środa, 31 października 2012

Odcinek 497: David Herbert Lawrence, 1926 rok

List Friedy i Davida Herberta Lawrence do Montague Weekleya

Scandicci, willa Mirenda, 31 października 1926 roku
D. H. Lawrence i Frieda, 1923 rok.
[Frieda:]
Kochany Monty: wielką radość sprawiłeś mi swoim listem i cieszę się, że czujesz się lepiej. Patrzę z mojego okna na wolno posuwającą się procesję świateł, ale nie wiem, jakiego dziś świętego. Lawrence chodzi pisać do lasu, pisze teraz krótką powieść, jak zawsze poruszającą nowe problemy. Tym razem są to szczególne obyczaje klasowe, a może raczej dramatyczna walka duszy z ciałem, chociaż nie... źle to określiłam: z instynktami zwierzęcymi [Uwaga Lawrence'a: Hurra! Eureka!] — Co teraz robisz? Kończymy urządzać bardzo wesoły pokój, mamy tu ładne białe obicia, które można nabyć tylko we Florencji, i przez cały dzień jest w nim pełno słońca [Lawrence: W niektóre dni] i bardzo ciepło, jak w uchu. A ty, synku, siedzisz przy obrzydliwym gazowym kominku w pochmurnej Anglii [Lawrence: Poverino [biedaczek]] Ale na przyszłą wiosnę wynajmiemy jakiś dom w Anglii, będziesz do nas przyjeżdżał na weekendy i będziemy więcej ze sobą przebywali. Lawrence też tego chce, bo chciałby mieć trochę kontaktu z młodszą generacją.[...]  Lawrence mówi, że chce się dopisać, przyjedź na Boże Narodzenie, jeżeli tylko będziesz mógł — Twoja matka. 

[Lawrence:]
Kochany Monty: Twoja Mama jest cudowna, kiedy udziela dobrych rad, a jeszcze cudowniejsza, kiedy raczy je przyjmować. Sądzę, że w tym ostatnim jesteś do niej podobny.
Nie miałem żadnych dalszych wiadomości od tego aktorskiego towarzystwa, więc nie wiemy, czy w grudniu przyjedziemy do Londynu na moją sztukę. Bardzo mi się nie chce, ale Anglia oczekuje itd. — Czy nie przyjechałbyś do nas z panną Barby na Boże Narodzenie? Gdybyśmy je spędzali tutaj, mogłoby być zabawnie. Twoja Mama nie może doczekać się kogoś, kto zachwycałby się wspaniałością jej domu, bo na mnie pod tym względem nie może liczyć. Dziś jest niedziela, zapadł już wieczór i siedzimy w kuchni przy stojącej na stole lampie, Twoja matka je łyżeczką suszone daktyle, częstując mnie co chwila: „zjedz jeszcze jednego” — a ja piszę. Oto przykład naszego życia na wysokim poziomie. Pomalowałem kilka mil ram okiennych, kilka akrów drzwi i komodę, która po tym zabiegu zamieniła się w biurko, ale jeszcze daleko do końca moich robót. Tak żyje się po bohatersku a la Frieda. Mussolini mówi: „Vivi pericolosamente!” [Żyj ryzykownie], po czym uchwala nieskończoną ilość przepisów prawnych, wymierzonych przeciwko każdemu, kto odważyłby się go zaatakować. Siamo cosi [tacy jesteśmy]. Trzymaj się, chłopcze.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 318-319.

wtorek, 30 października 2012

Odcinek 496: Camille Pissarro, 1897 rok

List Camille Pissarro do syna, Lucjana

Eragny, 30 października 1897 roku
Portret Estery, mal. Lucjan Pissarro.
Drogi Lucjanie,
Wysyłam Esterze [żonie Lucjana] paczuszkę z zostawionymi tu przez nią nożyczkami. Do tego doszły też i okulary, które znalazłem błyszczące w słońcu pod ławką przy wielkim orzechu, gdy robiłem jakiś szkic. Mam nadzieję, że powoli znajdziemy wszystko, co Estera zgubiła w ogrodzie czy na łące.
Czy bierzesz się po trosze do pracy? Myślę, że dobrze by ci to zrobiło. Należy tak sobie ułożyć czas, by wychodzić codziennie w ładną pogodę i pracować o dowolnej porze.
N.B. Estera na pewno powinna znaleźć pantofelek w swoim koszyku, zostawiła go w piwnicy. Jaka szkoda, że wszystko to, co sieje, nie wschodzi!
Camille Pissarro, Listy do syna Lucjana, tłum. Kazimierz Kossobudzki, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1971, s. 309.

poniedziałek, 29 października 2012

Odcinek 495: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1863 rok


Z dzienników Edmunda i Juliusza de Goncourt

Czwartek, 29 października 1863 rok, Croisset, w pobliżu Rouen
Na peronie dworca zastajemy Flauberta i jego brata, naczelnego chirurga szpitala w Rouen: wysoki, mefistofeliczny, z wielką czarną brodą, profil wycięty niby cień twarzy, trzyma się prosto, ciało szczupłe, giętkie jak liana... Jedziemy dorożką do Croisset, do ładnej siedziby z fasadą w stylu Ludwika XVI, u stóp zbocza na schodzącym w dół brzegu Sekwany, która wygląda tu jak odnoga jeziora i trochę ma fali morskiej.
Oto jesteśmy w tym gabinecie upartej i nieustającej pracy, który widział tyle mozołu i skąd wyszły Pani Bovary i Salambo.
Widok z okna domu Flauberta.

Dwa okna wychodzą na Sekwanę, widać wodę i przepływające statki; trzy okna otwierają się na ogród, gdzie wspaniały szpaler grabowy jakby podpierał wzniesienie za domem. Pomiędzy tymi oknami części biblioteki dębowej o skręconych kolumienkach łączą się z jej głównym korpusem, który wypełnia całą ścianę w głębi. Naprzeciw widoku na ogród, na tle białej boazerii, kominek z zegarem ojcowskim z żółtego marmuru i brązowym popiersiem Hipokratesa. Obok kiepska akwarela przedstawia omdlewającą i chorowitą Angielkę, którą Flaubert zna z Paryża. Wierzchy indyjskich szkatułek pokryte rysunkiem i oprawione jak akwarele oraz akwaforta Callota, Kuszenie św. Antoniego, są tutaj jakby wyobrażeniem talentu mistrza.
Pomiędzy oknami na Sekwanę, na kwadratowym słupku pomalo­wanym na brąz, białe marmurowe popiersie Pradiera, przedstawiające zmarłą siostrę Flauberta: dwa wielkie loki angielskie, twarz czysta i zwarta przypominająca grecką twarz z albumu. Obok kanapa-łóżko z materaca nakrytego tkaniną turecką, z mnóstwem poduszek. Pośrodku pokoju, blisko stołu, na którym szkatułka indyjska zdobna w kolorowane rysunki z umieszczonym na niej złoconym bóstwem, stół do pracy – wielki, okrągły, przykryty zielonym materiałem, gdzie pisarz zaczerpuje atrament z kałamarza-ropuchy.
Gabinet Flauberta w Croisset.
Wesoła tkanina perska w wielkie czerwone kwiaty przystraja drzwi i okna na sposób staroświecki i nieco orientalny. Tu i ówdzie, na kominku, na stołach, na półkach bibliotecznych, przyczepione albo przybite do ścian przedmioty wschodnie: amulety z zieloną patyną egipską, strzały, broń, instrumenty muzyczne, drewniana ława, na której szczepy afrykańskie śpią, kroją mięso, siadają, naczynia miedziane, szklane naszyjniki, wreszcie dwie nogi mumii: znalezione przez Flauberta w grotach Samunu, wnoszą pomiędzy książki barwę florenckiego brązu i zastygłe życie mięśni.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 213–214.

niedziela, 28 października 2012

Odcinek 494: Maria Dąbrowska, 1948 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

28 października 1948 roku. Czwartek
Oblęgorek.
Przed kilku dniami zjawiła się u mnie nie znana mi synowa Henryka Sienkiewicza z Oblęgorka. Z majątku tego – daru narodowego – zostawiono rodzinie Sienkiewicza rezydencję i 49 ha ziemi, zgodnie z „manifestem lipcowym”, wedle którego wolno tyle posiadać. Obecnie przy skierowaniu „zwrotnicy politycznej” na tor walki klasowej – ta mała posiadłość stanowiąca resztkę daru narodowego dla Sienkiewicza weszła automatycznie w rejestr „kapitalistów i wyzyskiwaczy wiejskich”. Eo ipso została obłożona olbrzymim podatkiem gruntowym, którego celem jest zniszczenie większej własności chłopskiej. Syn Sienkiewicza (także Henryk) złożył do pełnomocnika podatku gruntowego podanie o ulgi podatkowe, gdyż wymiar nałożony na Oblęgorek zniszczyłby automatycznie ów dar narodowy, który powinien być szanowany. Pani Sienkiewiczowej powiedziano, że tę sprawę może załatwić tylko [Jerzy] Borejsza [szef „Czytelnika”] – prosiła mnie o wstawiennictwo. Zgodziłam się uprzedziwszy ją, że Borejsza nie ma dla mnie żadnych względów i że nie ręczę za wynik, natomiast przypuszczam, że podanie i bez mojej interwencji będzie zapewne pomyślnie załatwione. Nazajutrz poszłam z tym do [redaktor Ireny] Szymańskiej. Powiedziałam, że nie chcę sama zajmować czasu Borejszy (nie lubię się z nim widywać), ale proszę, aby przekazała moją prośbę. Szymańska na to: „No, pieniędzy to im chyba nie brak”. „Jak to – pytam – nie brak?” „Przecież my (ona o «Czytelniku» mówi «my» i w ogóle stopniowo robi się bardzo wielka; ale jest uczynna i uprzejma) płacimy im ogromne sumy za wydania Sienkiewicza”. To ja na to: „Tak, ale z tego przecież korzystają i pani Korniłowiczowa [wnuczka Sienkiewicza], i jej córka etc.” To nie był żaden argument, ale się stropiłam, bo na ogół wiem, że prawa autorskie Sienkiewicza w naszym ustroju wygasły, trwają tylko 25 lat od śmierci. Może to nie rozciąga się na tych, co zmarli przed obecnym stanem rzeczy. Ale u nas teraz wszystkie przepisy niekorzystne dla obywateli działają wstecz; nie słyszałam, aby działały wstecz – korzystne.

Następnego dnia znów byłam u Szymańskiej w jakiejś własnej sprawie, którą poprzedniego dnia zapomniałam. Powitała mnie zupełnie inaczej, rozradowana. „Właśnie miałam do pani wysłać list. Prezes (Borejsza) od razu z miejsca załatwił sprawę Sienkiewiczowej pozytywnie. Po prostu przez telefon”. „No, widzi pani” – rzekłam tylko.
Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 3, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 170–171.

sobota, 27 października 2012

Odcinek 493: Maria Baszkircew, 1881 rok

Z dziennika Marii Baszkircew

Czwartek, 27 października 1881 roku

Maria Baszkircew.
Co za szczęście! Opuściłam tę okropną Sewillę!
Tym bardziej mówię „okropną”, że od wczoraj wieczór jestem w Grenadzie; że od samego rana ganiamy; że widziałam już nieuniknioną katedrę, Generalife i cygańskie groty. Jestem rozentuzjazmowana. W Biarritz i w Sewilli miałam skrzydła podcięte, wszystko wydawało mi się skończone, zgasłe. Trzy godziny spędzone w Kordobie dały mi wrażenie miasta artystycznego, to znaczy, że mogłabym tu pracować z prawdziwym zapałem. Co do Grenady, ta jest tylko bieda, że nie można zostać tu na sześć miesięcy czy na rok. Nie wiadomo, w którą biec stronę, tyle jest do roboty. Ulice, sylwetki, widoki!
Zdecydowało się na pejzaż, wówczas zjawiają się te dziwaczne zaciekawiające typy o olśniewającym, tak harmonijnie ciepłym kolorycie.
Ale najciekawsze z tego, co widziałam w Grenadzie, to katorga, więzienie, w którym pracują skazańcy. Nie wiem, skąd przyszedł mi ten pomysł; zapewne, nie żałuję tego, chociaż wychodzi się stamtąd z uciskiem w skroniach, tak jak po walce byków. Komendant więzienia natychmiast przystał na żądanie szlachetnych cudzoziemek i pozwolono nam zwiedzić wszystko. Jeden z dozorców szedł przodem, my eskortowane byłyśmy przez sześciu porządkowych, wybranych spośród najlepiej sprawujących się kryminalistów, uzbrojonych w kije i przydzielonych, do służby porządkowej. Nie potrafiłabym opisać wrażenia, jakie wywierało to stado mężczyzn, ustawiających się z szybkością, podobną do strachu, odsłaniających głowy przed galonami i kijami dozorców. Według tego, co mi powiedział przewodnik, biją ich.
Więźniowie z Grenady. Rycina z 1873 roku.
Rozbrojeni, zamknięci, zmuszeni do pracy jak dzieci, ci ludzie, zamiast budzić we mnie myśli o zbrodniach i czynach karygodnych, które ich tu zgromadzały, wzbudzali we mnie tylko litość. Powiedziałabym więcej, to prawie jakby rozczulenie, jak dziwne rozrzewnienie, które odczuwa się wobec tej zgrai nędzników, którzy kłaniają się tak pokornie, którzy zdają się pracować z taką gorliwością i pokazują nam swe zeszyty, z których uczą się czytać, a wszystko to w sposób lękliwy, dziecinny.
Tak, biją ich, to się widzi; robią wrażenie tych biednych psów ulicznych, które z taką rezygnacją kładą się, by przyjąć razy.
Ale co za głowy! Bardzo chciałabym zrobić obraz tam właśnie... Mam na to pozwolenie i jeżeli znajdę jakiś kąt i trzy czy cztery osoby... Na nieszczęście, ciągnie mnie do zbyt wielkiego obrazu...
Polecam wszystkim odbyć te posępne odwiedziny przed zobaczeniem siedziby kalifów, której ogrody są bez wątpienia filią raju.
Ach! jakżeż mam opisać tę gmatwaninę oleandrów, pomarańcz, najbogatszych i najwytworniejszych roślin; tę aleję cyprysów, te arabskie, porysowane mury, uwieńczone różami?... Te strumyczki między kwietnikami fiołków. Idźcie do więzień, potem do Generalife.
Jutro Alhambra i głowa jednego z więźniów, którego będę malowała.
Maria Baszkircew, Dziennik, tłum. Helena Duninówna, Czytelnik 1967, s. 581-582.

piątek, 26 października 2012

Odcinek 492: Zdzisław Beksiński, 2003 rok


E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

26 października 2003 roku
Subject: Re: nieprawidłowa prawidłowość
Zdzisław Beksiński, Rzeźba głowy,
1960 rok, blacha platynowa.

Boże: znowu ta opowieść o coli, dzięki której puszczają śruby. Gdy we wrześniu gościłem szwedzkie małżeństwo takich jak ja starców, to ich okrzyki zgrozy na moją strategię żywieniową i wszystko, co tylko miałem w lodówce, pamiętam do dziś. Musiałem po nich wszystko raz jeszcze myć, bo detergent jest niezdrowy, pepsi to zgroza, gdyż jest tam kwas fosforowy, a kwas fosforowy rozpuszcza rdzę. Boh ty mój! Kwas fosforowy rozpuszcza rzeczywiście rdzę i jest do tego celu powszechnie używany w przemyśle, ale agresywniejszy od niego kwas solny też rozpuszcza rdzę. Używałem – jako facet, który lutował przed laty rzeźby z blachy – jednego i drugiego kwasu. Znam bajki o tym, że zardzewiała łyżeczka włożona do coli na drugi dzień była jak nowa. Kto i po co wkłada zardzewiałą łyżeczkę do coli, i gdzie u licha spotkać można w przyrodzie zardzewiałą łyżeczkę. Ja takiej nie widziałem. Stalowych łyżeczek po prostu nie ma. Wiem natomiast, i to nie jest bajka, że ilość kwasu solnego, który w tej chwili ma pani w swoim żołądku, pozwoliłaby na odrdzewienie dwóch metrów żelaznego ogrodzenia w parku, i jakoś Pani z tym żyje i nawet maluje sobie ściany. No dobra: rzeczywiście jadałem za życia mej żony sosy lepsze niż Uncle Ben’s i wołowinę lepszą niż „Wołowina we własnym sosie” (PN-A-82022-1998, panu Krzysztofowi polecam zawsze skontrolować normę), ale i jedno, i drugie jest najlepsze z tego, co mogę mieć szybko i pod ręką tak, aby przygotowywanie jedzenia wraz ze zjedzeniem nie zajmowało mi więcej niż kilka minut czasu. Poza tym de gustibus non est disputandum. Zapewne nie uwierzy Pani lub powie, że robię sobie jaja, ale osobiście znam ludzi, którzy uwielbiają nawet takie paskudztwo jak kuchnia śródziemnomorska, te wszystkie ohydne frutti di mare (czy jak się toto pisze), kraby, langusty, krewetki, ostrygi, w końcu nawet ryby. Zwykle, gdy na jakimś filmie widzę to na straganie lub na stole, zamykam oczy i czekam, słuchając dźwięku, czy już przestali to pokazywać – do tego stopnia budzi to moją odrazę. [...] Na dodatek te opowieści, że wołowina to nowotwory i choroba szalonych krów, a ryby to samo zdrowie... Akurat właśnie ryby można za oknem wieszać zamiast termometru, bo tyle w nich jest rtęci. Oczywiście nie dlatego ich nie jem – po prostu odczuwam do ryb odrazę, wprawdzie nie tak mocną jak do krabów i krewetek, ale jednak. Z kolei ze wszystkiego, co podaje się u nas, najbardziej nie lubię grzybów i krwawego steku. W nader rzadkich momentach, gdy jestem w restauracji, a do wyboru jest tylko wołowina, proszę kelnerki, by kucharz piekł ją dwa razy dłużej niż normalnie, a potem proces ten powtórzył, a potem jeszcze trochę, aż do momentu, gdy będzie się już wstydził tego, co upiekł, bo wtedy najprawdopodobniej dam radę zjeść to ze smakiem. W przeciwnym wypadku zostawię na talerzu. Ja w końcu też mam swoje upodobania, których nikomu nie narzucam, natomiast mnie wszyscy wokoło nieustannie pouczają, że odżywiam się źle i mam zły gust. Oczywiście wiem, że mam gust prymitywny, ale nie pretenduję do znawstwa w tym zakresie. Przykrą i upokarzającą czynność jedzenia lubię odwalić jak najszybciej i z jak najmniejszym wysiłkiem. [...]
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 36–37.

czwartek, 25 października 2012

Odcinek 491: Antoni Słonimski, 1925 rok

Antoni Słonimski, Recenzja „Śmiesznych kochankówJacques'a Natansona

25 października 1925 roku

Teatr Mały: „Śmieszni kochankowie”, komedia w 3 aktach Jacques'a Natansona; reżyseria Aleksander Węgierko
Aleksander Węgierko, reżyser.
Jeśli istnieje egzemplarz Śmiesznych kochanków, napisany i - Boże broń - wydrukowany w języku polskim lub francuskim, należy go czym prędzej spalić. Pomyślmy, iż za lat paręset lub parę tysięcy mogą odnaleźć manuskrypt tej sztuki. Co sobie pomyślą o nas ludzie wieków przyszłych i co im powiemy na nasze usprawiedliwienie? Będziemy się mogli tłumaczyć, że to wystawił ten sam teatr, który grał Bajkę, że nie wszystkie teatry są pozbawione kierownictwa literackiego, że ta ohyda nie miała powodzenia i że padła już na pierwszym przedstawieniu.
„Pani jest odważna jak mężczyzna. - A pan lękliwy jak kobieta. - Tak, bo ja jestem kobietą. - A ja jestem mężczyzną. - A jeśli tak, to przepraszam. - To raczej ja przepraszam” itd., itd. przez dwie i pół godziny. I pomyśleć, że ludzie, którzy stracili czas na uczenie się i granie tej sztuki, mogliby z tym samym nakładem wysiłku wykonać kilkadziesiąt par butów, wybudować mały domek lub wybrukować ulicę Świętokrzyską. Bezmyślne próżniactwo, te przekomarzania się dorosłych ludzi wołają wielkim głosem o policję. Policjant, który stoi na rogu ulicy, gwizdkiem regulując ruch, tu - na sali Teatru Małego - powinien gwizdnąć i kazać pojechać Śmiesznym kochankom wprost na śmietnik.
Antoni Słonimski, Gwałt na Melpomenie, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1982, s.  48.

środa, 24 października 2012

Odcinek 490: Katherine Mansfield, 1919 rok


List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Ospedaletti, piątek, 24 października 1919 roku
Katherine Mansfield i John M. Murry.
Kiedy mówisz o Wingu Twoje opowiadanie ma w sobie coś, co trafia mi wprost do serca. Widzę Winga, jak leżał pogrążony w kocim odrętwieniu, a Ty całowałeś jego nosek. Już nie będziemy mieli równie uroczego kociaka. Kiedy sypiał na naszym łóżku i nie chciał się nigdy ułożyć – pamiętasz? Dawał nura i wypływał pod szafą albo na słupku od ekranu.
(Ach! Te komary!!! Jest ich trzy).
Twój niedzielny list uwidocznił mi bardzo, bardzo wyraźnie Ciebie i dom. Potrafiłeś w zadziwiający sposób przedstawić gatunek dnia – ciągłość następujących po sobie rzeczy – za pomocą milczenia.
Wiem, co masz na myśli, mówiąc o ludzkiej gadatliwości, chociaż sama nie jestem une silencieuse [milcząca]. Te lata, które człowiek spędzał siedząc z wymuszonym uśmiechem, aby udać, że bierze udział w zabawie, że jest au courant... co za głupota, co za strata czasu!
Ale w rzadkich chwilach rozmowy z Tobą czuję, prawdziwie czuję, że otwierają się niebiosa, a nasze myśli, niby anioły, płyną w górę i w dół. Czas, spokój, umysł wolny od trosk, to wszystko musi stać się naszym udziałem... Musimy mieć czas na milczenie i czas na rozmowę. Ale głównie na rozmowę. Żyliśmy w straszliwym naprężeniu nerwów i nikt się o tym nie dowie. Czy to nie dziwne, jaki świat jest w gruncie rzeczy zimny i obojętny? Pomyśl o cierpieniach, przez które przeszliśmy. Kogóż to obchodzi? Kto się tego domyśla? Gdybyśmy się już uprzednio nie ,,odseparowali” na zawsze, byłoby to wystarczającym powodem do odsunięcia się. Przecież nie moglibyśmy, wiedząc to, co wiemy, trzymać z innymi, którzy nie wiedzą. Gdybym tylko potrafiła wyrazić tę różnicę, tę wizję świata, tak jak my go widzimy. Czechow w ten sam sposób patrzył na świat, a także – o ile mi się zdaje – Keats.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 197–198.

wtorek, 23 października 2012

Odcinek 489: Irena Solska, 1950 rok


List Ireny Solskiej do córki, Anny Sosnowskiej

Warszawa, 23 października 1950 roku 
Moje Kochanie

Dziś list Twój przyszedł [...].
Irena Solska (1875–1958),
gwiazda teatru modernistycznego.
Rys. Witkacego.

Żałuję, że nie mogę Ci opisać całej podróży. W Bernie było szalenie miło. Minister [Przyboś] jest nieprawdopodobnie miły i gościnny. Czytał moje notatki. Bardzo mu się podobały, bardzo go wzruszyły. Przyjaźń zawarta. W ogóle bardzo wszyscy byli dobrzy i wzruszeni. Nawet profesor wyszedł z formy, bardzo był serdeczny. W Zurichu załatwiła wszystko sekretarka Poselstwa.
A Praga bardzo fatalnie mi się przedstawiła. Ciągle się pytałam gdzież jest ten osławiony porządek. Że wyjechałam, do cudów należy. Paszport nie wiadomo gdzie, bilet i kwity nie wiadomo gdzie. Tragarzy nie ma. Jechała gromada Czechów, pomogli. O cle będzie specjalny rozdział w moim pamiętniku. Zabrali dwie paczki z czekoladą. Jedna była moja, z napisem: własność p. Ireny Solskiej, największej itd., a druga: dla itd. Zabrali. Moje biedne plecionki przewrócili do góry dnem. Któryś z zachwytu nad dziecinnymi trykotami zwędził kilka sztuk. Walizeczkę z papierami ostro przetrząsali, w kopertach szukali dolarów. To bez komentarzy. Zjawił się woźny z lecznicy, przyjechał z sanitarką. Jakiś wyższy rangą przyszedł z żądaniem okupu za czekoladę. Powiedziałam: Nic płacić nie będę, panowie mogą zabrać. Już siedziałam w aucie, przyleciał jeszcze jeden. Proszą, żebym zabrała bez okupu. Proszę, niech Pan przyniesie, i wstydzę się za panów.
Walizy Czechów nie były przeglądane. Czekoladę przynieśli. Miałam przedsmak innych przyjemności. [...] Dużo leżę i wypoczywam po kuracji i cieszę się Tobą. [...] Wszyscy Cię ściskają, a ja przytulam się do Ciebie najdelikatniej.
Bardzo Twoja Matka IRS.
Irena Solska, Listy, oprac. Lidia Kuchtówna, Państwowy Instytut Wydawniczy 1984, s. 292–293.

poniedziałek, 22 października 2012

Odcinek 488: Maria Herbert, 1957 rok

List Marii Herbert do syna, Zbigniewa

Sopot, 22 października 1957 roku
Maria i Bolesław Herbertowie z dziećmi i służącą.
Kochany nasz Syneczku
Wraz z najlepszymi życzeniami urodzinowymi posyłamy Ci trochę prezencików w postaci słownika, maszynki do golenia, serwetki, której nie potrzeba prać; jedną owalną na etażerkę na górną półkę, jedna na stół pod flakon - niech będzie ładnie. Ta weretka [w gwarze lwowskiej: płótno, narzuta, płachta] przyda się do łazienki przy wannie, żeby bosą nogą nie stąpać po kąpieli; myślę, że możesz ją podwójnie zeszyć. Pierze się ładnie, mam taką u mnie; no i [przesyłam] trochę ulubionych słoniaków. Herbatę, kawę, sardynki dla Tadzia jako prezent imieninowy, pewnie wpadniesz do Niego w dniu jego święta, dla Halinki czekoladkę, dla Fafki książeczkę. Wczoraj dostaliśmy przykrą wiadomość przez telefon, że babcia Żebrowska zakończyła życie. Bardzo mi żal, miałam do niej dużo sentymentu jako do b[ardzo] dzielnej Matki. Posyłam Ci również list p. Zdybalskiej, są dla Ciebie cenne rady. Adres do niej: Kraków ul. Felicjanek 4/9. Znajomy mój miał 5 tysięcy franków, żądał 500 zł, dawaliśmy 350 - nie chciał. Ojciec uważał, że za dużo i nie kupiliśmy. U nas wszystko dobrze, mimo szalejącej grypy, jesteśmy zdrowi. Ojciec zaczął wykłady, roboty ma huk. Z moim wyjazdem nic, kazali mi napisać podanie o przyspieszenie. [...] Nie wiem, czy warto w zimie jechać - myślę, że z wiosną, jak będzie trochę cieplej, bo chcę dużo zobaczyć, chodzić, chodzić z oczyma szeroko otwartymi i patrzyć.
Całujemy ściskamy jak najserdeczniej
Matka z Taciem
Zbigniew Herbert, Korespondencja rodzinna, red. Agnieszka Kramkowska-Dąbrowska, Gaudium 2008, s. 62-63.
Wiersz Zbigniewa Herberta

Matka
Upadł jej z kolan kłębek włóczki.
Rozwijał się w pośpiechu i uciekał na oślep.
Trzymała początek życia.
Owijała na palec serdeczny jak pierścionek, chciała uchronić.
Toczył się po ostrych pochyłościach, czasem piął się pod górę.
Przychodził splątany i milczał.
Nigdy już nie powróci na słodki tron jej kolan.
Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto

niedziela, 21 października 2012

Odcinek 487: Pomarańczowa Alternatywa, 1988 rok


Fragment informacji dziennej przesłanej do dyżurnego operacyjnego ministra spraw wewnętrznych w Warszawie dotyczący happeningu pod hasłem „Mieszkanko na Świdnickiej”, tajne

Wrocław, 21 października 1988 roku
Dyżurny operacyjny ministra spraw wewnętrznych

Warszawa
Informacja dzienna
dot. sytuacji w województwie wrocławskim w dniu 21 października 1988 r.

[...] Inne wydarzenia

W dniu 21 bm. o godz. 15.50 aktyw nielegalnego ugrupowania Pomarańczowa Alternatywa zorganizował we Wrocławiu przy przejściu podziemnym przy ul. Świdnickiej, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami w ulotkach, kolejny happening pt. „Mata-Hata”.
Pod zegarem przy przejściu grupa ok. 50 osób rozpoczęła ustawianie tekturowej makiety mieszkania wraz z wyposażeniem na powierzchni ok. 25 m kw. Wyposażenie dowieźli samochodem ciężarowym marki Mercedes (bagażówka) nr rej. WOA 24-09, kierowanym przez Romana Karasia. M.in. przywieziono kuchnię gazową, wannę, stolik turystyczny, krzesła, aparat telefoniczny itp. Do godz. 16.15 liczba aktywnych uczestników imprezy wzrosła do ok. 100 osób, którym przyglądało się od 300 do 500 widzów. Po „zbudowaniu domu” rozpoczęli zabawę, grali na gitarach, trąbkach, bębenkach i śpiewali piosenki turystyczne. Rozwinęli transparent z następującymi hasłami: „Spokojna starość na ul. Świdnickiej”, „Ryż naszą szansą”, „Komuniści oddajcie mieszkania”, „Miecz dla generała do harakiri”, „Sposób na dobrobyt – nic nie jeść, mieszkać na ulicy, pracować 365 dni w roku”. Wznoszono okrzyki: „Gdzie jest milicja”, „Chodźcie z nami”, „Rewolucja krasnali”, „Mieczysław”.
Ok. godz. 16.30 rozebrali makietę „domu” i sformowali pochód, który udał się do Rynku. Po drodze wznosili podane wyżej hasła i śpiewali. Pochód po okrążeniu Rynku zatrzymał się przy pomniku A[leksandra] Fredry, Waldemar Fydrych i Krzysztof Jakubczak udekorowali go czerwoną chustą, rozpalili trzy znicze nagrobkowe i umieścili transparent z napisem „Spokojna starość na ul. Świdnickiej”. O godz. 17.00 pochód wrócił w rejon przejścia podziemnego przy ul. Świdnickiej, gdzie po 10 minutach ukazał się transparent z napisem „Koniec imprezy”. Po okrzykach „Do widzenia” zebrani rozchodzili się, zabierając ze sobą rekwizyty. [...]
W trakcie imprezy nieustalony sprawca rzucił petardę, która oprócz głośnego huku nie wyrządziła żadnych strat. Nie stwierdzono palenia ognisk w rejonie imprezy, o czym wcześniej zapowiadano.
Przebieg happeningu był dokumentowany operacyjnie i filmowany przez ekipę RTV, która przeprowadziła wywiad m.in. z „Majorem”. Bez wcześniejszych uzgodnień zda­rzenie filmowała też ekipa Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu.
Siły porządkowe nie interweniowały. Zapowiedziano następną imprezę na dzień 7 listopada br. pt. „Czerwony marsz”. [...]
Zastępca szefa WUSW ds. SB we Wrocławiu
płk mgr St[anisław] Biernacki
Waldemar "Major" Fydrych podczas jednego z happeningów PA.
Wszyscy proletariusze bądźcie piękni! Pomarańczowa Alternatywa w dokumentach aparatu represji PRL (1987–1989), oprac. Joanna Dardzińska, Krzysztof Dolata, Instytut Pamięci Narodowej 2011, s. 104–105.

sobota, 20 października 2012

Odcinek 486: Tomasz Kajetan Węgierski, 1783 rok

Z dziennika Tomasza Kajetana Węgierskiego

20 października 1783 roku 
Kats-Kill Mountains.
Wstając ujrzałem z mego okna szczyty niebieskich gór albo Kats-Kill Mountains, pokrytych śniegiem; było dość mroźno, jednak pogoda była bardzo piękna i wiatr uspokoił się zupełnie; postanowiliśmy wyruszyć w dalszą podróż i pożegnaliśmy się z naszymi gospodarzami. Żałowałem, że nie mogłem powracać rzeką, ale oprócz tego, że wiatr był przeciwny, nie bylibyśmy mogli znaleźć łodzi. Jedyny sposób podróżowania w tym kraju, gdy się nie ma własnych koni, jest wynajęcie wózków, które robią prawie 40 mil tutejszych albo 13 mil francuskich na dzień; powozy te są bardzo niewygodne, szczególnie kiedy drogi są złe jak teraz; ale możliwym jest znieść takie zmęczenie i myślę, że przez dłuższy czas daje się ono mniej uczuć aniżeli jadąc konno. Można przy pomocy tych wozów przebyć całą Amerykę i dotrzeć do posiadłości najbardziej oddalonych; chociaż oberże na drogach nie są bardzo dobrze umieszczone, jest się zawsze czym pożywić; dobry chleb, świeże masło, kartofle, które są daleko smaczniejsze od europejskich, a często nawet dobra baranina stanowią doskonałe posiłki, gdy się jest trzęsionym i gdy się pościło przez cały ranek. Spotyka się często zajazdy, które mają łóżka, ale najpewniej jest mieć materac i kołdrę ze sobą. Świeża słoma tworzy posłanie daleko wygodniejsze niż stare łóżko, po większej części napełnione robactwem i nigdy dość czyste, by przyprawić podróżującego o zupełny spokój. [...]
Straciliśmy z oczu rzekę o dwie mile od Esopus i minęliśmy lasy hrabstwa Rhinebeck; w całej rozciągłości tego kraju nie ma nic do zauważenia oprócz tego, że jego mieszkańcy są wszyscy Niemcami albo Holendrami; mówią oni złą angielszczyzną, a ich wymowa jest całkiem cudzoziemską. Spotkaliśmy na naszej drodze prawie tyle kościołów co teraz i spostrzegliśmy, że tutejsi mieszkańcy są lepszymi nabożnisiami niż rolnikami. W ogóle powiat ten jest źle uprawiany i lasy są niszczone w taki sposób, że wkrótce da się odczuć bardzo ich brak. Gdy chcą eksploatować mórg ziemi, podpalają las, który go pokrywa; wiele drzew nosi jeszcze nacięcia, które im robią, aby wydobyć żywicę, z której wyrabiają następnie smołę i dziegieć. Wszystkie ogrodzenia są zrobione z budulca, a nieroztropna rozrzutność panuje w sposobie ich budowania. Toteż nie spostrzegliśmy na przestrzeni 12 mil stu drzew okazałej wielkości. [...]

Cyt. za: Ameryka w pamiętnikach Polaków, oprac. Bogdan Grzeloński, Wydawnictwo Interpress 1975, s. 20-21.

piątek, 19 października 2012

Odcinek 485: Halina Poświatowska, 1966 rok

List Haliny Poświatowskiej do Jana Adamskiego

Paryż, 19 pażdziernika 1966 roku
Halina Poświatowska.
Jaś kochany,
Znowu byłam w dwóch ślicznych muzeach, panią z jednorożcem też widziałam [...] to już razem w czterech muzeach, i Dzielnica Łacińska, moja, prawie cała przemaszerowana, to chyba dzielnie jak na tego słabszego z dwóch Kisynów, co? I jeszcze wczoraj nie byłam pewna — a dzisiaj to już wiem, że Kraków jest najpiękniejszym miastem na świecie... Żeby jeszcze klimat miał inny, żeby to taki, jak tutaj, wiesz, wiatr musi przychodzić znad samego oceanu — szeroki taki i tak się nim dobrze oddycha i — to zupełnie dziwne — mogę chodzić, męczę się, ale szybko odpoczywam i łażę dalej. Miły, dobry wiatr...
Jaś — gdzie jesteś? Tęsknię za Tobą i za tym miejscem, gdzie jesteś, dlatego musisz mi powiedzieć, gdzie i jak to jest. Jeszcze ciągle nie ma listu od Ciebie — pewnie nie może jeszcze być — a ja już chodzę koło skrzynki i zaglądam. I czekam tak bardzo i... boję się tego listu, bo jeśli będzie w nim znowu za mało, to co, to co... To nic, nie martw się, Jaś, zapalę jeszcze jedną świeczkę w Notre Damę, przejdę jeszcze jedną, może dwie ulice — usiądę gdzieś sobie, przed czym ładnym usiądę. Z parku za Luwrem przyniosłam sobie dzisiaj liść klonu — ogromny — wisi nad lustrem teraz — na ścianie. Jeszcze ich zostało dużo, szeleszczą i pachną. Smutno jest mi coś — policzyłam dni — jeszcze 40 zostało, „jeszcze czy „już tylko. Nawet tego nie wiem. Całuję Cię [...] —
Halina
Halina Poświatowska, Listy, Wydawnictwo Literackie, 2002, s. 385.

czwartek, 18 października 2012

Odcinek 484: Marian Eile, 1951 rok


List Mariana Eilego, redaktora naczelnego „Przekroju”, do Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego

Kraków, 18 października 1951 roku
Kochany Kocie!
Okładka „Przekroju”
z 14 X 1951 roku.

Masz 100% racji. Bijemy się w piersi, wątrobę, puzon i całą dróbkową perkusję, lecz Helas! Ezop przychodzi zawsze tak późno, że nie mamy czasu po politycznym zadiustowaniu go przysłać Ci (wiersze) do literackiej ogłady. Rozumiem, że poprawianie wierszy jest bezczelnym świństwem, dlatego błagamy, przysyłaj wcześniej, żebyśmy mieli jakiś zapas i żebyśmy mieli jakiś czas do ewentualnego odesłania Ci w celach korekcyjnych. Weź jeszcze pod uwagę, że nikt z nas nie ma serca zatrzymywać tak świetnego materiału i mając do wyboru dwa zła: 1) wydać numer bez Gałczyńskiego lub 2) wydać ze zniekształconym Gałczyńskim, my wybieramy mniejsze zło i wybieramy tę drugą ewentualność. Powtarzamy: gdybyśmy mieli jakieś zapasy, mielibyśmy czas na korespondencję co do pozycji wątpliwych. Co do posiadanych materiałów
to:
a) Kapelusz już wydrukowany bez zniekształceń,
b) Testament Nerudy pójdzie w najbliższym numerze,
c) Komedii możemy wydrukować ew. tylko obszerny fragment, ale jeszcze nie wiem na pewno, w każdym razie nie zaraz. Egzemplarz odeślę, szczegóły podam w następnym liście.
d) Paustowskiego Skrzypiących podłóg nie wykorzystamy. Dlaczego, wyjaśnię Ci ustnie.
e) Co do Wita Stwosza mamy poważne zastrzeżenia: primo – za dużo Matki Boskiej, secundo – (ważniejsze!) zakończenie fragmentu mówiące o obojętności wszystkich Niemców, skoro w XVI wieku byli postępowi, dobrzy Niemcy, którzy cenili ołtarze (widzisz jakie kręte są drogi filozofii politycznej współczesnych gryzipiórków dziennikarskich).
Prośba praktyczna: przyślij inny fragment lub cały poemat, żebyśmy wyboru fragmentów mogli dokonać sami. Przysięgam na Srebrną Natalię i zielone sztandary, że samowolnie w tym poemacie niczego nie zmienimy.
Jeszcze raz przypominam, że nie chcielibyśmy opuszczać Ezopów, które się świetnie przyjmują na stałą rubrykę. Przyciśnij pasa, zrób z miejsca ze trzy sztuki, żeby te, w których będą wątpliwości, mieliśmy czas posłać Ci do ew. zmiany.
Całujemy w lutnię, lirę i pegazy
Marian E.
Pozdrowienia dla Czarodzieja. Korespondencja K.I. Gałczyńskiego, oprac. Kira Gałczyńska, Świat Książki 2005, s. 82–83.