piątek, 30 listopada 2012

Odcinek 527: Joseph Conrad, 1922 rok

List Josepha Conrada do Johna C. Squire'a

Oswalds, 30 listopada 1922 roku
Proust w klubie tenisowym na bulwarze Bineau.
Drogi Panie,
Nie lubię podpisywać zbiorowych wyrazów uznania, choć przyznaję, że tekst p. Pearsalla Smitha jest bardzo udany. O Marcelu Prouście usłyszałem po raz pierwszy w 1913 lub 1914 i ogromnie go cenię, ale nie za odtworzenie życia Paryża lub prowincji francuskiej, co już inni doskonale zrobili przed nim, czyniąc twórczość Marcela Prousta w pewnym sensie bardziej dla nas tutaj zrozumiałą; ani też za odtworzenie swojej własnej przeszłości, ponieważ nasza przeszłość jest całkiem odmienna i odmiennieśmy ją odczuwali. Ceniłbym go raczej za odsłonięcie przed nami takiej przeszłości, jaka nie była niczyim udziałem, i wniesienie tym samym czegoś pamiętnego do wspólnoty ludzkich doświadczeń. Mój podziw dla twórczości M. Prousta wzbudza fakt, że jest to wielka sztuka oparta na analizie. Cała jego wielkość na tym polega. Pod tym względem jest jedyny w swoim rodzaju i zasłużył na trwałą pozycję jako prozaik (wyrażę to po francusku, jako że w tym języku wszyscyśmy go czytali), qui a pouse la force de l'analyse jusqu'au point ou elle devient creatrice [który doprowadził silę analizy do stopnia, w którym staje się twórczą]. Zdanie to wydaje się tak absurdalne i niewiarygodne jak twierdzenie, jakie własności posiadać musi eter, aby znaczna część nauk przyrodniczych stała się teoretycznie zrozumiała. Niewiele wiem o eterze, ale moje zdanie o Prouście wyraża oczywisty fakt. Wszystkie postacie stworzone zostały dzięki potędze analizy najbardziej szczegółowej, wnikliwej i, powiedziałbym, natchnionej. Jeśli na przykład jego Francoise (oddana służąca w mieszczańskiej rodzinie, typ wielokrotnie już poprzednio doskonale odtworzony) nie żyje wyłącznie i jedynie dzięki potędze analizy, skłonny jestem, używając słów innego tworu - Falstaffa, „pozwolić, aby wyjęto mi mózg, posmarowano masłem i dano psu jako podarunek noworoczny”. [...]
W tej  prozie, tak pełnej  życia, nie ma ani marzeń, ani uczucia, ani ironii, ani żaru przekonania, ani nawet wyraźnego rytmu - aby urzec naszą wyobraźnię. A przecież żyje ono w swej pozaczasowej, nieomal potwornej wielkości. - Nie sądzę, by w całej literaturze twórczej można było znaleźć inny przykład podobnej potęgi analizy; i mogę bezpiecznie powiedzieć, że nigdy się takowy nie pojawi.
Piszę to wszystko, ponieważ spytał mnie Pan, w pewnym sensie, co sądzę o M. P. Sam więc sobie ma Pan do zawdzięczenia ten wybuch. Wiem jednak, że nie będzie mi Pan miał za złe, że Mu zająłem czas. [...]
Pozostaję z wyrazami głębokiego szacunku
Joseph Conrad
[...]
Joseph Conrad, Listy, oprac. Zdzisław Najder, tłum. Halina Carroll-Najder, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 431-432.

czwartek, 29 listopada 2012

Odcinek 526: Odo Bujwid, 1942 rok


Z pamiętnika Odona Bujwida

29 listopada 1942 roku
Pamiętna rocznica. Nowiny, jakie nadchodzą ze świata, znamionują bliski przełom w sytuacji wojennej. Północny brzeg Afryki przechodzi coraz bardziej we władanie angielsko-amerykańskie. Front rosyjski zacieśnia się, powstają w nim coraz częstsze wyłomy. Fuhrer podkreśla w swoim wystąpieniu konieczność obrony do upadłego. On przecież nie chciał wojny, spokojnie chciał zagarnąć świat pod władanie germańskie. Zrozumiały te jego intencje Austria i Czechy, tylko Polska nie chciała się poddać i rozpoczęła nierówną walkę.
Lądowanie aliantów w Afryce Północnej, listopad 1942 roku.

Gdy w 1937 roku byłem w Brazylii, napotykałem wszędzie na wyraźne szerzenie się hitleryzmu. W Petropolis, gdzie zbiera się latem cała elita zamożnego świata, na skałach przydrożnych, obok cudownych bukietów hortensji zakwitały swastyki. Niedługo potem posłyszałem o tłumieniu ruchów mniejszości narodowych, co przede wszystkim odbiło się na szkołach i stowarzyszeniach polskich. Pozamykano szkoły i zabroniono kazań po polsku w kościołach. Swastyki pozostały nienaruszone. Tak daleko potrafiła umiejętna propaganda odwrócić uwagę władz brazylijskich w inną stronę. Niemcy uzyskiwały obfite pożyczki na cele rozbudowy swego przemysłu, a wysilały się na rozbudowę przemysłu wojennego, przygotowując się do bliskiej wojny, celem zawładnięcia całym kulturalnym światem. A świat ten był ślepy i głuchy na ostrzeżenia Piłsudskiego, który przewidywał bliską katastrofę, mówiąc w jednej ze swych książek: „Niemcy teraz nie są straszne, ale niedługo będą bardzo groźne”. Musiał z nimi zawrzeć umowę, ażeby chociaż na krótko zabezpieczyć granice Polski.
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 402.

środa, 28 listopada 2012

Odcinek 525: Napoleon Bonaparte, 1796 rok

List do Józefiny de Beauharnais przebywającej w Genui

Mediolan, 8. Frimaire'a, o 8. godzinie wieczornej
[28 listopada 1796 roku]
Napoleon i Józefina, mal. Louise Abbéma, 1894 rok.
[...] Co do mnie, kochać cię jedną, zapewnić twą pomyślność, nie sprzeciwiać ci się w niczym, oto jest przeznaczenie i cel życia mojego.
Bądź szczęśliwą, nie czyń mi żadnych wymówek, nie zatrudniaj się pomyślnością człowieka, który twoim tylko oddycha życiem, który całą rozkosz w twoim jedynie znajduje szczęściu, w twoich rozrywkach. W błędzie jestem, wymagając od ciebie podobnego mojemu przywiązania: możnaż żądać, ażeby waga koronki równała się wadze złota? Poświęcając ci wszystkie me chęci, wszystkie myśli, wszystkie chwile życia, ulegam jedynie wpływowi, jaki wywierają na nieszczęśliwe me serce twoje wdzięki, twoje przymioty i cała twoja osoba. Nie twoja wina, że mnie przyrodzenie nie obdarzyło powabami zdolnymi ustalić twój wybór; kochając jednak wyłącznie i do szaleństwa Józefinę, mam prawo do jej względów i szacunku. 
Żegnam cię, boska kobieto, żegnam cię, droga Józefino [...].
Bonaparte
Cyt. za: Ogrody listów miłosnych: Od Owidiusza do Kieślowskiego, oprac. Marlena Krzyżostaniak, Astrum 1999, s. 70-71.

wtorek, 27 listopada 2012

Odcinek 524: Virginia Woolf, 1922 rok

Z dziennika Virginii Woolf

Poniedziałek, 27 listopada 1922 roku
Virginia Woolf.
Nic muszę chyba mówić, że moje dzikie kaczki śmierdziały jak stare wodorosty i trzeba je było zakopać. Ponieważ jednak mam tak wiele spraw do zreferowania, nie mogę się rozwodzić nad tym wydarzeniem, które w spokojniejszych okolicznościach dostarczyłoby nam trochę zabawy.
Trzeba zanotować, co się dzieje w wydawnictwie. Podsłuchaliśmy w Klubie, jak jedna z tych licznych nędznie wyglądających, swobodnych, krótko ostrzyżonych, bystrookich dziewcząt mówiła, że jest już zmęczona uczeniem i ma zamiar zająć się drukarstwem. Kiedy weszła do gabinetu, poszłam za nią, wywołałam ją na chwilę i przedstawiłam nas jako właścicieli Hogarth Press. Wczoraj zjawiła się tu na herbatę wraz ze swoim „przyjacielem. Przyjaciela pomyłkowo nazwaliśmy Jones, tymczasem jest to Joad z Klubu 1917, filozof, mocno zbudowany, krępy mężczyzna o bardzo jasnych, okrągłych oczach, włosach przysypanych lekko siwizną, pewny siebie, kładący duży nacisk na niezawodne przymioty swojego intelektu, rozdzielający swe wdzięki i łaski w sposób, w jaki zwykli to czynić młodzi ludzie o głębokich umysłach. Kiwał się na jednym z moich krzeseł, zjadł solidny podwieczorek i w każdym punkcie miał oko na interesy Marjorie. Było bowiem jasne, że ona gotowa jest związać się z nami na śmierć i życie i składać nam nierealne obietnice. Jest gruntownie wykształcona, musi zarabiać na życie i jak powiedział Joad, napisała pierwszorzędną powieść. Ach, nie jest jeszcze całkiem napisana, powiedziała Marjorie, jako że ma w sobie oczywiście dużo więcej skromności i mniej pewności siebie niż Cyril. „Pobieramy się w lutym, dodała. „Po ślubie zamierzam nadal pracować. Oceniam, że ma jakieś dwadzieścia pięć, sześć lat; jest szybka, impulsywna, ale praca i nauka obdarzyły ją szkieletem ze stali, a to jest cecha bezcenna i nadająca kształt wszystkim innym. Krótko mówiąc, być może zdecyduje się na nas i uczyni z tego dzieło swego życia. Joad, który gardzi moimi książkami, może tu być przeszkodą, jako że może chcieć próbować narzucać nam swoje literackie gusta; ale nie wiadomo. Poza tym spodobał się nam, ona też (choć jest mniej zdecydowana, podała dalej ciasto, zachwyciła się psem i wrażliwie, za pomocą drżących czułków, orientowała się w sytuacji, po kobiecemu). Wszyscyśmy zachowali godziwe standardy, trzymaliśmy się wyłącznie kwestii zawodowych, mamy się spotkać ponownie w przyszłą niedzielę. Ale gdzie w tym układzie jest miejsce dla Ralpha? Ralph wygląda ponuro i mówi niewiele.
Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 217-218.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Odcinek 523: Eliza Orzeszkowa, 1899 rok


List Elizy Orzeszkowej do ks. Witolda Czeczotta

Grodno, 26 listopada 1899 roku
Najszanowniejszy Księże Profesorze
Za wszystko, co przyniósł mi list, przed paru dniami otrzymany, z uczuciem wdzięczności serdecznej i głębokiej dziękuję. [...]

Artykulik mój o emigracji napisałam pod wpływem oburzenia, które wznieciły we mnie artykuły o tymże przedmiocie p. Lutosławskiego, skądinąd zresztą człowieka niezmiernie zacnego i patrioty najlepszego. [...]

Co do mnie, stałej mieszkanki Litwy, od dawna już z trwogą serdeczną i podziwem bolesnym patrzę na niesłychaną obojętność, z jaką jedni opuszczają tę ziemię, a inni na opuszczoną i z sił najlepszych odartą patrzą, nic a nic dla zapobieżenia klęsce tej nie czyniąc.
Obojętność i opieszałość społeczna w tym względzie – i nie w tym tylko – przechodzi nieraz granice najbardziej nawet pesymistycznych przypuszczeń i prawdziwie tragicznym kontrastem staje wobec powagi i grozy momentu dziejowego, który przebywamy.
Ani pisane, ani mówione słowo nie pomaga nic; nic ostać się nie może wobec posady. A tu istotnie posad nie ma, lecz są pola do prac rozmaitych bardzo szerokie, które też mogłyby stać się bardzo żyznymi w plony natury różnej, lecz odłogiem leżą lub na niektórych spomiędzy nich już zaczynają siać i żąć Żydzi. Potem, gdy się im na tych polach, do których goniący za posadami przystąpić nie chcieli, powiedzie, wytworzy się z tego nowa pobudka do antysemityzmu, czyli nowe zło etyczne i nowa klęska publiczna.
Gorzko i okropnie patrzeć na to i – nic nie móc. [...]
Tymczasem trzeba tu żyć, aby widzieć w pełni skutki tej emigracji, tę pustkę, tę nędzą moralną i fizyczną, ten sen gnuśny i strach wiecznie drżący, który tu panuje u garści pozostałych, gdy wszystko, co młode, energiczne, zdolne do walki – na drugim końcu świata.
Co do emigracji włościan naszych, to nie wiem, czy słusznie, może mylnie, ale uważam ją za mniejsze nieszczęście publiczne od tak zwanej emigracji zdolności, bo przy silnym pomnażaniu się ludności szeregi ubywające łatwiej zastępowane są przez nowe, jakkolwiek i tu występuje groźna kwestia mieszanych małżeństw.
Emigranci w porcie Bremerhaven.
Co czynić? – Są to istotnie góry trudności, dla których przekopywania lub przenoszenia trzeba by potężnych wysileń zbiorowych, jednomyślnych i wytrwałych. Lecz po wielekroć, gdy o tym w Warszawie i gdzie indziej rozmawiałam z mężami narodowi przewodniczącymi, słyszałam, że prace zbiorowe są dla nas niepodobnymi, ponieważ jesteśmy narodem indywidualistów. Każdy z osobna, każdy na swoją rękę i każdy ku swojej chwale i korzyści.
Chyba Bóg nas wyratuje, jeżeli taką będzie wola Jego, bo my do narodów, które umieją ratować się, nie należymy! [...]
Mam też uczucie człowieka, któremu by rozkazano iść przez kamienistą pustynię i na kamienie rzucać kwiaty. Ponieważ rozkazano, więc idę i całym, jeszcze gorącym pragnieniem moim jest wydobyć z serca jakie takie kwiaty. Jeżeli marnie zwiędną na kamieniach, które w dodatku rękę mi sparzą chłodem lub okaleczą ostrym narożem, w tym już nie moja moc. Co trzeba, to trzeba, i tak długo, jak trzeba.
Proszę Szan[ownego] Ks[iędza] Profesora o przyjęcie wyrazów bardzo szczerego i głębokiego szacunku, serdecznej też wdzięczności za okazane mi uczucia życzliwe.
El. Orzeszkowa
Eliza Orzeszkowa, Listy, t. 7, oprac. Edmund Jankowski, Ossolineum 1971, s. 288–290.

niedziela, 25 listopada 2012

Odcinek 522: Krystyna Kofta, 1981 rok


Z dziennika Krystyny Kofty

25 listopada 1981 roku
Praca nad Fatum do popołudnia. Przyjechał Paweł, mój siostrzeniec. Z Basią niedobrze, chodzi, ale nie ma dużej poprawy. Cierpi bóle. Przywiózł rzeczy dla Wawrzyna, które zostały po nim i po Andrzejku. Niektóre były zbyt małe, te dałam Piosi dla wnucząt.
Propagandowa etykieta zapałczana.

Idziemy na zakupy z Dru, prawie nic nie można kupić, bo wszystko cholernie drogie. Opowiadam mu o scenariuszu Fatum i o tym, że pisze się coś, a nie widziało się żadnego wypadku, że co innego sobie realistycznie wyobrazić, a co innego widzieć, i że w filmie to ważniejsze niż w prozie, a to jest scenariusz. Po chwili obok nas nagły huk, trzask i głuchy, straszny odgłos upadającego ciała. Jakie małe i bezbronne jest ciało potrącone przez samochód! Dostałam zaraz mdłości, ale oglądałam wszystko z bliska, pomagałam temu starszemu człowie­kowi wstać. Przytrzymałam go najpierw, żeby stwierdzić, czy nie ma wstrząsu mózgu, kazałam poruszać ręką, nogą, czy nie ma złamań. Dru całkiem stracił głowę. Nie darmo widać moja matka uważała, że powinnam zostać lekarką. Facet, który potrącił, też zmieszany, stał z boku, bo ten stary wszedł mu pod koła. Szczęściem jechał niezbyt szybko, inaczej by go zabił. Zapisaliśmy swoje nazwiska, gdyby były potrzebne, i daliśmy starszemu panu. Przestać wmawiać sobie, że fatum istnieje we mnie, jest coraz trudniej.
Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 111.

sobota, 24 listopada 2012

Odcinek 521: Mieczysław Jastrun, 1959 rok

Z dziennika Mieczysława Jastruna

24 listopada  1959 roku
Mieczysław Jastrun.
Wczoraj w ZLP na przyjęciu dla pisarzy radzieckich — Rylski — Żywow. — Poszedłem, by pomówić z Żywowem, który tłumaczył moje wiersze, jednak tom tych przekładów (tłumaczyli różni poeci) nie mógł się ukazać.
Stary, biedny Żyd — ten Żywow. Przed 44 laty opuścił Warszawę, teraz szuka dawnych miejsc i domów, których nie ma. [...]

Broniewski znów bzdurzył po pijanemu, wypominając mi, że mu ostro przymówiłem, gdy mnie nocą zbudził. Odepchnąłem go dość wzgardliwie, bo mam tego dosyć, choć mi go żal, bo on wie w głębi, że przegrał, bo historia go przegrała w swe krwawe karty.
Dosiadł się później do nas (byłem z Miecią), gdy rozmawialiśmy z Rylskim, i zaczął recytować hymn do Boga z Beniowskiego. Poezja, tracąc retorykę, wiele zyskała, ale też straciła nie mniej. Tylko retoryka wzrusza. Wzrusza jak powierzchowna muzyka. [...]
Powieść Schwarz-Barta Le dernier des justes, która otrzymała nagrodę Goncourtów, ma za motto urywek z mojego wiersza, podany z podtytułem: „z żydowskiego, pośmiertnie”
Już drugi raz uśmiercają mnie Żydzi. Najpierw w r. 1944, gdy wyszła w Ameryce antologia Z otchłani.
Nie widziałem tej powieści; zapewne Schwarz-Bart miał przed sobą jakieś tłumaczenie na język żydowski tej antologii.
W „Arts”, w których był atak na autora powieści, wytykano mu pomyłki i plagiat (zresztą niesłusznie). Do tych pomyłek zaliczono także uznanie „poety polskiego i chrześcijanina” za autora żydowskiego, nie żyjącego już.
Mieczysław Jastrun, Dziennik 1951-1981, Wydawnictwo Literackie 2002, s. 220-221.

piątek, 23 listopada 2012

Odcinek 520: Vincent van Gogh, 1881 rok


List Vincenta van Gogha do brata, Theo

23 listopada 1881 roku
[...] Musisz zrozumieć, że czynię wszystko, co jest tylko w mojej mocy, aby zmienić niektóre cechy mojego charakteru.
Przede wszystkim powinienem poprawić zły stan moich finansów, a potem nic by mi nie zaszkodziło, gdybym trochę więcej pokazywał się między ludźmi.
Zapewne, najlepszym sposobem wydostania się z kłopotów finansowych jest ciężka praca. „Pracujcie, przyłóżcie się do roboty, bo pracy jeszcze nie brakuje”.
Ale to nie wystarcza, są przecież inne rzeczy, nad którymi muszę pracować. Nie żałuję tego, że przez dłuższy okres żyłem jakby „w podziemiu”, bo byłem człowiekiem who has been down [który był na dnie]. Teraz nie muszę już wracać do podziemia i myślę, że dobrze zrobię, gdy pozbędę się melancholii, gdy urządzę sobie życie szersze, weselsze, na solidnych podstawach, gdy odnajdę starych znajomych, o ile to tylko będzie możliwe, i gdy poznam nowych ludzi.
Niejednokrotnie oberwę jeszcze dobrze po głowie, niech i tak będzie, ale postanowiłem już iść przebojem i spróbować, czy nie uda się wywalczyć jakiejś radykalnej zmiany. [...]
Pejzaż z Etten, mal. Vincent van Gogh, 1881 rok.
Vincent van Gogh, Listy do brata, tłum. Joanna Guze, Maciej Chełkowski, Czytelnik 2002, s. 134.

czwartek, 22 listopada 2012

Odcinek 519: Henryk Sienkiewicz, 1901 rok



List otwarty Henryka Sienkiewicza na wieść o wyroku wydanym w sprawie dzieci strajkujących we Wrześni i ich rodziców

„Czas”, 22 listopada 1901 roku
Zapadł niesłychany wyrok! Nie podniesiono na żadnego ze szkolnych katów ręki, nie było napaści, ani czynów przemocy, a jednak rodziców tych małych dzieci skatowanych przez pruską szkołę sądy pruskie uka­rały długim więzieniem za to, że pod wpływem rozpaczy i litości wypo­wiedzieli zbyt głośno słowa oburzenia przeciw takiej szkole i takim nauczycielom.
Wszędy, gdzie zwyrodniała kultura nie przeszła w stan dzikości, nawet wśród tych Niemców, którzy woleliby w dziejach inną rolę niż rolę zbirów pruskich, wyrok ten wzbudzi jednaką grozę i pogardę, a zarazem napełni serca trwogą o przyszłość i zdumieniem.
My jedni, którzy od czasu, gdy część narodu naszego weszła w skład Prus, znamy bliżej to środowisko – nie powinniśmy się ani dziwić, ani też poprzestać na słowach i załamywaniu rąk. Tak jest! Zdziwienie nie byłoby na miejscu. Wszakże ich własny, niemiecki pisarz wypowiedział znamienne słowa, że złudzeniem jest, aby niemoralna polityka mogła nie znieprawić społeczeństwa i przyszłych jego pokoleń.
Stało się więc to, co się stać musiało. Od czasów Fryderyka II i jeszcze dawniejszych polityka pruska była nieprzerwanym ciągiem zbrodni, przemocy, podstępów, pokory względem silnych, tyraństwa względem słabszych, kłamstwa, niedotrzymywania umów, łamania słów i obłudy. Jest to zdanie nie tylko obcych, ale i niemieckich niepodległych historyków, a zatem cóż dziwnego, że w takich warunkach nastąpił ogólny rozkład dusz, że zwyrodniało poczucie sprawiedliwości i prawdy, że zanikł zupełnie zmysł moralny, a w ogólniejszym rozłajdaczeniu szkoła stała się katownią, a spodlałe sądy powolnym narzędziem dzikich instynktów i przemocy.
Więc gdy na koniec taki organizm społeczny, wskutek zbiegu nieszczęsnych wypadków, uczuł się zarazem państwowo silnym, musiało dojść do objawów tak potwornych, jak między innymi ostatnie procesy toruński i wrzesiński. Można się pocieszyć myślą, że to wszystko nie może trwać.
Historia świadczy, że budowy wznoszone tylko na tyranii, złości i głupocie nie trwały nigdy długo. Rosja, która jęczała pod równie bezecnym jarzmem tatarskim, zdołała je w końcu zrzucić. Okrutne władztwo hiszpańskie nie ostało się we Flandrii. Chrześcijanie i kulturalne narody nie mogą długo podlegać barbarzyństwu. Niemcy nie mogą także przez całą wieczność podlegać prusactwu – więc przyszłość musi przynieść jakąś ewolucję i ekspiację. Ale tymczasem co mamy robić my, nad którymi zbrodnia i dzikość ciąży bezpośrednio?
Strajkujące dzieci z Wrześni.
W ogóle – wytrwać! a w szczególności pomóc do wytrwania tym, którzy się stali bezpośrednimi ofiarami łotrostwa i przemocy. Po skatowaniu dzieci skazano na więzienie rodziców, którzy pracowali na ich chleb. Jedną z obwinionych, ubogą matkę siedmiorga drobiazgu, zamknięto na dwa i pół lata. Czy chodziło również o to, by bohaterskie dzieci pomarły z głodu? W społeczeństwie Hakaty – doprawdy – to możliwe. Niech się więc poruszą serca wszystkich naszych matek! Dajmy chleba dzieciom, przynieśmy tę pociechę skowanym rodzicom, że ich nieszczęsne dzieci nie będą zmuszone żebrać! Prawo boże, prawo chrześcijańskie nakazuje nam litość nad dziećmi wszystkimi, a cóż dopiero, gdy chodzi o takie dzieci.
Dołączam do niniejszego listu dwieście koron na chleb dla ofiar.

Polska w latach 1864–1918, red. Adam Galos. Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne 1987, s. 192–193.

środa, 21 listopada 2012

Odcinek 518: John Ronald R. Tolkien, 1972 rok

Z listu Johna Ronalda R. Tolkiena do Sterlinga Laniera

21 listopada 1972 roku  
Cieszę się, że otrzymałeś nagrodę, lecz nie dziwi mnie, że okazała się bezużyteczna. Przeżyłem podobne rozczarowanie, kiedy jakiś wielbiciel przysłał mi puchar wykonany, jak się okazało, ze stali, z wygrawerowanymi straszliwymi słowami widocznymi na Pierścieniu. Oczywiście nigdy z niego nie piłem, lecz używam go jako popielniczki do fajki.
J.R.R.Tolkien.
J.R.R. Tolkien, Listy, tłum Agnieszka Sylwanowicz, Prószyński Media 2010, s. 687.

wtorek, 20 listopada 2012

Odcinek 517: Maksymilian Gierymski, 1872 rok


List Maksymiliana Gierymskiego do Prospera Dziekońskiego

Monachium, 20 listopada 1872 roku
Kochany Prosperze!

Co myślisz sobie o mnie, że tak długo na list Twój nie odpisuję? Ponieważ stosunek nasz nie jest oparty tylko na zwykłych konwenansach, nie będziesz nazywał niegrzecznością tę tak długą zwłokę z mojej strony w odpisaniu, ale — co gorsza — pomyśleć możesz sobie, że ten Max, którego za szczerego przyjaciela uważam, jest nim wtedy tylko może, gdy okoliczności, które go do Warszawy sprowadzą, każą mu też w Warszawie szukać towarzysza, a tym towarzyszem jestem ja, Prosper, między innymi. Mój Drogi, czy potrzebuję Cię zapewniać, że taka myśl, gdyby w Twej głowie powstała, byłaby obrazą mnie, byłaby policzkiem, uderzonym niezasłużenie, zniewagą mojej prawdziwej dla Ciebie przyjaźni.

Istotnie wstrzymywałem się z pisaniem, oczekując adresu Twego, aż: dokąd mnie Kaźmierz nie zapewnił, że w fabryce równie dobrze jak w domu listy odbierać możesz. Co mojej osoby dotyczy, wiesz zapewne z listu, który niedawno do Kazia pisałem; wiele więcej dodać Ci nie mogę. Oto w Berlinie na Wystawie Internationalnej dostałem medal złoty za obraz, który znasz z fotografii, a nim jest ulica w miasteczku z bryczkami chłopskimi etc. Przysłano mi go wczoraj wraz z dyplomem; z tego powodu urządziłem bibę wszystkim moim znajomym i kolegom tutaj w liczbie 17. Bawiono się dobrze, przynajmniej o tyle, że każdy wrócił śmiertelnie zerżnięty; wiele było hałasu, toastów, mów głupio-wzniosłych, rozczuleń serdecznych, wiele łez szampanem wyciśniętych, wiele przyjaźni zawiązanych na to, aby po trzeźwemu czynem jej zaprzeczyć, bruderszaftów wybornych do pokrycia hipokryzji, powinszowań, krzyków wściekłych — podobnych może do wrzawy na okręcie zmieszanej z szumem spadających i wznoszących się gór wody, poruszanych szatańską maszyną-burzą — szampanem. Porównanie to o tyle jest dobre, że jedno, jak drugie te same skutki, tę samą chorobę w końcu sprowadza. Wino niekiedy jest dobre, bo reguluje żołądek, a smaczniejsze od emetyku. Mowy i toasta rozpoczął zaproszony na tę ucztę stary Adam, mój niegdyś i Brandta profesor, za nim Kossak od kilku dni przybyły do Monachium, potem inni z kolei. Nikogo nie pominięto, każdy też sadził się mówić jak najwięcej i co gorsza — najpoważniej; wino płatało szatańskie figle, kładąc często na język głupstwa śmiechu godne, a ubrane w wzniosłą szatę. Tak mi się to wszystko, co widziałem i słyszałem wczoraj, wydaje w tej chwili; mam zresztą katzenjammer, wypiłem bowiem z górą dwie butelki szampana na siebie, nie licząc burgundzkiego przy kolacji. W ogóle niech piorun trzaśnie pijaństwo! Że też człowiek jest takie bydlę głupie; sto razy już wyrzekałem się picia, gdy na drugi dzień po hulance głowa mi pękała, a w karku miałem ból podobny do tego, jaki może mieć wisielec, gdy mu postronek kręgi łamie; i sto razy znów, niepomny na to, połykałem tę słodką, figlarnie uśmiechającą się pianę szampana. Ach, dzisiaj koncert w Odeonie; muszę iść, bo nie chcę tracić biletu abonamentu, a przy tym śpiewać będą nieznaną mi arię Glucka i grać symfonię Raffa. Wolałbym doprawdy zawiesić się na szyi jakiejś syreny i z ust jej wypić rozkosz słodszą stokroć od tej lury, której wstrętny smak dzisiaj jeszcze w ustach czuję. Chciałbym się kąpać w fali róż i fijołków, wciągać w siebie oddech kwiatu pomarańczy; zdaje mi się, że straciłem siłę spójności, że jestem płynem, jestem przy tym bezsilnym, biernie lubieżnym — jestem niczym. Ktoś puka, herein — i wchodzi stara baba z dzieckiem, pytając: Brauchans’kon Modell?wymową właściwą bawarską; znaczy to: «Czy nie potrzebu­jesz pan modela?» Miałem syrenę na myśli, duchem wyciągałem ku niej ręce, kiedy ten potwór stanął mi przed oczyma, otwierając gębę czarną z kilkoma spróchniałymi zębami. «Idź do diabła» — dałem jej odpowiedź, ale ona za diabła wzięła widać mego sąsiada, bo do jego drzwi się zwróciła; gdy ją każdy w ten sposób odprawi, być może, że nareszcie trafi do istotnego diabła, a tam znajdzie zapewne gościnne przyjęcie.
ZIma w małym miasteczku, obraz nagrodzony na wystawie w Berlinie.

Eh, bzdurstwa piszę, sam nie wiem co, widocznie we łbie mi szumi jeszcze.
Do widzenia Prosperku, napisz też do mnie czasem, jak czasu chwilkę znajdziesz, będę Ci bardzo wdzięczny, a teraz głęboki ukłon ode mnie Szanownemu Dziadkowi Twemu, Kaźmierza uściskaj i powiedz, że list Jego odebrałem, a co do mego apetytu — niech tego tak bardzo na serio nie bierze, więcej w tym żartu niż prawdy.
Max
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 106–108.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Odcinek 516: Bruno Schulz, 1941 rok


List Brunona Schulza do malarki Anny Płockier

19 listopada 1941 roku
Droga Pani Aniu!
Bruno Schulz (z lewej) i Anna Płockier (z prawej).

Dziś właśnie doświadczyłem żywych wyrzutów sumienia na myśl o moim liście do Pani, w którym zachciało mi się dogodzić mentorskim czy moralizatorskim zapędom, zamiast cieszyć się sukcesami i odkryciem bliskiej mi i drogiej osoby. Myślałem także, że pewnie Pani wybiera się do Warszawy i zabierze ze sobą wspomnienie o mnie skażone i popsute. Z listu Pani widzę, że miałem słuszność, ale zarazem poznaję, że Pani się nie gniewa, za co Pani stokrotnie dziękuję. Odjazd Pani jest dla mnie bardzo smutny. Nie umiałem wykorzystać obecności Pani, nie wyzyskałem Pani, ale sama obecność Pani tak blisko była do pewnego stopnia ostoją, czymś, o co zaczepić było można. Właściwie nie mówiliśmy nigdy o rzeczach istotnych. Popularyzowaliśmy przed sobą wyniki naszych doświadczeń nie jak wtajemniczeni tej samej tajnej wiedzy, ale jak profani. Teraz widzę, że trzeba było więcej zaufania do naszej bliskości, że trzeba było sięgać do aktualnych dla nas spraw i przedyskutować je na gorąco, tak jak to w monologach ze sobą samymi robimy. Dystans nasz był sztuczny i konwencjonalny, polegał tylko na terminologii i słownictwie szkół różnych, istotnie identycznych pod względem ducha i intencji.
Chciałbym, by bliski nasz kontakt nie ustał przez wyjazd Pani, byśmy się wzajemnie komunikowali, często i w sposób istotny. Może być nawet, że taki kontakt na odległość stanie się dla nas produktywny i obrodzi nam urodzajem marginesowej twórczości. Przeczucie mówi mi, że się wkrótce jeszcze spotkamy i że dzieje naszej przyjaźni nie są skończone. Dopiero się zaczną obiektywnie, gdy dotychczas trzymały się w granicach prywatnych.
Czy Pani uważałaby za rzecz beznadziejną wziąć mnie w swoją naukę jako adepta malarstwa? Przeprowadzić ze mną, może przy pomocy Marka [narzeczony Anny], kurs malarstwa oczyszczonego od akademickości? Ja, w zamian, podzieliłbym się z Panią moim doświadczeniem pisarskim.
Zdaje mi się teraz, że miałbym Pani dużo jeszcze do powiedzenia, niewyczerpane zasoby obchodzących nas żywo rzeczy. Teraz, kiedy Panią, potocznie mówiąc – tracę. Niech Pani mi napisze jeszcze, czy gotowa jest Pani odpowiedzieć z równym zapałem na moje propozycje, czy nasz kontakt będzie utrzymany. Oby nam dane było w spokoju i bez niespodzianek utrzymywać naszą tak ważną i istotną rozmowę. Może jeszcze Pani coś stąd napisze. W przeciwnym razie oczekuję stamtąd [z Warszawy] prędko wiadomości. Serdecznie i gorąco Panią pozdrawiam
Bruno
Jak smutno pomyśleć, że pod Mazepy 30 [adres Płockier w Borysławiu], gdzie tyle miłego przeżyłem, już nikogo nie będzie, że to wszystko już tylko legenda. Nie wiem, dlaczego mam poczucie winy wobec siebie samego, jakbym z własnej winy coś tracił.
Bruno Schulz, Księga listów, oprac. Jerzy Ficowski, Wydawnictwo Literackie 1975. s. 132.

niedziela, 18 listopada 2012

Odcinek 515: Maria Konopnicka, 1896 rok


List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Lwów, 18 listopada 1896 roku
Mój najdroższy stryju!

Ogromnie dawno do Stryjeczka nie pisałam i tak mi tego żal. A cóż! Tak tu żyję, jak na jarmarku. Lwów z dawna ma już opinię, że wpada w paroksyzmy zapału niepowstrzymanego – i właśnie miałam nieszczęście wywołać z nich jeden.
Ja myślałam, że mnie tu w Galicji żywa dusza nie zna, i spokojnie sobie pobędę tu trochę, a tymczasem wpadłam w wir owacji, które mnie srodze zmęczyły i męczą. Niezawodnie były i momenty bardzo wzruszające, bardzo rzewne, taki np. wieczór w Czytelni akademickiej, gdzie się czuło coś szlachetnego w każdej z tych młodych piersi. Przemówiłam tam do nich, o przymierzu pieśni z młodością, w odpowiedzi na ich witanie. Ścisk wszelako był taki, że pierwszy raz w życiu doświadczyłam czegoś jakby uderzenia krwi na mózg, z tyłu głowy, uczucie nadzwyczajnego ciężaru i ciśnienia na móżdżek – b. niemiłe uczucie. Potem znów był wieczór w Kole Artystyczno-Literackim, niepodobna było odmówić. Posyłam wycinek z „Kuriera Lwowskiego” - jak się to mniej więcej odbyło. A tak najpierw witały mnie tu stowarzyszenia kobiece i dzieci, potem młodzież, a potem koledzy po piórze – prócz luźnej publiki. [...]
Teatr Miejski we Lwowie, 1905 rok.

Poczciwe serca, pewno; ale to nie dla mnie być przedmiotem takich publicznych owacji. Ja mam w sobie ciszę i spokój, która się z tym nie zgadza, pierzcha przed tym. Oczywiście że i wymagania są. Te wizyty chcą rewanżu, te przyjęcia – także odwetu chcą. Więc ile tu stowarzyszeń, tyle nalegań i natarczywości o odczyty, przemówienia, udział w różnych zebraniach. Alem ja sama ofiarowała jeden odczyt na szkoły ludowe i przy tym stoję, a innym odmawiać muszę, bo ni czasu, ni sił bym na wszystko nie miała. A że odmawiam z moim kaszlem i z moją chrypką – bo mi to wszystko bardzo na niezdrowie poszło – więc jakoś nie obrażam lwowian na siebie.
Gości – cała procesja; dzwonek kazałam odjąć od drzwi, żeby nie wszystkich i nie zawsze puszczać. Od prezydenta miasta do różnych oryginałów zbierających autografy – setki ludzi przeszło te moje biedne progi. Może to kiedyś, kiedyś, będzie miłym wspomnieniem; ale teraz tylko umęczenie. I pewno nigdy miłym nie będzie – bo czy to wszystko akurat szczere? Bawi ich to, coś nowego – i już.
Z niecierpliwością czekam końca układu z Gebethnerem i Wolffem, żebym miała za co wyjechać – i dla zdrowia, i dla spokoju. A za spokojem i zdrowie musi przyjść. Teraz mam takie uczucie, jak zając zgoniony, co nie wie, gdzie się podziać. O, nie dla mnie, nie dla mnie takie rzeczy! Człowiek gubi sam siebie, a od dorobków swoich duchowych oderwany jest zupełnie, kiedy się tak zamiesza w ten ludzki wir i gwar. Ja bym w tym wyżyć długo nie mogła. Samotność, cisza, najcenniejsze dary życia, jedy­na atmosfera myśli; – a ten ludzki szych, hałas, te kadzidła – niech będą dla innych.
Całuję Twoje ręce najdroższe, miły Stryju! O ileż wolałabym słuchać Twego drogiego cichego głosu, niż tych marnych pochwał. Bo Twój głos – błogosławi – a ci tylko – sławią.
M. Konopnicka
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 552–553.

sobota, 17 listopada 2012

Odcinek 514: Kazimierz Rudzki, 1975 rok


List Kazimierza Rudzkiego do Tadeusza Wittlina

Warszawa 17 listopada 1975 r.
Tadeuszu drogi!

Dostaliśmy wspaniały list i urocze podarki... Krawat bardzo piękny, chociaż mnie się trudno przyzwyczaić do tej szerokości geograficznej, która obowiązuje powszechnie. EX LIBRISY naprawdę ładne, będą musiał zacząć używać. Książki na półkach każą mi zawsze myśleć o śmierci, to znaczy o tych licznych książkach, do których już nie zdążę nigdy zajrzeć... Dzięki za pamięć! [...]
Jak się czuję? Podle, ale przyzwyczaiłem się... Chodzę do lekarzy, staram się działać normalnie uważając oczywiście, żeby się nie przemęczać etc., etc. Co mi jest? Bolą mnie plecy, nogi, ręce, serce nawala, z żołądkiem nie najlepiej i sam także marnie sią czuję – jak mówił o tym stary dowcip. Nieważne! Za ofertą lekarstwową – dzięki, postaram się nie skorzystać!
Tak więc żyjecie w małej mieścinie (wiem, że tak nie jest, wiem), gdzie musi być przyjemnie, ale czy macie szansę na coś, co nazywa się środowiskiem, towarzyst­wem, gronem ludzi, z którymi etc., etc. Pytam o to, choć my praktycznie nie kontaktujemy się z nikim towarzysko... Mam dosyć kontaktów obowiązkowych, a dom jest do odpoczynku i... czytania. Czas knajpy minął razem z knajpami, które nie wabią, nie kuszą ani gastronomią, ani entourage’em. [...]
„Zemsta" wróciła po sukcesach w USA. Rzeczywiście, obsada pojechała mocna: Świderski, Holoubek, Szaflarska, Gołas i inni. Inna rzecz, że nie słyszałem, żeby ktoś wrócił z USA... nie po sukcesach. Albo my jesteśmy tacy dobrzy, albo publiczność, jak to się. mówi, ciągle wdzięczna i spragniona.
Panorama Pragi, widoczne wieże kościoła św. Floriana.
Patrzę teraz z okna na drugi brzeg Wisły, czyli na Pragę – już poza kościołem św. Floriana prawie same wysokie bloki mieszkalnych domów. Młoda generacja przynajmniej nie musi wracać pamięcią do czasów dorożek, i rewelacyjnego drapacza chmur na placu Unii Lubelskiej (Restauracja NIESPODZIANKA) albo na placu Napoleona – PRUDENTIALU... A nam roi się Prus i Instytut Wód Mineralnych w Ogrodzie Saskim, i ten spokój, za którym tak się tęskni... Nawet wyjazd za miasto to widoki traktorów i przeróżnych maszyn, a zobaczenie bociana – to niemal odkrycie... Nawet motyli jest mało, bo chemia, pestycydy etc. [...]
I dlatego doskonale rozumiem Waszą decyzję, żeby lata... dojrzałe spędzić daleko od metropolii, gdzie istnieje możliwość kontaktu z naturą i oderwania się od tego, co dawni autorzy nazywali w piosenkach: „wielkomiejski szum”... „Idę pełen dum, w obojętny tłum, nieznacznie rzucam wzrok z ukosa. Patrzę: dziewczę cud, jak z żurnalu mód, miękkich włosów w bród, szarych jak... dymek z papierosa”.
A jeszcze pamiętam, jako chłopca Tatuś zabrał mnie na... ryby nad Wisłę, właśnie u; okolice Zamku, tam gdzie teraz mieszkamy... I to była niedzielna duża wy­cieczka!
Wczoraj woziłem trochę po mieście pewnego aktora i dyrektora teatru z Montrealu. Z polecenia Kanadyjskiego Przedstawiciela w Executive Comite FIA (Międzyna­rodowa Federacja Aktorów) zatelefonował i musiałem nim się zająć... Pokazałem mu Stare Miasto – był zachwycony – on jest z Quebec, więc ocenia czar „dawności” – a wzruszony był ulicą Agrykola (jesienne liście, złoto, brąz, Łazienki i Janek Sobieski na miejscu + bieżąca woda, czyli Jezioro Łabędzie), ostatnia ulica w Warszawie, na której konserwuje się gazowe latarnie!
I stąd tyle uznania dla nas ze strony całego świata... Że mamy kult dla tradycji, dla pielęgnacji zabytków, że państwo daje forsę na Grotowskiego, którego wszyscy po­dziwiają (ja też: za genialne poczucie rzeczywistości!!!), że Wajda, że Zanussi, że Penderecki pisze Pasję św. Łu­kasza, a jest rektorem w Krakowie i otrzymuje pensję od komunistów... W tym jest jakiś magnes dodatkowy, który „gra” dla nas, prawda? [...]
Wczoraj Kanadyjczyk zapytał mnie o Pałac Łazienkowski, czy nie uległ czasu wojny zniszczeniom. Odpowiedziałem: – Hitlerowcy nie zdążyli go wysadzić w powietrze, zrabowali tylko wnętrze. – Wysadzić? – zdziwił się Mr Herbert z miasta Quebec. – Po co? – I jak mu wytłumaczyć, że można wysadzić zabytkowy pałacyk tylko po to, żeby go nie było. Musiałem powoływać się na Hitlera, Himmlera i innych. Ale młodsza generacja nie czyta ani o Hitlerze, ani o Himmlerze, a rodzice nie mają powodu opowiadać, bo nie wiedzą też... A nasza generacja wie wszystko, wie naprawdę wszystko... o wojnie, o torturach, o tragicznych rozterkach politycznych – my wiemy i chociaż nie zawsze wszystko jest dla nas jasne i zrozumiale – wiemy dużo, bardzo dużo... A świat wie mało i dzięki temu łatwiej może żyć, zarabiać, spędzać czas etc.
Przepraszam za te poważniejsze wtręty, może to sprawa samopoczucia, chyba też i sprawa lat, które minęły, i tych, które... ewentualnie zostały do przeżycia. Naturalnie nie wpadam w żadne obsesje, ale z biegiem czasu coraz trudniej jest rozmawiać z ludźmi. Kiedy profesor Pankiewicz, ten malarz, wdał się w dyskusję towarzyską, pewien młody plastyk ostro przeciwstawiał się poglądom profesora twierdząc, że to on i tylko on może mieć rację. Na to Pankiewicz: – Młody człowieku, niech pan tylko weźmie pod uwagę, że ja miałem już 20 lat, a pan nigdy nie miał... 70!
Jeszcze raz dziękuję za gifty, żyjcie zdrowo i szczęśli­wie nad brzegami Wielkiej Wody, niechaj Orle Pióro przyjmie Was w swoim wigwamie i zaproponuje fajkę pokoju, a ponieważ zbliżają się Święta, chcąc uniknąć natłoku kartek pocztowych, załączam jednocześnie... dodatkowe wigilijne życzenia...
Ściskam Was z całego serca Wala i Kazimierz
Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Czytelnik 1981, s. 395–400.

piątek, 16 listopada 2012

Odcinek 513: Zygmunt Krasiński, 1843 rok

List Zygmunta Krasińskiego do Jerzego Lubomirskiego

Warszawa, 16 listopada 1843 roku
Delfina Potocka.
Mój najdroższy Jerzy! Dzięki Ci z głębi ducha, że siadujesz wieczorami przy niej, że bywasz i jak lampa przeszłych dni oświecasz jej ciemności teraźniejsze. Lepiej mi, gdy czasem wieczorem w moim wielkim i grobowym a lubym, bo samotnym pokoju, chodząc krokiem dużym, pomyślę: „On z nią teraz i rozmawiają o mnie, i myślą o mnie, jak ja o nich”. Zdaje mi się, że Sorrento nie wyjedzie przed Nowym Rokiem do Nicei, więc na Wigilią będzie w Paryżu. Już tak byłem rzeczy urządził, by na ten dzień [piąta rocznica poznania Delfiny] przyniesiono jej w Nicei ode mnie kwiaty, lecz jeśli nie będzie tam, przepadło. Każ więc, proszę Cię, prędko bransoletkę tę zrobić jak najśliczniej z samych cierniowych koron lub też z koron i gwoździ, lub nożów, jak Ci się lepiej i estetyczniej wyda; a niech na zwarciu bransoletki wisi krzyż lub kamień jaki z napisem, który Ci przesłałem: „Na ręku Twoim, co w sercu moim”, wewnątrz zaś każ wyrżnąć: „Na Wigilią 1843 r.” Emalią białą rozrzuć po tym wszystkim, czarnej nie potrzeba, biała sama jedna estetyczniejszą. Wszystko tu zależy na wykonaniu cierni i na dobraniu kamienia, co ma wisieć. Szmaragd byłby najpiękniejszy, jeśli zaś inny kamień, to w kształcie krzyża, jeśli szmaragd, to tak, jak jest. Napisz zaraz, co to kosztuje, a ja Ci natychmiast odeszlę stąd. Proszę Cię zatrudnij się tym, dalej, powiedz mi, co by można do jej pokoju wymyślić na Rok Nowy, bo to, o czym mówię, na Wigilią jej ode mnie złożysz u stopek, a na Rok Nowy, co zobaczysz ładnego, ode mnie także przynieś i napisz, wielem winien. Zaklinam Cię, zrób to dla mnie i pisz częściej do słabego i znękanego, któremu list Twój każdy karmią jest, dobrem, rozwidnieniem. Twój Ojciec ciągle tam, gdzie i był, i równie grzecznie przyjmowan i zapraszan. Gdy odbiorę cokolwiek od Ciebie, zaraz dłużej  Ci odpiszę. — Statu quo moje to samo co w Dreźnie, zupełnie to samo.
O Jerzy, żebym miał najdroższemu przyjacielowi życzyć czy stanu podobnego i stosunku z kim, czy śmierci, to nie wahałbym się i chwili — ubłogosławiłbym go śmierci życzeniem.
Twój na zawsze Zyg.
Warsz[awa], 1843, 16 nowembra
[Adres:] Monsieur le Prince/ Georges Lubomirski/ par Berlin a Paris/ rue de la Paix 18.
Zygmunt Krasiński, Listy do Jerzego Lubomirskiego, oprac. Zbigniew Sudolski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 192-193.

czwartek, 15 listopada 2012

Odcinek 512: Miron Białoszewski, 1982 rok



Z dziennika Mirona Białoszewskiego

15 listopada 1982 roku
Chodziłem po dzielnicy chińskiej i po innych bliżej cypla. Ziąb. Im bliżej cypla, tym większy wydmuch. Między Chińczykami nie ma się uczucia obawy, co nie zawsze między Murzynami. Dużo ich pijanych, Murzynów, gadających do ulicy. W sklepach i sklepikach chińskich często taniej niż gdzie indziej. Stare Chinki na zakupach, jak żony ostatniego wcielenia Buddy, półożywione.

Dzielnica chińska w Nowym Jorku, lata osiemdziesiąte.
Dzwonił Miłosz. Mówiłem mu o jego pisaniu. On, że stara się nie rozgraniczać prozy od wierszy. Ja mu na to, że niektóre jego wiersze są esejowate. Przytaknął, jakby z wahaniem. Zwierzyłem mu, że czuję się wobec niego gapowaty, intelektualnie nierozgarnięty. On na to, że mi trochę zazdrości mojego pisania połączonego z ulicą Warszawy. On tego nie miał, bo w jego stronach było się między językami. Polacy mówili jak gdyby językiem z kronik, Białorusini po swojemu. Rozmowa zeszła na Nowy Jork. Dopiero od Miłosza dowiedziałem się, na czym polega zmiana. Kiedy on tu przyjechał, pod ziemią było całe drugie miasto. Potem to zniknęło. W subwayach pusto i niebezpiecznie.
Trochę pożałowałem tego podziemia żywego, ale pewnie dzięki temu jeszcze żywiej jest na wierzchu. Chodziłem dziś kilometrami ulic sklepowych i stragano­wych. Kupiłem zegarek za 6 dolarów. Jednorazowy, jak się zepsuje, to przepadło. To tyle, co kino. A na prezent dobre. Do kina też pojechałem wieczorem. Na Poltergeist. Gdybym tu dłużej mieszkał, pewnie bym się ogłupił. Ale może nie. Pornografia zupełnie mnie dziś nie ciągnęła. Ponadto – zaczął działać zmysł oszczędności. W drodze powrotnej bardzo zmarzłem. Zmęczenie tym większe. Zacząłem uważniej przechodzić przez ulice. A tych jezdni strasznie dużo.
O Niagarze Miłosz, że już dawno niemodna. Teraz modny Grand Canyon.
Kilka razy w różnych miejscach nagle wpadał mi w ucho Mozart. Odczuwałem to jako wezwanie do Europy, na swoje łóżko. Mozart o wiele bliższy niż Manhattan z jego ludźmi.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 828–829.

środa, 14 listopada 2012

Odcinek 511: Czesław Miłosz, 1967 rok

List Czesława Miłosza do Konstantego A. Jeleńskiego

14 listopada 1967 roku
Czesław Miłosz.
Kochany Kocie,
Tzw. wewnętrzne zmagania się w zewnętrznym upale, który skończył się dopiero w tym miesiącu, tak że jeździło się na plażę nad ocean, a sezon deszczowy jeszcze się nie zaczął, dopiero się zaczyna. Piszę do Ciebie, żeby nasze stosunki nie ograniczały się do „spraw”, bo wiesz, jak Ciebie lubię i mam od czasu do czasu okropną wizję naszego następnego spotkania, dwóch starych, łysych i bezzębnych szympansów. Ja zresztą jestem pełen różnych obsesji, nie licujących z siłą mojego organizmu (i nawet od Piotrusia, który wrócił z Alaski w atletycznej formie, ciągle jestem silniejszy). Od mego brata dostałem kartkę, z której wynika, że tam krążą wieści (per analogiam? z Broniewskim?) o moim zapijaniu się i niezdolności do pracy twórczej (!). Natomiast moim głównym wyładowaniem jest szybka jazda samochodem (volvo – ciągnie jak smok). Toni robi graduation w anthropology. Ale bierze też fizykę i chemię, wrócił mu smak do science, czyli że po Twojej myśli, i pewnie pójdzie na biochemię czy farmakologię. Traper Piotrusia, Meader, przyjechał z żoną i synem do Berkeley, po 7 latach w Arktyce. Uroczy brodacz, filozof, nietzscheanista, teoretyk powrotu do Natury (zimę spędzają tam wyłącznie na czytaniu, bo zabijają odpowiednią ilość sztuk karibu w jesieni i aprowizacja polega na odrąbaniu kawałka zmarzłego mięsa na podwórzu). Mały Meader, 10 lat, kapryśny i liryczny, poszedł tu po raz pierwszy w życiu do szkoły – ale świetnie strzela z karabinu i szczupaki zabija strzałą z łuku. Dużo przyjaznych obcowań z tą rodziną, a Piotruś i jego najbliższy przyjaciel David zastanawiają się, czy nie pojechać tam na całą alaskańską zimę (co równa się przykuciu się do miejsca i poza rąbaniem drzewa na opał, czytaniu).
Cierpię? Nie cierpię? Souffrance? Chwile? Douleur? Sny? Mniejsza z tym. Jestem niespokojny. 1) Zbyszek. Napisał mi głupi list (ja nie znoszę tych polskich nabijań się np. z Murzynów, z pewnością nie jestem żaden Negrolover, polska arogancja! Murzyni więcej wycierpieli niż wszyscy Polacy razem), to zwymyślałem go, że endekiem pewnie chce zostać. Ci Polacy zaczynają od dowcipuszków, to ich rzemyczek kończy się na koziczku. Nic nie odpowiedział. [...]
Konstanty A. Jeleński.
Moje zajęcia. Wykłady, dość głupawe, o romantyzmie. Seminarium o Gombrowiczu – radość dla mnie i studentów. Oni mówią, że Gombrowicz jest pisarzem do uwielbiania przez całą młodą publiczność w Ameryce, ale nikt o nim nie pisze (poza Twoim pionierskim artykułem w „Tri-Quarterly”), bo nikt nie rozumie. Dziennik dopiero dałby do niego klucz, ale nie wiem, czy Grove Press przygotowuje przekład. [...] 
Najder miał wizytę w KC, oczywiście przeznaczoną do powtórzenia mnie. Hommaże, ubolewania, ale zasada („my nie możemy się poniżać”), że będzie się drukować tylko tych, którzy przyjadą z wizytą do Polski! Czy to znaczy, że Gombrowicz albo ja mamy odbyć pielgrzymkę, żeby naszym książkom otworzyć dostęp? Poza tym, czuję się twórczy i napisałem różne rzeczy. Tatarkiewicz (82 lata) uroczy, bystry, a jego żona b. dobrze we wszystkim, co się dzieje w Ameryce, zorientowana.
Całuję Cię. Napisz (podyktuj!)
Czesław
PS. Książka wierszy Zbyszka u Penguina wyjdzie w lutym.

wtorek, 13 listopada 2012

Odcinek 510: Stefan Żeromski, 1888 rok


Z dzienników Stefana Żeromskiego

13 listopada (wtorek) 1888 roku. Oleśnica
Z Warszawy wyjechałem w sobotę o godzinie piątej po południu, a stanąłem tutaj w niedzielę dopiero o godzinie 12 w nocy. Jechaliśmy z p. Jarosławem na Koluszki, Kielce, Chmielnik i Stopnicę... aż do Oleśnicy prawie bez przerwy, byłem więc bardzo znużony jeszcze wczoraj.

Nigdy jeszcze może nie żegnałem Warszawy z takim żalem i smutkiem jak wówczas. Otwierało się przede mną życie czynne i energiczne, literackie, niezmiernie zaciekawiające, byłem w przededniu zawarcia najrozmaitszych znajomości nowych, mających mi posłużyć do dalszego kształcenia się... Wszystko się zerwało nagle. [...] Załatwiwszy wreszcie sprawę przeróbek tużurków i surdutów, pożyczywszy pieniędzy, pożegnawszy braci sokołów, miałem wyjeżdżać. Poszliśmy z Wackiem wypić piwa na pożegnanie. [...] Wacek i Stacho odprowadzili mię na Dworzec Wiedeński. [...] Gwiznął [!] pociąg, ruszyliśmy. [...]
W Koluszkach dałem tragarzowi pieniądze na kupienie biletu do Kielc. Na parę minut przed odejściem, pociągu przynosi mi on bilet... do Iwangrodu z awizacją na rzeczy, jakie wyprawił tamże. Piekło! Pędzę do najrozmaitszych dygnitarzy kolejowych, przedstawiam im całą tragiczność sytuacji i spotykam, o nieba! – wzgardliwe milczenie oraz obojętne po­ruszenia ramion. Robię awanturę! Awanturę serio! Pan zawiadowca po­prawia binokle i zaczyna oglądać mój bilet, ja wznoszę głos do potęgi deklamacyjnej, wzywam na świadectwo ludzkość jęczącą w przemocy i biję pięścią w stół. Pan zawiadowca wychodzi na chwilę i wraca z nowym biletem, osobowym i na rzeczy. Oddycham. Tymczasem pociąg, jakim mam jechać, zaczyna, gwizdać. Mój towarzysz robi drugą awanturę z konduktorami, perswadując im, aby wstrzymali pociąg, gdyż beze mnie nie podobna przecież jechać. Pędzę przez most jak wściekły koń, potrącam jakiegoś Żyda, wreszcie dopadam do wagonu, siadam i ziaję...

Dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej w Koluszkach.

W Kielcach byłem u macochy bardzo krótko, gdyż o dwunastej już wyjechaliśmy. Szkapięta najęte, wóz na jakie ośm łokci długi, zimno piekielne. W karczmie pod Chmielnikiem popasamy, we wsi Janina znowu popasamy. W karczmie jest zimno piekielne. Izba ogromna, oświecona jedynym kagankiem naftowym, za szynkwasem siedzi Żydek, mało zwracając uwagi na nas. Zaczynają schodzić się chłopi, przeważnie parobczaki. Ponieważ towarzysz mój nie ma zarostu, a nosi długi hawelok, biorą go tedy za kleryka i mówią z nami tylko o księżach. Znać, że schlebiają... Zjawia się kilka pijanych bab, które śpiewają przepijając do chłopów w wielkich czerwonych magierach, podobnych do poduszek. Chłopi milczą poważnie, czasami tylko rozkraczają nogi i śmieją się półgębkiem z zalotnych śpiewek babskich.
Jedziemy dalej, marznąc przeraźliwie, konie prawie ustają, mróz pod kołami skrzypi. Jedzie się przeważnie lasami. Senne oczy widzą w krza­kach i zaroślach obsypanych śniegiem jakieś potworne istoty, jakieś bajeczne cielska, na chwilę imaginacja olśnioną jest i trwoga cię zdejmuje... Szare przestrzenie pól zlewają się z otaczającymi je lasami w plamy bezbarwne, obrzydłe; bliżej rozpoznajesz zagony wyłaniające się spod śniegu, czepiasz wzrok na sznurach prątków zwieszających się z brzóz przydrożnych. Drzemkę zmienia, przerywa chyba, jakieś szturchnięcie o kamień, które wywołuje tę ewentualność, że jeśli nie przytniesz sobie zębami końca języka, to na pewno uderzysz głową o głowę towarzyszącego ci dżent[e]lmena. [...]
Wreszcie... Oleśnica. Zajeżdżamy przed ganek. Jedno okno jest oświetlone. Serce zaczyna mi bić tak, że dziwię się, jakim cudem nie krzyczę o ratunek. Dżent[e]lmen otwiera drzwi, wchodzimy. Jest przedpokój – czuję pod nogami rogóżkę i przychodzi mi na myśl, że nie może to być przecież nic innego, tylko przedpokój, jeżeli najwyraźniej czuję pod nogami rogóżkę. Słyszę głosy kobiece... Jehowo! Dżent[e]lmen wpycha mię do salonu, gdzie jest ciemno. Mam ochotę ubrać się na powrót i odjechać. Diabli mię tu przynieśli! – myślę z systematycznością. Po chwili zjawia się drab z lampą, za drabem zjawia się – śliczna kobieta. Jasna blondyna z rysami klasycznymi, w nocnym szlafroku, jaki uwydatnia piersi bez gorsetu, młoda i diabelnie ponętna. Widzę to już wtedy, gdy stoi we drzwiach i przygląda mi się bystro.
– Pan Ż., moja siostra, Józefina B. – mówi dżent[e]lmen.
Składam genialny ukłon, zgadzam się na propozycją jej zajęcia miejsca na jednym z foteli i wlepiam w nią barani wzrok. Ona przygląda mi się jeszcze, lecz wie już, że się podoba. Mówi szybko, niedbale, urywkowo, wyniośle. Kładzie akcent na ostatniej zgłosce wyrazów.
Po chwili wchodzi moja przyszła uczennica, panna Łucja. Dziewczątko ładne, piętnastoletnie, z niezmiernie długimi warkoczami, chuda, cieniutka, przejrzysta, zażenowana. Nic nie mówi i nie patrzy na mnie. Twarz ładna, lecz bezmyślna, z odcieniem melancholii panien, przeczu­wających zaledwie, że będą kobietami. Wreszcie mr Zaborowski – pan.
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 221–223.