poniedziałek, 31 grudnia 2012

Odcinek 558: Wojciech Kossak, 1920 rok



List Wojciecha Kossaka do żony

Nowy Jork, 31 grudnia 1920 roku
Moja najdroższa.

Nie pisałem cały tydzień, bo ciągle czekałem na pieniądze od jednej klientki (bardzo zresztą pewnej), z których chciałem znowu Tobie posłać wobec tak strasznego spadku naszej marki, Mamie, Zosi i pannom kochanym. Dotąd ich jednak jeszcze nie dostałem. [...] 
Strasznie się cieszę, że Ci mogłem pierwsze zarobione pieniądze posłać. Zaraz potem sprzedałem księdzu polskiemu obrazek mały za 600 dolarów, tak że mam na czynsz miesięczny i na życie [...].
Masz tu kolekcję całą artykułów o mnie, w ostatnich dniach to się dopiero pokazało i naturalnie już telefony i zapytania od rozmaitych amatorów, może nim ten list skończę, to już który przyjdzie. [...] Poczciwa księżna prosiła mnie do Waszyngtonu na Wilię, ale już miałem przedtem zaproszenie do Morawskich.
Strasznie mi się Wilia nie udała. Morawscy mieszkają strasznie daleko poza miastem, nigdy przedtem u nich nie byłem. Z obrazkiem w passepartout i za szkłem, we fraku i w tym bogatym futrze, wybrałem się podmiejską koleją. Ścisk był taki, że od razu i szkło, i rama, i ja zduszeni zostaliśmy na placek, dosyć Ci powiedzieć, że dopiero przy końcowej stacji mogłem wysiadłszy z tej beczki śledzi zobaczyć, czy szkło nie podziurawiło i futra, i obrazu, i mnie, nikt o tym pojęcia mieć nie może. Widziałem pana, co wepchnięty z tą masą do wagonu z chustką przy nosie, który ucierał, dojechał do swojej stacji ciągle z tą ręką podniesioną, bo nie mógł jej już spuścić. Naturalnie, że prezent gwiazdkowy był poturbowany i niemożliwy, dość Ci powiedzieć, że z grubego papieru do pakowania zostały strzępy w tym ścisku.
Ale to nic jeszcze, wysiadam, pustkowie, ani sklepów, ani auto-taxi, niby Podgórze o 3 w nocy. Pytam się jakiegoś cienia, wskazuje mi drogę, jak się potem pokazało fałszywą, idę, idę, rozpacz mnie bierze, wiem, że Morawski smakosz, Wilia o 5.30, tutaj już 6.15. 279 ulica się kończy, ich numeru nie ma wcale. Jakieś figury podejrzane zaczynają się mną interesować, futro, biały krawat widać, a fine gentleman. Mam ochotę usiąść na trotuarze i rozmyślać, o ile na kochanej Wygodzie przyjemniej. Zmęczony, bo nie wiem ile już uszedłem, wystawiam sobie, jak mnie pani domu musi błogosławić. Ale te figury ciemne, przechodzące raz i drugi, raptem z daleka tramwaj jakiś staje na szynach, już teraz dobrze, dostanę się jakoś do New Yorku. Wilię straciłem, ale wracam zdrów i cały, passepartout i szkło, mniejsza z tym.
Morawscy poczciwi nie obrazili się, już się to samo i Stojowskim u nich przytrafiło. Jestem jutro na obiedzie u młodych Stojowskich, a u Morawskich na podwieczerz. Dziś na Sylwestra jestem u pp. Modrakowskich. To ten bankier tutejszy, co kupił w Warszawie parę moich obrazów, i bardzo go polubiłem; u niego mam pieniądze moje i tam je składam, a on z tego taki dumny, że mi za przesłanie Twoich 500 dol. nic nie policzył, a to kosztowało z kilkanaście dolarów najmniej. [...]
Ściskam Was, moje najdroższe, z całej duszy – Wasz Wojtek.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 258–260.

niedziela, 30 grudnia 2012

Odcinek 557: Kazimierz Rudzki, 1972 rok


List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

Warszawa, dnia 30 grudnia 1972 roku
Tadeusz!

Przed chwilą otrzymałem dawno upragniony list od Ciebie i natychmiast (immediately, at once) piszę, żeby w przyszłości uniknąć karczemnych obelg i nasyconych niewybrednymi żarcikami pogróżek!!! [...]
A propos uwag o oszczędności, czyli skąpstwie... Widzisz, na czym piszę... Gdyby nie zupełnie przypadkowe zaproszenie do Onassisa i Jackie, nie leciałbym Olympikiem i tej papeterii też bym nie miał [...] Teraz już wiesz, jaka jest u nas sytuacja? Ale pamiętaj, Tadeuszu, że kraj był doszczętnie zniszczony przez hitlerowskiego siepacza vel gada, że powstawaliśmy z ruin i wara Wam, którzyście ani cegiełki nie dołożyli do tej budowli – od naszej praojców ziemicy! [...]
Żeby skończyć z problematyką gospodarczą – gardzę papeterią z kraju, rzucającego bomby na szpitale i dzieci, a herbatę w kopertkach (in bags) można i u nas kupić... Nie będę się prosił, żeby dostać paczkę herbaty i nie dostać puszki dobrej kawy typu INSTANT za parę centów!... [...]
Przed Świętami byłem tydzień w Italii... Kongres Syndykatu Pracowników Telewizji i Filmu. Zaprosili również i nas... Byliśmy w trójkę... Andrzej Łapicki (czołowy aktor naszego filmu i TV, kulturalny, inteligentny, poczucie humoru, syn profesora), efektowna aktorka z Teatru Polskiego Eugenia Herman i ja, jako przewodniczący delegacji. Obrady odbywały się w Spoleto. Miejscowość raczej udana. Zabytki i amfiteatr z czasów rzymskich na miejscu. Byliśmy w Asyżu. Mroźno było, acz pięknie. [...]
Zima niebywała... Dotychczas mroźno (około 6 st.), słonecznie, bezśnieżnie. Najważniejsze, że sucho. Co dla nas starszych ma znaczenie, bo po prostu przyjemniej, a na saneczki raczej już nie chodzę.
A propos Italii... Zatłoczenie Rzymu samochodami – przerażające. A nawet i Spoleto czy Asyż – niszczone są ciągle krajobrazowo przez ruch samochodowy. Ta dysproporcja między architekturą i urbanistyką, pomyślaną jak tło dla ludzi z generacji chodzących pieszo lub z rzadka posuwających się pojazdami konnymi – a mknącymi w zawrotnym tempie fiatami, to naprawdę jakiś koszmarny wycinek naszego świata. Wiem, że nic nie może i chyba nie powinno zatrzymać tzw. postępu, ale żyjemy w oparach szaleństwa i nasza generacja, urodzona na styku dorożki konnej i samochodu, odczuwa to szczególnie boleśnie... [...]
Jeszcze o teatrze... Ostatnio, w związku z 50 rocznicą Związku Radzieckiego, wystawiono u nas sporo sztuk radzieckich, na ogół nie najlepiej napisanych i dlatego niechętnie u nas grywanych. Ale teraz wystawiono ich sporo. Wyobraź sobie, publiczność chętnie słucha tej tematyki... Dlaczego? Bo stęskniła się za sprawami jednoznacznymi, za tzw. tematyką życiową, bo zmęczyła się udawaniem, że rozumie Witkacego i Różewicza, i Pintera. i Albee’ego... Oczywiście pisząc „publiczność” mam na myśli tzw. szerokiego widza, nie „elitę”... która zresztą też nie rozumie wielu rzeczy, ale przynajmniej... udaje, że rozumie. Przecież rodowód sukcesu „Love story” jest chyba taki sam... Bo nie powiesz mi, że to arcydzieło! Ale kochają się, on zamożny, ona nie, rodzice przeciwni, ona umiera... A jeszcze do tego w filmie muzyka w stylu Rachmaninowa skrzyżowanego z Schubertem i Chopinem... Ludzie tak mają dosyć niezrozumialstwa pod firmą „nowinek”, że gotowi są wzruszyć się byle szmirą, a na pewno prostą opowieścią z życia wziętą...
Żebyś nie gadał, że nie wysłałem życzeń, załączam odnośny bilecik.
Całujemy Was mocno i jeszcze raz życzymy wszystkiego dobrego, tzn. Tadeusz, żebyśmy mogli (jeżeli już nie zobaczyć się z bliska) jeszcze przez długie lata korespondować ze sobą.
Twój Kazimierz
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 312–315.

sobota, 29 grudnia 2012

Odcinek 556: Gabriela Zapolska, 1899 rok

List Gabrieli Zapolskiej do Stanisława Janowskiego

Lwów, 29 grudnia 1899 roku
Mój drogi Stasiu!
list Twój już z Krakowa otrzymałam. Widzisz, zupełnie niesłusznie irytujesz się na mojego brata [Korwin-Piotrowskiego]. Wszakże on Cię wcale nie zna. Wie tyle o Tobie, co z Twych obrazów, ale dalej nic. Cóż więc mógł napisać? Ja byłam tak niefortunnie za mąż pierwszy raz wydana i moja siostra [Konstancja Bielska] także, iż nic dziwnego, że ani mój brat się nie ożenił, ani to, że w ogóle w naszej rodzinie panuje obecnie rodzaj trwogi przed słowem „małżeństwo”. Zresztą znasz trochę moje życie i dziwić się temu nie możesz. Kto tak jak ja w małżeństwie stracił wszystko, zacząwszy od złudzeń dziewczęcych aż do majątku, i wyszedł z tej piekielnej próby złamany i zrujnowany, kto znów, jak mój brat, musiał pojedynkować się z obydwoma swymi szwagrami, czyż to dziwne, że słowo „małżeństwo” przeraża nas wszystkich. Gdy moja siostra miała iść drugi raz za mąż, wszyscy odradzaliśmy jej unisono tej nowej próby i wszyscy z nieufnością patrzyli na pana Bielskiego, który jest najuczciwszym człowiekiem pod słońcem. Obecnie siostra moja jest, ot, szczęśliwa, ale to już w niej pozostało i wiem, że stając po raz drugi przed ołtarzem tak płakała, że słowa wymówić nie mogła. [...]
Święta spędziłam strasznie. Dwa dni! 48 godzin nie widziałam nikogo prócz Hanusi [służącej]. Ani na krok nie wyszłam i nikt do mnie nie przyszedł. Z prawdziwą ulgą powitałam zapowiedź prób.
Wczoraj byłam u doktora. Od jutra rozpoczynam wiadomą Ci kurację. Sądzę, że mi się polepszy. Cieszy mnie, że się trochę rozerwałeś na wsi. Od dziś za tydzień zobaczymy się znów. [...]
Całuję Cię gorąco w czubek i w oczy.
Twoja
N
Lato, mal. Stanisław Janowski
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s. 749–750.

piątek, 28 grudnia 2012

Odcinek 555: Oskar Wilde, 1898 rok

List Oskara Wilde'a do Louisa Wilkinsona

28 grudnia [1898 roku]                                             
Hotel des Bains, Napoule
Mandelieu - La Napoule.
Szanowny Panie,
bardzo dziękuję za długi i zajmujący list. Zazdroszczę Panu Oksfordu: to najbardziej przypominający kwiat okres naszego życia. Widzi się cienie rzeczy w srebrnych lustrach. Później widzi się głowę Gorgony i cierpi się, bo nie zamienia nas w kamień.
Jestem na Riwierze: pogoda błękitnozłota, słońce ciepłe jak wino, koloru moreli. Maleńki hotelik, w którym się zatrzymałem, jest nad samą Golfe de Juan, a wokół są lasy sosnowe z ich przejmującym oddechem: wiatr przesiąka zapachami, przesuwając się między gałęziami: stopy wyciskają słodycz z opadłych na ziemię szpilek: szkoda, że Pana tu nie ma.
W swoim drugim liście nadmienia Pan, że załącza swoją fotografię, ale w kopercie nie było żadnej fotografii. Pańskie myśli musiały być w krysztale księżyca. Proszę je przywołać i dać mi swój portret.
Z poważaniem
Oskar Wilde
Oskar Wilde.
Nic nie mogło być inaczej: Listy Oskara Wilde'a, oprac. i tłum. Danuta Piestrzyńska, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2005, s. 216.

czwartek, 27 grudnia 2012

Odcinek 554: Elizabeth von Arnim, 1896 rok

Z powieści-dziennika Elizabeth von Arnim

27 grudnia 1896 roku 
Elizabeth von Arnim.
Uważam, że dzisiaj modne jest patrzenie na Boże Narodzenie jak na coś nie do opisania nudnego i czas, kiedy tylko przejadamy się i udajemy radość bez wyraźnej przyczyny. A tak naprawdę święta Bożego Narodzenia są czarującym i pełnym poezji obyczajem; kiedy właściwie przez cały długi rok bywa się mniej lub bardziej niemiłym dla wszystkich, dobrodziejstwem staje się to, że w tym jednym dniu trzeba być uprzejmym; niewątpliwie wspaniałe jest i to, że można dawać prezenty i nie ma się potem wyrzutów sumienia, że się kogoś rozpieszcza i że później trzeba za to odpokutować.
Służący są tylko dużymi dziećmi i obdarowani drobiazgami oraz smakołykami są tak samo szczęśliwi jak dzieci i już tydzień przedtem, zanim troje maluchów pójdzie do ogrodu, oczekują Dzieciątka Jezus z ramionami pełnymi prezentów. Wierzą mocno w to, że prezenty dla nich są przynoszone w ten sposób, i to jest tak urocze, że już choćby dlatego Boże Narodzenie zasługuje, by je świętować.
Ze względu na ścisłe zachowanie tajemnicy przygotowanie jest całkowicie moją sprawą - a bynajmniej niełatwe to zadanie przy tak wielu osobach w naszym domu i innych mieszkańcach majątku, i wszystkich dzieciach, dużych i małych, które oczekują swego udziału w tej radosnej chwili. Biblioteka przez kilka dni nie nadaje się do użytku, ponieważ trzymamy tam drzewko świąteczne i prezenty. Po jednej stronie stoi drzewko, a pozostałe trzy są obstawione stołami, dla każdego domownika po jednym.
Kolędnicy, rycina z 1896 r.
Kiedy na choince płoną świeczki, których blask opromienia szczęśliwe twarze, zapominam o całym zmęczeniu, bieganinie po schodach tam i z powrotem, bólach głowy, nóg i cieszę się jak wszyscy.
Najpierw przyprowadzane jest Czerwcowe Dziecko, później przychodzą pozostałe, następnie my, w zależności od wieku, potem służba, dołącza nadzorca ze swoją rodziną, po nim zarządca majątku, mamsells, buchalter i sekretarka, a na końcu dzieci całą gromadą, tyle, ile pokój może ich pomieścić - największe prowadzą za ręce najmniejsze, dźwigając jeszcze w ramionach niemowlęta, a matki patrzą zaciekawione przez drzwi. Stają przed choinką i śpiewają dwie albo trzy kolędy; następnie dostają prezenty i wychodzą radosne, robiąc miejsce dla następnej gromady. Troje moich dzieci również śpiewało z całych sił, obojętnie czy akurat znały pieśń, czy nie. One włożyły na ten uroczysty dzień białe sukieneczki, a Czerwcowe Dziecko miało głęboko wyciętą szatę z krótkim rękawem, jak noszą teutońskie dzieci bez względu na temperaturę. Jego ramionka przypominały ramiona zapaśnika w miniaturowym wydaniu - czegoś takiego jeszcze nie widziałam; szaty są dumą i radością małej niani, która dopasowała niebieskie wstążeczki i nieustannie małą poganiała. Kiedy Czerwcowe Dziecko będzie duże i nadal będzie miało takie ramiona, chyba nie będę mogła zabrać go ze sobą na bal.
Boże Narodzenie 1896, zdjęcie  E. Donalda Robertsa Juniora.
Kiedy przyszły powiedzieć mi dobranoc, wszystkie były już bardzo blade i zmęczone. Kwietniowe Dziecko niosło japońską laleczkę również wyglądającą na wyczerpaną, którą chciało zabrać ze sobą do łóżka nie z miłości, tylko z litości, że wyglądała na tak ogromnie zmęczoną. Pocałowały mnie roztargnione i rozgadane, tylko Kwietniowe Dziecko, przechodząc, rzuciło okiem na choinkę i dygnęło.
- Do widzenia, drzewko - usłyszałam; następnie skłoniło przed nim japońską laleczkę, w sposób wielce znużony i zblazowany. - Ty nigdy więcej nie zobaczysz takiego drzewka - powiedziało i potrząsnęło nią karcąco - bo zepsujesz się na długo przed następnym razem.
Wyszło, ale zaraz wróciło, bo czegoś zapomniało.
- Mamo, podziękuj Jezuskowi za te wszystkie cudowności, które nam przyniósł. Sądzę, że napiszesz do niego zaraz, prawda?
Nie mogę ujawniać apatii podczas naszych świąt Bożego Narodzenia, więc wszyscy się cieszymy bez udawania, i przynajmniej przez dwa dni jesteśmy trochę bliżej siebie. [...]

Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród, tłum. Elżbieta Bruska, Berenika Lemańczyk, Wydawnictwo MG 2011, s. 96-98.

środa, 26 grudnia 2012

Odcinek 553: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1955 rok


List Kazimiery Iłłakowiczówny do Danuty Kubackiej

Poznań, 26 grudnia 1955 roku
Droga Pani,
Nina Andrycz.
szczerze jestem wzruszona serdecznością listu Pani, opłatkiem i obietnicą zaprosin, na które zawsze pośpieszę z przyjazdem, bo Kraków jest dla mnie olbrzymią atrakcją. Mam tam coś z 10 osób, które przyjmą moje pojawienie się krzykiem radości, ale z których żadna nie może mnie przyjąć do siebie z jakimś minimum wygody dla obu stron. W związku — jest strasznie nieprzytulnie, w hotelu makabrycznie, jednym słowem lepiej się w Krakowie nie zjawiać. Jestem za stara, żeby dla przyjemności znosić zbyt wiele niewygód. Co innego — jeśli koniecznie trzeba.
Z przyjemnością przeczytałam książkę Aliny Świderskiej „Adam”, niby prawie że prostacka a jednak pełna finezji. Doskonała dla młodzieży i dla awansu społecznego. Byłam na „Intryga i miłość”, której tekstu nie znałam w ogóle. Strasznie mi się nie podobała. A ta nieszczęsna Andryczówna — taka miła przed wojną — cóż za sztuczna, pretensjonalna lalka się z niej zrobiła. I ona i Schiller sprawili mi gorzki zawód. Łączę mnóstwo serdeczności
Iłlakowiczówna
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, C&S 1993, s. 43.

wtorek, 25 grudnia 2012

Odcinek 552: Odo Bujwid, 1942 rok


Z pamiętnika Odona Bujwida

25 grudnia 1942 roku
Odo Bujwid.
Tak by się chciało dożyć zakończenia tej strasznej męki wojennej, a widzę jednak, że nie zdołam. Siły gwałtownie słabną. Różnica wyraźna z tygodnia na tydzień. Przed dwoma tygodniami mogłem jeszcze dojść do Muzeum Przemysłowego, gdzie odwiedziłem dawno nie widzianych dyrektorstwo Torów. Zawczoraj poszedłem do fryzjera i ledwo wszedłem na schody. A zdarzenia idą szybko naprzód i wydaje się, że do maja powinno się skończyć.
Wigilijną wieczerzę jadłem u Mostowskich, we czwórkę, w bardzo miłym nastroju. Noc poprzednia ciężka, bo arytmia i brak oddechu doszły do niebywałych rozmiarów. Myślałem już, że to koniec. Ale dzisiaj, po wczorajszym wieczorze, spałem dobrze pomimo dosyć sutego jedzenia, które jednak ograniczałem do swych możliwości. Nie wywołały złych następstw nawet trzy kieliszki doskonałego wina, które Włodzio skądś wydostał. Dwukilowy karp, przysłany przez dra Kirscha, miłego prezesa „Wędziska” i towarzysza połowów pstrągów, równie zrobił swoje. Przyszli potem Jurkowie. Oświetlono choinkę i Jurek śpiewał kolędy.
Ta ostatnia już dla mnie Wigilia oddziałała kojąco. Zapomniało się na chwilę o sporach rodzinnych i o wojnie.
Ircia Dziubińska ubrała dla mnie choinkę, jak gdyby mi na tym zależało, a jej było jak gdyby obowiązkiem. Zaopatrzyłem ją zapasami na drogę do domu, bo miała czekać na dworcu kilka godzin.
[Profesor Odo Bujwid zmarł kilka godzin po napisaniu tych zdań, w nocy z 25 na 26 grudnia.]

Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s.404

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Odcinek 551: Jarosław Iwaszkiewicz, 1961 rok


Z dziennika Jarosława Iwaszkiewicza 

24 grudnia 1961 roku
Jest gdzieś kraina Alabama, gdzie noce są zawsze ciepłe i konie prychają w nocy, i strzemiono uderza o strzemiono srebrnym dzwonkiem, i ludzie są piękni, młodzi (zawsze młodzi) i szczęśliwi. Grają tam Ravela (i Sicilianę Faurego), śpiewają kolędy, te wesołe, i dużo kwiatów rośnie na stepie. I nie ma tam starych i samotnych ludzi. I nie ma tam serc gorących, które na próżno biją, i jeżeli ktoś chce miłości - zawsze ma miłość. Brzmienie gitary na stepie, tupoty kopyt i wszystko takie proste, zwyczajne i nieskomplikowane.
I nie ma żadnych świąt.

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1956–1963, t. 2, oprac. Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk, Czytelnik 2010, s. 420.

niedziela, 23 grudnia 2012

Odcinek 550: Tadeusz Boy-Żeleński, 1926 rok


Tadeusz Boy-Żeleński, Recenzja sztuki H. Mannersa „Najdroższa moja Peg”

23 grudnia 1926 roku
Teatr Mały. Najdroższa moja Peg! Komedia w trzech aktach H. Mannersa. Reżyseria Karola Borowskiego. Dekoracje Stanisława Sliwińsklego.
Recenzent teatralny to osobistość, która musi kojarzyć w sobie najsprzeczniejsze przymioty: błyskawiczność kochanka, wytrawność historyka, bywalstwo globtrotera, no i radosną wrażliwość dobrze wychowanego dziecka, które za każdą zabawką znalezioną pod drzewkiem bije z zapałem rączkami i woła: „caca!”
Nie wiadomo, którą z tych osobistości dopuścić do głosu. Gdyby historykowi pozwolić rozpuścić gębę, wyliczyłby nam wszystkich mniej lub więcej rozkosznych „bębnów”, jakie (poczynając od wielkiej Joanny d’Arc) gorszyły i czarowały nas ze sceny swymi wybrykami; wczorajsza Peg byłaby ostatnim ziarnkiem tego różańca. Ze względu jednak na okres gwiazdkowy, uderzmy w ów ton bardziej dziecięcy: jak caca, to caca.
Stefania Jarkowska.
Ten ton będzie zresztą zgodniejszy z niewinną prostotą wczorajszej komedyjki, w której jedną z głównych ról kreuje niewymieniony na afiszu piesek, a cackanie się z nim zapełnia sporą część wieczoru. Jego właścicielka, owa Peg, żąda, aby jej psa lubili wszyscy, podczas gdy ona sama nie cierpi psów cudzych; nie jest to zresztą jedyny błąd logiczny tej fatalnie wychowanej dziewczyny. Ach, jak fatalnie! do tego stopnia, że z lubością wyrzuciłoby się ją za drzwi, mimo iż później żałuje się tego odruchu, gdyż Peg okazuje się niezłą osóbką; nie na tyle, bądź co bądź, aby jej to mogło wystarczyć w życiu, gdyby nie to, że autor, korzystając ze swej wszechmocy — która czyni go zaiste podobnym wróżce w bajce Or-Ota — wyposażył ją talizmanem. Talizman ten to testament wujaszka, czyniący ją milionową dziedziczką i wnoszący błogosławieństwo dostatku w dom, w którym ona przebywa i póki tam przebywa; czyż trzeba dodać, że testament ten służy mu zarazem do obnażenia interesowności i obłudy krewniaków? Przy tej sposobności załatwia się i porachunki narodowe: obłuda, interesowność, zepsucie — to Anglia; szczerość, uczciwość, swoboda, duma — to Irlandia, uosobiona w Peg, która jest córką tułacza, bojownika o wolność Irlandii. Muszą tu być akcenty, rysy, których my oczywiście tylko możemy się domyślać, a które na rodzimym gruncie wyróżniają ową Peg z plejady teatralnych bębnów, dopełniając jej obrazu swoistymi cechami. Ba! ta Peg urasta na chwilę do wyżyn małej bohaterki, kiedy ocaliwszy kuzynkę od popełnienia fałszywego kroku, tuż potem, w chwili niebezpieczeństwa, bierze jej winę na siebie, przyznając się do niegroźnej co prawda eskapady. Ale te tam perypetie, kończące się zresztą małżeństwem Peg z obojętnym nam przystojnym chłopcem, niewiele nas obchodzą; cała sztuka stoi właściwie monologiem Peg, ciętą impertynencją tej mademoiselle Sans-Gene — zawsze tak przychylny oddźwięk znajdującą w teatrze — jej prostotą w stwarzaniu i przecinaniu trudnych sytuacji. [...]
Najdroższą Peg grała p. Jarkowska, aktorka, która ma w sobie bardzo mało elementu dziewczęcego, natomiast posiada kipiący temperament i tupet sceniczny; to wszystko razem, połączone z jej pięknym basowym głosem, stworzyło figurę Peg dość problematyczną, trochę „kabaretową”, ale żywą, zabawną i szczerze oklaskiwaną przez publiczność.
Tadeusz Boy-Żeleński, Flirt z Melpomeną. Wieczór siódmy i ósmy, Państwowy Instytut Wydawniczy 1964, s. 254–256.

sobota, 22 grudnia 2012

Odcinek 549: Lista Przebojów Programu Trzeciego, 1984 rok


Notowanie 140, 22 grudnia 1984 roku

a. b. c. wykonawca - tytuł

1 1 3 Sal Solo - SAN DAMIANO
2 2 17 George Michael - CARELESS WHISPER
3 4 5 Frankie Goes To Hollywood - POWER OF LOVE
4 9 3 Nik Kershaw - THE RIDDLE
5 7 3 Republika - PSY PAWŁOWA
6 3 7 Aya RL - KSIĘŻYCOWY KROK
7 14 3 Numero Uno - TORA TORA TORA
8 13 4 Depeche Mode - SOMEBODY
9 8 23 Aya RL - SKÓRA
10 5 7 Nena - IRGENDWIE, IRGENDWO, IRGENDWANN
11 11 15 Limahl - THE NEVERENDING STORY
12 6 6 Wham! - FREEDOM
13 12 6 Ultravox - LOVE'S GREAT ADVENTURE
14 17 9 U2 - PRIDE
15 39 2 Band Aid - DO THEY KNOW IT'S CHRISTMAS?
16 16 17 Stevie Wonder - I JUST CALLED TO SAY I LOVE YOU
17 33 2 Lombard - CZESKI FILM
18 18 4 ZOO - ROMANTYCZNA GRA
19 10 10 Tina Turner - PRIVATE DANCER
20 23 3 Azyl P. - KARA ŚMIERCI
21 15 6 Duran Duran - THE WILD BOYS
22 40 2 Urszula - WIELKI ODLOT
23 37 2 Made In Poland - JA MYŚLĘ
24 30 5 Claire Hamill - THE MOON IS A POWERFUL LOVER
25 34 4 Matt Bianco - HALF A MINUTE
26 19 14 The Cars - DRIVE
27 20 7 Eurythmics - SEX CRIME
28 25 7 Adam Ant - APOLLO 9
29 21 7 Shakin' Dudi - AU SZA LA LA LA
30 27 5 Culture Club - LOVE IS LOVE
31 N 1 Mike Oldfield - ETUDE
32 N 1 Cocteau Twins - PANDORA
33 22 6 Papa Dance - W 40 DNI DOOKOŁA ŚWIATA
34 N 1 Wham! - LAST CHRISTMAS
35 N 1 Klaus Mitffoch - SIEDZI
36 N 1 Tina Turner and David Bowie - TONIGHT
37 24 7 Rezerwat - KUSZĄCY WIR
38 38 3 Julian Lennon - TOO LATE FOR GOODBYES
39 N 1 Banda i Wanda - MAMY CZAS
40 N 1 Foreigner - I WANT TO KNOW WHAT LOVE IS

Legenda: a. miejsce b. miejsce w zeszłym tygodniu c. tygodni na liście




http://lp3.polskieradio.pl/notowania/?rok=1984&numer=140

piątek, 21 grudnia 2012

Odcinek 548: Jan Lechoń, 1949 rok


Z dziennika Jana Lechonia

21 grudnia 1949 roku
1. Przyjechałem do Waszyngtonu po dniu latania bez przerwy, aby wszystkie nieodzowne przedświąteczne rzeczy załatwić. Osiągnąwszy to jak zawsze za późno, zdałem sobie sprawę, że wszystko to „funta kłaków niewarte”. I okazuje się, że był to wielki wysiłek nerwów. Jestem zjechany jak po największych przeżyciach.

2. W południe znów oglądałem film o powstaniu, który pokazywaliśmy Korbońskiemu w nadziei, że może jakichś ludzi albo jakieś specjalnej wagi sceny rozpozna w tym obrazie, zupełnie pozbawionym komentarza. Każde zetknięcie się z tym filmem wzburza coraz bardziej, coraz mniej rozumie się, jak świat mógł dopuścić do zagłady tych ludzi, i coraz prymitywniej czuje się nienawiść do Niemców. Wieczorem miałem jako sąsiadów w wago nie jakąś sentymentalną Niemkę amerykańską, która sprowadziła z Europy swoją siostrzenicę i jej męża, niby ofiary wojny. Trójka ta cackała się ze sobą, śliniąc się od sentymentalizmu i Gemutlichkeit, pieścili się swą niemczyzną – widać było, że uważają krzywdy Niemiec za największą hańbę naszych czasów. To nie nacjonalizm – tylko zwykła sprawiedliwość, że mając w pamięci to, co widziałem rano, chciałem gruchnąć w łeb tę babę. Powinna ona była sprowadzić tu polskich dipisów. Wiem, że takich rzeczy się nie robi, ale to byłoby dopiero w porządku.
3. Pięknie jest dobrze znosić kłopoty materialne. Ale poniżej pewnego poziomu jest to po prostu niemożliwe. Dzisiaj byłem pełen chwalebnego stoicyzmu, ale właśnie dlatego, że to nie tyczyło się tych najprymitywniejszych potrzeb. Kiedy one są w grze - w każdym, jeśli nie jest świętym, burzy się poczucie krzywdy społecznej i zwykła zazdrość. Cóż tu gadać o tych, przed którymi zamknięte są wszelkie sublimacje.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 157–158.

czwartek, 20 grudnia 2012

Odcinek 547: Marian Brandys, 1976 rok


Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, poniedziałek 20 grudnia 1976 roku
Od wczoraj żadnych telefonów. To znaczy są telefony, ale prawdziwe, od przyjaciół: życzliwe, ciepłe, wspierające. Natomiast umilkło wściekłe, nieprzerwane ujadanie psów gończych, spuszczonych z łańcucha. Można (nie wiadomo, jak długo to potrwa) podchodzić bez obrzydzenia do telefonu. Nie odzywają się już „życzliwy wiarus z Wilna” i „robotnik ze Szczecina”, i „wielbicielka” z Łodzi. Nie szarpią nerwów mdlące, wyuczone formułki i ukryty za nimi jadowity zamiar doprowadzenia nas do załamania. Jakiż to błogi odpoczynek, dopiero teraz odczuwam, jak bardzo mnie to raniło. Powody przerwy w „wojnie ideologicznej” tłumaczymy różnie. Ja jak zwykle pesymistycznie: że to tylko krótka przerwa spowodowana nieobecnością Haliny. Jurek, jak zwykle, optymistycznie: że wiedzą o jej desperackim akcie i nie chcą przeciągać struny.
Natomiast poczta nie ustaje w atakach. Sam otwieram listy i większości z nich nie zamierzam w ogóle pokazywać Halinie. [...]
Halina Mikołajska.
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 45.

środa, 19 grudnia 2012

Odcinek 546: Gustaw Herling Grudziński, 1972 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

19 grudnia 1972 roku
Isabelle Huppert jako Emma
w filmowej wersji „Pani Bovary”.
W latach belle epoque pewien milioner amerykański w Paryżu, miłośnik literatury, bolał nad tym, że w wielkich powieściach brak realistycznych szczegółów o zachowaniu się seksualnym sławnych heroin. Czemuż to mistrzowie prozy unikają scen łóżkowych? Skąd mamy wiedzieć, jaka była w łóżku Emma Bovary, jakie ukryte wdzięki i zalety posiadała Anna Karenina? Nieustanne medytacje literackie wykrzesały w końcu z milionerskiego mózgu milionerski pomysł. Bóg z nimi, z Flaubertem i Tołstojem, ale można ich przecież uzupełnić, można za hojną opłatą zamówić u paryskich rzemieślników pióra brakujące w obu arcydziełach opisy. Gdyby dochował się do naszych czasów plon oryginalnej imprezy, spadkobiercy milionera zrobiliby na nim ciężkie pieniądze w przemyśle filmowym, a współczesnym realistom powieściowym wyrósłby pawi ogon tradycji (nic to, że farbowany).
W Justine Durrella pisarz Pursewarden powiada do narratora: „Pozwól, że ci zdradzę sekret mojego zawodu powieściopisarskiego. Ja mam powodzenie, ty nie. Odpowiedzią, mój stary, jest seks, i to dużo seksu. Należy wątpić, czy słuszność tej złotej maksymy potrwa jeszcze długo. Powieść, prócz ogólnego kryzysu gatunku, zdaje się przeżywać ostatnie podrygi „werystycznej bebechowatości erotycznej. Sęk nie w tym nawet, że wynalazczość seksualna autorów jest z natury rzeczy ograniczona, zbliża się do wyczerpania, i trzeba dokazywać cudów, by oklepany już repertuar wzbogacić o drobną innowację. Poważniejsze dla autorów jest inne zagrożenie: czytająca publiczność coraz częściej na popisy jurnych opisywaczy reaguje ziewnięciem nudy i jałowego smutku. Miłość odarta z tajemnicy, płaska i jednoznaczna, cokolwiek by nam usiłowali wmówić zaalarmowani teoretycy związku Eros-Thanatos. Znajomy księgarz pokazał mi dziś stosy głośnych powieści „nieobyczajnych, których od jakiegoś czasu nikt nie kupuje. Co je zastąpiło? „Nie uwierzy pan: wznowienie Education sentimentale".
Rzeczywiście, zmartwychwstanie Szkoły serc jest czymś zaskakującym. Właśnie tej powieści, w której dzieje miłości są dziejami erotycznego niespełnienia. Po radykalną odtrutkę sięgają czytelnicy faszerowani płodami „seksrealizmu".
Gustaw Herling-Grudziński., Dziennik pisany nocą, t. I. Wydawnictwo Literackie 2011, s. 215-216.

wtorek, 18 grudnia 2012

Odcinek 545: Tadeusz Różewicz, 1969 rok

List Tadeusza Różewicza do Jerzego Nowosielskiego

18 grudnia 1969 roku, Wrocław

Tadeusz Różewicz.
Dotyczy:
Rachunku z dn.17.12.69
02/00/ABC/1969

Tadeusz Różewicz
Lirnik wioskowy
Wrocław ul. Gliniana
Usługi literackie dla Ludności PRL

Do Firmy Malarskiej
Z,J. Nowosielscy i Piesek (mały podłużny)
w Krakowie
ul. Narzymskiego 19

Szanowna Firmo,
uznajemy Wasze pretensje w związku z kosztami reprezentacyjnymi poniesionymi przez Firmę Waszą, a zawinionymi przez nieobecność niżej podpisanego i wyżej wzmiankowanego, i akceptujemy sumę zł 12 + tys + 276 zł. Do zwrotu od wyżej wzmiankowanego, jednocześnie prosimy o rozdanie ubogim pozostałych nadwyżek win i napojów oraz kawioru astrachańskiego.
Równocześnie prosiemy o uwzględnienie następujących faktów:
Niżej podpisany przez swoją niemożność przyjazdu do Waszej Firmy poniósł straty moralne (które rzeczoznawcy potwierdzają) na sumę 15 276 (słownie piętnaście tysięcy dwieście siedemdziesiąt sześć zł). I to skromnie obliczając. Niżej podpisany twierdził, że straty jego wynoszą (moralne!) równowartość 20 tys. zł, ale nie domaga się, ze względu na Święta Bożego Narodzenia, tej sumy. Przedstawia jedynie rachunek: 
Straty moralne lirnika T.R.           15 276
Straty wszelkie Firmy Nowos.     12 276
pozostaje różnica dla T.R.       =    3 000 zł pol.

dopisek na marginesie:
To nie są żarty! Wszystko prawda, potwierdzam; T. Różewicz 18.12.1969 r.

Do Załączonego Rachunku załączam l załącznik — list T. Różewicza

Jak się sprawy przedstawiały? Że miałem przyjechać do Krakowa, mogą poświadczyć osoby postronne, ale w międzyczasie mój stan zdrowotny pogorszył się, a ponieważ były to tym razem dolegliwości sercowe, po kilku dniach (!) niedomagań udałem się do specjalisty, prof. dra Edwarda Szczeklika, który po dokładnym zbadaniu karoserii i motoru mojego doczesnego zewłoku zapisał mi 1) Randiarin 2) Thioridin 3) Kellicardin 4) Eucardin oraz zastrzyki domięśniowe 5) Hyduplex (?!). Za nazwy nie biorę odpowiedzialności, ponieważ specjalista pisze b. niewyraźnie recepty (ale w aptece odczytają). Wszystko skończyło się dobrze — ale bałem się w tym podejrzanym stanie sercowym jechać... aby Wam nie zrobić jakiejś niespodzianki. Nie odwoływałem "wizyty" w Krakowie, bo z dnia na dzień jednak wybierałem się, musiałem jednak zrezygnować. Teraz jest lepiej, ale już przed Świętami się nie wybiorę. Święta spędzam z Rodziną w domu. Napiszcie mi, jakie macie plany i rozkład jazdy Czy się gdzieś wybieracie w góry, czy siedzicie w domu aż do Nowego Roku?!
 Uściski
— Tadeusz
Jerzy Nowosielski.
 Tadeusz Różewicz, Zofia i Jerzy Nowosielscy, Korespondencja, Wydawnictwo Literackie 2009, s. 93-95.

Za dzisiejszą notkę serdecznie dziękujemy Ani (Czytanki Anki).