niedziela, 30 września 2012

Odcinek 466: Odo Bujwid, 1939 rok


Z pamiętnika Odona Bujwida

30 września 1939, sobota
Może zakończyć moje codzienne pisanie, bo przecież teraz popłynie szare, gorzej, czarne życie swym nowym, strasznym korytem. Myśli coraz czarniejsze, bo rzeczywistość nie pozwala na inne. Słońce ostatniego września pogodne, z lekkim, ale już dokuczliwym przymrozkiem, niby to samo, a jakże inne po 20 latach. Niewola pod germańskim batogiem, pod codzienną groźbą utraty wszystkich praw kulturalnego człowieka. Jednostka tylko fizyczna, nie mogąca samodzielnie myśleć i działać, związana pętami niewoli, przecież to nie do zniesienia po tak cudnych złudach ostatnich kilkunastu lat. [...] Trzeba będzie zamknąć te kartki i zacząć wegetować i więdnąć jak roślina bez korzeni.
Kraków, wrzesień 1939 roku.

Do ostatnich czasów łudziłem się jeszcze. Co za naiwność i starcze zniedołężnienie. Podtrzymywałem niby istnienie Zakładu, który nie jest bez pożytku. Ta jedna myśl daje trochę ukojenia, ale jakże niewielką odrobinę wobec ogromu nieszczęścia, jakie się zwaliło na naród. Czy nie błyśnie już żadna nadzieja? Czy wolno myśleć o nadziei, gdy się nic nie zrobiło, ażeby stworzyć należycie zorganizowaną siłę? „Silni, zwarci, gotowi!” – frazes, który strasznie pomścił się na narodzie. „Siłę odeprzemy siłą!” – a po miesiącu beznadziejnej walki leżymy na obie łopatki. To są jednak błędy nie do darowania. Nie dorośliśmy do zadania. Za łatwo przyszła niepodległość.

Kraj ogarnięty paniką, wywołaną celowo przez nagły nalot samolotów, według doskonale obmyślonego planu przeciwnika, nie stawia oporu, aż dopiero pod koniec. Kraków oddany bez walki. Armia lubelska poddaje się, dopiero później zaczyna się opór pod Kutnem i Warszawą, która wreszcie, po bohaterskim oporze, musi ulec. Trzyma się jeszcze Modlin. Osłabia to przeciwnika, który wysłał duże siły na front polski. Szkoda tylko, że pogoda sprzyjała wrogowi przez cały czas, ale niewątpliwie dużo siły zużył on przez ten miesiąc. Świat walczy o swe prawa, nie może ustać w tej walce. Nie o Polskę tu chodzi, ale o hegemonię teutońską nad Europą. Jeżeli świat to zrozumie, to nasza sprawa nie jest jeszcze przegrana.
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 164.

sobota, 29 września 2012

Odcinek 465: Johann Wolfgang Goethe, 1786 rok

Z dziennika Johanna Wolfganga Goethego

29 września 1786 roku, świętego Michała Archanioła, wieczorem
Goethe w Wenecji, mal. Ernst Pickardt.
Tyle już o Wenecji mówiono i pisano, że oszczędzę sobie rozwlekłych opisów. Ograniczę się do pierwszych wrażeń. I oto znowu najbardziej uderzającym zjawiskiem okazał się lud, ta wielka masa, wiodąca żywot w narzuconych jej warunkach.
Ludzie, którzy szukali schronienia na tych wyspach, nie robili tego dla zabawy, ci zaś, którzy potem zdecydowali się pójść w ich ślady, nie kierowali się kaprysem. Twarda konieczność wskazywała, że bezpieczeństwa należy szukać w najmniej korzystnym położeniu. [...] Woda stała się dla nich ulicą, placem, promenadą. Wenecjanin musiał stać się nowym gatunkiem ludzkim, tak jak Wenecja stała się miastem, którego z niczym innym poza nią samą nie można porównać. Canal Grande wijący się przez miasto jak wąż nie ustępuje żadnej ulicy na świecie i żaden plac nie wytrzymuje porównania z wielką taflą wody przed placem Świętego Marka, którą z jednej strony zamyka półksiężycem sama Wenecja. [...]
Natychmiast po kolacji wybiegłem na miasto, by na wstępie zdobyć jakieś ogólne wrażenia całości. Bez przewodnika, orientując się tylko według stron świata, dałem nura w labirynt miasta. Choć pocięte całe kanałami i kanalikami, połączone jest mostami i mostkami. Takiej ciasnoty nie może sobie przedstawić ktoś, kto tego nie widział na własne oczy. Szerokość ulicy można z reguły wymierzyć rozkładając ręce. w najwęższych uliczkach wystarczy podeprzeć się pod boki, by łokciami otrzeć się o mury. Zdarzają się jednak ulice szersze, a nawet tu i ówdzie małe placyki, ale ciasno jest właściwie wszędzie.
Bez trudu trafiłem nad Canal Grande i na główny most Rialto, będący jednym przęsłem z białego marmuru. Wspaniały jest widok z mostu. Na kanale rój statków, które wszystko, co miastu jest potrzebne, przywożą ze stałego lądu, tu właśnie przybijają i są wyładowywane. Między nimi mrowie gondoli. Dziś, jako że to świętego Michała, roztaczał się przed moimi oczami cudownie ożywiony obraz; po to jednak, by go opisać, muszę zacząć od rzeczy odległych.
Wenecjanki.
Dwie główne części miasta przedzielone przez Canal Grande łączy jeden tylko most, Rialto, są jednak poza tym barki, które przewożą ludzi w ustalonych miejscach. Dziś wyglądało to szczególnie ładnie: wystrojone kobiety w czarnych welonach przeprawiały się na drugą stronę kanału w drodze do kościoła pod wezwaniem Michała Archanioła, którego uroczystość przypada na dzień dzisiejszy. Przeniosłem się z mostu na jedną z tych przystani, by z bliska przypatrzeć się schodzącym z promu kobietom. Dostrzegłem kilka ślicznych twarzyczek i zgrabnych postaci.
Kiedy poczułem zmęczenie, wsiadłem do gondoli i wypłynąłem z ciasnych uliczek, by obejrzeć widowisko z przeciwnego brzegu. Przepłynąłem północną część Canal Grande i okrążając wyspę Santa Chiara przez laguny i kanał delia Giudecca, dotarłem do placu Świętego Marka. Rozparty w gondoli poczułem się, jak każdy Wenecjanin, gdy tylko wsiądzie do gondoli, współwładcą Adriatyku. Z wielką rewerencją wspominałem mego zacnego ojca, który z największą przyjemnością rozprawiał na podobne tematy. Czyżby i mnie to czekało? Wszystko wokół mnie jest dostojne; jest wielkim, budzącym szacunek dziełem zbiorowego wysiłku, wspaniałym pomnikiem wystawionym całemu ludowi, a nie jednemu tylko władcy. I chociaż laguny wypełniają się z wolna mułem i nad bagnami unoszą trujące opary, choć handel Wenecji podupada i jej potęga przemija, z niezmienną i niczym nie zmniejszoną czcią będziemy myśleli o tej republice. Wenecja, jak wszystko, co ogarniamy zmysłami, podlega władzy czasu.
Wenecja.
Johann Wolfgang Goethe, Podróż włoska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, tłum. Henryk Krzeczkowski, s. 60-61.

piątek, 28 września 2012

Odcinek 464: George Sand, 1845 rok

List George Sand do Eugene'a Delacroix

[Nohant], 28 września [18]45 roku
Crozant.
[...] Crozant, o którym Panu mówiłam, jest piękne, choć małe w porównaniu ze Szwajcarią i Pirenejami. Jeździmy tam co roku i właśnie stamtąd wróciliśmy. [...] Pociąga nas w tych wyprawach zmęczenie i niebezpieczeństwo, bo nie ma tam dróg ani mostów, co nie przeszkadza nam przebywać powozem przepaści i rwących strumieni; kiedy Pan w Pirenejach podróżuje wśród chaosu piękną drogą pocztową, my tu z całą śmiałością przemierzając dzień po dniu landy i parowy, zdani na własne zapasy, grzejąc kawę w szczerym pustkowiu na ogniu z suchych gałęzi i liści, stawiając czoło deszczom i burzom, okryci kozimi skórami, pędząc w ten sposób przez kilka dni życie prawdziwie cygańskie. Wracamy opaleni na brąz, ze wzmocnionym zdrowiem i większą energią, i zapewniam Pana, że dla wyrobników niemłodych już i zużytych, jak Pan i ja, nie ma lepszego lekarstwa dla ciała i ducha. Otwarty powóz z twardymi siedzeniami, potężne podmuchy w plecy, uderzenia słońca na jałowych skałach, niewygodne twarde posłania, byle jakie jedzenie, stopy w wodzie lub w parzącym piasku, i niech żyje Papet! bo ten niezrównany lekarz słusznie twierdzi, że trzeba zażywać powietrza w każdej porze, również w niepogodę, która tylko w pierwszych godzinach zaszkodzić może słabym jak my roślinom. Nawet Chopin znosi to wszystko i wraca wzmocniony, a ja i moje dzieci zawsze czuliśmy się potem doskonale. [...]
Dzieci, Chopin, który powrócił w dobrym zdrowiu, i Polit, który nie przestał być wołem, przesyłają Panu tysiące prawdziwych czułości.
G. Sand
Korespondencja Fryderyka Chopina z George Sand i z jej dziećmi, red. Zbigniew Skowron, tłum. Julia Hartwig i Zofia Jędrzejewska-Waszczuk, Narodowy Instytut Fryderyka Chopina i Państwowy Instytut Wydawniczy 2010, s. 450.

czwartek, 27 września 2012

Odcinek 463: Samuel Pepys, 1662 rok


Z dziennika Samuela Pepysa

27 września 1662 roku
Podsłuchująca służąca,
mal. Nicholaes Maes, 1657 rok.
Dzisiaj wieczorem powróciła moja żona z dziewką służebną i psem, wszyscy w dobrym zdrowiu, a żona potłuściała. Bardzo rad ją ujrzałem, a po kolacji do łóżka i cieszyłem się nią z wielkim obojga zadowoleniem i wzajemną miłością; rano jeno postrzegłem, że była tam jakaś zwada moich rodziców z żoną, ale mam nadzieję, że to minęło, a widzę, że żona polubiła Brampton, dom, i całą miejscowość bardziej nawet niż ja. Podobno Milord i Milady z wielką byli dla żony czułością, a kapitan Ferrers taki był czuły, aż jestem o niego trochę zazdrosny, ale ja znam te maniery kapitana Ferrersa i wiem, że nic w tym nie ma. Żona mówi, że nasza sprawa ze stryjem Tomaszem niebawem będzie sądzona, co szkoda, bo nie mam teraz ochoty wyjeżdżać z miasta.
Dziennik Samuela Pepysa, t. 1, tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 259.

środa, 26 września 2012

Odcinek 462: Leopold Staff, 1934 rok

Wpis Leopolda Staffa w Księdze gości Janiny i Ludwika Hieronima Morstinów


26 września 1934 roku

Pszenno-źrała niedziela, 
Jak miedziana morela, 
Brzoskwinia malowana 
I róża herbaciana.

Pszenica w stawu wodzie 
Odbija się jak w miodzie, 
W lipcu słodkim i sytnym, 
Pod przestworem błękitnym.

Pogoda się zabawia 
W tęczującego pawia, 
A pawiejące rano 
W złotą banię mydlaną.

W tej modro-złotej bani, 
Upojenia otchłani, 
Topię, jak w tęgim winie, 
Morele i brzoskwinie.


Na pamiątkę ślicznej, już dawno skoszonej pszenicy za brzezinkami nad wodą — na odjezdnym 26. IX. 34
Leopold Staff
Leopold Staff, W kręgu literackich przyjaźni. Listy, oprac. Jadwiga Czachowska, Irena Maciejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1966, s. 536-537.

wtorek, 25 września 2012

Odcinek 461: Ingeborg Bachmann, 1951 rok

Niewysłany list Ingeborg Bachmann do Paula Celan

Wiedeń, 25 września 1951 roku
Ingeborg Bachmann i Paul Celan.
Drogi Paulu,
W najbliższych dniach chcę odesłać Ci pierścionek, który dałeś mi zeszłego roku; nie jestem tylko pewna, czy mogę [go] zwyczajnie powierzyć poczcie, czy też odczekać, aż ktoś będzie jechał do Paryża. Jak tylko się dowiem, napiszę, czy mogę obrać tę pierwszą, prostszą drogę.
Najpierw muszę powiedzieć, że teraz wreszcie miałam okazję widzieć się z Nani sam na sam; ujawniło się więc wiele rzeczy, wiele z tego, co bardzo chciałam wiedzieć.
Twoje życzenie, by odzyskać pierścionek, mniej mnie przy tym zaskoczyło niż wspomnienia, jakie z nim wiążesz. Zrozumiałabym przecież, że bardzo zależy Ci na tym, by zachować tę rodzinną pamiątkę i już choćby z tego powodu nie zwlekałabym ani chwili ze zwrotem, na pewno zrozumiałabym wszystko dobrze i nie czułabym się urażona.
A tymczasem z aluzji Nani, zresztą bardzo taktownych, wynikałoby, że któreś z nas, Ty albo ja, ma zmącone wspomnienia o przesłankach tego „podarku”. Podejrzenie pod moim adresem, jakie przy tym żywisz w sercu - a także wypowiadasz wobec Nani - wydaje mi się tak potworne, że teraz, dwa dni po tym, jak się o tym dowiedziałam, trudno mi zdobyć się na jasną myśl i nie okazywać ogarniającej mnie goryczy i rozpaczy.
Paulu, czy naprawdę sądzisz, że mogłam ten pierścionek, którego historię znałam - a ta historia jest dla mnie święta, i przy wszystkich zarzutach, jakie mi czyniłeś, tego przecież nie mogłeś mi zarzucać - przywłaszczyć sobie przez kaprys, bo go zobaczyłam i spodobał mi się? Nie zamierzam się przed Tobą usprawiedliwiać, nie chcę upierać się przy swojej racji, bo tu nie chodzi, w każdym razie z mojej strony, o Ciebie i o mnie - tylko o to, czy to, co sobą przedstawiam, może ostać się wobec tego, co przedstawia sobą ten pierścionek. I mogę Ci tylko powiedzieć, że wobec zmarłych, którzy ten pierścionek nosili, mam czyste sumienie. Przyjęłam go i nosiłam albo przechowywałam jako dar od Ciebie, zawsze ze świadomością jego znaczenia.
Dziś wiele rzeczy rozumiem lepiej: wiem, że czujesz do mnie odrazę i głęboką nieufność; i żal mi Ciebie - bo nie znajduję żadnej drogi do Twojej nieufności - i nigdy jej nie zrozumiem - żal mi Ciebie, bo żeby przeboleć zawód, musisz tak strasznie, we własnych i w cudzych oczach, niszczyć kogoś, kto Ci ten zawód sprawił.
Że mimo wszystko Cię kocham, to teraz już moja sprawa. W każdym razie nie będę usiłowała, jak Ty, w ten czy w inny sposób, wysuwając takie czy inne pretensje, rozprawić się z Tobą, zapomnieć o Tobie albo wyrzucić Cię z mego serca; dziś wiem, że może nigdy się z tym nie uporam, a jednak nie utracę nic z mojej dumy, i Ty będziesz kiedyś dumny, że nii1 niepokoją Cię już myśli o mnie, jak myśli o czymś bardzo złym.

Nie zapomnij, proszę, dać mi znać w sprawie wierszy; nie chciałabym, żeby nasze inne ustalenia ucierpiały wskutek naszych osobistych starć.  
Ingeborg Bachmann, Paul Celan, Czas serca. Listy, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Wydawnictwo a5 2010, s. 31-32.

poniedziałek, 24 września 2012

Odcinek 460: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

USMS „Philadelphia”, piątek 24 września 1920 roku

Wojciech Kossak, Autoportret.
Czas cudowny, za nami wschód słońca, obym ku temu wschodowi, ku brzegom Francji ukochanej jak najprędzej jechał. Przed nami jeszcze pustynia morska, ale już widać wielkie steamery dążące i z Kadyksu, i z Wysp Azorskich, i z Afryki, inne z Gdańska i Kopenhagi ku New Yorkowi. Już można doku­menty lądowania odbierać, pojutrze będziemy ponoć na pewne.
Stanowczo za drugim razem zabieram Jurka [syn] ze sobą, samotność dla mnie jest chorobą, zanadto jestem towarzyskim stworzeniem. [...] Zaraz się [w Nowym Jorku] biorę do roboty, a równocześnie się rozglądnę, jak mądrze do rzeczy się zabrać. Listów polecających do wybitnych Amerykanów mam moc. Ceny od razu będę wysokie stawiał, inaczej nie warto byłoby tyle zachodu.
[...] Naturalnie, że taki tydzień samotności daje rzadkie (szczególniej mnie, co ciągle coś musi robić) pole do refleksji. Toteż między nimi jeden jest pewnik, do którego doszedłem, że moja podróż i moje przedsięwzięcie, jakkolwiek wypadnie, było konieczne. U nas będzie teraz kryzys finansowa i zastój.
Puściło się tych na gwałt robionych rzeczy moc. Przy tym już wszyscy z mojej Ameryki zaczynali żartować. A przede wszystkim miałbym zawsze ten wyrzut sumienia na ostatnie lata, że nie wykorzystałem tych koniunktur nadzwyczajnych. Pomyśl sobie, Momo drogie, że może nam Pan Bóg pozwoli jeszcze z kilkanaście lat pożyć i że możemy ich dokonać w warunkach takich, że nam starość osłodzą. Ponieważ od Paryża ani kropli wina ani wódki nie miałem w ustach, więc mi wszelkie plamy z pyska z przeproszeniem zeszły i czuję się, na psa urok, szalenie zdrowym. Żeby Coco [syn Jerzy] chciał się tą prawdą przejąć i Magdusia także ze względu na cerę. Zupełnie zbyteczne jako żywo.
Kontent jestem, że wypłynąłem na wielkie wody, czuję w sobie zapas energii i siły dostateczny, tylko mądrze lawirować pomiędzy wszystkimi grupami Polaków, z Amerykanami to już łatwiej, ze wszystkimi być równie dobrze, a z nikim za dobrze. Ciekawym, co ta Styka ma na myśli, pewnie jakiś wielki batalistyczny obraz amerykański, żeby to nie była taka kanalia, nie widziałem go wcale.
[...] Pójdę trochę na słońce na pokład, cudowny czas, nie myślałem, że Ocean może przez cały tydzień być taki grzeczny.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 232–234.

niedziela, 23 września 2012

Odcinek 459: Stefan Starzyński, 1939 rok

Przemówienie radiowe prezydenta Stefana Starzyńskiego do mieszkańców Warszawy


23 września 1939 roku
Stefan Starzyński.


Chciałem, by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka będzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice wielkiej Warszawy przyszłości. I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczaliśmy. Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś widzę wielką Warszawę. Gdy teraz do was mówię, widzę ją przez okna w całej wielkości i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną płomieniami ognia, wspaniałą, niezniszczalną, wielka, walczącą Warszawę. I choć tam, gdzie miały być wspaniałe sierocińce – gruzy leżą, choć tam, gdzie miały byc parki – dziś są barykady gęsto trupami pokryte, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale – nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest u szczytu swej wielkości i sławy.

http://www.warszawa1939.pl/strona_bez.php?kod=starzynski_przemowienie



sobota, 22 września 2012

Odcinek 458: Henryk Sienkiewicz, 1888 rok

List Henryka Sienkiewicza do szwagierki, Jadwigi Janczewskiej
Barcelona, 22 września 1888 roku. Sobota w nocy.
Henryk Sienkiewicz. Fragment obrazu Kazimierza Pochwalskiego.
Wyjechawszy z Cerbere o 12-tej w południe, przybyłem tu dopiero o 8-ej wieczór. Ale naprzód muszę opisać okropne skutki przezorności. Wyjeżdżając z Paryża wahałem się, czy nie kupić rewolweru „na sześć osób”. Koniec końcem nie kupiłem, nabyłem za to irchowy trzos w formie pasa i, włożywszy w niego wszystko, co miałem w papierach, byłem pewny, iż mnie nie okradną. Jakoż nie okradli — bo żeby taki pas ukraść, należałoby pierwej dostać się do wszystkich tych pobrzeżnych miejscowości, których szczupłość dziwiła Dzinkę w Belgii. Miałem prócz tego kilkaset franków w złocie, także dobrze zachowanych — i wreszcie duży pugilares w bocznej zapinanej na guziki kieszeni surduta, w którym to pugilaresie był l rubel i 5 guldenów, pasport, książeczka legitymacyjna, lista książek pożyczonych od Gieysztora i Lasockiego, i parę kart wizytowych. Otóż, minąwszy Portbou, gdzie jest granica i rewizja, nie znalazłem ani guzika, ani pugilaresu. Tłok tam był wielki, i pewno mi ukradziono — a moja wina, bo, nie mając tam pieniędzy, nie zwracałem dość uwagi na pugilares. Przez całą drogę nie byłem zupełnie pewny, czy tam nie znajdowało się 400 franków w biletach stufrankowych, ale za przybyciem do Barcelony i po rewizji trzosa pokazało się, że nie — i że pieniądze w porządku.
Jaka droga okropna! Sto kilkadziesiąt kilometrów w ciągu 8 godzin! A obiecywano w Cerbere, że przyjedziemy do Barcelony o czwartej z czymś. W wagonie tłok. Trzech Marsylczyków, para Hiszpanów z dzieckiem i służąca — i ja. Służąca miała morską chorobę; małoletni Hiszpan, najwyżej roczny, tylko co nie dał się we znaki moim butom; Hiszpanka karmiła go kilkakrotnie bez ceremonii, a raczej z ceremonią, bo pytając za każdym razem, czy to obecnym nie robi różnicy. Była zresztą młoda, przystojna dość, bardzo gadatliwa i mówiąca okropną francuszczyzną z niesłychanym tupetem. Zapowiedziała z góry, że Barcelona jest najpiękniejszym, a przynajmniej jednym z najpiękniejszych miast na świecie i że z powodu nadchodzących uroczystości czekają cudzoziemców niesłychane dziwy. Pokazało się, że prawda. Wypadają święta Nuestra Senora de Merced, patronki miasta, będą nadzwyczajne procesje, zjazd z całej Hiszpanii — walki byków jutro! Poszedłbym, ale w hotelu nie obiecano biletów, choć chciałem dopłacić. Zaręczono, że dostanę na pojutrze.
Barcelona, ulica Rambla de las Flores, 1888 rok.
Ambaras miałem, przyjechawszy. Zjazd cudzoziemców i krajowców niepamiętny. Cała południowa Francja zjechała na Toros [walki byków], które z powodu wystawy są świetniejsze niż zwykle. Miejsca nigdzie. Zapowiadała nam to już Hiszpanka w wagonie. Dałem się zawieźć, jak dziecko, jakiemuś człowiekowi w jakieś zaułki, gorsze od londyńskich, ciasne tak, że dorożka ledwie mogła przejechać, ciemne, puste już o ósmej wieczór. Wziąłem w rękę tę moją ciężką laskę i przyrzekłem sobie święcie machać nią bardzo lekko w razie potrzeby. Zawieziono mnie wreszcie do jakiejś casa de Huespedes [pensjonat]. Szedłem po schodach wąskich i źle oświeconych, na koniec pod strychem, po dłuższym dzwonieniu, otworzyła jakaś baba w koszuli, mieszkanie zupełnie ciemne. Rozgniewałem się i nie chciałem wejść. Nie dałem nic temu, co mnie przywiózł, i kazałem się wieźć na Rambla, tj. wielką tutejszą ulicę. Nigdzie nic! Po wielu peregrynacjach znalazłem literalnie kajutę w Hotel de Francia Castillia, na ulicy San-Juan. Ulica dość podła, hotel także, ale przynajmniej hotel, i wiem, że mi nie przetną gardła w nocy. Była dziewiąta, zjadłem obiad, umówiłem się o cenę, wziąłem interpreta [tłumacza] i kazałem się prowadzić po mieście. Interpretem jest mały garbusek, Portugalczyk, o twarzy inteligentnej. Ten zaczął od wymyślania na Hiszpanów i Hiszpanię, zresztą informował mnie dobrze i opowiadał ciekawe rzeczy, zwłaszcza o Marocco, gdzie także  był interpretem w Tangerze. Wyszliśmy  na Rambla.   Ulica   wysadzona  drzewami, co  piętnaście kroków łuk, nabity gazowymi lampami — od łuku do łuku po bokach lampa przy lampie. Prócz tego elektryczność. Środkiem promenada, na której tłumy żołnierzy, cywilizowanych, kobiet w mantylach, kobiet w strojach cywilnych, studentów, ludu w czerwonych czapkach i kobiet z ludu z odkrytymi głowami. Twarze niebrzydkie, wesołe, jasne od elektryczności i jasne od dobrego humoru, który daje nadzieja uroczystości. Bokami idą woły w czerwonych kapach z dzwonkami. To już czysto hiszpańskie! [...]
Wystawa światowa w Barcelonie, 1888 rok.
Jedna rzecz mniej mnie zachwyciła. Oto, wnosząc z wrażeń mego nosa i słów garbuska, miasto jest brudne, ale to tak brudne, nie wyłączając Rambli z jej milionami lamp, że przypomniał mi się ten oficer, który to wynajął mieszkanie w ojca domu: „Nużnik [wychodek] — ja sowierszenno ponimaju, no eto chuże nużnika.” Portugalczyk utrzymuje, że wszędzie to samo — i dziwi się nieprzyjemnie, że cholery nie ma w tym roku...
Vederemo [zobaczymy]! Tymczasem trzeba iść spać. Jutro muszę rano zatelegrafować do Cerbere, czy czasem tam nie został pugilares, bo mi chodzi o pasport. Mała nadzieja, ale nuż? A w takim razie odeślą, bo pieniędzy nie znajdą — dalej będę w konsulacie rosyjskim, żeby mi powiedzieli, co robić ma ten, który straci pasport. W Portbou zawiadomiłem zaraz szefa stacji i żandarmów, ale jeśli złodziej pojechał — na co to się przyda? Sam nie wiem, czy nie lepiej było ogłosić 25 fr. nagrody „dla znalazcy”.
Rano chciałbym także obejrzeć katedrę, która jest bardzo sławna i starożytna. Walka byków zaczyna się o 3-ciej po południu. Jest czterech najsławniejszych espada z całej Hiszpanii — i król ich, niejaki Frascuello, który jeździ własnym powozem i znaczy więcej od ministrów. Każdy espada występuje na czczo, żeby na wypadek ciężkiej rany mógł przyjąć Komunię. Ale jeśli wychodzi zdrowo, to idzie nie do kościoła, tylko do swojej donny. Taki już kraj. Mała nadzieja, żebym jutro mógł zobaczyć tego wielkiego człowieka....
Stąd wyruszę za parę dni i będę spiesznie objeżdżał południe, żeby prędzej stanąć w Madrycie...
Henryk Sienkiewicz, Listy, oprac. Maria Bokszczanin, Państwowy Instytut Wydawniczy 1996, t. II, cz. 1,  s. 574-577.

piątek, 21 września 2012

Odcinek 457: Jan Matejko, 1867 rok

List Jana Matejki do żony, Teodory

Paryż, 21 września 1867 roku 
Rue Chevreux, Hotel Chevreux Nr 3. 
Portret żony w sukni ślubnej, mal. Jan Matejko.
Moja Najukochańsza Teośko!
Co się dzieje w domu z Tobą i dzieciętami nie wiem nic od tygodnia. Czyście mi zdrowi wszystko Troje najukochańsi na świecie? Jak pragnę listu od Ciebie, Doro, łatwo pojmujesz, nie będę Cię więc: Najdroższa zachęcał do szybkiego doniesienia o sobie i dzieciętach naszych, bo zapewne Sama pośpieszysz z natychmiastowym odpisem.
Mieszkam w pokoju Surmackiego, którego mi ustąpił wyniósłszy się na wyższe piętro, - pod Nr 1, I piętro, pokoik mały z przedpokoikiem jeszcze mniejszym, dosyć miły a nade wszystko niedrogi, na dzień bowiem 1 franka mam płacić prócz czekolady z rana, ceny której jeszcze nie wiem. Ulica i Hotel Chevreux Nr 3, Paris. Dziś rana przed 6tą stanęliśmy z Oleszczyńskim w Paryżu. Musiałem z nim jechać na Saint Jacques, gdzie mieszka. Żądał tego. Poznałem panią Oleszczyńską a raczej byłem Jej przedstawiony - kobieta to prosta ale znać poczciwa, trochę wygląda na kaprala; nie trzyma sługi, zastaliśmy ją właśnie wracającą z miasta z blaszanem naczyniem ze śmietaną. Przywitanie małżonków wcale jowialne mi się zdało, poczem zaproszony na górę tj. na 3 piętro na kawę zapowiedzianą dobrą, co rzeczywiście się sprawdziło. Pani rozumiejąc, żem kawalerem, na wstępie przyniosła niby pokazując mężowi portret rysowany swojej córki i położyła na stoliku przede mną. Schowała go jednakże natychmiast dowiedziawszy się (z pewnym niezadowoleniem), żem żonaty i ojcem dwojga dzieci. Śmiałem się w duchu z źle ukrytego zawodu głupiej jakiejś rachuby, wiedziała bowiem o przyjeździe, gdyż jej pisał już o tem Oleszczyński stary. Pewnego rodzaju wstręt wzmógł się we mnie za przyjściem syna Alberta niby to Polaka a w rzeczy Francuza z całym zasobem pogardy właściwej frankopolakom dla wszystkiego co polskie lub obce Francji. Zresztą jakieś dziwne, może tu legalizowane lekceważenie ojca nie usposobiło mnie dla niego. Jakieś zimno wieje w tym domu mimo dość zręcznego w Starym zacierania i omamień. Nie wiem jakiej nam Pan Bóg dozwoli w przyszłości pociechy z. dzieci doznawać, ale zdaje mi się, że nie potrafiłbym znieść takiego lub podobnego stanowiska. Starego szczerze mi żal było, (choć zapewne i sam poniekąd winien wszystkiemu) — trza było widzieć jak oboje matka i syn spoglądali z pogardą na dary przywiezione przez ojca, cieszącego się naprawdę jak stare dziecko z sera polskiego i placka zeschłego od Niedzielskich, zresztą na wszystko, co nazwoził w niemałej liczbie. Zapraszali mnie, by wziąć pokój w tym samym domu czyli hotelu, gdzie mieszkają sami, alem się wywinął już najętym przez Surmackiego. Zaproszonym na jutro na obiad koło 5. Wcale mi to nie na rękę, wolałbym bowiem swobodę całodniową, ale cóż robić, trza iść.
Żałowałem później bardzo ustępu w liście ze Strasburga datowanym o pójściu na wieżę, domyślając się obaw Twoich Doro o zdrowie moje. Dziś jednak, kiedym szczęśliwie zszedł z samego szczytu wieży strasburskiego tumu, muszę Ci donieść, że Twój Jasiek, moja ukochana Ośko, wisiał jak pająk w legendzie Twardowskiego między niebem a ziemią. — Kto widział choć z dołu t.j. ze szczytu kościelnej płaszczyzny ową drogę do nieba, przypominającą drabinę Jakuba pod koronę wieży, a dowie się, że tam w górze moje imię wyskrobane, ten powie: człowiekowi temu pewno duma z dziwną wiarą iść kazała. Wierz mi, Teośko moja, żem wpośród drogi myślał o Tobie i dzieciach, nawet chwilą zawahałem się i zejść chciałem: było mi bowiem tak ciasno, tak serce biło — jednak pomyślałem: Matka Boża nas broni — czemu miałabyś samą z dzieciętami zostać?! Wreszcie chodziło mi także trochę o dopięcie zamiaru, spotkaliśmy bowiem w 3. kondygnacji schodzącego jakiegoś młodego — później dowiedzieliśmy się — Amerykanina, któren mnie mierzył okiem i wątpił w odwagę moją. Zapewne dzieciństwem taka próżność, ale coś zagrało we krwi, co mnie pchnęło w górę. 
Jan Matejko.
Przed tą wyprawą, nie myśląc o niej, byłem w kościele modliłem się za Was bardzo głęboko, a później na szczycie kościoła stojąc obróciłem się twarzą na wschód i błogosławiłem Ciebie Doro i dzieci moje wszystko. Wiem żeś i Ty w tej chwili myślała o mnie, przypomnij sobie, ja godzinę pamiętam, było po 10-ej.
[...] Nudzę Cię może Doro najukochańsza spowiedzią moich czynności ale to natura moja dzielić się wszystkiem z Tobą Najdroższa — przebacz więc a wypłać się wzajemnością szczodrej i rychłą. Z dzieciętami naszemi Ciebie po tysiące razy całuje Teośko najserdeczniej
twój mąż
Jan.
Mamie i Leonardom z dzieciętami pozdrowienia serdeczne.
Dziwnym trafem numer książeczki z biletami do Paryża i na powrót mnie przypadłej, jest rokiem treści obrazu Rejtana 1794 tj. ostatniego rozbioru Polski... Cóż Ty na to Ośko? traf to czy co więcej? 
Listy Matejki do żony Teodory: 1863-1881 dostępne są w wersji elektronicznej w Krośnieńskiej Bibliotece Cyfrowej.

czwartek, 20 września 2012

Odcinek 456: Edward Śmigły-Rydz, 1939 rok


Ostatni rozkaz marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza do Polskich Sił Zbrojnych

Z terytorium Rumunii, 20 września 1939 r.
Żołnierze!
Marsz. Edward Śmigły-Rydz.

Najazd bolszewicki nastąpił w czasie wykonywania przez wojska naszego manewru, którego celem było skoncentrowanie się w południowo-wschodniej części Polski tak, by mając dla otrzymania zaopatrzenia i materiału wojennego, komunikację i łączność przez Rumunię z Francją i Anglią, móc dalej prowadzić wojnę.
Najazd bolszewicki uniemożliwił wykonanie tego planu.
Wszystkie nasze wojska zdolne do walki były związane działaniem przeciw Niemcom. Uważam, że w tej sytuacji obowiązkiem moim jest uniknąć bezcelowego przelewu krwi w walce z bolszewikami i ratować to, co da się uratować.
Strzały oddane przez K[orpus] O[chrony] P[ogranicza] do bolszewików stwierdziły, że nie oddajemy naszego terytorium dobrowolnie. A ponieważ w pierwszym dniu bolszewicy do naszych oddziałów nie strzelali ani też ich nie rozbrajali, więc sądziłem, że możliwym będzie przez pewien czas wycofać dość dużo wojska na terytorium Węgier i Rumunii. A chciałem to zrobić w tym celu, by móc was następnie przewieźć do Francji i tam organizować armię polską. Chodziło mi o to, by polski żołnierz brał w dalszym ciągu udział w wojnie i by, przy zwycięskim zakończeniu wojny, istniała Armia Polska, która by reprezentowała Polskę i jej interesy.
O tym najważniejszym dziś celu musicie pamiętać. Choćby warunki naszego życia były najcięższe, musicie przetrwać nie zapominając, że jesteście żołnierzami, których obowiązuje dyscyplina i honor żołnierski. Ci, którzy ulegając słabości ducha albo podszeptom obcych agentów, sieją wśród was zwątpienie i chcą w wasze szeregi wprowadzić rozprzężenie, ci ludzie są na usługach wroga.
Trzeba zacisnąć zęby i przerwać. Położenie się zmieni, wojna jeszcze trwa.
Będziecie jeszcze się bić za Polskę i wrócicie do Polski, przynosząc jej zwycięstwo.
Naczelny Wódz
Edward Śmigły-Rydz
Marszałek Polski.
Cyt. za: Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1945, Adam 1992, s. 70–71.

środa, 19 września 2012

Odcinek 455: Bruno Schulz, 1936 rok


List Brunona Schulza do Romany Halpern

Drohobycz, 19 września 1936 roku
Józefina Szelińska, rys. Bruno Schulz.
Proszę mi wybaczyć, że tak późno odpisuję i że odpisuję w całkiem zmienionych warunkach, w których problemy wszczęte w naszej korespondencji uległy dziwnemu przedawnieniu. Sprawy oderwane, którymi zawsze byłem w głębi zajęty, odbiegły ode mnie daleko. Przechodzę bardzo konkretne i ciężkie sprawy osobiste. Moja narzeczona [Józefina Szelińska] (czy Pani wiedziała o jej istnieniu?) chce mnie porzucić, uważa mój powrót do Drohobycza za asumpt do zerwania ze mną kontaktu. Nie mogę jej, niestety, odmówić racji. Zbyt długo na mnie już czeka i marnuje swe dni w samotności i w jałowej pracy w Urzędzie Statystycznym. W mojej awersji do spraw praktycznych zaniedbałem sprawę naszego ślubu, gdy był czas odpowiedni po temu i gdy mnie o to prosiła. Teraz trudności techniczne są jeszcze większe, ale mam wrażenie, że gdyby mi się udało przeprowadzić te formalności – sprawa nie byłaby jeszcze stracona.

Tylko czy Pani ciekawa jest moich spraw prywatnych? Chciała Pani kontaktu z poetą, a znajduje Pani człowieka pogrążonego w sprawach najkonkretniej-życiowych. Niestety, jestem teraz tylko człowiekiem prywatnym, cierpiącym po ludzku, któremu usunięto grunt spod nóg i który nie znajduje sensu w swym życiu. Ona, moja narzeczona, stanowi mój udział w życiu, za jej pośrednictwem jestem człowiekiem, a nie tylko lemurem i koboldem. Ona mnie więcej kocha niż ja ją, ale ja jej więcej potrzebuję do życia. Ona mnie odkupiła swoją miłością zatraconego już prawie i przepadłego na rzecz nieludzkich krain, jałowych Hadesów fantazji. Ona mnie przywróciła życiu i doczesności. To jest najbliższy mi człowiek na ziemi.
Czy Pani wie, że zanim Panią poznałem, chciał mnie p. Szturm skierować do Pani w tej właśnie sprawie, w nadziei, że Pani znajdzie dla mnie jakąś radę. Chodziło właśnie o mój ślub z J[...]. Nie wiem, na czym budował swe nadzieje. Czy Pani ma doświadczenie w zakresie ślubów cywilnych? Czy zechciałaby Pani i mogła coś dla mnie zrobić? Niech Pani wybaczy, że zwracam się z tym do Pani. Przedstawię Pani mój wypadek – może Pani znajdzie dla mnie jakiś ratunek. Byłbym Pani nieskończenie wdzięczny. Niech Pani pozwoli, że przedstawię stan faktyczny:
Moja narzeczona jest katoliczką [...]. Ja zaś nie chcę przyjąć chrztu. Dla niej zrobiłem tylko to ustępstwo, że wystąpiłem z gminy żydowskiej. W tych warunkach możliwy jest ślub tylko według ustawy niemieckiej, obowiązującej w byłym zaborze pruskim, np. w Katowicach. Jak mnie informują, ślub mogą otrzymać tylko zamieszkali przez 3 miesiące na terenie woj. śląskiego. Można obejść tę ustawę przez zameldowanie się pozorne w jakimś mieście śląskim. Czy Pani coś wie o tych sprawach? Czy Pani znany jest ktoś, jakiś adwokat, który podjąłby się przeprowadzenia takiej sprawy? Może Pani zna kogoś, kto niedawno brał ślub cywilny według ustawy niemieckiej? Czy Pani jest w stanie coś dla mnie zrobić?
To są problemy, dookoła których krąży teraz moja myśl. Muszę mieć zapewnioną bliskość i łączność, z J[...] (tak się nazywa moja narzeczona), ażeby móc w ogóle funkcjonować. To jest punkt zerowy, od którego wznoszę się w górę na skali fantazji. Nie mogę teraz nic pisać ani rysować. Czekam z niecierpliwością Pani łaskawej odpowiedzi. Miałem przed paru dniami kartkę od Witkacego.
Bardzo serdecznie Panią pozdrawiam
Bruno Schulz
Drohobycz, 19 IX 1936, Floriańska 10

Bruno Schulz, Księga listów, Wydawnictwo Literackie 1975, s. 80–81.

wtorek, 18 września 2012

Odcinek 454: Władysław Broniewski, 1919 rok


Z dziennika Władysława Broniewskiego

18 września 1919 roku
Od tygodnia miej więcej żyję w jakimś cudownym odrętwieniu, przeżywam może najrozkoszniejsze chwile w życiu. Rozpętanie najskrytszych marzeń, pełne zadowolenie pożądań dała mi kobieta. Ale zacznijmy od początku.
Miasteczkowy doktor szyrwincki K[...] wspomniał kiedyś, że przyjechała jego ukochana siostrzenica, „moja Pipcia najdroższa”. I przyjechała rzeczywiście. Byłem wtedy przez dwa dni w Wilnie. Gdy wróciłem, poddało się dwóch Litwinów z końmi, z których jednego miałem zabrać dla siebie. Dałem tego konia Bukowskiemu i wściekając się, że nie wraca, wyszedłem na spotkanie. Na koniu moim siedziała we własnej osobie „Pipcia” w pieszym towarzystwie Kicińskiego.
Pipcia, tj. pani Zofia Dż[...], żona Ormianina czy Gruzina, który gdzieś przepadł, z domu K[...], zrobiła na mnie dość silne wrażenie swoją urodą. Wysoka, szczupła jak miss angielska, blondynka, umiejąca wszystko nosić z wrodzoną elegancją. Od razu w myślach nazwałem ją „białą lady”. Rozmowa toczyła się mile i wzbudziła od razu wzajemne zainteresowanie. Odtąd spotykaliśmy się dość często. Jeździliśmy konno z początku we troje z Kicińskim, później we dwoje. Z rozmów prowadzonych z nią urobiłem sobie pewne pojęcie o jej bajecznym charakterze: lubi życie i użycie, gardzi wszelkimi ukanonizowanymi pojęciami, mało nawet ceni pozory, lubi się podobać i bawić, lubi ciągnąć za sobą cały sznur wielbicieli, przy tym jest delikatna i subtelna. [...]
Kiedyś „lady” przyznała się, że lubi pić. Zabrałem tedy butelkę wina do kieszeni i pojechaliśmy konno na przejażdżkę. Po drodze mówiłem jej własne wiersze i całowałem po rękach. Wygrałem jakiś zakład a discretion [według własnego uznania] i zażądałem, aby wypiła ze mną „bruderschaft”. Zajechaliśmy gdzieś w gęstwinę i wypiwszy wino, utonęliśmy w pocałunkach słodkich jak nigdy. Odchodziłem prawie od przytomności z rozkoszy. Później nastąpiło to, co zwykle w takich sytuacjach następuje: daliśmy upust wzburzonej krwi...
Rozkoszy pełni i dosytu wracaliśmy o zmroku do Szyrwint. [...]
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s.127–129.

poniedziałek, 17 września 2012

Odcinek 453: Zbigniew Herbert, 1984 rok

Wiersz Zbigniewa Herberta z 1984 roku, dedykowany Józefowi Czapskiemu
17 IX

Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
a droga którą Jaś Małgosia dreptali do szkoły
nie rozstąpi się w przepaść

Rzeki nazbyt leniwe nieskore do potopów
rycerze śpiący w górach będą spali dalej
więc łatwo wejdziesz nieproszony gościu

Ale synowie ziemi nocą się zgromadzą
śmieszni karbonariusze spiskowcy wolności
będą czyścili swoje muzealne bronie
przysięgali na ptaka i na dwa kolory

A potem tak jak zawsze — łuny i wybuchy
malowani chłopcy bezsenni dowódcy
plecaki pełne klęski rude pola chwały
krzepiąca wiedza że jesteśmy — sami

Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźdźco
i da ci sążeń ziemi pod wierzbą — i spokój
by ci co po nas przyjdą uczyli się znowu
najtrudniejszego kunsztu — odpuszczania win
Wojska radzieckie na terytorium Polski, 17 września 1939 r.
Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, oprac. Ryszard Krynicki, Wydawnictwo a5 2008, s. 516.

niedziela, 16 września 2012

Odcinek 452: Gabriela Zapolska, 1891 rok


Z listu Gabrieli Zapolskiej do Stefana Laurysiewicza

Paryż, 16 września 1891 roku, środa
Kochany i drogi Dziudku!
Gabriela Zapolska w Norze Ibsena, 1883 r.

List Twój z datą 14-tego otrzymałam i w tej chwili nań odpisuję. Wczoraj powróciłam do Paryża. Jestem o wiele zdrowsza i kurację rozpoczętą na wsi tutaj przedłużać będę według woli Kurty [Courtaux]. Przywiozłam świnkę morską, która jest bardzo zabawna, krótka i gruba, tłusta taka, że się brzuch jej wlecze po ziemi, jak biegnie. Szpaka nie wzięłam, pobił się z gilem i ten mu wydarł wszystkie pióra ze łba, więc jest brzydki i pani d’Aghonne powiedziała, że go odhoduje i mi da. Raz na zawsze zaprosiła mnie do siebie na wszystkie niedziele i w sobotę łóżko moje przygotowane będzie na mnie czekać. [...]
Co do pojechania do Krakowa, to – Dziudku kochany – ja się jeszcze obliczę dokładnie, czy sprawienie tualet nie za wiele wyniesie i po prostu nie pochłonie pensji. Teraz jechać mogłabym tylko wtedy, jeżeli mieć będę dostateczną sumę na spłacenie mebli. Nie przypuścisz bowiem chyba, żeby tapicer pozwolił zabrać rzeczy wtedy, gdy mu się jeszcze tyle należy. [...] Prawdopodobnie więc będę musiała gnić tu w Paryżu do kwietnia i potem wprost z rzeczami jechać do Warszawy.
Na Makow[skiego] liczyć nie mogę, bo żona mu robi straszne sceny zazdrości o mnie i po prostu nie pozwala mu widywać się ze mną. Ja doskonale radę sobie na komorne dam i wtedy, gdy będę w Warszawie, i do nich (do Makow[skich]) pójdę, to on mi pomoże. [...]
Wolę więc, zamiast sprawiać nic nieprzydatne suknie na cztery miesiące do Krakowa, od razu w kwietniu pojechać do Warszawy, urządzić się i na Ciebie czekać.
Przez ten czas chodzić będę do teatrów i brać w ten sposób lekcje, a dwa razy na tydzień chodzić będę do Samary, ucząc się już nie dykcji, ale gry. W „Kurierze Warszaw[skim]” za Szmat życia należeć mi się będzie jeszcze ze 600 rubli, a za We krwi – ze 300, będę więc miała jeszcze trochę grosza.
Nudzę Cię moimi interesami, ale to nasze wspólne, prawda? Więc muszą Cię obchodzić. [...]
Dostałam od pani d’Aghonne dwie figurki z saskiej porcelany, prześliczne (na 20 cm wysokie), bardzo cenne, z koronkami u spódnic, a to się w porcelanie sas[kiej] najjwięcej płaci. Wiem, że Ci się podoba. [...] Targuję obecnie gobelin do salki jadalnej. Troszkę pokiereszowany, ale to nic. Oprawię go w plusz ciemnobrązowy, podbiję i będzie bardzo efektowny. Jest też do kupienia parawanik z materii starej, ale drogi, bestia, bardzo, i arfa złocona bardzo szykowna i teraz najmodniejsza. Zdaje mi się, że Ci się tu podoba.
Pisałam do Michał[owskiego], żeby poszukał mieszkania z ogródkiem. Jeszcze mi nie odpowiedział. Pewnie szuka. Moja mama będzie wściekła, jak się dowie, że ja wracam, ale uważasz, jej cambronnowska mość mnie tyle obchodzi co to siano, co wyrzucam co dzień z klatki panny Frou-frou.
A teraz całuję Cię najserdeczniej, napisałam cały list jeno interesów, ale i te załatwić trzeba i obgadać. Co? Usiaku najmilejszy. [...]
Całuję Cię po tysiąc milionów razy.
Twoja całym sercem
Paniusia
Gabriela Zapolska, Listy, t. 1, oprac. Stefania Linowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1970, s.227–230.

sobota, 15 września 2012

Odcinek 451: Elizabeth von Arnim, 1896 rok

Z powieści-dziennika Elizabeth von Arnim

15 września 1896 roku
Elizabeth von Arnim.
Teraz jest miesiąc cichych dni, karmazynowo-czerwonego dzikiego wina i jeżyn, pogodnych popołudni w dojrzałym ogrodzie, herbaty pitej pod akacją, a nie pod zbyt cienistym bukiem, drewna płonącego w kominku biblioteki w chłodne wieczory.
Dzieci idą po południu na dwór i zrywają jeżyny z krzaków, trzy kotki tymczasem, duże już i dobrze odżywione, siedzą w słońcu na schodach werandy i myją się; Gniewny [mąż Elizabeth] ostrzeliwuje kuropatwy na dalekim ściernisku; i wydaje się, że lato chce z nami pozostać na zawsze. Tak trudno sobie wyobrazić, że za trzy, najprawdopodobniej, miesiące zostaniemy zasypani przez śnieg i pewnie będziemy marznąć. Ten miesiąc ma w sobie coś z marca i wczesnych dni kwietnia, kiedy w progu staje ociągająca się jeszcze wiosna, a ogród wstrzymuje oddech w oczekiwaniu. Podobna łagodność w powietrzu, niebo i trawa też podobnie wyglądają; tylko liście opowiadają inną historię i czerwone dzikie wino obrastające dom szybko roztacza swój ostatni i najcudowniejszy czar.
Moje róże zachowują się tak, jakby trwały w oczekiwaniu, wspaniale rozkwitły Vicomtesse Folkestone i Laurette Messimy, a ostatnio w ogrodzie zrobiło się znacznie piękniej. Każdy kwiat składa się z delikatnych, luźno złożonych pojedynczych koralowoczerwonych płatków, wewnątrz biało-żółtych. Zamówiłam sto krzewów różanych, by je posadzić w następnym miesiącu, połowa z tego to Vicomtesse Folkestone. Róże herbaciane mają nawyk opuszczania główek, tak że trzeba uklęknąć, by dobrze się im przyjrzeć - nie żeby mi się nie podobało, że zgina się kolana przed tak absolutnym pięknem, tylko że przy tym brudzi się ubranie. Dlatego krzewy różane zasadzę po obu stronach drogi pod południowymi oknami, a kwiaty pojawią się na odpowiedniej wysokości, by oddawać im cześć.
Obawiam się tylko, że gorzej zniosą zimę niż odmiana karłowata, ponieważ tak trudno je fachowo osłonić. Jak przepowiedziałam, Perska Żółć i Bicolor między różami herbacianymi to klęska; kwitną tylko dwa razy w sezonie, a w pozostałym czasie wyglądają nudno i smutno; do tego Perska Żółć ma nieprzyjemny zapach i przyciąga niezliczone owady. Wobec tego wymieniłam je na róże herbaciane Safrano, gdyż te zakwitną w przyszłym miesiącu i powinny się rozsiąść w grupach na trawie, a ponieważ półkole znajduje się bezpośrednio przed oknami, to najlepsze miejsce muszę zachować dla wybranych skarbów.
Przeżyłam liczne rozczarowania, ale chyba się już dużo nauczyłam. Pokora i upór są prawie tak samo konieczne w ogrodnictwie jak deszcz i słońce, a każde niepowodzenie musi być odskocznią do uzyskania pożądanych rezultatów. [...]
Róża Laurette Messimy.
Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród, tłum. Elżbieta Bruska, Berenika Lemańczyk, Wydawnictwo MG 2011, s. 58-60.

piątek, 14 września 2012

Odcinek 450: Gustaw Herling-Grudziński, 1972 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Neapol, 14 września 1972 roku 
Gustaw Herling-Grudziński.
Zasypiałem już w pustym mieszkaniu, okna zostawiłem otwarte. Wytrącił mnie z drzemki natarczywy chrobot. Na parapecie dwa ogromne szczury badały wejście do pokoju, trzeci — mniej wyraźny w świetle księżyca — przycupnął na murze z przeciwka. Wystarczyła nasza dłuższa nieobecność, by „podziemny Neapol” przypomniał o swoim istnieniu. W mieście spotyka się szczury jesienią, w dnie ulewne, gdy na promenadzie nadmorskiej wygrzebują się spomiędzy głazów wzdłuż brzegu i przez ulicę przeskakują do Villa Comunale, ogrodu miejskiego. Jak wtedy nie myśleć o początku powieści Camusa?
Statystyki miejskie, nie wiem jakim sposobem robione, szacują zaszczurzenie „podziemnego Neapolu” na siedem do ośmiu milionów sztuk. Miasto rosło niepowstrzymanie z budulca czerpanego na miejscu. Mieszkamy na gigantycznej gąbce, pełnej ukrytych wykopów, grot, lochów, wyrąbanych w kamieniu chodników, zapadni. Nie posiadamy ich mapy topograficznej, pamiętamy jedynie, że topo znaczy po włosku „szczur". Dokładnie naniesione na mapę są natomiast ścieki kanalizacyjne, wyborne (zdaniem znawców) dzieło Burbonów. Prócz właściwego celu służą masowym szczurzym dyslokacjom i ludzkiej kontrabandzie z portu do śródmieścia. Od czasu do czasu rozlegają się tam chyba strzały konkurencyjnych band przemytniczych, a dudnienie ich echa miesza się z piskiem uciekających szczurów. Od czasu do czasu, po przewlekłych deszczach, pęka ulica w górnych kondygnacjach naszego pięknego panoramicznego miasta i pochłania przechodnia lub automobilistę. Poszukiwania zwłok są zazwyczaj bezowocne. Nad całością niewidzialnego spektaklu czuwa, albo i nie czuwa, Wulkan. To jest miasto, które turyści oglądają na widokówkach z podpisem: „Zobaczyć Neapol i umrzeć”.
Gustaw Herling-Grudziński., Dziennik pisany nocą, t. I. Wydawnictwo Literackie 2011, s. 186-187.

czwartek, 13 września 2012

Odcinek 449: Stefan Żeromski, 1888 rok


Z dzienników Stefana Żeromskiego

13 września 1888 roku (czwartek)
Ilustracja do Lenory Burgera.

Wczoraj cały prawie dzień jeździłem konno: rano z Ignacym, a po południu z Janią. Z Janią wyrwaliśmy się aż do Śmiechowic. Lecieliśmy – jak w Lenorze Burgera. Ona naprzód – co koń wyskoczy, ja za nią, trzymając jej kapelusz, który jej spada przy szybszej jeździe, Zajeżdżamy przed ganek w Śmiechowicach, gdy mrok już zapadał, mówiemy [!] „dobry wieczór” siedzącym na ganku, zawracamy konie i ze śmiechem pędziemy [!] nazad. Noc była, gdy en carier [!] wpadliśmy na gazon w Chobrzanach.
***
Mam duszę pełną zdrowej, czystej, ożywczej jak żywica dla płuc suchotnika, dobrej poezji. Lubię te wsie, wyciągają się moje ramiona do tych równin płaskich. Ile piękna znajduję w krajobrazach tej ziemi – nie umiem opisać. Ot, biała chata; otacza ją szary, zgrzybiały płotek z wikliny: powyginał się w różne strony, zatacza jak pijany. W ogródku, pod oknem dziewczyny kwitną malwy i georginie, czerwone jak jej rumieńce. A dalej idą krzywe opłotki w ślad za szpalerem z rosochatych wierzb. Wierzby te mają krótkie kadłuby – a czuprynę nadmiernie wielką, czuprynami się schodzą, sczepiają i tworzą nad wąską drogą ciemne sklepienie. W południe wchodzi tam słońce – a nocą wiatr.
***
12 w nocy
Jak mnie tu dobrze wśród tych ludzi i tej przyrody! Używam w pełni rozkoszy życia i nie chce mi się powracać do miasta na nędzę i samotność. Ile życia w tych polach! Oto teraz zaczynają się zielenić oziminy i widzisz ich łany wielkie, ciągnące się aż ku Wiśle, co nieruchomym pasmem srebra leży wśród zielonych brzegów. Jedziemy często z Ignacym w stronę Wisły – wtedy pasę oczy widokami równin, zachwycam się tajemnicą odrodzenia pól i przyzwyczajam ucho do świstu w uszach, gdy koń pędzi, co tchu ma w płucach. A te okrągłe wzgórza, lekko pochyłe, zorane równo a głęboko – wiecznie rodzajne! Jak je opuścić? A te wieczory cudowne, rozwieszające ponad równinami białe miesięczne blaski, a te wąwozy, pełne [?], którymi snują się mylne drogi, wiodące zawsze w jakiś gościnny próg, a głosy dzwonów kościelnych o zachodzie słońca i ty, niezmącona ciszy serca, które odżyło, wzmocniało, poczuło swą młodość, siłę, energią [!], zdrowie, swe nadzieje i marzenia promienne...
***
Zapamiętałem kilka zdań wuja Trepki, starca siedmdziesięcioletniego [!], szlachcica z przekonań, rolnika od dzieciństwa:
,,Naród nasz może się odrodzić tylko przez chłopa.
Żałuję, że nie zostałem chłopem; nie czułbym i nie rozumiał niesprawiedliwości, jaką widzę na świecie.
Nie dorósł naród nasz do jednomyślności. Jednomyślność zdobędziesz łatwiej, pracując nad chłopem, niż rozumując ze szlachtą.
Za dwieście lat może być z chłopów dzielny naród.”
Stefan Żeromski, Dzienniki, t. 3, Czytelnik 1956, s. 169–170.

środa, 12 września 2012

Odcinek 448: Anna Shirley, bez roku


List od Ani Shirley, magistra nauk humanistycznych, kierowniczki wyższej szkoły w Summerside, do Gilberta Blythe, studenta medycyny na Uniwersytecie Redmondskim w Kingsporcie
Szumiące Topole
Aleja Duchów, Summerside

Wyspa Księcia Edwarda

Poniedziałek, 12 września 
Najdroższy!


Czy zwróciłeś uwagę na adres? Czy kiedykolwiek słyszałeś coś równie uroczego? „Szumiące Topole” to nazwa mojego nowego domu. Uważam, że jest piękna, podobnie jak „Aleja Duchów”, która zresztą oficjalnie nie istnieje. Ulica ta właściwie nosi nazwę Trydenckiej, ale nikt tak jej nie nazywa. Tylko czasem w „Kurierze Tygodniowym” można znaleźć wzmiankę o ulicy Trydenckiej, a wówczas mieszkańcy Summerside spoglądają na siebie ze zdumieniem i pytają jeden drugiego: „Gdzie też to może być?” […]

Zapada zmierzch... (A propos, czy „zmierzch” to nie urocze słowo? Wolę je daleko bardziej niż „zmrok”. Brzmi miękko jak aksamit, zamyka w sobie wszystkie cienie odchodzącego dnia i... no, jest po prostu właśnie takie jak zmierzch). Za dnia należę do świata, a w nocy władzę nade mną przejmują marzenia senne i wieczność. Ale o zmierzchu należę tylko do siebie... i do Ciebie. Dlatego też o tej porze właśnie zamierzam pisać do Ciebie. Ale to nie będzie list miłosny. Stalówka w moim piórze drapie i nie mogę nią pisać listów miłosnych. Nie umiałabym też zapewne zdobyć się na taki list, gdyby stalówka była zbyt ostra lub zbyt tępa. A więc będziesz otrzymywał ten rodzaj listów tylko wtedy, gdy znajdę idealnie dobrą stalówkę.

Teraz opiszę Ci mój nowy dom i jego mieszkańców. […]
Od razu pokochałam ten domek. Istnieją domy, które, trudno powiedzieć dlaczego, wywierają głębokie wrażenie od pierwszego spojrzenia. Takie właśnie są Szumiące Topole. Jak Ci je opisać?! Jest to biały budyneczek – bardzo biały, z bardzo zielonymi okiennicami, wieżyczką w rogu i oknem na poddaszu. Niski kamienny murek odgradza go od ulicy. Wokół rosną w równych odstępach wysmukłe topole. W tyle znajduje się ogród, w którym kwiaty i warzywa tworzą cudowną mieszaninę barw. Słowa te jednak nie oddają prawdziwego czaru Szumiących Topoli. Jest to dom o własnej osobowości i ma w sobie coś, co przypomina mi Zielone Wzgórze. […]
Pokoik okazał się bardzo mały. Prowadzą doń boczne schodki. Jest dość mały, ale nie aż tak, jak ten okropny pokój, w którym mieszkałam przez pierwszy rok w Kingsporcie. Jedno okno wychodzi na zachód, a drugie na północ. Trzecie znajduje się w narożnej ścianie wieży. Stoją pod nim półki na książki. Podłogę pokrywa pleciony dywanik. Łóżko jest tak gładko zasłane barwną kapą, że wydaje się bluźnierstwem spać na nim. Dodatkowego dostojeństwa nadaje mu wspaniały baldachim. A co najlepsze, jest tak wysokie, że wchodzi się do niego po schodkach, zrobionych specjalnie w tym celu. Na dzień chowa się je pod łóżko. Prawdopodobnie kapitan MacComber przywiózł całą tę maszynerię z którejś ze swych zamorskich podróży.
W kącie stoi mały kredensik, którego półki wysłane są białym papierem powycinanym we wzorki. Na drzwiach widnieją namalowane bukiety kwiatów. Przy oknie leży okrągła, niebieska poduszka z wgłębieniem pośrodku. Przypomina duży niebieski pączek. W rogu stoi śliczna toaletka z półką na miskę, mydelniczkę i dzbanek z gorącą wodą. Na drugiej półce siedzi porcelanowa biała dama w różowych pantoflach, ze złocistą szarfą i czerwoną porcelanową różą w złotych porcelanowych włosach. W szufladzie ozdobionej mosiężną gałką leży moc ręczników. […]
Wprowadziłam się dzisiaj. [...]
Ale lubię Szumiące Topole i czuję, że one także mnie lubią. Zawsze wiem, czy lubi mnie dom, w którym mieszkam. [...]
Gdy zechcę, będę mogła spędzać urocze samotne godziny w moim pokoju. Czasem bardzo miło jest być samą. Zaprzyjaźnię się z wiatrami. […].
Chyba nie będę dziś spała. Nigdy nie mogę zasnąć w obcym domu, a co dopiero w tak dziwacznym łóżku. Ale to nie szkodzi. Zawsze kochałam noc, a tę spędzę marząc o całym swym życiu – przeszłym, obecnym i przyszłym. Szczególnie o przyszłym.
Długość tego listu dowodzi, że nie mam nad Tobą litości. Pragnęłam opisać Ci wszystko, żebyś mógł wyobrazić sobie moje nowe otoczenie. Kończę, gdyż daleko nad zatoką księżyc „tonie w krainie cieni”. Muszę jeszcze napisać do Maryli. Mój list przyjdzie na Zielone Wzgórze pojutrze. Tadzio przyniesie go z poczty i nie odstąpi od kolan Maryli, gdy będzie czytała. A pani Linde uważnie nadstawi uszu. Och! Jeszcze chwila, a pogrążę się we łzach z tęsknoty za domem. Dobranoc, najdroższy.
Twoja Ania
Lucy Maud Montgomery, Ania z Szumiących Topoli, tłum. Aleksandra Kowalak-Bojarczuk, Nasza Księgarnia 1990, s. 5–16.