Odcinek 573: Tadeusz Boy-Żeleński, 1927 rok


Recenzja Tadeusza Boya-Żeleńskiego ze sztuki „Ten pierwszy” Mirande’a i Mouezy-Eona

Teatr Ćwiklińskiej i Fertnera. Ten pierwszy, komedia w trzech aktach Y. Mirande’a i Mouezy-Eona. Przekład T. Kończyca. Reżyseria Jana Janusza. Dekoracje i wnętrza Elżbiety Mucharskiej i Józefa Galewskiego (15 I 1927).

André Mouëzy-Éon, współautor sztuki.

Temat ten mieszkał już na wszystkich piętrach. Balzak wysunął zeń jedno ze swoich najdramatyczniejszych opowiadań: historię pułkownika Chabert, bohatera napoleońskiego, rzuconego do dołu z trupami, wymazanego z listy żywych, który wróciwszy po latach nędzy i tułaczki, zastaje żonę poślubioną innemu, widzi nowy obcy świat, gdzie nie ma dla niego miejsca, i po daremnych próbach walki o swoje prawa, odchodzi dobrowolnie, aby się ponownie pogrzebać za życia.
Huragan wojny, który tak niedawno zmiótł tyle domów, tyle istnień, musiał odnowić aktualność tego tematu. Osnuto koło niego parę dramatów, kilka komedii... Bo nie ulega kwestii, że mimo posępnego tła samego konfliktu, mieści się w nim sporo elementów komediowych. Komizm wynika z samego zderzenia faktu z aktem, rzeczywistości z papierem, śmierci cywilnej z niedelikatnym życiem, stawiającym wszystkich w tak kłopotliwej sytuacji. Niech się z tym zgmatwa węzeł uczuciowy, niech wreszcie patetyczność sytuacji rozmieni się na drobną monetę dnia powszedniego, a nie ulega kwestii, że jeszcze niejeden autor z talentem znalazłby w tym zużytym temacie dobrą komedię.
Spółka paryska jej nie szukała. Poprzestała na farsie. Bohaterem jej – młody wynalazca, który, kontuzjowany w wypadku kolejowym, stracił pamięć poprzedniego życia i rozpoczął nowe pod innym nazwiskiem, podczas gdy – wskutek skomplikowanej omyłki – pod jego własną firmą pochowano innego. Niespodziane zjawienie się nieboszczyka w ognisku domowym, gdzie wierna mu wciąż myślami żona zdążyła wszakże rozpocząć życie z drugim mężem, jego niezbyt udanym następcą, powrót do pierwotnej świadomości drogą hipnotyzmu i walka byłego wynalazcy, a obecnie fryzjera, o swoje prawa cywilne i małżeńskie stanowią treść drugiego i trzeciego aktu o efektach i humorze mocno ciągnionym za włosy. Doprawdy nie bardzo warto było brać za punkt wyjścia tylu niezwykłości, aby później puścić rzecz banalną koleją tuzinkowej farsy, z komisarzem policji przepasanym szarfą, z nieodzownym łóżkiem (w którym dla odmiany znalazło się sam na sam dwóch mężów), z panią Chaveau, która znów wpada z końcem aktu z okrzykiem: „To mój mąż!”, z wesołą panienką, która gotowa jest z każdym i zaraz, z jednym mężczyzną, który goni za każdą spódniczką, i drugim, za którym gonią wszystkie spódniczki etc., etc. Ten typ farsy robi wrażenie mechanicznej zabawki, która widocznie zawsze znajduje amatorów, skoro Ten pierwszy cieszy się w swojej ojczyźnie powodzeniem. Toteż stwierdzając, że komedia ta nie odznacza się ani wielką pomysłowością, ani lekką ręką, ani najlepszym smakiem, oddajemy ją z całym zaufaniem w ręce publiczności.
Tadeusz Boy-Żeleński, Flirt z Melpomeną. Wieczór siódmy i ósmy, Państwowy Instytut Wydawniczy 1964, s. 257–258.

Komentarze