, a co to za wieczór, co tu płaczu, wzdychania, jak się każda z swym smutkiem zwierza rodakowi jej kochanka, jak ciężko jest razem odegrać rolę i pocieszyciela, i zastępcy. O, gdyby kobity rząd państw europejskich miały w swym ręku, Polacy wszystko mieliby, co by zażądali, gdy[by] ten rząd był despotycznym, wola każdego Polaka byłaby prawem dla świata. Lecz porzućmy te wzdychania do niepodobnych rzeczy. Urządziwszy wszystko do wymarszu, gospodarstwu i słowa nie mówiąc w moim mieszkaniu, wymknąłem się ,,Pod Krzyż", skąd miałem swoich 4 zabrać. Zosia płacze, przeczuła wymarsz Michała, Eliza ryczy, bo Matys już jedzie, Visardową opanował blady strach, i wszystko po kątach szlocha. Buzi biedne dziewczęta dają wszystkim Polakom. Nie wiedząc o niczym wprawdzie, domyślają się tylko, że je opuszczają. Już stara i długa jakaś powtórzyła ze łzami: Bodajbym była Polaków nie znała. Adam Wodzyński, Wypłosz i ja wyprowadziliśmy prawie gwałtem Michała z tej wyspy Kalipso. Wszedł na nią nieżonatym, wychodzi ojcem.
Szymon Konarski.
„Spod Niedźwiedzia", gdzie nasze tornistry czekały, ruszyła komenda w końcu. Odprowadzili nas nasi przyjaciele za bramę i w liczbie pięciu puściliśmy się w drogę, jak niedawno z Berensdorffem puszczałem się do Polski. Przebyliśmy wylew jeziora między Bienne a Nidau, przebyliśmy Nidau, a obejrzawszy się z góry, na którą wstępowaliśmy, na ognie w Bienne świecące się, szybkim krokiem, przy pięknej światłem, lecz wietrznej bardzo nocy, biegliśmy ku Aarberg. Zostawiając go na lewo, uszliśmy drogą ku Morat jeszcze milę i na nocleg w karczmie oddalonej, którą by baśnie piastunek polskich naszych [mogły] wziąć śmiało za mieszkanie zbójników, stanęliśmy. Po sutej kolacji, o ile miejsce na to pozwoliło, bo Polak nie żałuje gębie, kiedy ma parę chociaż franków w kieszeni, weseli do zbytku, szczęśliwi bez granic, nie czując zmęczenia, położyliśmy [się] w nasze łóżka, po dwóch na jednym.
Szymon Konarski, Dziennik z lat 1831-1834, oprac. Bolesław Łopuszański i Anatol Smirnow, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1973, s. 265-266.

niedziela, 20 stycznia 2013

Odcinek 578: Zygmunt Krasiński, 1833 rok



List Zygmunta Krasińskiego do Henryka Reeve


20 stycznia 1833, Petersburg

Zygmunt Krasiński.
Mój drogi Henryku, w podobnym momencie doszliśmy do tych samych wniosków. U progu 1833 roku stanęliśmy obaj dość zniechęceni do marzeń i miłości, ale może to zniechęcenie także jest tylko marzeniem. Wieczór 31 [grudnia 1832] spędziłem z dwoma dzieciakami, miauczącymi jak koty i wyśpiewującymi jakieś głupstwa: ze Stackelbergiem i Duvalem. Możesz sobie wyobrazić, jakie to na mnie zrobiło wrażenie. Ale w tej samej chwili, gdyś Ty rozmawiał z Marią d'Eichberger, do pokoju wszedł mój ojciec i wziął mnie w ramiona: była to dla mnie chwila uroczysta, która odcinała się od tego całego płaskiego wieczoru. Ale poza tym i mnie także przepełniała gorycz. To już nie owe młodzieńcze melancholie, w których jest zawsze jakaś domieszka słodyczy; to już nie te przekleństwa i odruchy wściekłości, które podkopały moje zdrowie i zrodziły Adama, poezję naprawdę szaloną; to raczej smutek męski, pozbawiony uroku, bez porywów, dość spokojny, a silniejszy, trwalszy niż jakakolwiek radość, którą dotąd przeżyłem. Czytałem tej zimy Ballanche'a, Damirona, Quineta; dalej czytałem Pismo Święte i myślałem, że filozofia jest tyle warta, co miłość: można być Werterem w obu tych dziedzinach. [...] 
Piszesz, że wracasz do Anglii. Myślę, że źle robisz. Powinieneś rozmyślać, uczyć się, zobaczyć jeszcze trochę. Nim rzucisz się w przepaść, Kurcjuszu, wyszukaj sobie najpiękniejszego rumaka, weź najpiękniejszą broń, aby Cię przynajmniej podziwiał lud, gdy będziesz przejeżdżał; a potem znikniesz mu z oczu! [...]
Bądź zdrów, mój drogi i niech Bóg Cię błogosławi. Myślę o Tobie bardzo często.
Zyg[munt] Krasiński

Źródło tekstu: Polska Biblioteka Internetowa.