Odcinek 900: Henryk Bottini, 18.. rok

Z dziennika Henryka Bottiniego, bohatera „Serca” Edmunda de Amicisa
17. sobota
Okropnie się dziś Garoffi bał czekając wielkiej bury od nauczyciela, a tymczasem nauczyciel nie przyszedł, zastępcy także nie było, a do klasy przyszła pani Cromi, najstarsza z nauczycielek, która ma dwóch dorosłych synów, a uczyła czytać i pisać niejedną z tych pań, które teraz odprowadzają swoje dzieci do naszej szkoły. Była smutna dzisiaj, bo jeden z jej synów jest chory.
Jak tylko weszła, zaraz chłopcy zaczęli dokazywać i hałasować. Ale ona, głosem cichym i spokojnym, rzekła:
— Szanujcie moje białe włosy. Nie tylko nauczycielką, ale i matką jestem.
Więc żaden już ani nie pisnął, nawet ten cygańczuk Franti, który tak lubi psocić cichaczem.
Ilustracja do rumuńskiego wydania powieści, 1886 rok.
A do klasy pani Cromi posłana została panna Delcati, nauczycielka mojego braciszka, a na miejsce panny Delcati ta, którą nazywają „zakonnicą” — bo zawsze jest ciemno ubrana i ma głosik tak cichy, że kiedy mówi, to się zdaje, że szepce pacierze.
I trudno pojąć, mówi moja matka, bo taka łagodna jest, taka trwożliwa, z tym swoim słabym, zawsze równym głosem, który ledwo że dosłyszeć można, nie krzyczy, nie gniewa się nigdy, a przecież umie utrzymać uczniów swoich tak, że nawet największe urwisy pochylają głowę, jak tylko im pogrozi palcem, a w klasie jej tak zawsze cicho jak w kościele. To pewno i dlatego także mówią na nią: zakonnica.
Ale ja najlepiej lubię tę małą nauczycielkę z pierwszej niższej, nr 3, która ma twarzyczkę jak róża, dwa śliczne dołeczki w policzkach, nosi duże czerwone pióro na kapelusiku, a krzyżyk bursztynowy na szyi.
Zawsze wesoła i w klasie jej zawsze wesoło. Ciągle się uśmiecha, krzyczy na swoich malców tym swoim srebrnym głosikiem, co to jakby śpiewa; uderza laseczką w stół i klaszcze w ręce, żeby uczniom nakazać milczenie, a gdy wychodzą, biegnie jak mała dziewczynka to za tym, to za owym, żeby ich ustawić w rzędzie, jednemu podnosi kołnierz, drugiemu zapina płaszczyk, żeby się nie zaziębił który, odprowadza ich do rogu ulicy, żeby się nie pokłócili, błaga rodziców, żeby ich nie karali w domu, przynosi pastylki tym, co mają kaszel, pożycza swojej mufki, gdy któremu ręce zmarzną — i umęczona jest przez tych najmniejszych, którzy jej się uwieszają u sukni i chcą, żeby całowała, ciągnąc ją za welon, za mantylkę. I pozwala im na to wszystko, i całuje, i śmieje się, i biegnie do domu roztargana, z gołą szyją, spocona i uśmiechnięta, z tymi ślicznymi dołeczkami w twarzy i z swoim czerwonym piórem. Uczy także rysunków w oddziale dziewcząt, a pracą swoją utrzymuje matkę i brata. 
Edmund de Amicis, Serce, tłum. Maria Konopnicka, http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/amicis-serce.html

Komentarze

  1. Albo "Serce" albo "Od Apeninów do Andów" a może oba opowiadania były lekturą za moich czasów. Treści już nie pamiętam ale tytuły na zawsze chyba zapamiętałem, bo ilekroć czytałem "Serce" (chyba) zawsze łapało mnie za gardło wzruszenie :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łapać za gardło to faktycznie Amicis umie, chociaż zdarzają mu się też momenty obrzydliwie ckliwe. Za to wczoraj się doczytałem, że wszystkie przejawy humoru w tej książce to zasługa Konopnickiej :)

      Usuń
  2. A myślałam, że ja to taka wrażliwa jestem i oczy na mokrym miejscu i w ogóle, tymczasem Serce czytałam jako dorosła, może zbyt dojrzała osoba i zero wzruszeń, raczej irytacja, ckliwość, naiwność, dydaktyzm, aż żeby mnie bolały. Czyli niewrażliwa :((( chyba jestem, a na pewno niewrażliwa na Amicisowe Serce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja się wzruszałem za Ciebie :)

      Usuń
    2. To teraz trochę boję się przeczytać ponownie "Serce", bo może czar pryśnie - w dzieciństwie czytałam zachwycona i płakałam jak bóbr.

      Usuń
    3. Teraz się widzi właśnie nadmiar ckliwości i wyczuwa intensywny smrodek dydaktyczny, ale moim zdaniem spora część opowiadań wciąż ma moc :)

      Usuń
    4. Moje wspomnienia są mgliste - kompletnie nie pamiętałam na przykład, że to dziennik! Bardzo zaintrygowałeś mnie tymi wzmiankami o humorystycznych akcentach w przekładzie Konopnickiej, będę musiała to porównać z oryginałem, bo przy całym szacunku dla autorki "Naszej szkapy", jakichś szczególnych skłonności do komizmu u niej nie wyczuwam. :)

      Usuń
    5. Toteż to są zaledwie nutki humoru, słabo dostrzegalne, ale ponoć to i tak postęp w porównaniu z dętym oryginałem. A dokształcałem się z tego artykułu, nader ciekawy: http://www.marszalek.com.pl/italicawratislaviensia/2012/5.Olga%20Plaszczewska.pdf

      Usuń
    6. Będę uważnie nadstawiać ucha w poszukiwaniu tych nutek. :) Artykuł rzeczywiście zapowiada się rewelacyjnie, z przyjemnością przeczytam.

      Usuń

Prześlij komentarz